Po bagnistych i przepastnych otchłaniach sztucznej inteligencji (SI), w których ugrzęźliśmy z Dominiką na początku tego roku, postanowiliśmy, że czas na coś całkiem innego – kontakt z kulturą stworzoną w stu procentach przez naturalną inteligencję (NI). Nie mieliśmy ochoty nawet na hybrydy wykorzystujące potencjały obu inteligencji (SINI).
Wybór nigdy nie jest łatwy, a co dopiero wspólny wybór wydarzenia kulturalnego. Zrobiliśmy więc to, co zazwyczaj robi się w takich patowych sytuacjach: rzuciliśmy kośćmi, powróżyliśmy z fusów, postawiliśmy tarota i zajrzeliśmy do kryształowej kuli. Bez rezultatów i definitywnych rozstrzygnięć. Na szczęście „Teatr przy stole”, realizowany w Sopotece, objawił się sam – bez wsparcia sił nadprzyrodzonych, za pośrednictwo mając jedynie media społecznościowe.
Uznaliśmy, że tytułowy „stół” to antyteza działań magicznych i treści generowanych przez SI. Wyszliśmy z założenia, że jeśli jest coś, co znajduje się poza władzą sztucznej inteligencji, to jest to właśnie stół. Stół ma blat i cztery nogi. Chyba że to akurat ten słynny egzemplarz z powyłamywanymi nogami. Stół jest ważnym elementem (czasem nawet bohaterem) wielu utworów literackich, legend, religii i wydarzeń politycznych. Każdy z nas ma w domu taki mebel, a jeśli nie, to posiada przynajmniej jego bliskich krewniaków, takich jak stoliczek kawowy, ława lub biurko. W najgorszym wypadku stołek. Stół odgrywa więc kluczową rolę w naszym życiu. Można do niego zasiąść, zatańczyć na nim lub zwalić się pod niego i zasnąć. Przy szwedzkim stole można jeść bez limitu, przy stole do ping-ponga przyświrować paletką, a przy stole w Sopotece – urządzić teatr.
Taki teatr przy stole to zresztą ani nowość, ani wielkie zaskoczenie. Czytania performatywne są popularną formą pracy z utworami scenicznymi, której największą zaletą jest daleko posunięty minimalizm. Sam „Teatr przy stole” to już spory kawał historii. Cykl realizowany jest nieprzerwanie od ponad ćwierć wieku, najpierw przez Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, które organizowało odczyty w Dworku Sierakowskich, a od maja 2022 roku przez Sopotekę. Dla formalności powiem, że każde czytanie przyciąga tłumy – żartobliwie skwitowała tę nieustannie wysoką frekwencję opiekunka artystyczna projektu, profesor Małgorzata Jarmułowicz, mówiąc w ostatni lutowy poniedziałek, iż jest pod wrażeniem determinacji, z jaką publiczność pokonuje niesprzyjające okoliczności pogodowe i atmosferyczne. Pierwsze tegoroczne odsłony projektu upłynęły bowiem pod znakiem gołoledzi, mrozów i zamieci.
Podobne cykliczne czytania organizują teatry w całej Polsce, a także instytucje z teatrem niezwiązane. Najlepszym przykładem gdański Klub Żak, gdzie od 2010 roku organizowany jest cykl PC Drama (Performatywne Czytanie Dramatów), w ramach którego odbyło się ponad sto czterdzieści czytań scenicznych – co samo w sobie jest niezbitym dowodem na żywotność i atrakcyjność tej formuły. Co istotne, do czytania performatywnego nie trzeba całego teatralnego zaplecza: sceny, dekoracji, kostiumów, świateł, muzyki, dzwonków i kadzideł. Na dobrą sprawę nie trzeba mieć nawet stołu. Wystarczą dwaj ubrani po cywilnemu aktorzy, plik kartek i mikrofony.
Różnica między czytaniem performatywnym a pełnowymiarowym spektaklem to trochę jak różnica między parapetówką a galą z okazji urodzin brytyjskiego monarchy. Na parapetówkę można przyjść w dresach, z tanim winem i nie trzeba klaskać, aż ręce spuchną. A na galę trzeba się wystroić, skorzystać z szatni, przejść procedurę wymiany ukłonów, odsiedzieć swoje na numerowanych miejscach, nie zasnąć, a w przerwach udawać wielkiego znawcę: że punkt wyjścia ciekawy, ale z kolei drugi akt do dupy. Zatem czytanie performatywne to świetna propozycja dla przeciwników sztuki totalnej i nudnych rytuałów. A jeśli ktoś uważa, że aktorzy siedzący z kartką przed oczami (jakby nie mogli po prostu zapamiętać całego tekstu?) to już nie teatr – to nie słyszał, jak Piotr Łukawski z Jarosławem Tyrańskim czytali Agenta Martina Wagnera. Granie głosem, a nie ornamentem, minimalizm gestu, gestykulacja rąk, klepanie się po dłoniach, ruch głowy, sugestywne spojrzenia w oczy, które co jakiś czas odrywają się od kartki. Moim zdaniem to odteatralizowana esencja teatru. (Ale może tylko mnie uwiódł ten cały Wagner, bo napisał sztukę o mnie. O zdesperowanym pisarzu zmiażdżonym przez prawa rynku i siły, których nie jest w stanie pojąć).
