Dostajemy niezliczone maile, głosówki i SMS-y, w których domagacie się naszej reakcji na ostatnie wstrząsające wydarzenia literackie, kulturalne i gastronomiczne. My jednak – jak zwykle – żyjemy w przeszłości, wydarzeniami przynajmniej sprzed miesiąca, które dojrzewają lub czerstwieją na naszym eseistyczno-felietonowym tapecie. Szczególnie na moim, bo reportażowe ilustracje Dominiki powstają błyskawicznie, jak obrazy Morrisa Katza, za to prześcigając je formą i treścią (to w zasadzie całe opowieści zamknięte w jednym obrazku!), i domagają się równie błyskawicznej publikacji.
Szukając literackich inspiracji, które mają mnie wyrwać z letargu, z pisarskiej inercji, w którą co rusz popadam, w internecie znajduję same posty o mrożonych pizzach Książula, spod których ledwo co widać Nike Twardocha, Nobla Carson i nową powieść Tokarczuk. Jedno nieprzemyślane kliknięcie w rolkę, która skusiła mnie widokiem sera ciągnącego się jak roztopiony plastik z grubego kawałka tłustej pizzy, i koniec. Sytuacja z gatunku game over, śliwka w kompot i witamy w piekle – wszystko naraz. Jestem otoczony głęboko mrożonymi treściami z odpieku sztucznej inteligencji, prującymi przez świat jak niszczycielski, miażdżący wszystko na swojej drodze lądolód. Winter is coming. I od tego wszystkiego mózg mi się mrozi i krew w żyłach także, w efekcie pogrążam się w jakiejś zupełnej niemocy twórczej, ogarnia mnie panika, że już wszystko stracone, że nikt nie pamięta, co się działo dziś rano, a co dopiero przed miesiącem, a nawet jeśli, to przecież pisarz i cała kultura literacka znikną w taki sam sposób, jak zniknęli woziwoda czy wędrowny szlifierz wraz ze swym rzemiosłem. „Nie zniknęli, tylko ewoluowali”, napiszecie mi na jednym z tysiąca komunikatorów? W sumie na jedno wychodzi.
Ale literackie imprezy, takie jak wrześniowe Gdańskie Targi Książki, o których ma być ten tekst, pokazują, że antropocen literacki ma się jeszcze całkiem nieźle i może wcale nie taki bliski jest jego kres. Wbrew ogólnym tendencjom, prognozom na przyszłość i analizom teraźniejszości. „Świata jest za dużo”, mówi Tokarczuk, wyjaśniając w wywiadzie w „Tygodniku Powszechnym” (2026, nr 40), że w zasadzie to światów jest za dużo. Każdy zamyka się w swoim, z własnym zestawem informacji, w które wierzy. Nasze interakcje i więzy społeczne słabną, być może kiedyś znikną zupełnie, zostawiając nas na pastwę nas samych, niczym w przedstawiającej same jedynki pracy Stanisława Dróżdża Samotność.
Jednak co pewien czas nadal chętnie stajemy się sumą jedynek, czyli zbiorowością, żeby nie powiedzieć: masą. Masa nie ma zbyt dobrej prasy i w zasadzie konotuje same negatywne emocje, odczucia i właściwości. Masówka, ciemna masa, przybrać na masie. Któż oficjalnie przyznałby, że chce być częścią masy? Może jedynie na siłowni część osób wciąż na masę stawia. Jednak zazwyczaj jednostka musi ulec masie, stopić się z nią w zbiorową formę, w której nie ma już podziałów, a jedynie żądza zniszczenia – jak to przenikliwie opisał Elias Canetti w Masie i władzy. A mimo to wiele masowych form rozrywki, które znane są ludzkości od starożytności, nie tylko przetrwało do naszych czasów, ale wciąż cieszy się niezmienną popularnością i nadal stanowi fundament kultury i popkultury. Są to: oczywiście sport, szczególnie igrzyska olimpijskie oraz sporty walki (współczesne freak show fights, takie jak Fame MMA, które właśnie w tych dniach organizuje wydarzenie pod hasłem „Grand Freaks” – to akurat przykład skrajny, rodzaj zapasów z chowu klatkowego czy też popisy gladiatorów ulepionych z samych konserwantów), przedstawienia teatralne (gdańskim wartym przywołania fenomenem jest Teatr Szekspirowski), wyścigi (niegdyś rydwanów, dzisiaj kukiryniarzy), uczty czy – szerzej – imprezy wszelkiego rodzaju (nieco inne za Cesarstwa Rzymskiego, odmienne za czasów Kitowicza i inne współcześnie – ale nadal obficie zakrapiane), a także, co najistotniejsze, targi i jarmarki.
