Literatura ważniejsza niż życie. O pojedynkach Pawła Huellego

Ilustracja: Dominika Wróblewska

Rozpoczynamy publikację nowego cyklu, którego autorami są Dominika Wróblewska i Tymoteusz Skiba. Zatytułowaliśmy go – najpierw roboczo, nieco żartobliwie, w końcu zaś całkiem na poważnie – „Relacja/dywagacja”. Dlaczego tak? Zapraszamy do czytania i oglądania – wszystko stanie się jasne.

 

W pewnym Spacerowniku (o którym za chwilę) o autorze Opowiadań na czas przeprowadzki możemy przeczytać:

Był pisarzem, który w swojej twórczości lubił zasiadać do szachownicy z innymi twórcami. Pojedynkował się z Günterem Grassem w „Weiserze Dawidku”, z Bohumilem Hrabalem w „Mercedesie-Benzie”, z Tomaszem Mannem w „Castorpie”. Przeciwników wybierał z najwyższej ligi i zawsze grał czarnymi figurami. Zawsze też dotrzymywał swym partnerom kroku.

Czy Paweł Huelle dotrzyma kroku swym wielkim sparing partnerom także teraz, kiedy pojedynkować mogą się już tylko ich słowa zapisane na kartach powieści?

Pisarz, dopóki stąpa po świecie, może walczyć o swą twórczość, bronić jej, zdobywać sojuszników, wyzywać na pojedynki, a zarazem pobudzać reakcję publiczności i krytyki literackiej, chociażby przez wydawanie nowych dzieł, udzielanie wywiadów, uczestniczenie w życiu literackim i prowadzenie bogatego (choć w istocie najczęściej płytkiego) życia w wirtualnej rzeczywistości mediów społecznościowych. Wachlarz możliwych działań bitewnych służących do torowania własnej twórczości drogi na parnas znacznie się rozszerzył od czasów Gombrowiczowskiej „walki o sławę”.

Prawdziwa weryfikacja czyjejś sławy i twórczości – czy też może raczej sąd nad nimi – rozpoczyna się wraz z odejściem autora, w chwili, kiedy dzieło zostaje pozbawione swego twórcy. Osierocone, trafia na historycznoliteracką wokandę. Proces, którego zasady bywają niejasne, mętne i niesprawiedliwe, trwa latami i w zasadzie nigdy się nie kończy. O sukcesie pozwanego możemy mówić, jeśli przebieg rozpraw jest burzliwy (niczym kolejna batalia), a świadków, biegłych i materiału dowodowego nie brakuje. Milczenie jest bowiem najgorszym historycznoliterackim wyrokiem.

Jak będzie z twórczością pisarza, którego pożegnaliśmy w listopadzie 2023 roku? Czy zniknie z horyzontu zainteresowań czytelników i przetrwa jedynie jako jedna z niezliczonych kart w opasłych dziejach literatury, czy może oprze się czasowi, a nazwisko jej autora zabłyśnie obok mistrzów, z którymi się pojedynkował? A może Paweł Huelle pozostanie jednym z najważniejszych, ale gdańskich – to znaczy lokalnych – pisarzy?

Z pewnością sam Huelle nie zadowoliłby się tą ostatnią wersją wydarzeń. Sprzeciwiał się upychaniu go w formułę wybitnego, lecz lokalnego pisarza. „Ja się zawsze irytuję, kiedy ktoś z krytyków, nawet w szlachetnej intencji, pisze o mnie pisarz gdański. Wtedy zawsze odpowiadam, że przecież nie ma języka gdańskiego” – mówił w wywiadzie Cała naprzód, cała wstecz, hamowanie. I podkreślał: „w związku z czym nie przyjmuję do wiadomości, że jestem pisarzem gdańskim. Nie przeczę natomiast, że wiele moich opowiadań czy powieści dzieje się tutaj, ale to kwestia dekoracji teatralnych”.

