Non fiction, czyli obrazy, widok z okna i złoty ibis

Ilustracja: Dominika Wróblewska

Nasza poprzednia teksto-ilustracyjna interwencja była o mękach pisania (których szczytowy punkt następował podczas pisania o pisaniu) i nieczytaniu książek (nikt nie ma na to czasu ani ochoty, zwłaszcza ludzie zajmujący się literaturą). Chodziło przy tym głównie o powieści, o historie zmyślone (choć prawdopodobne), o światy zrodzone w umysłach pisarzy, o fikcje mniej lub bardziej realistyczne, chodziło po prostu o tak zwaną literaturę piękną. Dlatego tym razem postanowiliśmy upomnieć się o tę drugą, inną: niepiękną (szpetną?) literaturę.

Angielska nazwa tego nurtu – czyli non fiction – podkreśla aspekt negacji, sprzeciwu, bycia w kontrze do beletrystki, która uformowana jest z fikcji, także wtedy, gdy jest realistyczna czy też oddaje najgłębszą prawdę o świecie i człowieku. Literatura faktu może korzystać z tych samych form, z tych samych zabiegów, tropów i chwytów co beletrystyka, z tym że jej morfemem i podstawowym budulcem muszą być – zamiast fikcji – fakty. Literatura piękna nie musi zwracać na nie uwagi nawet wtedy, gdy opisuje prawdziwe postaci i wydarzenia, gdyż jej autorom na takie działania pozwala starożytna licencja poetycka (licentia poetica). Natomiast autorzy non fiction są tej licencji pozbawieni – zamiast tego zawierają z czytelnikiem rodzaj umowy, w której zobowiązują się do pisania prawdy. Jest to tak zwany pakt prawdziwości, określany też referencjalnym.

Mariusz Szczygieł porównuje literaturę piękną do obrazu zawieszonego na ścianie, a literaturę faktu do okna, przez które widać prawdziwy świat (Fakty muszą zatańczyć, Dowody, Warszawa 2022, s. 35). Zestawienie efektowne i dające do myślenia, skłaniające nas do innego spojrzenia na literaturę opartą na fikcji – będącej pięknym, ale fałszywym (poznawczo pustym) malowidłem, które okazuje się niepoważną igraszką w konfrontacji z rzeczywistością za oknem. Porównanie sugestywne, ale jednocześnie nietrafne. Niejeden obraz powie nam więcej o świecie niż otwór okienny, zwłaszcza gdy nasze mieszkanie jest budowlanym odpryskiem radosnej patodeweloperki i jedyny widok, na jaki możemy liczyć, to pionowa ściana przeciwległego bloku, a w najlepszym wypadku obcy facet w gaciach palący szlugi. Ja sam wolałby raczej iść do galerii sztuki, niż wyglądać cały dzień przez okno i układać reportaż z życia sąsiadów: Kowalska wyszła do pracy o siódmej dziesięć, Malinowski już drugi raz wynosi śmieci, Wiśniewska trzepie dywan trzeci raz w tym tygodniu, Nowak złapał gumę, a dzieciak Kiszkurnów wywalił się na rowerze i drze się od pięciu minut, i tak dalej… Choć – jak się okazuje – strategia podglądania, w odpowiednich rękach, może prowadzić do wspaniałych efektów (o tym za chwilę).

Tak czy owak, nie przeceniałbym okna. Wspaniale, jeśli ma się panoramiczne spojrzenie na świat z okien najwyżej położonych penthausów, widok na połowę miasta, jezioro lub las, ale z parteru, szczerze mówiąc, często gówno widać.