W Gdańsku, jak w Tolkienowskim Śródziemiu, żyjemy w cieniu Jarmarku Dominikańskiego, który od niemal ośmiuset lat przez kilka tygodni w roku odbiera nam chęć do życia. Mamy na szczęście bardziej przyjazne pchle targi (Z Kufra na Osowej czy Pchli Targ w Oliwie) i zielone ryneczki (Zielony Rynek na Przymorzu czy Gdański Bazar Natury) oraz świeżo wyremontowaną Halę Targową (choć ta przesunęła się raczej w stronę wspomnianych wyżej uczt i imprez). Mamy także ślady po dawnych targowiskach, na których niegdyś sprzedawano i kupowano określone towary – Targ Węglowy, Drzewny, Rybny, Rakowy, Sienny i tak dalej. Współcześnie organizujemy targi bursztynu (Amberif), Targi Rzeczy Ładnych, targi morskie (Baltexpo), targi kolejowe (Trako) i pewnie jeszcze sto innych targów i jarmarków – ale to wszystko, szczerze mówiąc, mało mnie obchodzi w odróżnieniu od najważniejszego w tym gronie wydarzenia, czyli Gdańskich Targów Książki (zobacz ilustracja numer 1).
Bo czy jest coś przyjemniejszego niż kupowanie książek? Z pewnością tak, na przykład szarlotka od mojej teściowej na ciepło z lodami waniliowymi (zapraszam do dyskusji). A jednak w rankingu przyjemności skutkujących wydzielaniem sporych ilości endorfin możliwość beztroskiego wydania sporej części domowego budżetu na książki stoi tuż za pożeraniem gorącego jabłecznika (dla przypomnienia: każda szarlotka jest jabłecznikiem, ale nie każdy jabłecznik jest szarlotką). Wyrzut hormonów jest jeszcze silniejszy, gdy środki przeznaczone na ten książkowy proceder pochodzą z rezerw przeznaczonych na banalne i nieprzynoszące żadnej satysfakcji wydatki – na przykład opłacenie rachunków albo wywóz szamba i innych odpadów. Jednak ta radosna zakupowa anarchia uzależniona jest od pewnej niezwykle istotnej okoliczności. Musi to być handel bezpośredni. Kupowanie książek na odległość, przez środki komunikacji elektronicznej, to jak przechodzenie ulubionej gry z kodami na nieśmiertelność i nieskończoną amunicję.
Aby się dobrze bawić, trzeba się trochę natrudzić – poszperać w księgarniach (najpierw w ogóle trzeba znaleźć jakąś księgarnię, co stało się ostatnio sporym wyzwaniem – zobacz prawy dolny róg ilustracji numer 2), a najlepiej pośród stoisk na targach i festiwalach literackich, gdzie książki można kupić bezpośrednio od wydawców. Tu oczywiście sprawy się komplikują, i to nawet bardziej niż w wypadku księgarni. Trzeba bowiem znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie (na przykład podczas drugiego wrześniowego weekendu w Europejskim Centrum Solidarności). Ponadto trzeba lawirować między stoiskami i przeciskać się przez tłumy (groźna i krwiożercza masa, o której wspomniałem na początku), przejrzeć setki książek, odwiedzić kilkudziesięciu wydawców, porozmawiać z autorami na stoiskach i spotkaniach autorskich… I tak, niepostrzeżenie, trudy i wyzwania same stają się przyjemnościami i nagrodami.
