Po ostatnim reportażu słowno-graficznym z gali Europejskiego Poety Wolności pojawiło się sporo pytań o to, czy odważymy się wskoczyć jeszcze raz do tej wartkiej, a zarazem mętnej rzeki i zdecydujemy się napisać kolejny tekst o poezji. Odpowiedź brzmi: tak, i to właśnie w tym momencie. Ale tylko częściowo. I już chyba po raz ostatni (w najbliższym czasie).
W odręcznie pisanych, perfumowanych listach pytacie nas także o genezę naszych tekstów i rysunków, chcecie wiedzieć, skąd czerpiemy pomysły, dlaczego akurat takie aspekty rzeczywistości nas zajmują. Krótko mówiąc: pytacie, kto tu pociąga za sznurki, kto nas opłaca i kto nami steruje.
Jeszcze dociekliwsi czytelnicy zadają krępujące pytania o konstrukcję całości, o mechanizm poruszający wątkami, a także o sens i przesłanie, które się z tego wszystkiego wyłaniają. Pani Agnieszka z Gdyni pyta również, dlaczego cały czas cytuję Gombrowicza: „Nie zna Pan innych autorów?” (specjalnie dla pani Agnieszki w tym tekście jeden cytat nie z Gombrowicza). Niektórzy zwracają uwagę na pewien przewidywalny schemat naszych relacji: wyjście od pozornej krytyki i przeświadczenia o całkowitym bezsensie literatury, które stopniowo potęgujemy tylko po to, aby w niedającym się wytrzymać napięciu kulminacyjnego punktu, gdy już wszystko wydaje się kompletnym dnem, obrócić się na pięcie, przełamać, zrzucić maski i wybuchnąć bezgranicznym uwielbieniem.
Szczególnie frapujące okazuje się to uwielbienie. Pan Maligna z Sopotu zastanawia się, czy nie chwalimy wszystkich jak leci – po to, żeby i nas chwalili. Żeby się nie narazić, żeby nas nie rozjechali walcem, nie wrzucili do wora darmozjadów i roszczeniowych hobbystów, którzy pisząc kilka marnych tekstów, chcą wyciągnąć od uczciwych ludzi na etatach kasę na ubezpieczenie socjalne. Wkurza po prostu wszystkich ten optymizm, te radosne puenty, to chwalenie bezsensowne – kto chce czytać w kółko o sukcesach i o tym, jakie wszystko jest wspaniałe?
Podczas pracy w gdańskiej kulturze poznałem kilka takich osobistości, które zyskały status niekwestionowanych autorytetów dzięki krytykowaniu wszystkich projektów i wydarzeń organizowanych we wszystkich bez wyjątku instytucjach. Nic im się nie podobało. Ich trik polegał jednak na tym, że czekali na wystawę tak marną, tak słabą, że trzeba ją było ukrywać przed widzami – i właśnie wtedy mówili: „O! To jest to! Tak trzeba myśleć o sztuce!”.
Krytykowanie jest, wbrew pozorom, strategią łatwiejszą. Podoba ci się? To znaczy, że łatwo cię kupić tanimi i płytkim chwytami i się po prostu nie znasz. Kręcisz nosem na wszystko dookoła? Jesteś wybitnym znawcą i ekspertem. Zawsze męczyła mnie ta gra, ta nieznośna i przewidywalna zabawa w zakon wtajemniczonych smakoszy sztuki, prowadzona z jakimś takim teatralnym czy też wyćwiczonym polotem i wykwintnością, „z zakrętasami, z pianką i wygibasem”, jakby powiedział mój etatowy dostawca cytatów – Witold Gombrowicz (Dziennik 1953–1969, Kraków 2013, s. 259). Po prostu strach było przyznać, że coś mi się podoba. Niestety, nie zawsze można bezpiecznie milczeć.
Czemu więc w tym reportażowo-eseistycznym cyklu do tej pory głównie chwalimy? Po pierwsze, wybór – mamy całkowicie wolną rękę, więc wybieramy to, co nas interesuje i co nam się podoba, jak chociażby dramat o pisarzu zgniecionym przez prawa rynku, próba odtworzenia stylu pracy dawnej redakcji („minus mobbing i molestowanie”), poetycki slam połączony z koncertem na instrumenty dęte w opuszczonym żelbetowym zbiorniku wodnym (patrz ten tekst) czy transplantologia w ujęciu Lema (to będziemy akurat chwalić za miesiąc).