A więc reportaż to nie widok z okna. Zarówno literatura faktu, jak i fikcji to obrazy – jeśli trzymać się dalej tej artystycznej metafory. Autorzy obu typów literatury (obrazów) mogą korzystać z tych samych chwytów literackich (technik malarskich, pędzli, farb, ołówków). Beletrystyka portretuje dowolne postaci, zdarzenia i pejzaże, swobodnie manipulując ich relacjami z prawdziwym światem (procent faktów wymieszanych w fikcji jest w tej mieszaninie całkowicie dowolny). Non fiction natomiast tworzy obraz prawdziwych osób i wydarzeń, możliwie wiernie oddając ich charakter (pożądany jak najwyższy procent faktów), ale nadal pozostaje obrazem, to znaczy ciągle pozostaje narracją, opowiadaniem (miksturą faktów i fikcji). Mówiąc wprost: oznacza to, że non fiction w pewnym sensie pozostaje fikcją. W przeciwnym razie przestałoby być literaturą, stałoby się rozrośniętą encyklopedyczną notką, suchym tekstem, którego nie da się czytać.

„Fakty muszą zatańczyć” – pisze Szczygieł i coś w tym jest. Choć efektem tego będzie jednak rodzaj kłamstwa, gdyż, jak mówi Małgorzata Szejnert: „Forma zawsze w jakiś sposób kłamie” (Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem. Chłodnia, czyli grzejnia, Znak, Kraków 2026, s. 232). Fakty to tysiące fragmentów, miliony kawałków bezpowrotnie potłuczonej przeszłości, z których pisarz wybierze kilka lub kilkanaście i na podkładzie z narracji ułoży taką lub inną mozaikę. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę jako jeden z rekonstruktorów biografii Brunona Schulza. A jednak: „Prawda przedstawiona w ciekawy, intrygujący, albo nawet osobisty sposób – dodaje Szejnert – to wciąż prawda” (tamże, s. 233). Nie wystarczy zatem sam fakt, samo okno to jedynie początek. Ten widok trzeba jeszcze w odpowiedni sposób opisać – czy też zobrazować.

Trzymam się tej wizualnej metafory nie bez powodu. W naszym cyklu reportaży-esejów przestaje ona być metaforą, relacja zaś faktycznie staje się obrazem czy też rysunkiem – a w zasadzie na odwrót. To rysunek staje się reportażem. Dominika Wróblewska tworzy grafiki, które nazywa ilustracjami reportażowymi. Ponadto specjalizuje się w szybkim rysowaniu, ilustrowaniu w trudnych warunkach (osobiście doświadczyłem tego na gali Europejskiego Poety Wolności – ale o tym za miesiąc), wychwytywaniu z całego wydarzenia tego, co najważniejsze, łącznie z odpowiednim kadrem, perspektywą i zapisywaniem dialogów. To wszystko widać na jej rysunkach, które powstają niemal z prędkością polaroida, w ciągu godziny lub dwóch, zależnie od tego, ile trwa dane wydarzenie. Nie ma retuszy, nie ma kadrowania, dokrętek i przerysowywania po fakcie. Ilustracja reportażowa powstaje tu i teraz, w całości, bez szansy na dubla. Z uwagą śledzę reakcje uczestników wydarzeń, którzy widzą sportretowanych siebie w notesie rozkładanym przez Dominikę – entuzjastycznie zaskoczeni, pozytywnie zszokowani i pełni podziwu dla talentu rysowniczki. Tak zareagowali pracownicy Muzeum II Wojny Światowej, tak zareagował Piotr Łukawski z Jarosławem Tyrańskim, tak też zareagowali Dorota Karaś i Marek Sterlingow, których odwiedziliśmy ostatnio (ilustracja Dominiki natychmiast została włączona do wspólnej publikacji, którą przygotowuje Akademia Reportażu). No i ja oczywiście (chociaż już od dawna wiem, na co Dominikę stać), bo też się znalazłem na rysunku dokumentującym zebrania reporterów w Europejskim Centrum Solidarności (ja to ten łysy facet w bluzie i okularach). W domu Dominice pozostaje już tylko podpisać się, zeskanować i przesłać do mnie plik z adnotacją: „teraz Twoja kolej, cwaniaczku”.