Pisarz tej klasy co Huelle domagał się od krytyków literackich przenikliwości, dzięki której mogliby dostrzec w jego twórczości coś więcej niż tylko gdańską scenografię, przenikając w głąb uniwersalnego sedna, do wartości i sensów ponadlokalnych – dla których miejscowa topografia jest jedynie pretekstem. Fakt, że niemal wszystkie książki Huellego zostały przetłumaczone na angielski i niemiecki (a tłumaczony był także na wiele innych języków, między innymi litewski, holenderski, szwedzki, czeski, hiszpański i włoski), stanowi najlepszy dowód na to, iż nie jest to pisarz miejscowy, którego twórczość zrozumieć mogą jedynie mieszkańcy Strzyży i Wrzeszcza Górnego.

Te „dekoracje teatralne” są jednak istotną częścią twórczości Huellego, która od samego początku, od książkowego debiutu: genialnego Weisera Dawidka, wzbudza zainteresowanie, podziw i kontrowersje. Dla wielu ta historia o sierpniowym popołudniu nad Strzyżą stała się jedną z najważniejszych książek końca XX wieku i do dziś jest to powieść, która potrafi rozpalić umysły czytelników – którzy sięgają po nią już od niemal czterdziestu lat. Ale dlaczego Weiser wywołał taki efekt? Dlaczego stał się książką kultową, legendarną, jedną z trzech, którą Paweł Adamowicz miał ponoć zawsze na swoim biurku (obok Hanemanna i Blaszanego bębenka)?

Odpowiedź najprostsza jest oczywiście taka, że to po prostu genialna książka. I to prawda. Ale sama genialność nie wystarcza (niestety). To jedynie warunek (czy konieczny?), który książka powinna spełnić, aby znaleźć się w literackim kanonie. Rękawicę rzuconą przez Huellego musiała podjąć krytyka literacka. I tak właśnie się stało – a było to w czasach, gdy głos krytyków, niezagłuszany przez influencerów i polecaczy, znaczył jeszcze bardzo wiele. Jak głosi wieść gminna, tym przełomowym momentem dla Huellego i jego debiutanckiej książki był esej Jana Błońskiego pod tytułem Duch powieści i wąs Stalina („Tygodnik Powszechny” 1987, nr 44), w którym krytyk uznał Weisera Dawidkaza najwybitniejszą książkę lat osiemdziesiątych. Recenzja Błońskiego zadziałała jak tsunami – wynosząc Huellego na szczyt, a jednocześnie paraliżując debiutanta, który nie spodziewał się takiego sukcesu. Być może z tego powodu następną powieść Huelle wydał dopiero czternaście lat po Weiserze.

W tym czasie powstawały jednak opowiadania. Może więc nie był to wcale żaden paraliż twórczy, tylko naturalna pisarska sinusoida, zwyczajna chęć odejścia od reżimu długich narracji. Olga Tokarczuk po Księgach Jakubowych, których pisanie przypominało jej momentami pracę w manufakturze, wyczerpującą harówę poddaną nieustannym reżimom wątków i chronologii (Rozmowa. Opowiadania bizarne), musiała (chciała) napisać coś zupełnie innego – właśnie opowiadania. Być może podobne odczucia towarzyszyły także Huellemu, który miał powiedzieć w jednym z wywiadów, że uwielbia pisać opowiadania – ale nie cierpi pisania powieści (Opowiadania, które dobrze brzmią w radiu). Tworzył zresztą w naprzemiennym rytmie, o czym wspomniał w wywiadzie z Dorotą Karaś: „Pracuję w takim cyklu, że wydaję powieści na zmianę z opowiadaniami” (Polityka historyczna to narodowy kicz, „Gazeta Wyborcza”, 27 września 2020, przedruk 27 listopada 2023).

Złośliwi powiedzą, że to tylko opowiadania – moment na złapanie oddechu w tym pisarskim świecie, w którym rządzą długie narracje. Że opowiadanka to gatunek pośledni, literackie odpryski niewarte uwagi, porzucone zalążki powieści, wykluwające się na marginesach prawdziwej twórczości. A jednak nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, aby nie traktować opowiadań jako równoprawnych form literackiego wyrazu – nawet jeśli nie mają one wzięcia na rynku, a ich pisanie i wydawanie z ekonomicznego punktu widzenia jest zazwyczaj kiepskim pomysłem. Cortázar, który w Pisząc opowiadanie wymyślał sobie z tego powodu od idiotów, też nie wyrzucił swojej starej Olimpii na złom ani nie zrezygnował z krótkich form. Opowiadanie (to perfekcyjnie napisane) porównywał do kuli („najdoskonalszej figury geometrycznej”) oraz do fotografii – a więc układów, które dążą do zamknięcia, scalenia, zwarcia (w przeciwieństwie do otwartej, przypominającej wielościan struktury powieści), a jednocześnie zachowują pewien rodzaj aury czy też drgania wzbudzającego niepokój i odsyłającego nas na zewnątrz, do tego, co poza kadrem zdjęcia i puentą opowiadania (Sztuka opowiadania, „Dwutygodnik” 2016, nr 187, przedruk z: O literaturze. Wykłady w Berkeley, 1980, przeł. Iwona Krupecka, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2016).

„Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że to pisanie długich narracji jest trudniejsze – mówi z kolei Olga Tokarczuk – ale pisanie powieści wprowadza trochę w trans i potem dużo samo się jakoś ciągnie i dzieje. Jedne wątki pociągają za sobą inne i właściwie przypomina to pływanie w czymś dużym. Natomiast opowiadanie jest takim ostrym treningiem, przede wszystkim. Kiedy piszę opowiadanie mam świadomość, że każde zdanie, każdy wyraz nawet jest ważny” (Rozmowa. Opowiadania bizarne). Huelle także bardzo wysoko cenił krótkie formy literackiego wyrazu. Znajdował dużo satysfakcji w czytaniu opowiadań, jednak samo ich pisanie, podobnie jak Tokarczuk, uważał za niezwykle wymagające: „Jako czytelnik uwielbiam opowiadania […]. Ale w pisaniu jest bardzo trudno. Bo im krócej, tym trudniej, to trzeba od razu powiedzieć” (Audycje kulturalne).

O sile krótkich form przekonani byli zapewne także inicjatorzy i pomysłodawcy zebrania wszystkich opowiadań Pawła Huellego w jednym tomie. Na czwartej stronie okładki tego zbioru czytamy, że talent Huellego „właśnie w opowiadaniach lśni najjaśniej”. Oczywiście to chwyt marketingowy – ale to nie znaczy, że teza jest fałszywa. Szczęśliwe dni to prawdziwa księga: ponad tysiąc stron, czterdzieści siedem opowiadań, w tym cztery klasyczne zbiory: Opowiadania na czas przeprowadzki (1991), Pierwsza miłość i inne opowiadania (1996), Opowieści chłodnego morza(2008) oraz Talita (2020). Rozmiary tego wielkiego, nieporęcznego tomiszcza są nieco zaskakujące – zwłaszcza w porównaniu do pierwszych niewielkich książeczek z opowiadaniami Huellego, które tak wygodnie trzymało się w ręku, które można było z powodzeniem czytać w czasie przeprowadzki, w tramwaju czy na dworcu, w oczekiwaniu na pociąg, którym być może podróżował niegdyś Hans Castorp, jadący do sopockiego Warmbadu, aby zażyć tam słynnych kąpieli w gorącej morskiej wodzie z dodatkiem elektrycznego prądu.

Ale Szczęśliwe dni to nie jest kieszonkowe wydanie dla podróżnych i zabieganych. To nie kolejny bestseller do pociągu czy na ferie zimowe, który schowamy w narciarskiej kurtce i przeczytamy w trakcie wjazdów wyciągiem na Śnieżkę czy przerw na grzane wino. Nie jest to ten rodzaj (rozmiar) książki, którą Huelle brał ze sobą, gdy wyruszał pociągiem z Gdańska do Warszawy (Audycje kulturalne). Nie jest to podróżna „książka – tartinka, do połknięcia od razu, bez gryzienia”, jak pisała Tokarczuk (Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 18). Po co nam takie wydania, które nie mieszczą się ani w kieszeni, ani w zębach? Czy taka przerośnięta, monstrualna publikacja w ogóle jest nam potrzebna?

Odpowiedź brzmi: tak. Potrzebna jest zarówno nam, jak i Pawłowi Huellemu.

