Nie mogliśmy dłużej omijać wydarzeń poetyckich i poezji w ogóle. Odkładaliśmy ten temat z Dominiką (może w zasadzie to ja odkładałem) na przyszłość, najlepiej na Świętego Dygdy. Jednak mimo kilku skutecznych uników w końcu stanęliśmy przed ścianą nie do przeskoczenia, która zwie się Europejski Poeta Wolności. Nie mogliśmy dłużej udawać, że wydarzenia poświęcone liryce nie istnieją. Może zresztą i tak mieliśmy już serdecznie dość tej przytłaczającej, zewsząd napierającej prozy? W końcu nawet dramat Martina Wagnera w Sopotece, którym raz przecięliśmy epicką monotonię naszych relacji, również został napisany prozą. Dlatego też, przyparci do muru, osaczeni i zdemaskowani w swoich śmiesznych okołopoetyckich prokrastynacjach, postanowiliśmy ratować się brawurowym i straceńczym skokiem na główkę – wprost do jądra ciemności – nie na wieczorek literacki czy premierę tomiku poetyckiego, lecz na galę największego poetyckiego wydarzenia na Pomorzu.
Ale skąd ta niechęć do pisania o liryce? Moja delikatna awersja wynika z szeregu wątpliwości, jakie mnie dręczą, kiedy myślę o tym rodzaju literackim. Choćby: czy poezja ma współcześnie jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Z pewnością ma. Ale jakże skarlała jej ranga w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Symptomy tego upadku widział już Gombrowicz w latach pięćdziesiątych, kiedy napisał, „iż nikt prawie nie lubi wierszy i że świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym” (Przeciw poetom, „Kultura”, październik 1951, s. 3). A przecież to właśnie wówczas poezja była zjawiskiem najwyższej rangi. Drwić z niej? Na to mógł się poważyć jedynie „demonolog kultury” i „zażarty tropiciel kłamstw kulturalnych” Witold Gombrowicz. Zresztą atakował nie tyle samą poezję, ile kult poezji, nabożeństwo wokół niej odprawiane – po to, aby wyrwać ją z oków martwego ceremoniału. Ale dziś to już walka całkowicie anachroniczna, jak pojedynek na pistolety czy maczugi. Bo czy zostało coś z tych rytuałów i dawnej chwały poetów?
Festiwale literackie są być może dalekimi potomkami minionych poetyckich nabożeństw, które wyśmiewał Gombrowicz, jednak znacznie się od nich różnią. Niewiele mają w sobie kultu, za to sporo rozrywki. W programie tegorocznego Europejskiego Poety Wolności poza spotkaniami z autorami i tłumaczami, czytaniem wierszy i debatami poświęconymi poezji znalazły się między innymi: warsztaty dla dzieci i dorosłych, rozmowy o sztucznej inteligencji, spacery tematyczne, slam poetycki, zajęcia z jogi oraz tylko jedno potencjalnie nadęte nabożeństwo w postaci uroczystej Gali Wręczenia Nagrody Literackiej Miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności. Szanse na przeistoczenie się w gombrowiczowską „poetycką mszę” – złożoną z przemówień, formułek, inkantacji, padania na kolana i oklasków – były niemal stuprocentowe. Co tu napisać o takim wydarzeniu, jak narysować powtarzające się laudacje i podziękowania? Tliła się w nas jeszcze nadzieja, że nie dostaniemy biletów, ale okazało się, że Instytut Kultury Miejskiej przewidział wejściówki dla zapominalskich mieszkańców i Dominika zdobyła je z marszu, bez żadnych problemów. Nie było wyjścia. Szliśmy na galę pełni obaw, czy nie będą to dwie godziny wyjęte z życiorysu, czy nie zanudzimy się na śmierć, a w naszych notatnikach i szkicownikach nie postawimy ani jednej sensownej kreski.
Zbliżałem się do Teatru Wybrzeże, gdzie zaplanowano uroczystość, z głowę pełną niepokojących myśli, aż nagle z rozmyślań wyrwało mnie słowo klucz. Ktoś na ulicy, w grupie ludzi, z entuzjazmem i emfazą rzucił „poezja!”. Czyżby to fani liryki zmierzający w piątkowy wieczór, podobnie jak ja, na kulminacyjne wydarzenie kwietniowego festiwalu? Szybko jednak uświadomiłem sobie, że „poezja” ma nie tyle wielu fanów, co przede wszystkim wiele znaczeń.