Wisienką na tym literackim torcie (szarlotce?) są oczywiście książki. Książki, na które się czekało, które się wyszperało, na które ktoś nas namówił, o których się myślało od dawna i takie, których nigdy by się nie kupiło przez internet. Na przykład na stoisku wydawnictwa ArtRage wyszperałem Króla w żółci Roberta Chambersa, którego jako fan Lovecrafta od dawna chciałem mieć. A namówiony zostałem (wspólnie z całą rodziną) chociażby na serię książek wydawnictwa Kontynenty. Ja wziąłem Listy z Ameryki Kiplinga, żona Baśnie japońskie, córka Wiadomość z Grenlandii, czyli jak przeszliśmy zimą Arctic Circle Trail Józefowicza oraz trzy notesy podróżnicze.
Wiem, wiem… Mogłem wymacać te książki na stoiskach, a potem sprawdzić oferty na Allegro (mogłem też zrobić zdjęcia lub skserować sobie fragmenty na starym powielaczu). Książki na targach są w dobrych cenach, wydawcy dają rabaty, ale! – przez internet można je kupić taniej, prawda? Źli wydawcy chcą nas naciągnąć, tak jak pani z osiedlowego sklepu, która ma drożej niż Biedronka. To jest, niestety, jedna z patologii rynku książki w Polsce. Wydawnictwa, chcąc uczestniczyć w najważniejszych kanałach sprzedażowych i dystrybucyjnych, są zmuszone do udzielania dystrybutorom niezwykle wysokich rabatów na swoje książki (aż do 60% ceny okładkowej!). Właśnie przez te rabaty duże podmioty, w tym największe księgarnie internetowe, są w stanie oferować najniższe ceny na rynku. Jeśli więc chcemy wesprzeć ulubione wydawnictwo, a nie koniecznie jest nam po drodze na targi, to zawsze możemy kupić książkę bezpośrednio ze strony wydawcy.
O sytuacji na polskim rynku książki mówiono także podczas GTK, między innymi w ramach debaty branżowej Polskiej Izby Książki (spotkanie pod tytułem „Rola i znaczenie wydawców na rynku książki – blaski i cienie”). Z perspektywy autorskiej o problemach tych mówili również Jacek Dehnel, Wojtek i Zygmunt Miłoszewscy oraz Grażyna Plebanek, czyli członkowie nowo powstałej Spółki Autorskiej Heca (zerknijcie ponownie na ilustrację numer 2). Heca, czyli „kumple i kumpelka”, narodziła się jako forma protestu wobec nieuczciwości i nieetycznych praktyk wydawców (od siebie od razu dodam, że poza nieuczciwymi są też wspaniali wydawcy, którzy dają z siebie wszystko). Podczas spotkania pisarze nie ukrywali, że chcą po prostu „rozjebać system”. To hasło padło ze sceny kilka razy. „Widzieliśmy na polskim rynku książki wszystko. Widzieliśmy rzeczy, który nie powinniśmy widzieć” – dookreślił przyczyny tego wywrotowo-anarchistycznego przedsięwzięcia Miłoszewski, definiując Hecę jako rodzaj małej punkrockowej wytwórni literackiej. „Mamy w sobie element gwiazd rocka, chcemy jeździć po targach, po festiwalach, ale też do miejsc, w których nie ma księgarń” – wyjaśniali kumple i kumpelka z Hecy. Jakie są więc ich postulaty? „Nie korzystamy z AI w pracy twórczej, wszystko robimy i drukujemy w Polsce, płacimy w terminie, a zyskami dzielimy się uczciwie, w sposób jasny i czytelny dla wszystkich” – czytamy na ich stronie internetowej. Autorzy Hecy mają dostawać 15 zł od każdej sprzedanej książki – co stanowi pokaźną kwotę w porównaniu do średniej, wynoszącej podobno 2,87 zł.
