Rozmowa z Urszulą Morgą, reżyserką, autorką książek dla dzieci oraz tomu wierszy fundamenty, za który otrzymała między innymi główną nagrodę XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza.
Urszula Morga mieszka w Gdyni, współprowadzi studio animacji Esy-floresy. Ukończyła reżyserię w Gdyńskiej Szkole Filmowej oraz produkcję na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Jej dyplomowy film Mleko (2017) pokazywano na festiwalach na całym świecie. W Polsce zdobył nagrody na festiwalach Grand OFF, Opolskie Lamy i Nowe Kino – Nowy Sącz. Dokument Znaki pana Śliwki w reżyserii Urszuli Morgi i Bartosza Mikołajczyka miał premierę w październiku 2025 roku na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie zdobył nagrodę publiczności. Napisała książki dla dzieci: Panda Bonia (Wydawnictwo BIS, Warszawa 2015) i O rzece, która szukała morza (Gdynia Rodzinna, Gdynia 2022). Jej debiutancki tomik wierszy fundamenty (Miejski Dom Kultury w Radomsku, Radomsko 2024) w 2025 roku otrzymał główną nagrodę XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza i nagrodę Galion Gdyński za debiut artystyczny, był też nominowany do Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza” w kategorii literacka książka roku 2024.
Aleksandra Kozłowska: Bohater filmu, którego jesteś scenarzystką i współreżyserką (razem z mężem, Bartoszem Mikołajczykiem), projektant znaków graficznych Karol Śliwka, mówi: „Znak to nie jest ilustracja, na miłość boską! To skondensowana, nieprawdopodobnie skondensowana forma wielkiej treści”. Czy nie jest to także definicja poezji?
Urszula Morga: Tak, zdecydowanie tak. Swój debiutancki tom fundamenty wydałam w trakcie pracy nad tym dokumentem. Film wiele dał nam obojgu – mnie i Bartkowi. Był ważną lekcją obserwacji świata. Śliwka uważnie przyglądał się światu, potrafił z niego wyłuskiwać symbole. Zamykał w nich gęste przesłanie, jak w metaforze. Dla mnie wiersz też jest czymś takim – zapisem esencji rzeczywistości. Obcując ze „znakami pana Śliwki”, czytając o nim, rozmawiając, coraz głębiej poznając jego świat, równolegle pisałam wiersze. Choć wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że je komuś pokażę.
AK: Co cię ośmieliło? Karol Śliwka i jego twórczość?
UM: Pośrednio. Jego sposób patrzenia, proces kreowania, który sam porównywał do ociosywania kamienia, jak u Michała Anioła, mocno do mnie przemówiły. W fundamentach zawarłam wiersze pisane od 2019 roku, roku, w którym formalnie zaczęłam pracę nad filmem. Ale bezpośrednim impulsem wyjścia z moją poezją do ludzi była dyskusja towarzysząca otwarciu nowej siedziby Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku. Magdalena Kicińska, Małgorzata Lebda, Tomasz Stawiszyński, Dariusz Rosiak, Dagny Kurdwanowska i Stefan Chwin rozmawiali o tym, co może nas uratować przed końcem świata, co jest lekarstwem na życie w czasach chaosu. Dziewczyny uznały, że taką siłę ma poezja. To ona w pewnym sensie nas ocala, pozwala skoncentrować się na tym, co ważne, ponazywać pewne rzeczy, sprowadzić do fundamentu właśnie. Tezę tę podważył profesor Chwin, dla niego takie stwierdzenie było nadużyciem. Nie mogłam się z tym pogodzić, bo dla mnie tak właśnie jest – wiersze mają moc ocalającą. Więc powiedziałam sobie: „Dosyć chowania się”. Czas oderwać się od ziemi, czas do lotu. Czułam, że gdybym dłużej trzymała moją poezję w szufladzie, udowodniłabym, że profesor Chwin ma jednak rację. Porozsyłałam więc wiersze redaktorom, rok później dostałam informację, że fundamenty zostaną wydane.