„Poezja” – słowo często używane jako określenie czegoś świetnego czy też wspaniałego. Na przykład wtedy, gdy nasza mordeczka przyjeżdża swoją sportową gablotą: odpicowanym golfem z nowym systemem audio, wyposażonym w monstrualny subwoofer schowany w bagażniku, i gdy odpala ten cały zestaw na full, aż wszystko się trzęsie jak populiści na wieść o emeryturach dla artystów, to wtedy my, zachwyceni ogarniającym wszystko łomotem, chcąc w niekonwencjonalny sposób skomplementować niskie tony wydobywające się z bagażnika, miast zwyczajowego „no kurwa, zajebiste!”, kiwamy głową i mówimy: „no kurwa, poezja!”. „Poezja” to także coś smacznego. Gdy zajeżdżamy golfem po kebaby typu „samo mięso mix mix mix”, to już po pierwszym kęsie, starając się nie upaprać tapicerki, mówimy „no… mmm… człowieku, poezja!”. I nie ma to żadnego związku ani z Szymborską, ani z Europejskim Poetą Wolności.
Co zrobiliśmy z tym światem? Do czego sprowadziliśmy język? Gdzie są poeci? (O tym za chwilę). Nie tak dawno partyjny beton zalegający na najwyższych szczeblach władzy państw komunistycznych trząsł się i kruszał ze strachu przed poetami. Wytyczne dla literatów były formalnie dekretowane przez państwo, tworząc rodzaj kagańca na myśl i formę, a w skrajnych sytuacjach wymuszając jedynie słuszne przesłanie i jedynie słuszny styl literacki, tak zwany realizm socjalistyczny. Odstępstwa od wytycznych ostro tępiono i rugowano z literackiej przestrzeni za pomocą cenzury (do czasu oczywiście). Czy nie wydaje się to dzisiaj dziwaczne i niezrozumiałe? Skąd ten strach wszechmocnych despotów przed jakimiś tam poetami czy innymi pismakami? Czy wiersze mogły zagrozić czołgom? Co mogły zdziałać jamby, trocheje i amfibrachy w starciu z bagnetami? Na to pytanie odpowiada Gombrowiczowi Miłosz (List do Gombrowicza, „Kultura”, listopad 1951, s. 119):
Gdyby jednak poezja była mało ważną rozrywką, czymś w rodzaju szachów czy filatelistyki, nie robiliby tylu wysiłków, aby ją mieć i popierać. Przeciwnie, uważają ją za jedno z najpotężniejszych narzędzi do władania umysłami, bo przy pomocy fałszywej poezji ubierają to co konieczne w sentymentalną sukienkę.
Niegdyś najpotężniejsze narzędzie do władania umysłami. A dzisiaj? Dzisiaj to brzmi trochę jak science fiction. Bo czy kierunki rozwoju poezji nadal spędzają sen z oczu rządzącym? Czy poezja nadal jest tym potężnym narzędziem, które porusza tłumami? Czy może w tej roli zastąpiły ją memy, social media, rolki, shortsy i posty?
W swej słynnej odezwie do artystów (incipit: „Słuchajcie artyści”) znawca tematu, Sławomir Mentzen, pomiata głównie aktorami, podsumowując ich artystyczny kunszt szeregiem niezapomnianych i błyskotliwych sentencji, na przykład: „umiesz ładnie czytać” i „pajacować na scenie tak, żeby publiczności się podobało”, czy też błyskotliwą frazą, będącą dojrzałą i głęboką refleksją wyrosłą na gruncie tysięcy godzin spędzonych w teatrach: „Ładnie czytasz z kartki i tyle”. (Podczas tradycyjnych spektakli raczej nie czyta się z kartki, czołowy krytyk teatralny Konfederacji odnosi się więc zapewne do czytań performatywnych, o których także ostatnio pisaliśmy). Wujek Mentzen nie zapomniał także o merytorycznych wskazówkach dla artystów wizualnych („malujcie ładne obrazy”), piosenkarzy („nagrywajcie dobre piosenki”) oraz reżyserów filmowych i teatralnych („twórzcie dobre filmy i spektakle”). Wszystko pięknie, ale co z poetami? Nie tylko nie dowiedzieli się, że powinni pisać ładne wiersze (nadal muszą pisać brzydkie), lecz w ogóle o nich zapomniano. Za PRL-u nie do pomyślenia. Protoplaści Mentzena zawsze pamiętali o tym, aby dowalić literatom („Literaci do piór, studenci do nauki” – brzmiało słynne hasło Marca ’68 i Władysława Gomułki).
Dziś o poetach się nie pamięta, poetom się nie płaci, poetów się nie docenia, poetów się nie recenzuje. Także w nagrodach literackich jest kiepsko.