Źródłem inspiracji dla reportażu graficznego może być wszystko: od wydarzeń kulturalnych aż po widok z okna, o którym mówiliśmy wyżej. „Mnie widok za oknem pozwala przeżyć” – pisał Szczygieł (s. 36). Dominice też pomógł. Zajęła się podglądaniem okolicy i układaniem reportażu z życia sąsiadów (tym procederem wyśmianym chwilę temu). Przez sześćdziesiąt dni wyglądała przez jedno okno, przez które widziała skrzyżowanie dwóch ulic i park.

Tak powstał postapokaliptyczny korona-dziennik, wydany w formie niewielkiej, ale niezwykłej książki wypełnionej rysunkami i zaprojektowanej w całości (łącznie z czcionką, oprawą graficzną i składem) przez autorkę. „Moim idolem obserwacji jest Georges Perec” – pisze do mnie w mailu Dominika. „Kiedyś przez trzy dni z rzędu siedział na pewnym placu w Paryżu i spisywał wszystko to, co działo się wokół niego (to znaczy tyle, ile był w stanie zapisać). To jest naprawdę wspaniały eksperyment obserwacyjny i (The) Corona Journal był inspirowany właśnie tym. Oczywiście wydłużenie praktyki z trzech dni do sześćdziesięciu przyniosło jeszcze lepsze efekty, jeżeli chodzi o trening patrzenia/widzenia!”.

Każdy z tych sześćdziesięciu dni to przynajmniej jedna ilustracja i krótki opis wydarzeń. Nie są to jednak rysunki-fotografie. Widok z okna, zanim trafi na papier, zostaje za każdym razem przepuszczony przez reporterską wyobraźnię artystki (podobnie jak fakty, które przez swoje sito przepuszcza reporter-pisarz). Ale książka Dominiki to nie tylko niezwykły obiekt artystyczny, to także świetny reportaż w swojej malarskiej esencji.

(The) Corona Journal otworzył przede mną nieznany świat. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z istnienia całego nurtu twórców specjalizujących się właśnie w ilustracji reportażowej. Kojarzyłem to zjawisko z ilustratorami sądowymi, których praca niezbędna jest wszędzie tam, gdzie obowiązuje zakaz fotografowania. Tak jakby reportaż graficzny był erzacem, przykrą koniecznością, niepełnowartościowym zamiennikiem fotografii i w najmniejszym stopniu nie mógł się równać z tym, czym dysponuje technologia – i z tego właśnie powodu (jak mi się zdawało) ilustracja reportażowa wiedzie efemeryczne życie, zamknięta w smutnych salach sądowych (niczym jakieś tkanki wegetujące w laboratoryjnych retortach i szalkach Petriego), skąd technologia została wyparta przez przepisy prawa i kwestie bezpieczeństwa. Aż tu nagle (The) Corona Journal eksplodował przede mną nowymi wielobarwnymi formami. Jedną z nich jest chociażby Gdańska Szkoła Reportażu Graficznego, realizowana w gdańskim Domu Literatury.

Zrządzeniem losu ta iluminacja nastąpiła w trakcie naszej wizyty w Europejskim Centrum Solidarności, właśnie tego dnia, w którym postanowiliśmy odwiedzić Akademię Reportażu prowadzoną przez Dorotę Karaś i Marka Sterlingowa. Chcieliśmy się dowiedzieć, czym właściwie jest współcześnie reportaż i na czym polega akademia, która zajmuje się jego nauczaniem.