AK: Ze Stefanem Chwinem spotkaliście się niedawno podczas gali Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”, do której oboje byliście nominowani.
UM: Podarowałam swoją książkę profesorowi i powiedziałam, że według mnie z poezją jest trochę jak z tajnymi kompletami – nie były to szkoły masowe, ale dzięki nim przetrwał język polski i Polska, właśnie dzięki takim drobnym, pojedynczym działaniom. To, że fundamenty zostały zauważone, dało mi przeświadczenie, że choć poezja nie jest czytana przez rzesze, to jednak ludzie chcą tych znaków, tych symboli, czegoś w nich szukają.
AK: Znakiem jest także okładka twego tomiku, sama ją zresztą zaprojektowałaś. Rysunek przedstawia bosonogą hybrydę kobiety i ptaka, kojarzy się z lekkością, wolnością, swobodą lotu. Ale jednocześnie z twardym stąpaniem po ziemi – postać schodzi ze skały. Ciekawe, że ptaki były też ważną inspiracją dla Karola Śliwki.
UM: Bardzo się cieszę, że zwróciłaś na to uwagę, bo nikt jeszcze o to nie zapytał, a to bardzo istotny wątek. W jego znakach nie ma częściej pojawiającego się symbolu niż ptaki. Nawet o sobie i żonie mówił „gołąbeczki”…
AK: A gołębia rysował z natury. Skrzydlaty model pozował Śliwce do plakatu z hasłem „Popieramy II apel sztokholmski”. Różne gatunki ptaków (papuga, kuropatwa, paw, jaskółki) inspirowały projektanta przy pracach nad znakami, wśród nich jest i ten dla jego żony, Aliny Walczak, śpiewaczki operowej – ze słowikiem i sercem. W końcówce twojego filmu pada wzruszające wyznanie. Śliwka przypomina sobie, jak jego „tatulek” rysował małemu Karolowi bardzo proste, niemal picassowskie ptaszki. Ty z kolei chciałabyś uwić gniazdo w ulubionych dłoniach „ubrudzonych mąką, ziemią, tartym burakiem” (dło/nie).
UM: Tak, dla mnie to też ważny motyw. Ptak jest symbolem wolności. Nieważne, czy mieszkasz w bloku czy w willi, nieważne, skąd pochodzisz, czy jesteś profesorem z własną katedrą, czy początkującym ilustratorem – wolność jest gdzie indziej. Tak to odczytuję. Kiedy walczyliśmy o jakieś rozwiązanie w filmie, mój mąż powiedział: „Chcę go zrobić tak, jakby to miał być nasz ostatni film. Całkowicie po swojemu, biorąc za niego pełną odpowiedzialność”. I tak też działał Śliwka. Podpisywał się nawet na etykiecie na dżem śliwkowy.
AK: Czyli kiedy czujesz się wolna?
UM: Dla mnie wolność nie polega na tym, że ma się dużo pieniędzy i lata po całym świecie. Wolność jest między uszami. To pozwolenie sobie na oderwanie się od ziemi, ale w znaczeniu podążania za pasją. Można prowadzić – jak Karol Śliwka – z pozoru zwyczajne życie: jeździć na działkę, własnoręcznie malować domek letniskowy, grabić liście, a przy tym znajdować wolność w pracy, w twórczości. Śliwka sam wywalczył sobie tę wolność. Całe jego życie jest opowieścią o wyswobadzaniu się z różnego rodzaju narzuconych mu ram.
AK: Był dzieckiem z biednej wiejskiej rodziny, synem, który miał przejąć gospodarkę. By wyrwać się z tradycyjnie i środowiskowo przypisanej mu – nomen omen – roli, pokonał masę barier. Dzięki determinacji dostał się do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i skończył tam studia.