Po drugie – ale znacznie ważniejsze – chwalimy i doceniamy wszelkie przejawy twórczych aktywności, które czynią ten świat bardziej znośnym. Doceniamy tym bardziej, że dla samych twórców ta działalność często okazuje się jakimś bezsensownym wtaczaniem wielkiego głazu na szczyt nieskończenie wysokiej góry. Nielicznym, co prawda, udaje się ten kawał skały wepchnąć na szczyt – czy wręcz wjechać tam z nim windą – ale większość pcha go niestrudzenie przez całe życie, wykańczając sobie plecy, kolana i kończyny górne tylko po to, aby na koniec zginąć pod jego staczającym się w dół ciężarem. Sam ledwo trzymam ten głaz przed sobą, więc wiem, o czym mówię. Jeśli nie przeczytacie mojego kolejnego tekstu w ML, to znaczy, że kamienisko przejechało się po mnie i rozwalcowało przy okazji.
Rodzi się więc wcale niegłupie pytanie: po jaką cholerę w ogóle to robimy? Po co się szarpać, skoro tyle się piętrzy przed nami trudności? Czy nie powinniśmy zaorać tej całej artystycznej działalności i wziąć się do czegoś pożytecznego, do czegoś, co przynosi wymierne korzyści i zyski? Może porzućmy to kulturalne „soft power”, o którym pisze Jakub Żulczyk, i weźmy się za coś „normalnego”. A tworzenie pozostawmy tym, którzy już dawno wjechali na szczyt, świetnie się tam urządzili, trzepią przy okazji miliony i zwisa im jakikolwiek ZUS.
Zaskakujące (a może to tajemnica poliszynela), jak wiele osób w ogóle nie interesuje się żadną kulturą poza serialami na platformach streamingowych. Z tego powodu niezwykle łatwo daliśmy się zmanipulować bajką o artystach darmozjadach. Kolejna przegrana batalia (dez)informacyjna. Nie pomógł brak kampanii promocyjnej, nie pomógł materiał minister kultury z artystką Gosią Bartosik, która przyjęła na klatę kolejną falę hejtu. Masom wystarczyła jedna praca z naszkicowaną sylwetką wypinającą dupę, aby cała nienawiść przez moment skupiła się wyłącznie na niej (na wypiętej dupie i artystce jednocześnie). Na co dzień sztuka współczesna pozostaje na marginesie zainteresowań opinii publicznej, ale w tym przypadku internet zapłonął opiniami ekspertów, zaroił się komentarzami wytrawnych znawców i krytyków. W większości werdykt brzmiał: „Moja siedmioletnia córka lepiej rysuje”.
I to w całej sprawie wydaje mi się najbardziej interesujące. Świadomość artystyczna społeczeństwa: lepszy ten, kto ładniej rysuje; lepszy pisarz to oczywiście ten, który ładniej pisze, zwłaszcza jeśli chodzi o charakter pisma. (Nie muszę chyba mówić, że mam dysgrafię, a maturę pisałem na komputerze, co wiele tłumaczy w kontekście moich książek – tytuł jednej z nich to nomen omen Worstseller). Do czego by doszło, gdyby konfederaci pomylili galerię handlową z galerią sztuki? Strach pomyśleć, jak zareagowaliby na prace Cya Twombly’ego. Ten to już kompletnie bazgrolił. Beztalencie, które nawet wypiętej dupy nie potrafi namalować, żadnego kształtu nawet, tylko jakieś maziaki.
Wbrew lansowanej tezie i eksperckim komentarzom ścieżka zawodowa oparta nie na etacie, lecz na zleceniach na własną twórczość, nie jest ani rodzajem ekscentrycznego hobby, ani usłaną różami łatwizną. To nie jest droga dla leniów, darmozjadów, obiboków, bezrobotnych świrów, cwaniaczków pozorujących udawaną twórczość lub hipisów szukających okazji, by się za darmo upalić i jeszcze na tym zarobić. To godna podziwu walka o swoje, ryzykowna próba zadośćuczynienia własnemu talentowi, a zarazem bezustanne łatanie domowego budżetu kolejnymi fuchami, zamówieniami, chałturami – sformalizowanymi na podstawie śmieciówek, które nie powiększają subkonta w ZUS-ie. Nieustanne miotanie się od „czemu jeszcze nie przysłali umowy” do „kiedy w końcu będzie przelew, bo nie mam na zakupy”, nie wspominając o takich drobiazgach jak „czy jestem w tym momencie ubezpieczony” albo „czym zapłacę za wywóz szamba”.
