Zwiedzanie gęstych światów z Jakubem Rebelką

Plansze z komiksu „Judasz” (Kultura Gniewu, 2020)
Plansze z komiksu „Judasz” (Kultura Gniewu, 2020)

Pochodzący ze Starogardu Gdańskiego rysownik Jakub Rebelka jest obecny w polskim środowisku komiksowym od ponad ćwierć wieku – a mówimy o autorze 42-letnim. Jego prace już w latach dziewięćdziesiątych publikował magazyn komiksowy „AQQ”, w tamtym okresie nieocenione źródło wiedzy o tym, co się dzieje w świecie komiksu w Polsce i – po części – za granicą, a także miejsce, w którym młodzi uzdolnieni rysownicy mogli się pokazać i poddać swoje prace ocenie branżowych ekspertów.

W 1997 roku, w czternastym numerze pisma, redaktor Łukasz Zandecki doceniał wysoki poziom prezentowany przez Rebelkę, wówczas chodzącego do liceum, i przewidywał, że „za dwa lata Jakub wykasuje swoimi rysunkami chyba większość obecnych polskich komiksowych profesjonalistów” (zostawmy na boku kwestię tego, co w kontekście wątłego wówczas rynku komiksów w Polsce mogło oznaczać słowo „profesjonalista”).

W tamtym okresie prace starogardzkiego rysownika przypominały komiksy innych początkujących wówczas, a dziś cenionych polskich twórców młodego pokolenia, na przykład nieco starszego od niego Tomasza Leśniaka, współautora Jeża Jerzego. Widać też pewne podobieństwo do twórczości Krzysztofa Owedyka, autora o ugruntowanej już wtedy pozycji na scenie punkowej, wydającego własnego zina „Prosiacek”. Ogólnie chodzi o gęstą, nieco agresywną kreskę deformującą świat i bohaterów – o połączenie cartoonu i programowej brzydoty, będące znakiem epoki w polskim komiksie schyłku XX wieku. To był zupełnie inny Rebelka niż ten dzisiejszy, tworzący dla zachodnich wydawców bardzo eleganckie plansze z perfekcyjnie dobranymi kolorami.

Urok komiksu niezależnego

W swoich wczesnych utworach, wydanych w pierwszej dekadzie XXI wieku, wciąż młody autor wyraźnie czerpał z poetyki undergroundu, co zresztą szło w parze z ówczesnym profilem jego wydawcy, Kultury Gniewu, silniej zorientowanego na polską scenę niezależną. Dlatego na przykład w albumiku Ester i Klemens. Trzy głowy profesora Muri (Kultura Gniewu, Warszawa 2007) buntownicza, ostra i kanciasta kreska współgra z fabularnym rozczochraniem. Autor opowiada o zmutowanych dzieciach pewnego profesora, które doświadczają szykan w swoim miasteczku (całkiem jak pewni amerykańscy nastolatkowie ze szkoły dla młodych talentów prowadzonej przez innego profesora). Okazuje się, że za tymi kłopotami stoją dwie złowieszcze siostry mieszkające w tajemniczym domu. Całość została narysowana czarnym tuszem i wydrukowana na żółtym papierze. Za to na uderzającej detalami okładce Rebelka pokazał, że potrafi ciekawie operować bogatą paletą barw i tworzyć z nich fascynujące kompozycje.

Styl artysty w tym albumiku cechuje w porównaniu z jego wcześniejszymi pracami większy umiar. Rysunek jest niby prosty, ale widać dążenie autora do klarowności i precyzji. Młody rysownik doskonale wie, w którym miejscu w kadrze jest potrzebne trochę przestrzeni, gdzie należy zagęścić kreskowanie, a kiedy można oprzeć konstrukcję planszy na wielkiej plamie atramentu. Komiks został opublikowany w 2007 roku, ale sygnatury na planszach wskazują, że są to prace jeszcze wcześniejsze – z lat 2004–2006. Kadłubowa fabuła pozwala podejrzewać, że scenariusz powstał bez wcześniejszego planu, być może był tworzony na bieżąco w trakcie rysowania kolejnych stron. Taki urok undergroundu i polskiego komiksu przełomu wieków – epoki, gdy podstawową i docelową formą publikacji nie był, jak dziś, kilkudziesięciostronicowy album, lecz krótka historyjka w antologii. Nie było zbyt wielu możliwości budowania długich i spójnych historii.