UM: W dodatku pochodził z rodziny protestanckiej, kultywującej etos ciężkiej, konkretnej pracy, a rysowanie i malowanie z pewnością nie było tak postrzegane. Śliwka przez całe życie udowadniał więc, że jego zawód to prawdziwa praca. Poczułam z nim więź, gdy zrozumiałam, że każdy z nas wychodzi z jakiegoś źródła. I to źródło często wydaje nam się przeszkodą, ograniczeniem. Na przykład ja doświadczyłam odrzucenia z powodu rudych włosów. Pamiętam przezwiska w szkole: ryża, marchewa, plucie na głowę. Pamiętam matki mówiące do dzieci: „Uszczypnij mnie, bo ruda wredna”. Śliwka jest znakomitym przykładem tego, jak często to, co wydaje nam się przekleństwem – bieda czy brak zrozumienia ze strony ojca – ostatecznie może się okazać błogosławieństwem. Przemoc, której doświadczyłam z powodu rudych włosów, poszerzyła spektrum mojej wrażliwości, otwartości na innych, na odmienność. Mam wrażenie, że również dla Śliwki niełatwe doświadczenia były poszerzające, „tatulek” stał się źródłem jego kreatywności.
AK: Właśnie! „Czy to przypadkiem nie zaważyło na mojej miłości do sztuki?” – pyta Śliwka w filmie, opowiadając o „tatulkowych” ptaszkach. „Pamiętam ten rysunek. Mając go w głowie, tworzyłem znaki – symbole ptaków”. Oglądając twój film, dostrzegłam w Karolu Śliwce jeszcze coś, co was łączy – poczucie bliskości z naturą. Wychował się na wsi, więc jego pierwszymi modelami były krowy, gęsi, kaczki. Zwierzęta towarzyszyły mu też w drodze do Wieczorowej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Grafiki w Bielsku-Białej, dokąd dojeżdżał na gapę w tzw. byczokach, wagonach bydlęcych, razem z krowami, końmi, czasem też baranami. Jako dorosły uwielbiał spędzać czas z rodziną na działce, filmować bliskich i to swoje miejsce na ziemi.
UM: To prawda. Poświęcił masę kaset wideo na utrwalanie obserwacji przyrody, słońca, rozpikselowanego księżyca, rozkwitających kwiatów, muchy chodzącej po łyżce. Jest mnóstwo tych przyrodniczych detali. Z tego brały się jego proste jak japońskie exlibrisy, wysmakowane znaki. Nie z designu, nie z oglądania światowych galerii sztuki, tylko z chodzenia po trawnikach, polach, górskich łąkach. To odkrycie było dla nas fascynujące. Śliwka patrzył na otaczający go świat i widział znaki.
AK: Przyroda ma ogromne znaczenie w twoich wierszach. W utworze wie/rzę wyznajesz:
skaczę wzrokiem po gałęziach
szukam schronienia
w ciasnej dziupli szpaka
uważnie śledzę jak wiatr
zaplata wierzbom warkocze
niespiesznie liczę
i kataloguję igły na sośnie
ślimaczę się po pniu topoli
zostawiając na korze
lepką linię życia
a potem spadam jak kasztan
roztrzaskując się o ziemię
by pęknięta skorupka
odsłoniła delikatną prawdę
że wie/rzę wyłącznie w Naturę.
Piszesz o przyrodzie z czułością, ale bez czułostkowości. Za to z lękiem o Ziemię, z niezgodą na jej niszczenie, jak w utworze w/fałdach:
kiedy jedna instytucja wydaje drugiej zgodę
„na niszczenie siedlisk będących obszarem rozrodu
ponad 90 gatunków ptaków objętych ścisłą ochroną”
to nie mieści się w/fałdach mojego mózgu.
