Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror

Fotografia: Łukasz Głowala
Fotografia: Łukasz Głowala

Prolog

Poniedziałek w redakcji „Echa Północy” smakował podłą kawą z ekspresu. Ktoś przeklinał serwer, ktoś drukarkę, ktoś całe swoje życie. Szef przechadzał się z miną pogorzelca, wskazywał palcem na dziennikarzy i rozdzielał tematy:

– Ty bierzesz kulturę, ty śmieci, a ty Krajewski… – Palec zatrzymał się na mnie niepokojąco długo. – Ty bierzesz duchy.

– Ale ja robię w tematach społecznych, nie paranormalnych – zaprotestowałem panicznie.

– No właśnie. To zjawisko społeczne. Ludzie się boją. Piszą do nas. Na Biskupiej Górce straszy. Idź tam w nocy i zbadaj to. I zrób to dobrze. Z dreszczykiem…

Dostałem kopie maili od czytelników. „Ktoś lub coś próbowało mnie złapać za nogi”. „Słychać szepty, jakby jęki, z pustostanów przy Biskupiej. Niech ktoś to sprawdzi”. „Na Salwatorze w parku dzieją się dziwne rzeczy”.

Westchnąłem. W kalendarzu miałem tekst o transporcie miejskim, termin za trzy dni. A teraz jeszcze trafiły mi się duchy. Fakt, mogłem sprzedać temat stażystce. Albo wszystko zmyślić. Nikt by nie poznał… Ale nie, ja musiałem być „profesjonalny”.

Zrobiłem szybkie rozpoznanie na temat dzielnicy, a późnym wieczorem zabrałem dyktafon, latarkę, notatnik i ruszyłem w teren. To, co przeczytacie, to dokumentacja wydarzeń tamtej nocy. Minuta po minucie.

Transkrypcja nagrania. Część pierwsza

Godzina dwudziesta druga pięćdziesiąt osiem. Lokalizacja: ulica Biskupia. Wchodzę od strony Galerii Forum. Na razie spokojnie. Jeszcze jest trochę światła, kręcą się ludzie – dziewczyna z psem, dwóch chłopaków z kebabem, ktoś pali papierosa pod przystankiem. Zwykły wieczór. [szum wiatru, metaliczny dźwięk tramwaju z oddali – zgrzyt]

W dół, od strony Pohulanki, zjeżdża tramwaj. Tam, za torami, po wojnie wieszano. Wczesnym wieczorem czwartego lipca 1946 roku na Pohulance zebrał się tłum. Na ciężarówkach stali skazańcy ze Stutthofu – kobiety, kapo, strażnicy. Obok nich egzekutorzy w obozowych pasiakach. Samochody ruszały po kolei, wypychając z platform ciała w objęcia szubienic. To była wymyślna kara, pokazowa, symboliczna. W jednej ciężarówce silnik odmówił zapłonu. Była więźniarka, nie czekając, popchnęła Wandę Klaff, kapo oskarżoną o bicie i znęcanie się nad współwięźniarkami. Pętla zacisnęła się na jej szyi z cichym trzaskiem. Ludzie z tłumu rzucili się na świeże ciała, rwali odzież, sznury, fragmenty ubrań. Każdy chciał zabrać kawałek z trupa – do domu, ku pamięci, na szczęście. Pisał o tym świadek Alojzy Nowicki. [szum mikrofonu, trzask]

To było blisko. Ale nie tutaj.

Idę sprawdzić pierwsze miejsce. Schody prowadzą w górę – krzywe, wilgotne. Latarnia miga: jedno długie światło, jedno krótkie. Odgłosy miasta z wolna milkną, jakby ktoś ściszał radio. Mijam sklep spożywczo-monopolowy. Dalej ogród, potem ostry zakręt w lewo, w prawo stroma odnoga kamiennych schodów. Czytelnicy pisali, że nocą słychać tam kroki, ale nie widać postaci… Że coś łapie za nogi… Trudno uwierzyć. [szeleszczą liście] Latarnie świecą przytłumionym światłem. Miejsce wygląda niewinnie, może nawet magicznie.

Wchodzę wyżej. Po prawej zdewastowana platforma widokowa – puste butelki, niedopałki, obdrapane poręcze. Panorama Śródmieścia. Romantyzm na pokaz. Nic niezwykłego. Wszystko w porządku.