W rezultacie pracuje się nie osiem godzin dziennie czy czterdzieści tygodniowo, ale całymi dniami, a zwłaszcza w weekendy i święta. A na urlop zazwyczaj nie ma i czasu, i pieniędzy. Wiem, bo sam próbowałem (i dalej próbuję z różnym skutkiem). Ale przyprawmy wreszcie te mdławe twierdzenia kolejnymi szczyptami Gombrowicza (Dziennik 1953–1969, s. 232):
Kim jestem? Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia, zdławionym we wszystkich przedsięwzięciach pisarskich. Nie mogę nic pisać poza tym dziennikiem. Wszystko bierze w łeb dlatego że codziennie przez siedem godzin popełniam morderstwo na własnym czasie. Tyle wysiłku włożyłem w literaturę a ona dzisiaj niezdolna zapewnić minimum niezależności materialnej, minimum – nawet – godności osobistej.
Łatwo teraz byłoby zaatakować, że niby tak ciężko „urzędolił” w argentyńskim Banco Polaco, a jednak swoje osiągnął. Rzeczywiście, starał się jak mógł, każdą wolną chwilę poświęcając pisaniu. Koledzy z pracy ponoć go nie lubili, gdyż potrafił przez wiele minut (a może nawet godzin) okupować służbową toaletę. W końcu ktoś gnany pilną potrzebą, wściekły, z impetem włamuje się do środka – a tam? Gombrowicz siedzi i pisze (Katarzyna Fryc, Gombrowicz w Argentynie, „Gazeta Wyborcza” z 2 kwietnia 2004).
Nie chodzi o to, żeby ułatwiać życie tym, którym nie chce się pracować (tacy nie zostają artystami), ale o to, żeby jakoś wesprzeć tych niestrudzonych robotników polskiej kultury, którzy dniami i nocami harują na śmieciówkach. Zdaje się, że zawdzięczamy im znacznie więcej, niż nam się wydaje. No i czy nie oddalibyśmy cząstki publicznych pieniędzy za kolejną książkę od Witoldo, której nie musiałby pisać, zamykając się w kiblu Banco Polaco? Koledzy Gombrowicza z pewnością by się ze mną zgodzili. (Na marginesie dodam, że nie rozumiem tego wycierania sobie gęby kasjerkami z Lidla – o co chodzi Jasiowi Kapeli? Czemu wiecznie musimy się porównywać, komuś coś wypominać, zazdrościć i szczuć na siebie – ten ma tyle, a tamten tyle, Józio mnie kopnął, a Stefek powiedział brzydkie słowo. Proszę iść najpierw pracować na kasie w markecie po osiem godzin dziennie, a potem wygłaszać mądrości. A najlepiej dajmy sobie z tym spokój).
W całej tej sprawie nie chodzi także o „kolejne dopłaty na pseudodzieła, sztuki obsceniczne, niemające nic wspólnego z realną kulturą” , tylko systemowe zabezpieczenie zdrowotne i emerytalne twórców kultury, którzy zamiast jednej umowy o pracę mają dziesiątki umów cywilnoprawnych – dzięki którym powstają teksty, koncerty, filmy, zdjęcia, wystawy itd.
Po co ich wspierać? Niech ich zweryfikuje rynek? Albo się utrzymają, albo niech idą do „normalnej” pracy? Po pierwsze, nie każdy rodzaj twórczości jest komercyjny – co nie znaczy, że nie jest cenny (a nawet bezcenny). Po drugie, to właśnie mnogość i różnorodność twórców, a nie genialne jednostki, stanowią o sile (polskiej) kultury. To ci bezimienni tworzą ściółkę, z której wyrastają wielkie dęby i świerki – bo tylko z naszej perspektywy zdają się one rosnąć na pustyni; zresztą być może najciekawsze jest właśnie to, co dzieje się tam na dole, blisko korzeni, gdzie wszystko wrze, fermentuje i pobudza do wzrostu. Poza tym owe pozornie samotne dęby też potrzebują niekiedy wielu prób i długiego czasu, aby zakiełkować i wystrzelić w górę. Talent nie wystarcza. To zresztą nieporozumienia stare jak sama literatura. Przykładem rozmowa Gombrowicza z pewną panią, która zaatakowała go stwierdzeniem: „pan ma łatwe życie”. Oburzony pisarz zaczął ją przekonywać, że pisanie wymaga olbrzymiego wysiłku, że talent to tylko słowo, że trzeba bezustannie nad sobą pracować, walczyć, rozwijać się. Na to pani odpowiedziała: „Li, po co pan ma pracować jak pan ma talent. Ja, gdybym miała talent, też bym pisała” (Witold Gombrowicz, Dziennik 1953–1969, s. 237).