UM: Moja relacja z naturą zawsze była silna. Ale, jak zauważyłaś, nie mam skłonności do jej romantyzowania czy bambinizacji. Potrzebuję przyrody, jestem jednak zwierzęciem miejskim. A przy tym nie uważam, że miasto powinno być miejscem wyłącznie dla człowieka. Jestem orędowniczką idei miasta wielogatunkowego. Przyrody w ogóle nie trzeba lubić, żeby ją chronić, żeby dawać jej prawa. Wystarczy sobie uświadomić, że jesteśmy na Ziemi takimi samymi gośćmi, takimi samymi mieszkańcami jak wszystkie inne gatunki. Poczucie tego współistnienia, a jednocześnie obserwowanie, w jaki sposób człowiek uzurpuje sobie prawo do bycia istnieniem lepszym i ważniejszym, do decydowania o życiu i śmierci innych gatunków, jest dla mnie porażające.
AK: Kiedy zaczęłaś zwracać na to uwagę?
UM: Zaangażowanie w walkę o prawa przyrody wyniosłam z domu. Moja mama urodziła się i wychowała na wsi, gdzie przyrodę podporządkowywało się człowiekowi: ziemię się uprawiało, zwierzęta hodowało, a jednocześnie zawsze miała dużo szacunku do natury, jej bliskość była i jest dla niej ważna. Mama najlepiej czuje się w lesie albo obserwując ptaki i jeże w swoim dzikim ogrodzie. Ze mną jest dokładnie tak samo. Od dawna angażuję się w walkę o prawa człowieka, uczestniczyłam w strajkach kobiet – zauważyłam, że liczba osób biorących udział w protestach o prawa człowieka jest nieporównywalnie większa niż uczestników demonstracji na rzecz praw zwierząt. A one przecież same nie mogą stanąć we własnej obronie, one potrzebują naszego głosu.
AK: Stąd wiersze?
UM: Tak. Jeżeli nie będziemy umieli traktować z szacunkiem planety i tego, co było tutaj przed nami, nie będziemy w stanie dogadać się sami ze sobą. To, jak ludzie traktują przyrodę, jest źródłem naszej autodestrukcji. Podporządkowujemy sobie cały świat. Ulegamy poczuciu hierarchiczności: drzewo jest od nas gorsze, gorszy jest dzik, pies… ale i inny człowiek. A przecież tyle nas łączy, choćby fakt, że wszyscy umrzemy. Zwierzęta – i w ogóle przyroda – znacznie lepiej to rozumieją i radzą sobie z przemijaniem lepiej niż my, ludzie.
AK: My udajemy, że jesteśmy nieśmiertelni. Stawiamy wielkie kamienne grobowce, betonowe miasta, okopujemy się na swoich „terenach prywatnych”.
UM: Lubimy mieć coś trwałego, pomnik ze spiżu. A dla mnie idea, że się rozłożymy i że staniemy się elementem obiegu materii w przyrodzie, jest piękna. W ten sposób pozbyłam się lęku przed śmiercią, kiedy już zwątpiłam we wszelkie idee wyższe, w życie wieczne. Poczucie, że mogę być elementem biodegradacji, mnie uwolniło. Znalazłam w tym sens. Bo dlaczego mój sens ma być inny niż sens rozkładających się liści albo zwierząt, które umierają, a ich kości, ich ciała rozkładają się gdzieś w lesie? Bycie częścią tego cyklu wydaje mi się najpiękniejszym zwieńczeniem mojego życia.
AK: To wybrzmiewa w jednym z moich ulubionych wierszy – za/istnieć:
próbuję o siebie zadbać
nie dbając o ciebie
dbając o las
przytulam drzewo
śnię omszałe sny
zmieniam wymiar
przypływ leśności
topi mnie – dematerializuje
nadciąga fala liści
nie myślę – kumuluję
i rozkładam się – użyźniam
i znikam by za/istnieć.
Z kolei w tytułowym wierszu piszesz:
nie/śmiało rozbieram się
cegła po cegle
mając nadzieję, że znajdę
fundamenty.
W innym z tego samego tomiku:
trawo/stanę za tobą murem
rozbetonuję cię
puszczę samopas
dziczej.
Mamy w tych utworach rozbiórkę, pozbywanie się ścian, blokad – to wszystko ma nam pozwolić dotrzeć do wnętrza, uwolnić się. Czy twoje osobiste fundamenty są właśnie zielone, delikatne, kruche – jak łodyga trawy – a jednocześnie zdolne do cyklicznego odradzania się?
UM: Myślę, że moje fundamenty są bardzo nietrwałe i że w tym kryje się ich najwyższa wartość. Są też czymś, co odrasta, odradza się, czymś, co jest zabłąkane, nie do końca akceptowane przez społeczeństwo – jak suche liście na trawnikach, chwasty, chaszcze. Moje fundamenty są ulotne. Mam problem z zadomowianiem się, z okopywaniem w rzeczywistości, trzymaniem się kurczowo życia. Fascynuje mnie upływ czasu, w tym szukam sensu. Dlatego tytuł fundamenty jest przewrotny, sugeruje przecież coś twardego, wiecznego.
AK: Tak, kojarzy się ze skałą, czymś niewzruszonym, niezmiennym. Jak fundamentalne prawdy, fundamentalizm religijny, poglądowy…
UM: A ja uwielbiam odkłamywanie pojęć. Chciałam oddać fundamentom znaczenie jako czemuś, co nas trzyma, jest podstawą, umocowaniem, ale nie zawsze musi być jak beton. Moje fundamenty są przeciwieństwem twardości: są delikatne, kruche. Z tego też wzięło się moje pisanie. Pisząc, pozwoliłam sobie na to, czego zawsze się bałam: obnażyć swój niepokój, lęk, niezaradność, niedojrzałość. Bardzo lubię porównanie życia do drogi. Właśnie to jest dla mnie najważniejsze – że idę, idę, ale nie chcę dojść, bo wtedy to już będzie koniec. A żyjemy w czasach, kiedy trzeba mieć plany, cele, fundusz emerytalny, zabezpieczoną przyszłość. Ja tego nie chcę, wolę moją niedojrzałość.
AK: Wybierasz przy tym zwyczajność, odrzucasz wyścig, co też wydaje mi się drogą pod prąd:
nikomu nie imponować, niczym się nie chwalić,
na nic nie czekać – niczego nie oczekiwać,
o niczym nie marzyć, niczego nie osiągać
wyprowadzać psa, smarować uda balsamem,
ale takim zwykłym, nie z reklamy,
czasem nic nie czytać, nie mieć nic do powiedzenia
budzić się co rano strachem – bez budzika,
więcej myśleć niż robić, nie być sprawczą,
nie móc znieść upływu czasu na swojej twarzy
nie wyjeżdżać na majówkę, na majorkę,
na narty, na openera, przyznać się, że wolę
zostać tu, w lesie, zanim wytną kolejne drzewa
zwy/czajnie nie wypada.
UM: Uwielbiam swoją zwykłość, myślę, że jestem na tyle zwyczajna, że inni ludzie, czytając moje wiersze, mogą znaleźć w sobie te same lęki, niepokoje. To książka osobista, ale też – mam nadzieję – uniwersalna. Chciałam, by została napisana przystępnym językiem, który uczyni ją demokratyczną, tak by sięgnęły po nią również osoby, które boją się poezji.
AK: Tak ją właśnie odbieram – jako uniwersalny apel, wezwanie. Na przykład wiersz minu/ta ciszy:
boli kiedy giną endemity
ludzie specjalnej czułości
zwierzęta, których mowy
nie dane nam było zrozumieć
rośliny, o istnieniu których
nie mieliśmy bladego pojęcia
dzikie plaże, gdzie szum morza
nie musiał nikogo przekrzykiwać
lasy bez sideł, pola bez upraw
literackie czasopisma, których ostatnie wydania
kurzą się w bibliotekach
a my już nie zdążymy
nic w nich opublikować
boli kiedy giną endemity
coraz częściej celebruję
życie minutą ciszy.