Niepostrzeżenie literatura wraca do korzeni – do tradycji oralnej, z której się wywodzi. Instytucje biorą na stół warsztatowy nie tylko dramat, ale także dwa pozostałe rodzaje literackie. W Sopotece na przykład mogliśmy posłuchać ostatnio Króla Szczepana Twardocha w wykonaniu Michała Żurawskiego, a w gdańskim Domu Literatury poezji recytowanej przez slamerów – zresztą oba wydarzenia mają charakter cykliczny. W powrocie do oralności (czy też eksplozji wtórnej oralności) dużą zasługę mają audiobooki i słuchowiska, które pozwalają na kontakt z literaturą podczas odkurzania, mycia naczyń, rozwieszania upranych ciuchów i innych czynności, które bez literatury stają się torturą. Chyba że bierzemy się za odsłuch Narodowego Czytania w wykonaniu prezydentów Rzeczpospolitej – wówczas doświadczamy tortury samej w sobie (nawet bez prasowania).
Skończmy już jednak z tym czytaniem – Agent Wagnera nie jest o czytaniu, ale o nieczytaniu. Tytułowa postać, Alexander, pośrednik między pisarzami a wydawnictwami, chodzące wcielenie sukcesu, decydujące o być albo nie być setek autorów – w ogóle nie czyta książek. Nie czyta nawet dostarczonych maszynopisów. Z automatu odrzuca te, które nie podobają mu się wizualnie, bo są na przykład źle zbindowane albo mają za małe odstępy między wierszami. Owszem, coś musi przecież czytać, więc czytuje „pierwsze szkice, dziesiąte szkice, omówienia, notatki”*. A „skończone dzieła?” – na to nie ma już czasu i ochoty.
Jakże to bliskie jest naszej rzeczywistości, w której liczą się już tylko blurby, krótkie trafne opisy, hasła i slogany reklamowe, liczą się wrzutki od instagramerów i ewentualnie recenzje-zachwałki. Jednym słowem, jak mówi Alexander, „liczy się już tylko dil”. W utworach zaś docenia się to, co rozpoznawalne, a co Piotr Sadzik w artykule Gry pozorów) nazwał automatyzacją, formatowaniem języka. W Agencie wchodzimy właśnie w taki świat, w którym to, co zostanie wydane i przepuszczone przez medialną maszynkę, jest całkowicie niezależne od treści, a przynajmniej od jej wartości. W ten sposób – twierdzi Stephen z dramatu Wagnera – pomija się tysiące arcydzieł. Ale przecież nie chodzi jedynie o arcydzieła, tylko o wszystkie wartościowe książki, które przegrywają z komercyjną papką.
Nie znamy oczywiście tytułów książek zepchniętych w nicość, ale znamy mnóstwo takich przypadków, kiedy kultowe (w przyszłości) książki długo nie mogły znaleźć wydawcy. Sklepy cynamonowe i Pamiętnik z okresu dojrzewania może nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie krewni Schulza i Gombrowicza, którzy wyłożyli pieniądze na publikację ich debiutanckich opowiadań. James Joyce toczył wieloletnie boje o wydanie Dublińczyków, John Kennedy Toole nie dożył publikacji nagrodzonego Pulitzerem Sprzysiężenia głupców, J.K. Rowling odbiła się z pierwszą częścią Harry’ego Pottera od dwunastu oficyn, początkującej Ursuli LeGuin wydawcy kazali porzucić fantastykę i zająć się pisaniem na tematy, o których ma jakieś pojęcie – „Kto może lepiej ode mnie znać krainy zrodzone w mojej wyobraźni?”, odpowiadała (Ursula K. LeGuin, Język nocy. Eseje o pisaniu, science fiction i fantasy, przełożył Tomasz Wilusz, Prószyński i Sk-a, Warszawa 2026, s. 259). O przypadku Wielkiego Gatsby’ego Francisa Scotta Fitzgeralda wspomina Stephen w rozmowie ze swoim agentem:
Ilu było takich, którzy flaki sobie wypruli, aby coś stworzyć, i potem odmowa jednego paskudnego gnoma zniechęciła ich na całe życie? A co powiesz o tamtym wydawcy, który powiedział Fitzgeraldowi, że jego najnowsza książka byłaby niezła bez tego bohatera, którego nazwał Gatsby?