2 grudnia w Domu Literatury przy ulicy Długiej 35 w Gdańsku odbyła się premiera Szczęśliwych dni Pawła Huellego, wydanych przez krakowski Znak. Premiera zbioru opowiadań, które – nie ma co ukrywać – nie są premierowe, a nawet mają już swoje lata: najmłodsze sześć, a najstarsze ponad czterdzieści. Opowiadania były więc już wszystkim dobrze znane. Mimo to sala pękała w szwach. Nie widać tego na ilustracji Dominiki Wróblewskiej, ale organizatorzy musieli dostawiać krzesła, które natychmiast były zajmowane przez napływający tłum gości. Ja sam wstałem na chwilę, aby zrobić zdjęcie rozmówcom z lepszej perspektywy, a gdy wróciłem, moje miejsce, mimo kurtki pozostawionej na krześle, okazało się już zajęte. I dobrze się stało, bo moje plecy nie lubią, gdy zbyt długo siedzę.

Pod względem frekwencji spotkanie wokół Szczęśliwych dni okazało się sukcesem. Oczywiście publiczność przyciągnęła nie sama książka – ale legendarna postać autora oraz nie mniej interesujący goście: jego znajomi i przyjaciele. Dużo było wspomnień i anegdot. Prowadząca rozmowę Dorota Karaś powiedziała, że Huelle nie przechodził obojętnie obok najważniejszych problemów współczesności – przeciwnie, zasadą jego życia było „wtrącanie się”. Piotr Millati wspomniał o charyzmatycznej osobowości pisarza, która często dominowała nad innymi – na przykład podczas rozmów. I wydało mi się wtedy, że Huelle nadal się wtrąca i dominuje, sprowadzając dyskusję na tory, które najbardziej mu odpowiadają. Niewiele było bowiem o wydanym właśnie zbiorze opowiadań, niewiele też o twórczości – poza krótkim wykładem o twórczości Huellego, który na wstępie wygłosił profesor Przemysław Czapliński – ona przemawiała zaś sama przez siebie, gdy Michał Jaros odczytywał fragmenty Szczęśliwych dni. Sporo pojawiło się za to anegdot i opowieści dotyczących autora. O dzwonieniu w środku nocy, o mówieniu tekstem, o niezachwianej wierze w moc słowa i literatury, o tej prawdziwej charyzmie, która sprawiała, że każdy chciał mieć tę przyjemność, aby coś dla Huellego zrobić, a także o tym, że literatura była dla niego ważniejsza niż realne życie. Reprezentatywna próbka tych wątków wybrzmiewa na rysunku Dominiki Wróblewskiej.

Stojąc za ostatnim rzędem krzeseł, przysłuchiwałem się z ciekawością dyskusji, która mimo wszystko krążyła wokół Szczęśliwych dni. Co jeszcze można powiedzieć o tym tomie? Otóż są to naprawdę wszystkie opowiadania, to znaczy także te, które nie znalazły się w wydaniach książkowych, ale były publikowane na przykład w czasopismach, do których trudno dziś dotrzeć. To niewątpliwie wielki atut tej książki. Takich tekstów, czyli „opowiadań rozproszonych”, jest w zbiorze jedenaście. Pochodzenie wszystkich utworów, przyjęte podstawy oraz zasady wydania zostały dokładnie opisane w bezcennym dodatku krytycznym (nota edytorsko-bibliograficzna) znajdującym się na końcu książki.

W zbiorze nie znalazły się natomiast fragmenty powieści Piękna Gretchen, które przez lata Huelle publikował w różnych czasopismach. Ostatecznie powieść została napisana od nowa, pod innym tytułem, a fragmenty pozostały jedynie fragmentami. Czy to błąd, że nie weszły to tego zbioru? Moim zdanie nie. Zwłaszcza jeśli potraktujemySzczęśliwe dni jako symboliczny początek, kamień węgielny wielkiego przedsięwzięcia, jakim byłaby edycja krytyczna dzieł zebranych Pawła Huellego (czego wszystkim czytelnikom życzę) – w porządku edycji krytycznych na takie teksty, z którymi nie za bardzo wiadomo, co zrobić, istnieje odpowiednia formuła. To tzw. varia, czyli zbiór różnorodnych tekstów niemieszczących się w szerszych kategoriach literackich, krytycznoliterackich czy gatunkowych, takich jak chociażby opowiadania, powieści czy eseje.