Ale nie jasne i przejrzyste zapisy zawarte w umowach okazały się najważniejsze w tej całej Hecy, tylko – jak konkludował Miłoszewski przy akompaniamencie śmiechów z sali – kolory okładek. Właśnie o nie stoczyły się najzacieklejsze boje pomiędzy członkami Hecy. Tutaj bowiem każdy ma swoje indywidualne i niepowtarzalne barwy, które zostały mu przypisane raz i na zawsze. Zygmunt Miłoszewski wybrał sobie pomarańczowy, Wojtek Miłoszewski niebieski, Dehnel turkusowy, Plebanek czerwony, a Szamałek żółty. „Są ludzie, którzy kupują te książki jako dekory” – powiedział któryś z autorów. Z tego, prawdę mówiąc, akurat bym się nie cieszył. Lubię pięknie wydane książki, ale literatura powinna zostać literaturą, a nie tapetą do dekoracji dla snobów. Książki z barwionymi brzegami z początku bardzo mi się podobały. Ale mam ich już serdecznie dosyć, zaczęły wychodzić mi bokiem, a po ostatnich targach szczerze ich nienawidzę.
Wracając do Hecy – jak na Hecę przystało, całe wydarzenie miało dość luźny i zabawny charakter. Szczególnie Wojtek Miłoszewski, brat Zygmunta, celował w żartach i w naśmiewaniu się… głównie ze swojego brata, który został prezesem Hecy. Niestety, nie wszystko byłem w stanie usłyszeć, bo w trakcie spotkania dosiadł się do mnie jakiś starszy jegomość i powołując się na odwieczną, starszą niż Zakon Krzyżacki znajomość z moim ojcem, zaczął opowiadać mi swoje smutne losy, których puentą było stwierdzenie, że to wszystko i tak nie ma sensu, bo AI w ciągu dwóch lat zmiecie komercyjną literaturę i po Hecy ślad nie zostanie, poza tym on sam napisał ostatnio jakąś książkę na pół miliona znaków i nie robi z tego wielkiej afery. Szeptał tak głośno, że niczego więcej nie zdołałem usłyszeć. Nie było go jak spławić, zresztą bałem się tego przybysza z powieści Lovecrafta, więc o zabawnych historiach i puentach płynących ze sceny mogłem wnioskować jedynie z kolejnych salw śmiechu, które niosły się po sali. Natręt zniknął w oparach absurdu przed samym końcem spotkania. Zatem, nieco skołowany, po chwili i ja ruszyłem w swoją stronę. Na stoisku Hecy przejrzałem wydane przez nich książki. Na razie są to same wznowienia, więc nie mogłem się na nic zdecydować. Wojtek Miłoszewski zachęcał mnie do swoich niebieskich okładek, ale gdy z dumą oznajmił, że w żadnej jego książce nie znajdę ani jednego opisu przyrody, zrezygnowałem. Za bardzo kocham Elizę Orzeszkową i Nad Niemnem.
Ale to w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia. Pytanie brzmi: czy Heca przetrwa? Czy uda im się „rozjebać system”? A może wszystkich rozjebie sztuczna inteligencja, jak zwiastował mój zaginiony Ulrich von Jungingen? Zobaczymy. Trzymam jednak kciuki za Hecę (i może nawet kupię zapowiadane przez nich nowości – na następnych targach, a co mi tam).
Gdańskie Targi Książki są dla mnie ważne oczywiście także ze względów osobistych. To tutaj kilka lat temu miałem pierwsze spotkanie autorskie, po którym podpisywałem mojego debiutanckiego Worstsellera. Tutaj prowadziłem spotkania z innymi autorami i autorkami – Michałem Piotrowskim i Marcinem Tymińskim oraz Justyną Wicenty. I to właśnie tutaj, na tegorocznych targach, całą grupą współautorów – kumpli i kumpelek, z którymi przetrwaliśmy niejedną burzę i wiele naukowych zwrotów akcji – zaprezentowaliśmy światu efekt schulzologicznych badań (zmagań), które od lat prowadzimy w ramach Pracowni Schulzowskiej na Uniwersytecie Gdańskim (wczytajcie się w ilustrację numer 3). Temat dość niszowy, który powinien rozmyć się i utonąć w barwnej mozaice niezwykłych targowych rozmaitości i atrakcji.