Do tej pory ustaliliśmy, że reportaż nie jest widokiem z okna, raczej jest obrazem przedstawiającym ten widok – dziełem stworzonym dzięki kreatywności swojego twórcy, a nie fotografią. Jest to zatem literatura sensu stricto, mimo iż bywa nazywana „literaturą brzydką” i „bękartem literatury pięknej i brukowej popołudniówki” (Słownik literatury polskiej XX wieku, hasło „reportaż”, Wrocław 1993). W poszukiwaniu źródeł reportażu niektórzy cofają się aż do czasów antycznych, przekazów biblijnych czy nawet do libwogwo – opowieści ludów pierwotnych. Jest to oczywiście nadużycie – po prostu każdy rodzaj literatury ma tam swoje źródła. Powstanie reportażu w istocie związane jest z narodzinami i rozwojem prasy w XVIII i XIX wieku. Jego rozkwit nastąpił jednak w wieku XX, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, kiedy to reportaż zaczął uniezależniać się od prasy – poza publikacjami prasowymi pojawiały się coraz częściej wydania książkowe. Współcześnie reportaże wraz z całą literaturą faktu (biografiami, esejami, wywiadami, wspomnieniami, dziennikami i tak dalej) stanowią znaczącą część rynku książki. Nie umiałbym wymienić wszystkich najważniejszych książek z tej kategorii, które ukazały się w ostatnim czasie, dlatego ograniczę się do dwóch związanych z postacią Małgorzaty Szejnert. Pierwsza to wybór jej tekstów dokonany przez Daniela Lisa – Chwile przed podróżą. Reportaże z PRL (Znak, Kraków 2026). Książka daje niezwykły wgląd w realia ubiegłego wieku i wbrew tytułowi nie dotyczy tylko Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, ale na przykład także USA. Przywołajmy fragment tekstu z 1972 roku o żartach z Polaków (tak zwane Polish jokes), jakie funkcjonowały w tym czasie Stanach: „Howard Wyrauch narysował inwazję Polaków na stolicę USA. Edmund Muskie, polityk pochodzenia polskiego (jego ojciec nosił nazwisko Marciszewski i wywodził się ze wsi Jasionówka w województwie białostockim), jedzie karetą, w koronie królewskiej, do Białego Domu. Miasto nie nosi już nazwy Waszyngton, lecz Washinsky. Pryncypalne ulice nazwano Paderewski i Kościuszko. Smithsonian Institution przemianowano na Stashoniona (pewnie od popularnego imienia Stach). Pod Kapitolem mieści się ogromna wytwórnia kiełbasy (Kiełbasa Makers International), a obok niej ambasada USA” (tamże, s. 63–64). Mnie to śmieszy, ale w tamtych czasach Polacy mieszkający w Stanach traktowali tę sprawę niezwykle poważnie. Po więcej tego typu smaczków odsyłam do książki.

Drugą z kolei pozycją jest cytowana już Chłodnia, czyli grzejnia – rozmowa z Małgorzatą Szejnert przeprowadzona przez „profesorów” Akademii Reportażu, a więc Dorotę Karaś i Marka Sterlingowa. Szejnert już na pierwszych stronach książki wyraźnie określa rolę reportera: „Reporter powinien pisać przede wszystkim dla swoich współczesnych, którzy mają wpływ na rzeczywistość” (s. 18). Czy taki cel przyświeca także uczestnikom Akademii Reportażu?

Rozstrzał tematów jest tu olbrzymi – od reportaży o sztuce na MS Batorym, raku piersi i życiu po diagnozie, poprzez rozmowy z ciekawymi ludźmi (w tym między innymi ze stulatką z Sopotu i Pawłem Konnakiem), aż po gry komputerowe, leczenie bioenergią i dziwne zjawiska paramedyczne, bio-pochówki, życie działkowców oraz cykl rozmów prowadzony w toaletach. Podobnie było w poprzednich edycjach: „Przekrój tematów od plafonu z Wałęsą na Zamku Królewskim do kilku dekad historii zbieraczy z Szadółek” – komentuje czujny obserwator z „Gazety Tymczasowej” (Pierwszy numer ostatniej gazety, „Gazeta Tymczasowa”, 13–15 września 2024, nr 1, s. 2).