Wszystko to nie ma zresztą, zdaniem Alexandra, większego znaczenia, gdyż nikt już w zasadzie nie czyta książek bezinteresownie: ludzie czytają po to, by samemu coś napisać, żeby coś kupić lub sprzedać, bo wszystkim rządzi rynek. Ale to w gruncie rzeczy drobnostka, ponieważ są w tym biznesie aberracje, które nie śniły się nawet najbardziej cynicznym agentom. Jak choćby moda na kupowanie książek pod kolor ścian czy dywanów, aby dopełniały wizualnie designerskie wnętrze. Autor i treść nie mają w tym wypadku znaczenia, to może być cokolwiek, choć najlepiej, żeby grzbiet zdobił wielki napis Prada, Chanel lub Dior, gdyż właśnie to wygląda ekskluzywnie i zwiększa zasięgi na Instagramie. Seria „Historia kultowego domu mody” – dostępna na Allegro w dobrej cenie i we wszystkich kolorach. Każdy znajdzie jakiś dla siebie. Są to jednak mimo wszystko prawdziwe książki. Najbardziej progresywni influencerzy są ponad takie przyziemne i bezsensowne ekstrawagancje. Sprawiają sobie książki-tekturki, designerskie okładki pozbawione zbędnych kartek ze zbędną treścią. Należy rozlokowywać je w odpowiednio dobranych zestawach, najlepiej trójkami, wszak trzy to idealna liczba, tak aby napisy na grzbietach tworzyły proste, choć sugestywne komunikaty, typu: „Success. Execute. Focus” lub „Paris. London. New York” – takie trylogie można komponować dowolnie, w granicach wyznaczonych jedynie przez wyobraźnię i blichtr.
Czy jest jakaś różnica między książką-tekturką a książką zapisaną słowami, które niewiele lub nic nie znaczą? Obie to atrapy. A wytrawny agent, taki jak Alexander, może przecież sprzedać każdą książkę, bez względu na treść – choć oczywiście najlepiej, jeśli autorem jest ktoś popularny, jakiś człowiek sukcesu, taki jak Jake MacKenzi, który „Wyszedł z samolotu o ósmej rano. Udzielił trzydziestu pięciu wywiadów. Wyjechał o ósmej wieczorem”. Z takim człowiekiem można bez problemu pracować. Z takim facetem, z taką sławą – stwierdza Alexander – można zarobić nawet na publikacji rachunków z pralni. Tutaj Martin Wagner nawiązuje do jednego z najlepszych opowiadań Woody’ego Allena – Rachunków Metterlinga. Przytoczmy pierwsze dwa zdania tego, pasującego tu jak ulał, utworu (Rachunki Metterlinga, przełożył Piotr W. Cholewa, w: Woody Allen, Obrona szaleństwa, przełożyli Bogdan Baran, Piotr W. Cholewa, Jacek Łaszcz, Rebis, Poznań 2008, s. 5):
Wydawnictwo Venal i Synowie opublikowało niedawno pierwszy tom długo oczekiwanych rachunków z pralni Metterlinga („Zebrane rachunki z pralni Hansa Metterlinga”, t. I, s. 437 + XXXII s. wstępu, indeks, cena 18,75 $), z pełnym erudycji komentarzem Gunthera Eisenbuda, znanego badacza życia i twórczości pisarza. Decyzja o wydaniu ich samodzielnie, bez czekania na wielkie, czterotomowe oeuvre, była bardzo rozsądna i została dobrze przyjęta przez czytelników, gdyż to cenne i błyskotliwe dzieło z pewnością położy kres złośliwym plotkom, jakoby firma Venal i Synowie, po osiągnięciu wielkich zysków z powieści, sztuk, notatek, dzienników i listów Metterlinga, szukała źródła dalszych dochodów.
Niestety, liczba takich pisarzy jak Allenowski Metterling czy Wagnerowski MacKenzi jest ograniczona, większość z nich albo nie żyje, albo ma już swoich agentów, więc siłą rzeczy, chcąc nie chcąc, nie można się obejść – ku wielkiemu niezadowoleniu agentów – bez debiutantów. Z tego powodu początkującym pisarzem, twierdzi Alexander, musi być koniecznie: młoda atrakcyjna kobieta, która świetnie wygląda w telewizji (choć raczej powinien powiedzieć – „w soszialach”).