Wchodzimy więc wszyscy naraz – Małgorzata Ogonowska, Stanisław Rosiek, Piotr Sitkiewicz, Aleksandra Skrzypczyk, Balbina Tarnowska, Katarzyna Warska, ja oraz prowadzący Jakub Orzeszek – bez wielkich oczekiwań, a nawet mocno się obawiając, że nas, autorów, będzie w sali warsztatowej ECS-u więcej niż słuchaczy, a tu, ku naszemu zaskoczeniu, sala pęka w szwach! Donoszone są krzesła, a ludzie stoją pod ścianami i oknami. Było nam bardzo miło, ale jednocześnie byliśmy zaskoczeni, że ci wszyscy ludzie przyszli posłuchać, co mamy do powiedzenia o Schulzu. Chociaż kto wie, może to byli nasi wujkowie, ciotki, kuzyni i szwagierki, którzy przyszli, żeby nie było nam przykro?
A mówiliśmy o naszej książce – Schulz dzień po dniu: narodziny pisarza. Rekonstrukcja biografii (1933–1934) – wyjątkowej z kilku powodów. Jest to biografia jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku, napisana przez siedmiu autorów, którym wspólnie udało się skonstruować opowieść o dwóch latach życia Brunona Schulza. Nie, nie przesłyszeliście się, jest to biografia obejmująca zaledwie dwa lata z życia głównego bohatera – co oczywiście może wydawać się kuriozalnym konceptem. Aż siedmiu autorów i tylko dwa lata? Krzysztof Łapiński w pojedynkę w błyskotliwy sposób zrekonstruował całe życie Sokratesa, wpisując je w szeroki kontekst rozciągającej się przez tysiąclecia starożytności i greckiej kultury, więc czym tu się chwalić? A gdzie się podział początek i koniec? I po co w sumie ten cały Schulz? „Pozer, fantasta i dewiant” – jak słusznie zauważył lekarz orzecznik Jakuba Orzeszka, prowadzącego z nami spotkanie. „Nie macie lepszych tematów?!” – krzyczał na zaskoczonego pacjenta, który niepotrzebnie mu się zwierzył, że będzie prowadzić spotkanie autorskie wokół biografii Brunona Schulza. I czy to przypadkiem nie jakaś absurdalna przesada, jak przytomnie ktoś zwrócił uwagę, bo skoro w jednym tomie zmieściliśmy zaledwie dwa lata, to aby opisać pięćdziesiąt lat życia Schulza, będziemy potrzebowali aż dwudziestu pięciu tomów. Kto to kupi? Kto to przeczyta? (I kto to, do cholery, napisze?)
Zachęcam do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi. I do czytania oczywiście. Obiecać mogę jedynie, że tomów będzie znacznie mniej, niż wskazywałaby na to prosta arytmetyka – prawdopodobnie pięć. O wielu okresach z życia Schulza wiemy bardzo mało i da się je zamknąć w kilku akapitach. Lata 1933–1934 są pod tym względem wyjątkowe. Właśnie w tym czasie wychodzą Sklepy cynamonowe, które stają się literacką sensacją budzącą skrajne emocje, Schulz nawiązuje romanse z Zofią Nałkowską i Józefiną Szelińską, zaprzyjaźnia się z Witkacym, Gombrowiczem, Brezą, dołącza do Zespołu Literackiego „Przedmieście”, a jednocześnie cały czas pracuje jako etatowy nauczyciel rysunków i robót ręcznych w gimnazjum w Drohobyczu, co go odciąga od pracy twórczej, a bezskuteczne starania o płatny urlop pogłębiają jego frustrację, być może nawet depresję, która… Dość!
Dość już tej przydługiej autoreklamy. Najwyższa pora wziąć się do czegoś innego. Do pisania kolejnego tomu Dzień po dniu, do czytania książek, które w hurtowej ilości zakupiłem na targach, albo do wcinania szarlotki na ciepło z lodami… A najlepiej do wszystkiego naraz. Mniam.