Od 1996 roku, kiedy to za „poezję, która z ironiczną precyzją pozwala historycznemu i biologicznemu kontekstowi ukazać się we fragmentach ludzkiej rzeczywistości” Nobla otrzymała Wisława Szymborska, mieliśmy dwadzieścioro dziewięcioro laureatów tej najważniejszej nagrody literackiej. Wśród nich zaledwie dwoje pisarzy, dla których poezja była głównym środkiem artystycznego wyrazu (Tomas Tranströmer i Louise Glück). Reszta pisała prozą. Oczywiście niektórzy pisali także wiersze – między innymi Herta Müller, Peter Handke czy José Saramago – ale w ich twórczości proza dominuje nad poezją. Jeśli chodzi o Nike, sprawa ma się teoretycznie lepiej. Wśród laureatów poetów mamy Urszulę Kozioł, Jerzego Jarniewicza, Bronkę Nowicką, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Tadeusza Różewicza i Stanisława Barańczaka. Całkiem nieźle, zwłaszcza że poezja konkuruje w tym wypadku ze wszystkimi możliwymi gatunkami prozy. Jednak kiedy spojrzymy na Nike czytelników, zobaczymy same reportaże, eseje, biografie, powieści i zaledwie dwie nagrody dla poetów – i to dla takich wieszczów (wieszczek) jak Szymborska i Różewicz. Czyli dokładnie taki sam bilans jak przy Noblu: 27 do 2. Optymiści powiedzą, że to wciąż lepiej niż słynne 27 do 1 Beaty Szydło w głosowaniu na szczycie Rady Europejskiej, ale i tak relatywnie kiepsko. W starciu prozy z poezją – w dwumeczu na stadionach Nike i Nobla – mamy przytłaczające zwycięstwo tej pierwszej i wynik 54 do 4 dla mowy niewiązanej.
Na szczęście są też inne nagrody – chociażby konkurs Europejski Poeta Wolności, organizowany co dwa lata w Gdańsku przez Instytut Kultury Miejskiej. Konkurs, który z założenia docenia poetów (i ich tłumaczy).
Złe myśli ulotniły się z naszych głów, gdy dotarliśmy wreszcie do Teatru Wybrzeże i usiedliśmy na swoich miejscach – sala pękała w szwach. Jednak zupełnie nie rosło, przynajmniej w moim odczuciu, napięcie związane z samą galą. „Dwie godziny laudacji i klękania przed poezją, po czym można będzie uciec do domu”, pomyślałem sobie.
Jakże się myliłem. Powiem jedynie, że spektakl przygotowany przez aktorów Teatru Wybrzeże i Katarzynę Minkowską uwiódł mnie całkowicie. Pytałem nawet (wspaniałą skądinąd) ekipę działu literackiego IKM-u o nagrania, zapis tego spektaklu – niestety, było to jednorazowe, efemeryczne przedstawienie. Spektakl w całości składał się z wierszy tegorocznych nominowanych: Laimy Kreivytė, Luigiego Nacciego, Rogera Robinsona, A.E. Stallings, Nory Iugi oraz Aminy Elmi.
Dominika, która specjalizuje się w rysowaniu w trudnych warunkach, na przykład w jaskiniach i ciasnych korytarzach wypełnionym błotem (o jej reportażach graficznych pisałem w tekście Non fiction, czyli obrazy, widok z okna i złoty ibis), i tutaj musiała się sporo napocić. Nie tylko ze względu na dynamikę i liryczną ulotność całego przedstawienia, ale także wyciemnienie, które nie pozwalało jej dostrzec kartki i długopisu. Lewą ręką oświetlała sobie zeszyt mdłym światłem płynącym z ekranu telefonu (nie z latarki, która mogłaby oślepić sąsiadów na widowni), kolanami podpierała szkicownik, a prawą ręką rysowała ruch, gestykulacje i emocje przekazywane przez aktorów (zrobiłem jej zdjęcie z ukrycia, więc mam na to dowód). Ja sam zrezygnowałem z robienia jakichkolwiek notatek i dałem się porwać opowieści stworzonej przez reżyserkę i aktorów, opowiedzianą słowami sześciu poetów i poetek.
Po przedstawieniu – które mógłbym podsumować tym samym zwrotem, którym ktoś mógłby określić rozkręcony na full subwoofer – dowiedzieliśmy się więcej o laureatce Aminie Elmi (tłumaczonej na język polski przez Bogusławę Sochańską) i jej skomplikowanym życiorysie.