Podobnie nieskomplikowaną opowieść Rebelka zaprezentował na kartach innego komiksu opublikowanego w tamtym okresie, zatytułowanego Dick4Dick. Harem Zordaxa (Kultura Gniewu, Warszawa 2009). Ma on formę niewielkiego zeszytu i stanowi raczej gadżet reklamowy, promujący popularny w tamtym czasie gdański zespół, niż pełnoprawny album artysty. Jest jednak o tyle ciekawy, że pokazuje Rebelkę z innej strony niż jego wcześniejsze komiksy. Historyjka zawarta w Haremie Zordaxa jest prosta i zaprawiona niewybrednymi dowcipami o podłożu erotycznym. Niewyszukany zgryw wydaje się ważniejszy od pretekstowej fabuły o tym, jak najeźdźca z kosmosu porwał wszystkie kobiety ze wszechświata, a na odsiecz ruszyła im tytułowa supergrupa bohaterów (w tej roli – członkowie kapeli, każdy ze słowem „dick” w pseudonimie).

Komiks nawiązuje do filmów animowanych, na których wychowywały się dzieciaki w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – ze statkami kosmicznymi i przybyszami z innych galaktyk. Wizualnie natomiast nieco przypomina estetykę, którą jakiś czas później udoskonali i z której uczyni swój znak rozpoznawczy inny pomorski twórca, Łukasz Kowalczuk, słynący z umiejętności tworzenia niezliczonych potworów z innych planet i zderzania ich ze sobą w międzygwiezdnych turniejach wrestlingowych. Przy czym mimo prostoty kreska Rebelki w Haremie Zordaxa jest dość eklektyczna – rysunki z naiwnym kadrowaniem pojawiają się obok efektów bardziej malarskich, a czystej linii, którą artysta jedynie obrysowuje kontury, towarzyszy tu bardzo przemyślana kolorystyka plansz.

Współpraca z zagranicą

Przy wszystkich swoich nieoczywistych walorach wizualnych Harem Zordaxa oraz Ester i Klemens, a także inny komiks z tego okresu, dwuczęściowy Doktor Bryan (2002–2005), uwidaczniają to, co w swojej krótkiej opinii na łamach „AQQ” dziesięć lat wcześniej akcentował w innym kontekście Zandecki – że Rebelka potrzebuje dobrych scenariuszy. Który rysownik ich zresztą wtedy nie potrzebował? W kolejnej dekadzie legitymujący się dyplomem gdańskiej ASP artysta zerwał z beztroską estetyką komiksu niszowego i podjął współpracę z zagranicznymi scenarzystami, najpierw z francuskim autorem o polskich korzeniach Yohanem Radomskim, a potem twórcami amerykańskimi. To zaowocowało bardziej uporządkowanymi narracyjnie historiami, w których mieszkający w Gdańsku artysta mógł w pełni pokazać swoje nieprzeciętne umiejętności opowiadania obrazami.

Opublikowane pierwotnie we Francji przez wydawnictwo Akileos Miasto psów (2015; polskie wydanie: przełożyła Olga Mysłowska, Kultura Gniewu, Warszawa 2016) do scenariusza Radomskiego to komiks gatunkowy, mocno osadzony w konwencji fantasy i nieprzekraczający jej granic. Mamy więc mroczną quasi-wczesnośredniowieczną krainę, rodzinny konflikt na szczytach władzy, najeżdżanie grodów, brutalne walki, ponurych wojowników, nieczyste siły, złowrogie topielice i kierujące główną bohaterką pragnienie zemsty na podłym stryju. Miasto psów to sprawnie opowiedziana historia, jednak spośród innych tego typu komiksów ten tytuł wyróżnia głównie kreska rysownika i fantastyczny dobór kolorów, które sprawiają, że świat przedstawiony jest tu naprawdę gęsty i ma swoją głębię. O scenariuszu Radomskiego można powiedzieć co najwyżej, że nie przeszkadza rysownikowi grać pierwsze skrzypce, a może nawet mu w tym pomaga przez to, że niespecjalnie odciąga uwagę czytelnika od warstwy wizualnej. Kreska Rebelki w porównaniu z jego wcześniejszymi komiksami bardziej ciąży ku realizmowi, jest gładsza i zdecydowanie przyjemna w odbiorze.

Podobne wrażenia pozostawia po sobie jego ostatni wydany w Polsce komiks, Geneza, do scenariusza Claya McLeoda Chapmana i według pomysłu Arasha Amela, Lee Kriegera i Josepha Oxforda (oryginalnie opublikowany przez Boom! Studios w 2021 roku; polskie wydanie: przełożył Jacek Żuławnik, Kultura Gniewu, Warszawa 2022). Opowieść rozgrywa się w świecie zniszczonym przez katastrofę, w którym żyje główny bohater, David, osamotniony człowiek otoczony przez androidy. Stopniowo autorzy odkrywają przed czytelnikiem coraz więcej szczegółów dotyczących statusu bohatera i postawionego przed nim zadania. Nie brakuje tu przeskoków chronologicznych, które dobrze robią opowieści, bo nieco komplikują odbiór, czy drobnych niespodzianek, jeśli chodzi o budowanie wątków. Na tej płaszczyźnie narracja jest nieźle poprowadzona. Autorom udało się nieco przykryć prostotę samej fabuły.

Wydaje się, że komiksowi dobrze by zrobiło rozwinięcie i poważniejsze potraktowanie choćby wątku związanego z przyczynami katastrofy naturalnej, czyli zespolenia maszyn i roślin, które wspólnie postanowiły usunąć z planety wszelkie elementy zwierzęce. Autorzy pozostawili to tylko jako pretekst ukazanych wydarzeń. Szkoda, być może w ten sposób dałoby się zaproponować ciekawszą perspektywę patrzenia na świat – jako na miejsce życia nie tylko organizmów zwierzęcych (albo może w ogóle jako miejsce, w którym na równi funkcjonują elementy żywe i nieożywione). Spojrzenie na temat choćby przez pryzmat ekokrytyki mogłoby sprawić, że Geneza stałaby się w większym stopniu opowieścią problemową, a tak, podobnie jak Miasto psów, pozostała jedynie umiarkowanie porywającym czytadłem. Choć pięknym.

Ożywił ją rysownik, dzięki któremu nabrała odpowiedniej dynamiki. Rebelka we współpracy z kolorystą Patriciem Delpeche’em przedstawili czytelnikom soczysty świat będący zespoleniem roślinności i maszynerii. Plansze przedstawiające ikoniczne budowle Nowego Jorku – takie jak Statua Wolności czy most Brookliński – porośnięte zielenią są wyjątkowo sugestywne. Podobnie jak ukazane w cieplejszych kolorach sceny akcji czy niebieskawo-szaro-różowe wnętrza laboratoriów. W warstwie graficznej wszystko jest tu perfekcyjne – od układu kadrów po kolor konturów postaci i przedmiotów (niekiedy czarny ustępuje innemu i jest to ciekawy zabieg). Aż chciałoby się zobaczyć te plansze w formacie większym niż standardowe amerykańskie B5.

Trudniejsze sprawy

Wśród do tej pory opublikowanych albumów Rebelki wyróżnia się Judasz (Boom! Studios, 2020; polskie wydanie: przełożył Jacek Żuławnik, Kultura Gniewu, Warszawa 2020), komiksowy apokryf napisany przez Jeffa Lovenessa, scenarzystę pracującego przy Marvelowskich filmach oraz pobocznych seriach superbohaterskich. Niezależnie od tego, jak oceniać podejście do tematu ze strony amerykańskiego autora i głębię jego wniosków, bez wątpienia w tym komiksie chodzi o coś więcej niż dostarczenie czytelnikowi rozrywki. Judasz to przede wszystkim wypowiedź na konkretny temat.