Ale – można by spytać – co z tego pierwszego wbicia łopaty wynika, co nam po jednej cegle (tysiąc stron) na tak olbrzymim placu budowy? Po pierwsze, cały fundament został już wytyczony, a szalunki zalane betonem przez krytykę literacką pod kierownictwem Jana Błońskiego i jego słynnego eseju Duch powieści i wąs Stalina. Po drugie cegieł budujących pomnik (czy też bibliotekę) Huellego jest coraz więcej.

Taką cegiełką jest z pewnością wspomniany na samym początku tego tekstu enigmatyczny, niedawno opublikowany Spacerownik, którego pełny tytuł brzmi: Wędrówki z Weiserem. Spacerownik po twórczości Pawła Huellego – wydany nakładem Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. To w nim znajduje się cytowany na wstępie artykuł Piotra Sitkiewicza o pojedynkach Huellego, zatytułowany Pisarz oskarża (i siedzi na ławie oskarżonych). Jeśli uznamy, że Szczęśliwe dni powstały z potrzeby rozumu – to znaczy z intelektualnej potrzeby zebrania wszystkich opowiadań Huellego w jednym miejscu, tak aby stworzyć solidne podstawy przyszłych prac badawczych i interpretacyjnych – to Wędrówki z Weiserem powstały z potrzeby serca.

To, co pierwsze rzuca się w oczy, to fakt, że jest to bardzo ładna książka (projekt Anity Wasik). A w zasadzie dwie książki (cegiełki), gdyż publikacja składa się z dwóch woluminów, noszących wymowne tytuły: Motywy i Miejsca. Każdy z tomów ma inny format, przez co może nie za dobrze wyglądają razem na półce, ale na biurku lub w ręku stają się wspaniałym schodkowym, piramidalnym obiektem. Pod tym interesującym opakowaniem kryje się równie intrygujące wnętrze.

Pierwszy tom to spacerownik nie tylko po twórczości, ale także po życiu Pawła Huellego. Strategia analityczno-interpretacyjna oddaje tutaj pola narracji wspomnieniowej i intymnej. Autorzy, rozprawiając o twórczości Huellego, jednocześnie cytują jego prywatne listy, wspominają wspólne rozmowy, spotkania, przywołują rozliczne wydarzenia i anegdoty biograficzne. „Głęboko poruszeni jego przedwczesnym odejściem, czuliśmy, że musimy w jakiś sposób zareagować na tę stratę, z którą tak trudno się pogodzić” – pisze we wstępie Piotr Millati, pomysłodawca i redaktor publikacji. Zatem w istocie potrzeba serca. Ale jednocześnie, i trzeba to podkreślić, nie jest to wyperfumowana laurka. Nie brakuje tu więc zarówno szorstkich słów, jak i intelektualnych rozrachunków (kolejnych pojedynków).

Drugi tom – mniejszy zarówno pod względem formatu, jak i objętości – jest spacerownikiem sensu stricto, gdyż zabiera nas w podróż (czasem jazdę bez trzymanki) szlakami Weisera i innych bohaterów Huellego. Poza standardowymi szlakami pieszymi wokół oliwskich lasów, barów piwnych na Strzyży i dworów przy ulicy Polanki dostajemy tu do dyspozycji osadzone w twórczości Huellego trasy rowerowe, samochodowe, a nawet kajakowe. Jest to pasjonująca lektura, odsłaniająca przed czytelnikiem topografię wyobraźni Huellego, a zarazem także coś w rodzaju alternatywnego przewodnika turystycznego, który prowadzi po zupełnie innym, właśnie nieturystycznym i znacznie ciekawszym Gdańsku.

Dwie przywołane publikacje, wydane pod koniec zeszłego roku, to znak, że sprawa Huellego nie jest stracona, że jego twórczość wciąż ma jakąś rolę do odegrania na tym świecie, że coś wokół niej buzuje i kipi, coś, co pobudza intelekt i emocje czytelników, a pojedynek rozpoczęty za życia trwa także teraz. Jest to również dowód na to, że proces (historycznoliteracki) nie utknął w martwym punkcie, że są świadkowie i dowody przemawiające za tym, iż dzieło Huellego powinno wpisać się do historii literatury nie tylko jako jedna z miliona mniej lub bardziej dziurawych i zakurzonych fiszek – lecz istotny jej rozdział. A na pytanie postawione na początku odpowiemy twierdząco.