Czy Akademia Reportażu powstała po to, aby zmieniać świat? Czy może są to po prostu warsztaty pisarskie? Wydaje się, że ani jedno, ani drugie. Przyglądaliśmy się im przy pracy, przeprowadziliśmy nawet krótki wywiad z Dorotą i z Markiem – i możemy z całą pewnością powiedzieć, że nie jest to kurs czy szkoła ze ściśle określonym programem pedagogicznym, realizowanym pod dyktando następujących po sobie slajdów dających jedną jedynie słuszną receptę na napisanie reportażu. Jest to projekt, którego najważniejszym celem jest stworzenie środowiska reporterów, osób, które chcą pracować w grupie, zespołowo, wzajemnie się przy tym inspirując i napędzając. Podczas pierwszej edycji stworzono nawet prawdziwą redakcję, która pokusiła się o wydanie pierwszego numeru ostatniej na świecie gazety: „«Gazetę Tymczasową» założyliśmy na potrzeby Akademii Reportażu ECS. Jej uczestnikom zaproponowaliśmy, by zamiast wysłuchiwać, jak mądrzymy się na wykładach (i tak to czasami robiliśmy), popracowali jak w dawnej redakcji (minus mobbing i molestowanie). Reporterzy wybrali tematy, ruszyli w teren, przysyłali kolejne wersje tekstu, a my bezlitośnie je poprawialiśmy” (Dorota Karaś, Tymczasem w ECS, „Gazeta Tymczasowa”, 13–15 września 2024, nr 1, s. 2).

Akademia Reportażu to zatem próba wskrzeszenia tego, co już na zawsze odeszło – redakcji w ich dawnym kształcie i wymiarze, środowiska, w którym jak w tyglu buzuje od wiadomości, w którym ścierają się opinie, w którym panuje atmosfera twórczego fermentu – minus mobbing i molestowanie oczywiście. W atmosferę niegdysiejszych redakcji możemy wczuć się chociażby dzięki wspomnianej rozmowie z Małgorzatą Szejnert, która niejednego w tym fachu doświadczyła i niejedno widziała – na przykład Jacka Hugo-Badera, który, aby zebrać materiał do nowego tekstu, chodził z córką przebrany za żebraka, próbując dostać się do różnych eleganckich lokali. Pobili go tylko w Hotelu Marriott.

Uczestnicy Akademii Reportażu nie posuwają się (chyba) aż tak daleko, ale ich praca też jest na serio, a teksty również wymagają gruntownego rozpoznania tematu w terenie, zdobywania informacji, docierania do odpowiednich ludzi, przeprowadzania wywiadów. Oczywiście ważna jest także forma – nie wystarczy dobry temat. Trzeba go jeszcze odpowiednio opracować, a cały tekst musi być interesujący. Ważnym elementem programu Akademii są także spotkania z gośćmi. Był Szczygieł, Hugo-Bader i inni, ale my na szczęście trafiliśmy akurat na świetnego Kamila Wicika, który opowiadał o trudnej pracy dziennikarza radiowego. „To jest Kamil Wicik. Mimo młodego wyglądu pracuje w radiu już pięćset lat” – zapowiedział go Sterlingow.

To są jednak detale. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że członkowie Akademii Reportażu, przyjeżdżający do Gdańska z całej Polski (choć głównie z Gdańska), są w tym razem i mogą o tym wszystkim ze sobą pogadać. Poza tym grupa jest trwalsza niż sam cykl spotkań prowadzony przez ECS. Oficjalna formuła Akademii Reportażu to już w zasadzie pretekst. Twórcza atmosfera zebrań dawno rozlała się poza instytucjonalne ramy projektu, a środowisko reporterów funkcjonuje niezależnie od oficjalnego terminarza zjazdów. Ich nieformalne spotkania odbywają się często na Biskupiej Górce i w gościnnym lobby Hotelu Ibis przy ulicy Heweliusza (skąd nikt ich nie wygania – dobrze, że nie próbowali spotykać się w Marriotcie). Z tego powodu cała grupa bardzo mocno wierzy w to, iż w przyszłości będzie wręczana statuetka Złotego Ibisa Reportażu.

Oczywiście to żarty, ale ja trzymam za nich kciuki, aby wytrwali w tym przekonaniu co najmniej tak długo, jak długo Kamil Wicik pracuje w radiu.