Stephen, będący w oczach Alexandra flejowatym okularnikiem i wcieleniem porażki, nie może liczyć na jego szacunek i wsparcie. Stephen reprezentuje wszystko to, czym jego agent gardzi: pracuje gdzieś na pół etatu, dorabia robiąc korekty, a w międzyczasie zajmuje się pisaniem, właśnie skończył drugą książkę i marzy o skromnym sukcesie literackim, chciałby sprzedać choć tysiąc książek (mam wrażenie, że Stephen skradł mi tożsamość). Drażni i śmieszy Alexandra zwłaszcza ta skromność, te przyziemne marzenia, ta niewiara we własne zdolności. Gdyby chociaż był zadufanym, pewnym siebie bucem – to wtedy Alexander zrobiłby może z niego gwiazdę. A może i tak zrobi, jeśli zechce? Ale raczej nie. Bo w gruncie rzeczy nienawidzi tego okularnika i w ogóle nie rozumie pisarzy. „Czemu po prostu nie przestaniecie?” – pyta Stephena i tu trafia w sedno.
Nikt nie lubi pisać. Maciej Jakubowiak na jednym ze spotkań poświęconych pisaniu powiedział, że jeśli ktoś lubi pisać, to w zasadzie mieści się w definicji grafomana. I rzeczywiście, większość pisarzy zazwyczaj porównuje pisanie do mniej lub bardziej bolesnych męczarni, do których trzeba się siłą zmuszać, zapędzać najróżniejszymi wybiegami. Gombrowicz wstępne fazy pisania nazwał „ohydną mgławicą początku”, przez którą „tylko upór pozwala się przedrzeć” (Witold Gombrowicz, Dziennik 1953–1969, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 350); Schulz po sukcesie Sklepów cynamonowych w 1934 roku informował Zenona Waśniewskiego: „nie piszę nic, nawet przepisanie czegoś już napisanego sprawia mi wstręt nieprzezwyciężony” (Bruno Schulz, Dzieła zebrane, t. 5: Księga listów, zebrał i przygotował do druku Jerzy Ficowski, uzupełnił Stanisław Danecki, Gdańsk 2016, s. 67), Lem relacjonował Mrożkowi: „Najtrudniej, o sobie mówię, przekonać siebie, że pisać w ogóle warto dalej”, a Mrożek z kolei zwierza się Lemowi w taki sposób (Listy 1956–1978, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 279 i 354):
W każdym razie kiedy usiłuję sobie dodać ducha, zagrzać się, do czynu pisarskiego znowu się zmusić (to zmęczenie starego konia, któremu raz jeszcze każą wziąć przeszkodę, stęka, zbiera się w sobie i bierze ją, względnie przełazi z trudem, jakże przykry stanowiąc widok) – kiedy z rozmaitych stron usiłuję pięknie i głęboko to zrobić, to jestem tylko tym tak bardzo zmęczony, tak obrzydzony, że skutek właściwie jest całkiem odwrotny i już zupełnie nie rozumiem, dlaczego bym miał to robić, i nie tylko do czynu nie jestem zagrzany, ale obrzydzenie wielkie we mnie powstaje i nic już nie rozumiem, i nic już nie chcę.
Ale może to wyłącznie domena mężczyzn? Takie wydumane cierpiętnictwo na ołtarzu sztuki. Patrzcie wszyscy, jak się dla was męczę, jak cierpię, poświęcam i stękam, pisząc te epokowe arcydzieła. Virginia Woolf zapisała w dzienniku: „Pisanie jest dla mnie obecnie rozkoszą tylko dlatego, że uwielbiam pisać i, zupełnie szczerze, nie dbam o to, co powiedzą inni” (Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, przełożyła Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 23). A jednak i ona miewa chwile zwątpienia: „Dzisiaj rano trzymałam pióro w ręku niemal przez dwie godziny i na dobrą sprawę nie postawiłam znaku na papierze. A te, które postawiłam, to tylko znaki, bez chęci do życia, bez temperatury, jaką uzyskują, kiedy dni są dobre” (tamże, s. 145). Nałkowska podczas półroczonego pobytu we Francji zanotowała: „Gdy myślę o pisaniu (Granica przerwana na części pierwszej chorobą, dotąd nie ruszona), skurcz strachu przechodzi przez serce” (Zofia Nałkowska, Dzienniki IV 1930–1939. Część 1 (1930–1934), opracowanie, wstęp i komentarz Hanna Kirchner, Czytelnik, Warszawa 1988, s. 369). Ursula Le Guin współczuła zaś młodym adeptom pisarstwa: „Zawsze to przykro patrzeć, jak sympatyczna młoda osoba pędzi na skraj urwiska i skacze” (Język nocy…, s. 263).
Alexander z dramatu Agent zna te wszystkie utyskiwania. Słyszy je na co dzień w swojej pracy – z którą nieodmiennie wiąże się niezmiernie przykry obowiązek rozmawiania z pisarzami – i zaczyna go to już wszystko nużyć, a wręcz… Skoro tak marudzicie, skoro to takie straszne zajęcie, to czemu, do cholery, nie przestaniecie wreszcie pisać? – zdaje się pytać całą swoją osobą. Odpowiedzi w zasadzie nie ma. Stephen też nie umie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie pisze. Odpowiada w stylu Lecha Wałęsy, że nie chce, tylko po prostu musi pisać – że też chciałby mieć normalne zajęcie, zwykłą pracę z pensją co miesiąc, którą nie musi się zajmować każdego wieczora i w weekendy. Że próbował wiele razy takiego życia, a potem… „nagle wpadasz na pomysł i zanim się zorientujesz, już siedzisz i robisz notatki do powieści”. I oczywiście żyjesz nadzieję, że teraz będzie inaczej, że będzie dobrze, że pójdzie jak z płatka, ale… „To, co wydawało ci się kilkumiesięczną dłubaninką – przemienia się w kilkuletnią torturę. I cały koszmar polega na tym, że aż do samego końca nie masz najmniejszego pojęcia, czy to wszystko ułoży się w jakąś całość, czy też nie”. Brzmi niepokojąco znajomo.
Margaret Atwood napisała świetną książkę o pisaniu. I okazuje się, że napisanie takiej książki o pisaniu było podwójną torturą. „Pisanie samo w sobie jest straszne, w sensie poczucia daremności, a cóż dopiero pisanie o pisaniu” – czytamy we wstępie (O pisaniu, przełożyła Agnieszka Pokojska, Karakter, Kraków 2021, s. 15). Następnie autorka podaje kilkadziesiąt (jeśli nie więcej) powodów, dla których pisarze piszą. Wielka lista została stworzona na podstawie prawdziwych wypowiedzi i rozmów z pisarzami. Są wśród nich argumenty nieznośnie patetyczne („By z chaosu wytworzyć ład” albo „By złożyć hołd życiu w całej jego złożoności”), zabawno-życiowe („Żeby gnojom pokazać”, „Zarobić pieniądze, by móc szydzić z tych, którzy wcześniej szydzili ze mnie”, „Bo mierziła mnie myśl, że mam chodzić do roboty” itp.). Najbardziej przekonujące są jednak wypowiedzi uchwytujące myśl, którą Martin Wagner włożył w usta Stephena – w wersji przytoczonej przez Atwood brzmi ona po prostu tak: „Bo coś mnie opętało” (tamże, s. 20–21).
Agent to zatem nie tylko opowieść o cynicznym pośredniku literackim, ale także o wspólnocie ludzi opętanych pisaniem. I w pewnym sensie wszyscy do tej wspólnoty w jakimś stopniu należymy. Także wszyscy zgromadzeni wokół „Teatru przy stole”. Aktorzy, publiczność i organizatorzy. „Bo czyż pod stołem, który nas dzieli – jak pisał Bruno Schulz w opowiadaniu Księga – nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?”
PS Jedna rzecz w kwestii rachunków z pralni. W trakcie pisania tego tekstu zapytałem Stanisława Rośka, mojego schulzologicznego i wydawniczego mentora, czy jeśli znaleźlibyśmy rachunki z pralni Brunona Schulza, z wykazem jego bielizny, to czy byśmy je opublikowali. Bez wahania odpowiedział: „natychmiast”.
Tylko że Schulz nie jest komercyjny jak Metterling czy MacKenzi, a my nie zarobilibyśmy na tym ani złotówki (zapewne nikt nie dofinansowałby publikacji o gaciach Schulza i trzeba byłoby jeszcze dołożyć do druku). Zrobilibyśmy to więc z takich samych powodów, dla których się pisze. Też chcielibyśmy może wydawać Metterlinga czy MacKenziego, ale niestety – „coś nas opętało”.
*Wszystkie cytaty przywołuję za edycją: Martin Wagner, Agent, przeł. Julitta Grodek – tekst otrzymałem i cytuję dzięki uprzejmości Agencji Dramatu i Teatru ADiT.