Tymoteusz Skiba

Tymoteusz Skiba

Niezależny schulzolog, niespełniony koszykarz i niedoszły zawodnik StarCrafta. Fałszywy wieszcz muzycznego kolektywu sepr.online, który opublikował swoje epigońskie dokonania na falach Radia Kapitał. Doktor nauk humanistycznych zakochany w science fiction, dwudziestoleciu międzywojennym i podwójnej hawajskiej. Najsłynniejszy bard Jasienia, Kokoszek i Szadółek, znienawidzony na Stogach i Biskupiej Górce. Od stuleci więziony na Uniwersytecie Gdańskim. Publikował opowiadania w „Schulz/Forum”, „Blizie”, „Czasie Kultury”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Mieście Literatury” i „Bravo Girl”. W 2020 roku wyróżniony w II Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką Nowy Dokument Tekstowy w kategorii epika, za opowiadania Kto napisał Brunona Schulza? oraz Rozmowy ze spamem. Autor najgorzej sprzedających się opowiadań w historii Szadółek pt. Worstseller (Słowa na Wybiegu, Gdańsk 2022) oraz Chwasty. Opowiadania ruderalne (Eperons-Ostrogi, Kraków 2025). Współautor książki Schulz dzień po dniu. Rekonstrukcja biografii 1933–1934. Laureat Nagrody Literackiej Złota Magdalenka za rok 2025.

Dominika Wróblewska

Dominika Wróblewska

Artystka i ilustratorka urodzona w Gdańsku. Ukończyła studia licencjackie i magisterskie z ilustracji na Manchester Metropolitan University, gdzie przez ostatnie siedem lat pracowała jako nauczyciel. Obecnie znów mieszka w Gdańsku.

Jej prace koncentrują się głównie na obserwacjach (zewnętrznych lub wewnętrznych), które przekazuje dalej w świat za pomocą rysunku i tekstu. Szczególnie aktywnie zajmuje się ilustracją reportażową, a jej specjalnością jest szybkie rysowanie i uchwytywanie ludzi w akcji. Uwielbia rysować w trudnych warunkach klimatycznych i sytuacyjnych, traktując rysunek jako sport.

Jaskiniowiec. Od wielu lat czołga się po jaskiniach i – zawieszona na linie bądź leżąca w ciasnym korytarzu wypełnionym błotem – rysuje innych grotołazów przemieszczających się przez podziemne światy. Autorka książki artystycznej (the) Cave Starter Pack. Obecnie pracuje nad następnym projektem związanym z jaskiniami.

W trakcie pierwszego lockdownu COVID-19 spędziła 60 dni, obserwując to, co widać z oknem, rysując to i pisząc o tym. Z zebranego materiału powstała opublikowana niezależnie książka (the) Corona Journal. W dużej mierze projekt był zainspirowany książką mistrza obserwacji Georges’a Pereca pod tytułem Tentative d’épuisement d’un lieu parisien („Próba wyczerpania pewnego paryskiego miejsca”).

Wywiad z nią ukazał się w książce Reportage Drawing: Vision and Experience Louisa Nettera. Wszystkie opisane projekty można zobaczyć na jej stronie: domeeart.com.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Tropami Pawła i Dawidka Tropami Pawła i Dawidka Tropami Pawła i Dawidka
Aleksandra Kozłowska

Tropami Pawła i Dawidka

Pisarz, który wymyślił nasze miasto Pisarz, który wymyślił nasze miasto Pisarz, który wymyślił nasze miasto
Piotr Millati

Pisarz, który wymyślił nasze miasto

Trwanie tajemnicy Trwanie tajemnicy Trwanie tajemnicy
Zbigniew Mentzel

Trwanie tajemnicy

Zrodzone w „czarnej dziurze” Zrodzone w „czarnej dziurze” Zrodzone w „czarnej dziurze”
Zbigniew Mentzel

Zrodzone w „czarnej dziurze”

Eksplozja talentu Eksplozja talentu Eksplozja talentu
Zbigniew Mentzel

Eksplozja talentu

Jasnowidzący Jasnowidzący Jasnowidzący
Zbigniew Mentzel

Jasnowidzący