 

PS Mam wrażenie, że mimo wielu narracyjnych kół zatoczonych nad definicją literatury faktu, dalej nie znalazłem odpowiedzi na fundamentalne pytanie: czym jest reportaż? Podejmując desperacką próbę zmiany tego stanu rzeczy (pięć minut przed publikacją tekstu), zwróciłem się do specjalistów i wykładowców Akademii Reportażu (a do kogóż by innego?), którzy mimo ciężkich, niemal beznadziejnych prac hydraulicznych prowadzonych gdzieś za kaszubskimi lasami rzucili wszystko i przyszli mi z pomocą. A odpowiedź brzmi: „Reportaż to dobrze opowiedziana historia”. Z naciskiem na „dobrze” i na „historia”.

Tymoteusz Skiba

Tymoteusz Skiba

Niezależny schulzolog, niespełniony koszykarz i niedoszły zawodnik StarCrafta. Fałszywy wieszcz muzycznego kolektywu sepr.online, który opublikował swoje epigońskie dokonania na falach Radia Kapitał. Doktor nauk humanistycznych zakochany w science fiction, dwudziestoleciu międzywojennym i podwójnej hawajskiej. Najsłynniejszy bard Jasienia, Kokoszek i Szadółek, znienawidzony na Stogach i Biskupiej Górce. Od stuleci więziony na Uniwersytecie Gdańskim. Publikował opowiadania w „Schulz/Forum”, „Blizie”, „Czasie Kultury”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Mieście Literatury” i „Bravo Girl”. W 2020 roku wyróżniony w II Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką Nowy Dokument Tekstowy w kategorii epika, za opowiadania Kto napisał Brunona Schulza? oraz Rozmowy ze spamem. Autor najgorzej sprzedających się opowiadań w historii Szadółek pt. Worstseller (Słowa na Wybiegu, Gdańsk 2022) oraz Chwasty. Opowiadania ruderalne (Eperons-Ostrogi, Kraków 2025). Współautor książki Schulz dzień po dniu. Rekonstrukcja biografii 1933–1934. Laureat Nagrody Literackiej Złota Magdalenka za rok 2025.

Dominika Wróblewska

Dominika Wróblewska

Artystka i ilustratorka urodzona w Gdańsku. Ukończyła studia licencjackie i magisterskie z ilustracji na Manchester Metropolitan University, gdzie przez ostatnie siedem lat pracowała jako nauczyciel. Obecnie znów mieszka w Gdańsku.

Jej prace koncentrują się głównie na obserwacjach (zewnętrznych lub wewnętrznych), które przekazuje dalej w świat za pomocą rysunku i tekstu. Szczególnie aktywnie zajmuje się ilustracją reportażową, a jej specjalnością jest szybkie rysowanie i uchwytywanie ludzi w akcji. Uwielbia rysować w trudnych warunkach klimatycznych i sytuacyjnych, traktując rysunek jako sport.

Jaskiniowiec. Od wielu lat czołga się po jaskiniach i – zawieszona na linie bądź leżąca w ciasnym korytarzu wypełnionym błotem – rysuje innych grotołazów przemieszczających się przez podziemne światy. Autorka książki artystycznej (the) Cave Starter Pack. Obecnie pracuje nad następnym projektem związanym z jaskiniami.

W trakcie pierwszego lockdownu COVID-19 spędziła 60 dni, obserwując to, co widać z oknem, rysując to i pisząc o tym. Z zebranego materiału powstała opublikowana niezależnie książka (the) Corona Journal. W dużej mierze projekt był zainspirowany książką mistrza obserwacji Georges’a Pereca pod tytułem Tentative d’épuisement d’un lieu parisien („Próba wyczerpania pewnego paryskiego miejsca”).

Wywiad z nią ukazał się w książce Reportage Drawing: Vision and Experience Louisa Nettera. Wszystkie opisane projekty można zobaczyć na jej stronie: domeeart.com.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Pisanie jako droga Pisanie jako droga Pisanie jako droga
Czesław Romanowski

Pisanie jako droga

W trawie, która porosła przyczyny i skutki… W trawie, która porosła przyczyny i skutki… W trawie, która porosła przyczyny i skutki…
Dorota Karaś

W trawie, która porosła przyczyny i skutki…

Redaktor Redaktor Redaktor
Marek Sterlingow

Redaktor

Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror
Przemysław Krajewski

Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror