Nie dla mnie przyjaźń polsko-niemiecka
Niemców nienawidzę od dziecka
Maciej Maleńczuk
W słowniku polskiej prawicy pojawiło się ostatnio nowe modne słowo: regermanizacja. Straszą nim politycy, powtarzają je z wypiekami na twarzy aktywiści. A nie, przepraszam! „Aktywiści” to przecież zazwyczaj lewacy, jacyś zboczeńcy, elgiebety, weganie, ewentualnie kobiety z parasolkami. Tu chodzi zaś o „patriotów” – prawdziwych obrońców polskości. Tych, co sobie nieustannie wzajemnie przypominają napisem na koszulce czy naklejką na samochodzie: PAMIĘTAMY. No i właśnie w ramach tej nieustającej pamięci „patrioci” walczą obecnie z regermanizacją.
Regermanizacją może być cokolwiek. Na przykład wystawa Nasi chłopcy, opowiadająca o losach mieszkańców Pomorza Gdańskiego wcielonych do armii III Rzeszy. Przecież to skandal, żeby żołnierzy Wehrmachtu nazwać „naszymi chłopcami”. Mniejsza o treść wystawy, mniejsza o prawdę historyczną. Ważne, że można się zebrać, odśpiewać fragment Roty o Niemcu, co nie będzie pluł nam w twarz.
Albo ustawiony przy kościele w Krokowej symboliczny nagrobek rodziny von Krockow, będący ponoć „promocją nazizmu” i „gloryfikacją zbrodniarzy z Wehrmachtu i SS”. Mniejsza, że rodzina von Krockow przez wiele lat była właścicielem miejscowych dóbr, a w kościele znajdują się krypty z prochami przodków rodu. W patriotycznym uniesieniu nagrobek najpierw zdewastowano, oblewając go białą i czerwoną farbą, potem obwiązano folią. Ostatecznie fundator zapakował go na ciężarówkę i wywiózł, a „patrioci” ogłosili zwycięstwo.
Kolejny przykład: w Barlinku odsłonięto symboliczny Kamień Pokoju. W imprezie uczestniczyli uczniowie z miejscowej podstawówki oraz goszczące w miasteczku dzieci z Irlandii, Szwecji i Niemiec. Mówiono o roli pokoju, wspominano walczącą Ukrainę. Ale kamień ustawiono pod 150-letnim Dębem Pokoju, zasadzonym w niemieckim wówczas miasteczku Klein Berlin z okazji zakończenia wojny francusko-pruskiej (1870–1871). No i podniosło się larum, bo przecież „niemieckie dęby nigdy nie były symbolem pokoju. Liście dębu stały się symbolem w godle III Rzeszy”. (Na marginesie: mało kto rzecz zauważa, ale na banknocie o nominale 20 złotych pojawia się korona młodego dębu z Drzwi Gnieźnieńskich – to też może być niemiecka prowokacja).
Jeszcze po awanturze w Barlinku kurz nie opadł, a już wybuchł kolejny skandal. Bo oto w Bydgoszczy zorganizowano panel dyskusyjny „Bydgoszcz, Bromberg? Spojrzenie na lokalną tożsamość”. Ta tożsamość (osadzona w mieszanym, polsko-niemieckim kontekście) wyraża się na przykład tym, że na drożdżówkę z lukrem do dziś mówi się w tym mieście „szneka z glancem”. Ale Polaków i Niemców nic przecież łączyć nie może. Więc na organizatorów posypały się gromy.
Zdaniem „patriotów” regermanizacją jest też ustawienie w Rybniku pomnika dawnego (1891–1916) burmistrza miasta Ottona Günthera. Przecież był Prusakiem, więc to oczywiste, że realizował zaborczą politykę – i mniejsza o to, że Rybnik pod zaborami nigdy nie był, bo od 1742 roku wchodził w skład państwa pruskiego – ergo: jeśli zbudował szkołę (a oprócz niej między innymi wodociągi, stację pomp i oczyszczalnię ścieków), to tylko po to, by skuteczniej wynaradawiać Polaków. Swoją drogą w Sopocie też ma stanąć pomnik – Paula Puchmüllera, architekta i jednego z budowniczych miasta. Ale Puchmüller był Niemcem, więc jego pomnik to – wiadomo… „Patrioci” już ćwiczą Rotę, umawiając się na pikiety.
Wisienką na tym absurdalnym torcie jest regermanizacja poprzez musical. Czyli oburzenie, jakie wywołała premiera komediowego spektaklu Producenci na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni. Nie szkodzi, że to komedia, że autorem sztuki jest Żyd, że spektakl wystawiano nie tylko na Broadwayu, ale na scenach całego świata (wliczając w to Niemcy oraz Izrael). „Patrioci” wiedzą jedno: na scenie w Gdyni pojawia się swastyka, a kankana tańczą naziści. To wystarczy, żeby całość uznać za niegodną oklasków (serio – jak słaba musi być czyjaś polskość, czyjaś narodowa tożsamość, żeby obawiać się takich głupstw).
Zastanawiam się, czemu mnie ta cała regermanizacja nie przeraża. Może po prostu zostałem zindoktrynowany już dawno – ja i całe moje pokolenie. Przecież nasze matki nie kryły marzeń o chemii z Niemiec i wykrojach z „Burdy”, nasi ojcowie wzdychali do mercedesów, volkswagenów czy choćby wartburgów, a nam śniły się po nocach stereofoniczne magnetofony Grundig i Blaupunkt. Poza tym wychowywaliśmy się na bajkach braci Grimm i Piaskowym dziadku. Potem w kółko oglądaliśmy serial o Hansie Klossie, który ostentacyjnie paradował w mundurze niemieckiego oficera i co prawda mówił do Brunnera z SS „ty świnio”, ale jednak się z nim kumplował, a nawet pił wódkę. Na dokładkę w niedzielnych westernach Old Shatterhand i Winnetou szwargotali do siebie po niemiecku.
Swoją drogą przez takie seriale jak Stawka większa niż życie czy Czterej pancerni w dzieciństwie wszyscy byliśmy przekonani, że Niemcy używają wyłącznie takich słów jak achtung, komm, halt, schnell i hande hoch. A jedyne, czego mogą od porządnego człowieka chcieć, to ausweis. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy przez rozszczelnioną żelazną kurtynę na kasetach VHS zaczęły napływać do nas (czy raczej do naszych ojców) oryginalne niemieckie produkcje filmowe, a stacja RTL zaangażowała się w pilotażowy program edukacji seksualnej Polaków via satelita. W tych filmach też padało schnell i komm, ale kontekst był zgoła (z goła) inny. I nie tylko hande unosiły się hoch. Myśmy myśleli, że to zwykłe pornosy – a wychodzi na to, że wczesną regermanizację fundowała nam Teresa Orlowski, królowa niemieckiego porno. Choć Teresa urodziła się w Dębicy, więc w sumie była „nasza”. Nasza dziewczyna.