Im dalej, tym mniej malowniczo. Ostatni dom tonie w półmroku. Świecę latarką. Na płocie i w krzakach pozatykane maskotki, brudne, rozprute, niektóre bez głów. [delikatny metaliczny brzęk] I te dźwięki – na drzewach wokół wiszą dzwoneczki. [kliknięcie wciskanej pauzy]

*Zadzwoniłem do drzwi. Otworzył starszy mężczyzna. Chudy, w wyblakłym roboczym drelichu w kolorze popiołu. Na rękawach miał ślady sadzy, na mankiecie obłupany guzik, chyba ktoś próbował go urwać zębami. Twarz poorana zmarszczkami, oczy szare i zamglone, wydawało się, że w ich środku było mleko. Patrzył na mnie bez cienia zdziwienia, jakby wiedział, że przyjdę.

– Długo pan tu mieszka? – spytałem.

– Długo – odpowiedział po chwili. Głos miał suchy, chropowaty.

– Nie boi się pan tu spać?

– A czego? Tu wszystko jest w porządku.

Patrzył prosto w oczy, zbyt długo, badał coś za moimi źrenicami. W tle było słychać delikatny dźwięk: ktoś lekko potrącił łańcuch. Starzec się nie odwrócił. Uśmiechał się. Dopiero wtedy zauważyłem, że paznokcie ma ciemne, od sadzy albo od ziemi.*

[trzask zwalnianej pauzy] Pożegnałem się, ale ciągle czuję wzrok staruszka na plecach. Ciężki, zimny. Nie… Zwyczajny wiatr i dzwoneczki. Zwyczajny staruszek. Ma prawo ozdabiać podwórze, jak chce. Tu wszystko jest w porządku. Zrobię dokumentację fotograficzną i wracam na Biskupią. [trzask dyktafonu]

Transkrypcja nagrania. Część druga

[szum mikrofonu, pojedynczy trzask] Dwudziesta trzecia osiemnaście. Skręcam w stronę Reduty. Coś słyszę. Głos? [niewyraźny szum z krótkimi, głośnymi kulminacjami] Raczej szept, a właściwie coś pomiędzy szeptem a urwanym krzykiem. Z początku brzmi jak szelest liści, potem już wyraźnie. Próbuję to nagrać:

– Widzę cię. [cisza]

– Zostało ci sześć… [cisza] pięć…

Krótkie, szarpane słowa dochodzą z kamienicy po lewej stronie. To do mnie?

Zatrzymuję się. Klatka schodowa jest otwarta, drzwi uchylone. Wchodzę. Ściany łuszczą się jak stare naskórki, z sufitu zwisa przewód. Na piętrze sterta gratów, zardzewiały wózek, dziecięce krzesło bez oparcia. Na parterze – ona. Mała dziewczynka. Siedem, może osiem lat. Jasne włosy, cienkie jak pajęczyna. Na sobie ma koszulę nocną, za dużą, Stoi w półmroku i kładzie palec na ustach. Zauważam, że oczy ma większe, niż powinny być, i że odbijają światło z klatki w sposób nienaturalny – nie błyszczą, tylko świecą, jak szkło. Na wszelki wypadek nie wyłączam dyktafonu.

– Co tu się dzieje?

– Awantura domowa. Oni tak każdej nocy. Zaraz się pogodzą.

– Późno już. Powinnaś spać.

– Tak. Tylko mama mnie wysłała po ziemniaki. [szuranie za dużymi butami, odgłos schodzenia po schodach]

Rusza w dół, w stronę piwnicy. Schodzi bez pośpiechu, krok po kroku, Uśmiecha się lekko, prawie niezauważalnie. I ten uśmiech mnie uspokaja. Bez powodu, irracjonalnie. [dźwięk metalu ciągniętego po betonie] Z ciemności dobiega stłumiony odgłos. Może wiadro, może metalowe drzwi haczące o beton. W powietrzu zapach chłodu, wilgoci i ziemniaków.

Nie słyszę już szarpaniny. Znowu cisza. Tylko cichy dźwięk kapiącej wody i echo moich kroków. Stoję chwilę, nasłuchuję. Nic. Wychodzę. Tu wszystko jest w porządku.

Transkrypcja nagrania. Część trzecia

Dwudziesta trzecia trzydzieści. Cisza. Zupełna cisza. Ani jednego głosu. Idę w górę Biskupiej, chcę zobaczyć Neptuna. Nie tego z Długiego Targu, innego, o twarzy surowej jak odlew gniewu. Skrzyżowanie Biskupiej z… Biskupią. Ulica rozdwaja się niczym niepewne siebie wspomnienie, jakby nie mogła się zdecydować, dokąd prowadzi. Po prawej stronie zbocze porośnięte krzakami, po lewej ściany wciąż noszące ślady kul. W oddali majaczy wieża z zegarem. Światło przygasa, błoto błyszczy w latarce, ziemia oddycha parą.

Po kilkudziesięciu metrach ścieżka kończy się na kamiennej platformie. Widok rozpościera się na całe Śródmieście. Dachy, czarne podwórza, migotanie świateł w oknach. Gdzieś w perspektywie, daleko za ciemną linią kanału, majaczą dźwigi stoczni i portu. Odwracam się i wtedy go widzę.

Neptun.

Wyrasta z fasady budynku. Ciało spięte w ruchu, muskularne, gotowe do ataku. Twarz zacięta, oczy nie patrzą w przód, tylko w dal, śledząc rzeczywistość za moimi plecami. Dosiada hippokampy – mityczne półkonie-półryby, które w tej ciemności wyglądają upiornie. Zamrożona scena polowania.

Z dokumentów, które przeglądałem w redakcji, wynika, że rzeźbę wykonano w 1940 roku. Gmach, wybudowany z przeznaczeniem na schronisko młodzieżowe, należał wtedy do organizacji Hitlerjugend. Jako pierwszy do księgi gości wpisał się Reichsjugendführer Artur Axmann. Na fotografii z otwarcia ma twarz dziecka wychowanego w rozkazach: napiętą, zdeterminowaną, martwą. Pedagog śmierci, patron wychowawców III Rzeszy.

Podczas wojny pobliski teren służył jako obóz jeniecki i pracy przymusowej. Osiemset, może dobrze ponad tysiąc osób. W jednym baraku trzysta. Prycze, materace z trocinami, żelazne wiadra zamiast toalet. W dokumentach Międzynarodowego Czerwonego Krzyża pisano, że więźniowie byli w dobrym stanie i żyli w przyzwoitych warunkach. Tyle propagandy. Po wizycie inspektorów gaszono światła. To, co tam się działo, nie ma potwierdzenia w żadnych dokumentach. Zachowały się tylko pocztówki żołnierzy Wehrmachtu do żon w Rzeszy: „U nas wszystko w porządku”.

Po wojnie w budynku schroniska mieścił się przez chwilę dom studencki Politechniki Gdańskiej. Sześć lat później przejęło go Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, potem milicja. Dziś też nie można tu wejść z ulicy – to teren Komendy Wojewódzkiej Policji. Te same ściany. Ten sam zapach kurzu i żelaza. Nad wejściem – ten sam Neptun. Zastygły bóg morza o nordyckiej twarzy. Mierzy cios, ale nie uderza. Patrzy. I czeka. [podmuch wiatru, metaliczny zgrzyt]

Zjawisk paranormalnych nie stwierdzam.

Transkrypcja nagrania. Część czwarta

[przyspieszony oddech, kroki po żwirze] Dwudziesta trzecia czterdzieści sześć. Biskupia Górka po zmroku staje się opustoszała, mroczna i niepokojąca. Nie wiem, czy to wina pogody, czy samego miejsca, ale powietrze ma inny ciężar. Jest gęste, wibrujące, pachnie rdzą i mokrym betonem. Cisza nie jest ciszą – ma strukturę, warstwy. Jakby coś się w niej ruszało.

Zaczynam żałować, że tu przyszedłem. Kolana mam miękkie, dłonie wilgotne, dyktafon ślizga się w palcach. Oddycham płytko.

Reduta Koszarowa. Trzy piętra w bocznych skrzydłach, cztery w centralnym, pod ziemią system korytarzy. Nie wszystkie zostały zbadane.  Podobno część tuneli wciąż istnieje, zasypana gruzem, ale dostępna od strony ciepłowni. Nikt nie wie, jak daleko sięgają.

[stuknięcie mikrofonu, metaliczny zgrzyt] Otwieram furtkę. Metal jęczy jak zardzewiały instrument. Za nią – ciemność. Absolutna. Wzdłuż muru wiją się stalowe żyły rur ciepłowniczych. Na betonie graffiti: „Nie wracaj”, „Śmierć systemowi”, „Jebać psy”. W świetle latarki wyglądają jak groźby wydrapane przez kogoś, kto bardzo chciał, żeby je zapamiętano. [dwudziestosekundowa przerwa w nagraniu, słychać tylko wiatr]

Mam niepokojące uczucie. Jakby ktoś szedł tuż obok mnie. Włosy na karku stają dęba. Serce wali w plecach. Wiem, że jestem sam. I wiem, że nie jestem. Dziwne.

Schodzę ze zbocza, a raczej się z niego ześlizguję – nie ma ścieżki. Liście pod butami mieszają się z błotem. [stłumiona trzaski] W oddali słyszę trzask, potem drugi, niższy. Może gałąź. Może coś innego. Zatrzymuję się, żeby złapać równowagę. Coś dostrzegam.

Dwa punkty. Czerwone. Rozżarzone. Zawieszone w ciemności na wysokości głowy, może niżej. Światła z miasta? Nie, są zbyt blisko. Za blisko. Pulsują jak żar w piecu. Jak źrenice.

Garm. Pies z piekła, stróż granicy między światem żywych a umarłych. Widzę jego oczy. [stłumiony trzask, zakłócenia] Poruszają się, lekko, ruchem kołowym. Jedno znika, drugie błyska. Kliknięcie. Metaliczny dźwięk. Potem jeszcze jeden błysk. Czerwony. Dociera do mnie absurd: zapalniczka, papierosy.

Teraz widzę dokładniej. Dwóch mężczyzn stoi pod drzewem, ledwo widocznych w mroku. Butelka, dym, zachrypnięte głosy. Podchodzę bliżej. Chowam dyktafon za plecy.

– Masz drobne? [głos brzmi napastliwie]

– Nie mam. Jestem reporterem. Szukam duchów.

– Jasne… [drugi z nich próbuje zachować sztuczną powagę] Jak dasz dychę, to ci powiemy, gdzie siedzą. [wybuch śmiechu]

Mijam ich i idę dalej. Ciągle się śmieją się. Ja też. Nerwowo.

Transkrypcja nagrania. Część piąta 

Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt dwie. Wychodzę na ulicę Spadzistą. Robi się jaśniej. [przez minutę na nagraniu słychać tylko odgłos kroków] Skręcam w stronę Kanału Raduni. Nowe elewacje błyszczą, chodnik jest suchy, cicho, jakby nawet wiatr tu nie dochodził. Nareszcie cywilizacja – albo raczej jej widmo. Zaroślak przechodzi płynnie w ulicę Na Stoku. Zabytkowa lampa pulsuje rytmicznie bladym światłem. Po kilku minutach w ciemnych zaułkach doceniam jej nikłe światło.

Czytelnicy pisali o dziwnych zjawiskach w Parku Salwator. Postanawiam to sprawdzić. Wchodzę po wykruszonych schodach. Kamień jest śliski, porośnięty mchem. [oddech bliżej mikrofonu] Na górze – cisza i cień drzew. Po lewej – szkoła, zadbana, oświetlona. Po prawej – alejki, ławki, liście.

Sześć lat temu, podczas remontu boiska przy szkole podstawowej, robotnicy natknęli się tutaj na żuchwę z zębami. Prawdziwą, ludzką. [cisza] Było tego więcej. Miednica, piszczel, żebra. W raporcie z prac archeologicznych napisano: „Znaleziono fragmenty szczątków ludzkich w ilości znacznej”. Nie mogło być inaczej – do lat sześćdziesiątych XX wieku był tu cmentarz menonicki parafii św. Jana. Część grobów ekshumowano, a część nie. [suche kliknięcie]

Zatrzymuję się na środku parku. Pod stopami miękka ziemia. Patrzę na drzewa, na ławkę, na piaskownicę. Wiem, że pod nimi mogą leżeć trupy. Pytanie tylko: jak głęboko?

Transkrypcja nagrania. Część szósta

[szum wiatru, mikrofon trze o tkaninę, w tle słychać deszcz – cichy, jednostajny] Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt osiem. Chcę zobaczyć jeszcze jedno miejsce. Ostatnie. Czytelnicy pisali, że nocami słychać tam kroki, głosy, że ktoś tam jest. W pustostanach między ulicami Biskupią a Salwator.

Dochodzi północ. Mijam niewielki budynek, numer nieczytelny. Skręcam w lewo, w ciemny przesmyk. Tam zaczyna się kolejny rozdział. Po prawej – ściany z wybitymi szybami, mur porośnięty bluszczem. Pachnie wilgocią, kurzem, czymś przypalonym. Wchodzę głębiej. Latarka drży mi w dłoni. Światło odbija się od szkła i puszek. Na ziemi zużyta maska przeciwpyłowa i zgnieciona butelka po napoju.  Pusty plastik skrzypi pod butem.

Zatrzymuję się przed opuszczoną kamienicą. Okna zadeskowane, drzwi zabite płytami pilśniowymi. Całość wygląda jak trumna w skali budynku.

[trzask drewna] Robię coś głupiego. Wypycham jedną z desek i wchodzę przez okno. Jestem w środku. Pachnie farbą, rdzą i pleśnią. Ściany posprejowane, ale nie przypadkowo – litery, znaki, spirale, strzałki, ciągi cyfr. Ułożone w rytm, jak szyfr. W jednym miejscu, na wysokości mojej głowy, czerwony kształt przypominający twarz. Farba błyszczy w świetle latarki, tłusta, brunatna. Przez chwilę mam wrażenie, że jednak to nie farba. Dokumentuję to. [cyknięcie aparatu w telefonie]

Na środku pomieszczenia stoi ogrodowa ławka. Obok spora puszka po chemikaliach, butelki, przewrócony taboret. Chyba ktoś dopiero co wyszedł. Słyszę hałas na górze.

– Halo?

Echo mojego pytania wraca z opóźnieniem, rozciągnięte, jakby przebijało się przez wodę. Nikt nie odpowiada. Idę w kierunku odgłosów. [skrzypienie desek] Wąski korytarz, ściany pomazane sadzą, schody skrzypią przy każdym kroku. Światło latarki drga. Raz mocne, raz przygaszone. Pewnie baterie zaraz padną, muszę się spieszyć. Stopnie są luźne, jeden pękł pod butem. [nagły trzask, huk, upadek, przyspieszony oddech]

Cholera! Oparłem się o belkę, a ona dosłownie się rozkruszyła. [harmider] Coś na mnie leci, sypie się z góry! Deski, puszki, szkło. Upadłem na coś ostrego, czuję ciepło krwi spływającej ze zranionego palca. Na policzku mam coś lepkiego. Pajęczyna. Muszę ją zdjąć z twarzy. Boję się pająków.

Latarka zgasła. Próbuję zejść po schodach… [odgłos ciała toczącego się po stopniach] Zgubiłem latarkę, kiedy upadłem i uderzyłem ramieniem o ścianę. Na szczęście ciągle jeszcze mam dyktafon. Zaczynam się naprawdę bać. Biegnę w ciemności, na pamięć. Okno. Przeciskam się. [trzask rozdzieranego materiału] Cholera! Zaczepiłem kurtką o gwóźdź. [uderzenie stóp o beton, szum deszczu, ciężki oddech]

Wreszcie jestem na ulicy, ruszam biegiem w dół, w stronę tramwajów, w stronę światła i ludzi. Środkiem ulicy. Latarnie rozmazują się w poziome smugi. Z zakrętu wychodzą trzy osoby. Dwie dziewczyny i chłopak. [westchnienie ulgi, potem nieartykułowany kobiecy krzyk, odgłosy szamotaniny i upadającego dyktafonu, który przestaje nagrywać]

*Wpadłem na nich.

– Co jest, kurwa?! – krzyknął chłopak.

– Przepraszam… – Próbowałem ich grzecznie wyminąć, ale gardło odmówiło mi posłuszeństwa i zamiast głosu wydobyłem z siebie charczenie.

Jedna z dziewczyn zaczęła wrzeszczeć, aż echo odbijało się od kamienic:

– Zombie!

„Zombie?! Gdzie? Za mną?!” Nie chcę się odwracać, ale instynktownie wyciągam telefon, by mieć zapis – kadr, dowód. Daję na selfie i widzę…

Moją twarz. Oczy szeroko otwarte. Zęby odsłonięte. Krew w kącikach ust i na policzku, rozmazana jak u kanibala. Czerwona struga spływa po szybie telefonu. Powoli.

Zrobiem krok w tył. Wtedy ta druga dziewczyna uderzyła mnie torebką w łeb. Taka mała torebeczka, że nawet portfel trudno zmieścić. Co ona tam miała? Cegłę? Zadzwoniło mi w głowie. Przewracając się, widziałem, jak w oknach zapalają się światła. Jakiś pies ujadał. I wtedy wszystko zgasło. Jakby ktoś odłączył prąd.*

Epilog

Obudziłem się na komendzie. Przesłuchiwali mnie do trzeciej w nocy. Nie chcieli uwierzyć, że byłem służbowo w tych pustostanach, że to było „wtargnięcie dziennikarskie”, a nie „włamanie”. Koniecznie chcieli mi wlepić jeszcze okradanie okolicznych piwnic. Później przewieźli mnie do Izby Zatrzymań. Spędziłem tam resztę nocy na pryczy. Nie spałem.

Rano mnie wypuścili. Wróciłem do domu. Zażyłem potrójną dawkę xanaxu i położyłem się spać. Wstałem następnego dnia rano i od razu popędziłem do redakcji.

Redaktor naczelny siedział za biurkiem. Był blady, pod oczami miał wydatne cienie. Nie odpowiedział na „dzień dobry”, tylko wskazał na stos gazet na biurku. Na pierwszych stronach była moja twarz. Rozmazana, oblepiona krwią. I nagłówki: „Zombie z Biskupiej Górki ZŁAPANY!”.

– Pan rozumie, co pan zrobił? – zapytał tonem człowieka, który patrzy na ruinę własnej firmy.

– Reportaż terenowy – odparłem.

Wywalił mnie z redakcji na zbity pysk. Że niby przyniosłem wstyd całej gazecie, a on teraz musi to wszystko odkręcać. Co tu odkręcać?

Niemniej publikuję ten materiał, by raz na zawsze uciąć wszystkie spekulacje. Wykonałem swoją pracę rzetelnie. Oto fakty: sprawdzając w ramach obowiązków zawodowych niepokojące sygnały od czytelników, uległem wypadkowi, a incydent, do którego doszło następnie w wyniku nieporozumienia, zakończył się interwencją policji. Jestem niewinny. Oświadczam też, że podczas wizji lokalnej na Biskupiej Górce nie stwierdziłem występowania zjawisk paranormalnych, a rzekomy zombie to tylko ja, Przemysław Krajewski, absolwent Akademii Reportażu, redaktor gazety regionalnej „Echo Północy”. Precyzując: były redaktor…

*

Od autora: Zombie z Biskupiej Górki. Mockumentary horror to fikcyjny, hybrydowy reportaż, w którym autentyczne miejsca i fakty historyczne stają się tworzywem literackiego eksperymentu. Stylizowany na zapis z dyktafonu, łączący dokumentalną precyzję i quasinagrania terenowe z elementami grozy i miejskiej legendy, został zainspirowany mockumentami Woody’ego Allena (Zelig) i F for Fake Orsona Wellesa oraz horrorami wykorzystującymi technikę found footage, takimi jak film The Blair Witch Project czy podcast Archive 81. Przenosi ich formalne doświadczenia na grunt literacki i topograficzny – w realne miejsca jednej z dzielnic Gdańska.

Przemysław Krajewski

Przemysław Krajewski

Poeta, dziennikarz i reportażysta. Publikował między innymi w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Tygodniku Przegląd” oraz Onet.pl. Wyróżniany w ogólnopolskich konkursach literackich, takich jak Małopolska Nagroda Poetycka „Źródło” czy konkurs jednego wiersza towarzyszący festiwalowi Europejski Poeta Wolności. W swojej twórczości przygląda się doświadczeniom pokolenia milenialsów: kryzysom tożsamości, egzystencjalnym niepokojom i napięciom życia w świecie zdominowanym przez wirtualne iluzje. Obecnie zaangażowany w interdyscyplinarny projekt Na Bogato, który łączy urban fiction, reportaż, satyrę i elementy wizualne, by stworzyć współczesny portret miasta i jego pogubionych bohaterów.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Gdańszczenie albo Gdańsk Z Gdańszczenie albo Gdańsk Z Gdańszczenie albo Gdańsk Z
Filip Szałasek

Gdańszczenie albo Gdańsk Z

Coś fantastycznego Coś fantastycznego Coś fantastycznego
Tymoteusz Skiba

Coś fantastycznego