Powinno się to czytać przez megafony na ulicach, w tramwajach, w pociągach dalekobieżnych.
UM: Kiedyś poezję tylko recytowano, była rodzajem pieśni. Jestem wielką orędowniczką tego, by poezja żyła na różne sposoby. Moim pierwszym medium jest film, więc bardzo szybko postanowiłam zrobić z niej użytek filmowy. Stworzyliśmy razem z Bartkiem cykl skrawki Natury. Zaprezentowaliśmy go w tym roku na Versopolis Poetry Expo w Lublanie, zakwalifikował się też do konkursu wideopoezji „Moon” w Portugalii. W Gdyni pokazywaliśmy moje wideowiersze w Halo Kulturze na efemerycznej tkaninie wiszącej w przestrzeni hal targowych. Ulotne, wolne. Pracuję teraz nad nową książką poetycką, bo nietrwałość wciąż gdzieś we mnie rezonuje, więc cykl skrawki Natury będzie rósł.
AK: Chcę cię spytać o jeszcze jedną warstwę twoich fundamentów – o kobiecość, bycie kobietą. Mówisz o niej choćby w wierszu bi ki ni:
każda z nas jest jak niezagojona rana
pod plastrem oczekiwań
niewystarczająco zdolna
nie dość pracowita
albo po prostu ojciec dał nam
o jeden chromosom X za dużo
taki niechciany upominek,
który objawia się co miesiąc
krwawieniem i zobowiązuje
do przedłużania gatunku
noś ciążowy brzuch
równo przyciętą grzywkę
białe zęby i czyste paznokcie
bądź ładna, ale nie za ładna
mądra, ale nie przemądrzała
dzielna, ale nie samodzielna
niech ci nie przyjdzie do głowy,
że jesteś wystarczająca
i możesz się bez niego obejść
obchodzić możesz najwyżej urodziny
każda z nas jest jak niezagojona rana
która zasklepia się mozolnie
z pokolenia na pokolenie
aż znowu ktoś oderwie strup
i otworzy puszkę Pandory
opinie zbyt odważne
wymagania i wydatki za wysokie
spódnice zawsze za krótkie
biodra za szerokie, zupa za słona
i na dodatek niewydepilowane bi ki ni.
UM: To rodzaj manifestu. Długo dojrzewałam, by zrozumieć, czym jest wycięcie kobiet z historii, czym jest ta luka oraz dominacja narracji męskocentrycznej – i co ona mi zrobiła. Broniłam się przed nasuwającymi się wnioskami, myśląc, że przecież człowiek, choć w rodzaju męskim, jest po prostu człowiekiem. I że nie ma nic dziwnego w ogłoszeniu o pracę: „Szukamy redaktora” – to oczywiste, że kobiety też mogą aplikować. Długo wydawało mi się, że wszystko jest uniwersalne, że wszyscy jesteśmy równymi ludźmi. Poezja oddała mi kobiecość, bo idąc do szkoły filmowej, tę kobiecość podświadomie poświęciłam.
AK: Jak to?