„Ta ustawa dotknie tylko artystów, o których nie słyszeliście” – nabija się z Stanowski, ale właśnie o to chodzi. Po co nawozić pięćdziesięciometrową jodłę, która góruje nad całym lasem? Trzeba wspierać tych, którzy nie mieli jeszcze okazji, możliwości, warunków, aby podjąć wysiłek olbrzymiej pracy nad swoim talentem – w wielu dziedzinach aktywności ludzkiej, nie tylko w sztuce. Zresztą to normalne, że nie znamy wszystkich artystów w Polsce, i jeśli już źle to o kimś świadczy, to o nas, a nie o twórcach. Odpowiedzmy siebie szczerze na pytania: kiedy ostatnio uczestniczyliśmy w wydarzeniu kulturalnym, które nie było wielkim koncertem, popularnym spektaklem czy mainstreamowym festiwalem, kiedy byliśmy na wydarzeniu kameralnym, niszowym, niezależnym, kiedy czytaliśmy książkę bez pieczęci bestsellera? Niech ten, kto nie ma sobie nic do zarzucenia, pierwszy rzuci kamieniem w ustawę Cienkowskiej, w Stanowskiego, we mnie, w cokolwiek – nieważne, bo żaden kamień tu nie poleci. Ewentualnie stoczy się głaz, o którym była już mowa, i zmiecie po drodze kilku artystów.
Ale miało być o poezji. Dlatego też zacytujmy Szymborską (precz z Gombrowiczem) i przejdźmy do rzeczy:
Żeby zostać porządnym szewcem, nie wystarcza być entuzjastą stopy ludzkiej. Trzeba jeszcze znać się na skórze, narzędziach, umieć dobrać odpowiedni fason, i tak dalej… Podobne trudy łączą się z twórczością artystyczną. („Poczta literacka”, Kraków 2024, s. 109)
Zawód szewca jest dziś na wymarciu (jedyni szewcy, jakich znam, to Szewcy Witkacego) – czy podobnie będzie z pisarzami (i szerzej – z artystami)? Wszystkie te pytania i myśli kłębiły się w naszych głowach, gdy w upalny majowy poniedziałek zmierzaliśmy na „Wibracje wody i wersów – Gdański Slam Nieoczywisty”. Istotnie, wydarzenie było dość „nieoczywiste”. Trudno chyba o coś równie dziwacznego: konkurs poetycki połączony z koncertem didgeridoo w ponadstuletnim, nieczynnym zbiorniku wodnym.
Z uwagi na świetną pogodę przyjechaliśmy rowerami i porządnie się zgrzaliśmy wjazdem (podejściem) pod stromą górę, zresztą nie tylko nam dał się we znaki ten podjazd („Dawaj, Beata, ostatnie sto metrów!”). Mimo to wszyscy musieliśmy nałożyć na siebie dodatkowe warstwy ciepłych ubrań – jak przed ostatecznym atakiem na Annapurnę. W Starym Sobieskim jest bowiem jak w lodówce.
Weszliśmy do środka. Betonowa konstrukcja robiła niesamowite wrażenie. Chłód? Nie zwracaliśmy na niego uwagi. Niewielka grupa zebranych widzów rozmawiała głośno, szurała, stukała, a po zbiorniku niosła się kakofonia wszystkich dźwięków. Kulisty kształt budowli sprawiał, że fale akustyczne mogły się tu odbijać jak we fliperze – nawet do siedmiu sekund. Nagle rozpoczął się koncert Marty Sap. Nie opiszę go lepiej niż ilustracja Dominiki.
Popatrzmy teraz przez chwilę na środkowy rysunek… Tak właśnie było. Mistyczne trąby, tutuuuuutłułiifaaaa i naraz rrrrrriiiiuuuuuiiii oraz jednocześnie iiiooouuuuuuuuueueooeooe. Dźwięki didgeridoo były czymś stworzonym dla tej przestrzeni, objęły i wypełniły nas w całości razem ze wszystkimi zaułkami Starego Sobieskiego – i jeśli Dominika napisała, że jest mi zimno, to chyba dlatego, że się trząsłem od wibracji (organizator w tytule zapowiadał właśnie takie doznania). Pomiędzy nami ze śmiesznym włochatym głośnikiem przechadzał się Arszyn (Krzysztof Topolski), który nagrywał ten hipnotyzujący spektakl. Zapis dźwiękowy koncertu można odnaleźć tutaj – co prawda to już nie to samo, ale sam odsłuch też dostarcza niezwykłych wrażeń. Włączcie tę muzykę, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że jesteście gdzieś głęboko pod ziemią, w olbrzymiej studni, w której nie ma niczego poza oddechem i dźwiękiem.