Bycie pisarzem to niełatwa profesja, była już o tym mowa przy okazji Teatru przy stole w Sopotece (tekst Czemu, do cholery, nie przestaniecie wreszcie pisać?!). Tym bardziej bycie poetą. I w zasadzie zawsze tak było, nawet w latach sześćdziesiątych, gdy – jak pisała Wisława Szymborska – pokutował „jeszcze romantyczny pogląd, że być poetą to najwyższa chwała i zaszczyt”, choć w rzeczywistości nie było „czego im zazdrościć”, bo pisanie wierszy to po prostu „ciężki kawałek chleba” (Wisława Szymborska, Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem, Kraków 2024, s. 45).
„Poezja to dziennik pisany przez zwierzę morskie, które żyje na lądzie i chciałoby fruwać”.
Ten aforyzm Carla Sandburga, przywołany przez Szymborską (tamże, s. 57) na łamach „Życia Literackiego”, odzwierciedla tragiczną sytuację poety. Chyba nikt nie zrozumie owej sentencji lepiej niż Amina Elmi, duńska poetka bez duńskiego obywatelstwa, uwięziona w języku państwa, które ją odrzuca, zakorzeniona w kraju, którego ministrowie ds. równouprawnienia przekazują sobie tomiki jej wierszy, a jednocześnie odmawiają jej prawa do głosu, stypendystka, laureatka, poetka tworząca w miejscu, którego prawo nie przewiduje, „że również muzułmanie mogą być artystami!” (Amina Elmi, Z całą miłością, przełożyła Bogusława Sochańska, Instytut Kultury Miejskiej, Gdańsk 2026, s. 142).
Nawet rola uznanej i nagradzanej poetki (kiedyś powiedzielibyśmy może „wieszczki”) nie znaczy nic w starciu z biurokracją. Zwątpić można zatem we wszystko, a zwłaszcza w poezję. Zwątpienie w wiersze, które w gruncie rzeczy nie jest niczym nowym. „Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi?” – pytał Czesław Miłosz w Przedmowie. Amina Elmi także pyta: „na co poezja skoro nie może udźwignąć wszystkich okropności które są naszym udziałem siostro” (s. 19). Miłosz odpowiadał, że urzędowym kłamstwem, pijacką piosenką lub czytanką z panieńskiego pokoju. Elmi po osiemdziesięciu latach odpowiada inaczej (s. 27):
wiersz nie musi ratować świata
musi tylko godzić fakt że tego pragnie
z faktem że nie potrafi.
Czy to ostateczna kapitulacja liryki? Zmierzch poezji w dobie promptów i odpowiedzi od chatbotów? Czy wystarczy prowadzić dialog z „kochaną” SI, która zawsze mówi klarownym językiem i dostarcza niezbędnych wyjaśnień; czy nie potrzebujemy już wsłuchiwać się w to, co mają do powiedzenia poeci? Zależy, czego oczekujemy. Oczywiście możemy „powiększać horyzonty” i „pogłębiać myślenie” z płatną, najbardziej zaawansowaną wersją chatbota, pod warunkiem że mamy na zbyciu tych kilka stów miesięcznie. Jeśli jednak szukamy metafizycznego wstrząsu, ratunku lub ocalenia, to stawiałbym jednak na tomik poezji, na przykład Z całą miłością Aminy Elmi lub życie wietrzne Urszuli Morgi, lub… sami wybierzcie sobie poetę.
Przesada z tym ocaleniem? Może rzeczywiście literaturą nie zatrzymamy wojen i katastrofy ekologicznej, gdyż…
Świat wali się jak okruch chaosu. Nikt nie chce słuchać o tych potwornościach, są gdzieś w nas. Nie udźwigną ich wiersze, trzeba pytać: czy widzisz to, co widzę ja? Świat w dymie. Cuchnącym dymie. (Amina Elmi, s. 135)
…ale może przynajmniej stworzymy z niej, parafrazując Miłosza, niewielkie urządzenie do odzyskania władzy nad własnym umysłem i uratujemy choć tę cząstkę sensu istnienia, która nam jeszcze pozostała. To na początek. A potem możemy zabrać się za naprawianie świata. I rewolucję. Oraz wściekłość i wystawianie środkowego palca. I miłość. I jeszcze dwa jogurty. To wszystko jest w tej poezji.
A na zakończenie coś zupełnie innego, ale równie wspaniałego:
Nauczyłam się uciekać od pełnych dobrych chęci mężczyzn, którzy czytają Bachmann i ozdabiają się francuskim kinem artystycznym. Ten ich roczny karnet do Louisiany, te ich Lyse Nætter, ta ich zawsze bezpieczna bańka im podobnych, gdy wieczór dobiega końca, mówią: cóż za fantastyczne rozmowy. Można tylko zatęsknić za Kierkegaardem, po takich spotkaniach strzeliłby sobie w łeb. (Amina Elmi, s. 91)