UM: Zadebiutowałam późno, w wieku 45 lat, ale wiersze pisałam już w liceum, wygrywałam konkursy poezji w Częstochowie, moim rodzinnym mieście. Wydawało mi się, że to będzie moje życie – pisanie. Po drodze zakochałam się w filmie, dostałam się do szkoły filmowej (najpierw w Katowicach, potem w Gdyni) i wylądowałam w absolutnie męskim świecie. W świecie, w którym to, co kobiece – w znaczeniu: kruche, delikatne, wrażliwe, związane z pokojowym postrzeganiem świata – widziano jako miałkie, babskie, miękkie. Świat filmu potrzebował twardzielek. Na egzaminach usłyszałam wprost: „Tylko błagam, niech pani nie mówi, że pisze wiersze”. Ale ja też dokonałam autocenzury. Odarłam się z wielu kobiecych cech. Ponieważ przez te rude włosy od dziecka byłam wykluczana, rolę chłopczycy wybrałam jako strategię przetrwania. Zawsze też byłam zorganizowana, ogarnięta, typ osoby, która wszystko układa. Dopiero po trzydziestce powiedziałam sobie „dość”. Odkryłam, że się spóźniam, zapominam, gubię, a przy tym w tej niedojrzałości i chaosie bardzo dobrze się czuję. Bo daje mi dużo kreatywności, odwagi i pozwala obniżyć oczekiwania wobec innych. No i przestałam się wstydzić mojego pisania. Owszem, wciąż jestem osobą niezwykle konsekwentną, wytrwałą, jeśli się czegoś podejmuję, to angażuję się na dwieście procent, ale przy tym jestem totalnie emocjonalna. Pogodziłam się z tym, zamiast próbować się zmienić, dopasować do oczekiwań. Chcę być staruszką, która ma tę samą rozpiętość emocji, którą czuję w sobie teraz. Nie chcę być racjonalna – uświadomienie sobie, że to jeden z moich fundamentów, było dla mnie wielkim odkryciem.
AK: Nie tylko twoich.
UM: Właśnie. Nawet jeśli sama nie doświadczyłam różnych rodzajów przemocy czy dyskryminacji, to mam prawo o tym pisać. Bo my wszystkie – poprzez udział w tym naszych matek, babć, przyjaciółek, sąsiadek – czujemy tę niezagojoną ranę, jej konsekwencje. To, jak byłyśmy/jesteśmy nauczane, jakie lektury obowiązują w szkole, jak świat jest projektowany, jak wygląda kanon muzyki… Dlaczego nie ma w nim kobiet? Nie dlatego, że nie chciały pisać utworów na orkiestry, tylko dlatego, że nie miały do tego prawa – to wszystko ciągle ma na nas ogromny wpływ.
AK: Śliwka powiedział, że jego żona, śpiewaczka operowa, zrezygnowała z solowej kariery, mimo że proponowano jej taki kierunek rozwoju. Tłumaczyła, że ma córkę i męża, że wystarczy jeden artysta w rodzinie. Projektant sam przyznał, że dzięki decyzji żony miał swobodę twórczą, a jednocześnie, że nie dość czasu poświęcał córce i rodzinie. Jak ty łączysz pracę twórczą z rodziną?
UM: Ten wątek był dla nas – dla mnie – szczególnie ważny. Bardzo chciałam pokazać, że artysta nie tworzy w oderwaniu od rzeczywistości, w której funkcjonuje. Śliwka miał rodzinę, ale to znowu kobieta zrobiła krok do tyłu mimo wielkiej szansy na własną karierę. Alina Walczak pochodziła z bardzo muzykalnej rodziny, jej siostra była solistką, syn siostry znanym kompozytorem operowym. Miała duży potencjał, wyjeżdżała za granicę, śpiewała w Teatrze Narodowym, ale w chórze. Zdecydowała się zostawić przestrzeń twórczą mężowi, wiedziała, że ma wielki talent. Wydaje mi się, że taka była specyfika tamtych czasów: lat sześćdziesiątych–siedemdziesiątych XX wieku. Ja też pochodzę z podobnego domu – tata się kształcił, a mama, choć dostała się na studia prawnicze, zrezygnowała z nich, bo w tym czasie zmarła jej mama i ona musiała się zaopiekować swoim ojcem i braćmi. Mój tato nigdy nie zaproponował mamie dokończenia edukacji. Rozwijał karierę, a ona zajmowała się dziećmi i pracowała. To było powszechne. Zależało nam, by w filmie złapać właśnie ten element zbiorowej tożsamości. Dokument jest oczywiście o Śliwce, ale jest tam również Polska, rodzina, kobiety…
AK: …a także jego koledzy artyści, nie koleżanki.