Kiedy tydzień później wybrałem się z rodziną do Starego Sobieskiego (nie byli tam nigdy wcześniej), przewodnik powiedział, że z uwagi na echo nikt nie był jeszcze na tyle szalony, aby zorganizować tam koncert. Na co od razu odparowałem, że owszem, znalazł się ktoś taki, i opowiedziałem o zeszłotygodniowym wydarzeniu. Przewodnik uznał mnie za prowokatora.
Tym kimś (na tyle szalonym) są aktywiści z Wolnego Miasta Kultury – (nieco) tajemniczej organizacji, której początki sięgają 2018 roku i interaktywnego spektaklu inspirowanego Boską komedią Dantego pod tytułem Bosko – nie jesteśmy hermetyczni, który został zaprezentowany w Domu Zarazy. Jak widzicie, od samego początku realizowali projekty ambitne, nietypowe, awangardowe i też nieco szalone. I z pewnością niekomercyjne. W 2023 roku nieformalna dotychczas grupa, kolektyw stałych i zmieniających się osób, przekształciła się w stowarzyszenie – i od tego czasu aktywizuje lokalną społeczność i przebija się na (nasyconą wydarzeniami) gdańską scenę kulturalną. Przykładem jej działań są chociażby ubiegłoroczne Tajne Dziady w WL4. Slamy nieoczywiste to nowy cykl. Każda z odsłon jest poświęcona innemu żywiołowi. W Kuźni Wodnej w Oliwie patronował im ogień, a w Starym Sobieskim – woda. Co z ziemią i powietrzem? Organizatorzy nie zdradzają planów, ale z pewnością możemy oczekiwać czegoś równie nieoczywistego.
W jaki sposób udaje im się organizować tak różnorodne i ambitne projekty bez stałego finansowania? Kamila Osowska napisała mi w mailu: „Bywa, że znajdzie się sponsor, czasami zbieramy «do czapki», niektóre koszty pokrywamy w ramach stowarzyszenia. To praca społeczna. Nie otrzymujemy wynagrodzeń, nie mieliśmy też szczęścia, jeśli chodzi o przyznane granty. Mimo to do tej pory większość wydarzeń była nieodpłatna, a wydarzenia otwarte”. Jak widać, niestrudzeni robotnicy kultury to nie tylko artyści i twórcy, ale także ci, którzy wydarzenia artystyczne i kulturalne organizują.
Wracając do wibracji wody i wersów. Muzyka Marty Sap pochłonęła nas i czuliśmy się tak, jakby zbiornik ponownie wypełnił się wodą, wprowadzając nas w rodzaj jakiegoś dryfowania, unoszenia się i oceanicznej hipnozy. Ale po koncercie przyszła pora na pojedynek poetów. Jak recytować wiersze w takich warunkach? Echo, przypominam, trwa tutaj nawet siedem sekund. A jednak już pierwszy zawodnik pokazał, jak ujarzmić ten żywioł – mocny, donośny krzyk i pauza. A potem spowolnienie. Cicho. Szept. I ponownie – lawina. Każdy z poetów i każda z poetek w inny sposób próbowali odnaleźć swój głos w tej przestrzeni i chyba najlepiej wypadli właśnie ci, którzy okiełznali żywiołowe echo odbijające się w Starym Sobieskim. W rezultacie konkurs miał w sobie więcej z teatru niż z poezji. Slam teatralny.
Zmarzłem, już nie będę tego ukrywał. Dominika, wyczulona na detale reporterka, trafnie mnie zdiagnozowała. Ale mimo to byłem szczęśliwy. Tak, to było ciekawe przeżycie, niecodzienne doświadczenie, jakaś nagła interwencja dziwaczności w powszednią codzienność, która porusza w człowieku jego metafizyczną strunę. Nie przeliczajmy więc artystów na pieniądze, jakbyśmy mówili o trzodzie chlewnej czy gazobetonie. Nieoczywisty slam to tylko jedno z tysiąca wydarzeń, w których można przez chwilę się zatracić, o wszystkim zapomnieć i wyjść z niego nieco zmarzniętym, ale też delikatnie odmienionym. Wspierajmy artystów i wszystkich ciężko pracujących robotników kultury, bo inaczej pewnego dnia okaże się, że zostały z nas tylko bydlęce powłoki, które chcą jeść, chlać i oglądać shortsy.