UM: To prawda. Śliwka wywodził się z bardzo męskiego świata. Chcieliśmy pokazać, że często za tego typu mężczyznami stoją kobiety, które ułatwiają im oddanie się twórczości, wspierają, zajmują domem i dziećmi. To, co naszym zdaniem było u Śliwki fenomenem, to fakt, że Alina stała się w jakimś sensie aktorką w jego teatrze. W domowych filmach wideo widać, że to ona była jego paliwem, jego muzą.
AK: Kiedy zmarła, nie mógł pracować. Sam przyznał, że „jego życiorys artystyczny się skończył”.
UM: Oboje z mężem też mamy pracownię w domu, zdarza się, że pracujemy 24 godziny na dobę – spieramy o coś, dyskutujemy, a nasze dziecko odczuwa, że jesteśmy ciągle zajęci. Mieliśmy dużo autorefleksyjnych rozmów nad wychowaniem dziecka w takim domu. Stół ciągle zajęty pod projekty, rysunki, wszędzie kredki, wycinanki, kamera… Nasze mieszkanie cały czas jest poligonem pracy. Ale działamy w tym razem, ja z niczego nie rezygnuję. Rozmawiałam o tym z córką Karola Śliwki (poszła bardziej w ślady mamy, gra na instrumentach, jest nauczycielką muzyki). Mówiła, że gdy tata był z nią w domu, to robił jej kakao, opowiadał bajki, filmował ją – jej zdjęcia często wykorzystywał do różnych projektów, na przykład opakowań czekoladek – ale często było też tak, że mówił: „No, idź już do lekcji”. Potrzebował czasu na pracę. Niemniej w jakimś momencie zrozumiał – i jest to niezwykle piękne – że jego tworzenie było bardzo mocno zakorzenione w rodzinie, w atmosferze panującej w domu, w codziennych radościach, spotkaniach z przyjaciółmi. To dawało mu bardzo dużo energii.
AK: Co cię zaintrygowało w Karolu Śliwce i jego znakach? Co sprawiło, że zdecydowaliście się nakręcić o nim film?
UM: W 2018 roku zobaczyliśmy wystawę poświęconą jego twórczości w Muzeum Miasta Gdyni, z cyklu „Polskie projekty. Polscy projektanci”. Była dla nas odkryciem. Bardzo się z jej bohaterem utożsamiliśmy. Podziałała na nas jego pozorna zwykłość, a jednocześnie jego historie wydawały nam się tak bardzo kowbojskie, szalone jak z westernu. Jego życie było bezustanną sinusoidą, a przy tym bardzo przewrotne. Śliwka był zaprzeczeniem artysty o wielkim ego, sam o sobie mówił „rzemieślnik”, powtarzał, że jego galerią jest ulica, nie muzeum.
AK: Skromny człowiek z jednym okiem (drugie stracił jako dziecko w wybuchu niewypału), który dostał ponad sto nagród w dziedzinie projektowania znaków graficznych, plakatów i opakowań. W 1957 roku zdobył pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie na projekt opakowania papierosów Syrena, w 1969 roku otrzymał złoty medal na II Biennale Plakatu Polskiego. Słynne są jego znaki dla banku PKO, fabryki kosmetyków Uroda, Instytutu Matki i Dziecka, Biblioteki Narodowej czy fabryki obuwia Kobra. W 2015 roku jako jedyny polski grafik został wymieniony w międzynarodowej publikacji Logo Modernism Jensa Müllera i Juliusa Wiedemanna.
UM: I to nas właśnie zafascynowało – jak dużo jego projektów znamy, jak one nas kształtowały, otaczały na ulicach, w instytucjach, książkach, na znaczkach pocztowych… Znamy je od dziecka, a nie wiedzieliśmy, że stworzył je jeden człowiek. Uznaliśmy więc, że świat musi to zobaczyć, bo nawet teraz wiele osób w Polsce nie wie, kim był Karol Śliwka.
*
Najbliższy pokaz filmu Znaki pana Śliwki: Gdyńskie Centrum Filmowe, 16 grudnia 2025 roku, godzina 18.00.