Do kwestii reinterpretacji biblijnej czy – szerzej – mitologicznej historii można podejść na wiele sposobów, a w świecie, w którym powaga przy podejmowaniu takich tematów przestała być obligatoryjna, pewnie najwdzięczniejsza stała się tonacja prześmiewcza. W literaturze subtelnie dworował sobie choćby Karel Čapek w Księdze apokryfów, a z bardziej wyważonych autorów komiksów wystarczy wspomnieć Szkota Toma Gaulda i jego bardzo doceniony album Goliat. Została w nim przedstawiona błyskotliwa śmieszno-smutna historia z tytułowym biblijnym olbrzymem. Gauld ukazał znanego z religijnego przekazu bohatera jako poczciwego człowieka, urzędnika wplątanego w polityczną intrygę i zmiażdżonego przez korporacyjną machinę oraz politykę – jako ofiarę sytuacji. Szkocki twórca oddala się od przekazu biblijnego pierwowzoru w tym sensie, że dużo dopowiada od siebie, tworzy właściwie postać na nowo, ale też w takim znaczeniu, że zupełnie nic nie mówi o samej religii (zresztą nie jest osobą religijną), co najwyżej sugeruje, że mitologizacja jest zwodnicza i zniekształca rzeczywistość, ze swojej natury prozaiczną i pozbawioną nadludzkiego sensu.

Gauld odrzucił więc wzniosłość, także w warstwie graficznej. Zupełnie inaczej niż Loveness. Amerykański autor utrzymał swoją opowieść w tonacji serio, idąc w patos, w polskim przekładzie dodatkowo podkreślony archaizacją języka (zresztą niespecjalnie udaną, polegającą na zastosowaniu ściągniętej formy wyrażeń przyimkowych, typu „zeń” czy „przezeń” – inna sprawa, że błędnie użytych). W przeciwieństwie do Gaulda nie skupił się na trzecioplanowej postaci z Biblii, lecz na centralnej kwestii w całej opowieści o zbawieniu, czyli śmierci Jezusa z Nazaretu i jej okolicznościach. Jak zresztą zaznaczał Rebelka podczas jednego ze spotkań autorskich, scenarzysta w związku z własnym religijnym wychowaniem bardzo identyfikował się z ukazanym w komiksie dylematem. Loveness postawił pytanie o to, czy Judasz jako człowiek nie stał się ofiarą boskiego planu zbawienia i czy w związku z tym nie został skrzywdzony, doprowadzony do samobójstwa i wydany na wieczną hańbę oraz jak to świadczy o Bogu i Jezusie. Jak ma się do tego kwestia dobra i zła?

Stawka tych rozważań jest wysoka, a w religijnych narracjach można znaleźć sporo takich kłopotliwych dla wyznawcy paradoksów. Loveness szuka szansy na uratowanie spójności biblijnego przekazu. Dlatego ukazuje Judasza błądzącego w zaświatach i zderza go ponownie z Jezusem oraz z Szatanem. Tytułowy bohater musi odbyć ze swym dawnym nauczycielem dramatyczną rozmowę. Trzeba przyznać, że amerykański scenarzysta zgrabnie wybrnął z tej logicznej pułapki i ukazał ostatecznie biblijnego zdrajcę jako postać, która za kulisami znanej historii w sumie po raz drugi uratowała cały boski plan. W pewnym sensie jest to komiks pocieszycielski i – jak podejrzewam – mający przywrócić wiarę przynajmniej samemu autorowi.

Zapewne przed podobnym dylematem jak Loveness staje w pewnym momencie życia wiele osób traktujących swoją religię poważnie, a biblijną historię jak relację historyczną o prawdziwych ludziach. Na płaszczyźnie teorii gatunków literackich tę kwestię da się wyjaśnić dużo łatwiej i bezboleśnie, nie trzeba iść za Jezusem do piekła. Chodzi o poetykę odbioru – wystarczy przyjąć, że tekst biblijny stanowi egzemplifikację postaw, jakiegoś rodzaju metaforę, której z zasady nie należy odczytywać literalnie. W paraboli nie jest zatem istotna pojedyncza postać, lecz morał płynący z przekazu, z organizacji tekstu, a więc układu wątków i postaci. W opowieści o Jezusie nie chodzi przecież o Judasza. Tutaj nie każda osoba jest tak samo ważna – a to dobrodusznie zakłada Loveness. Jednocześnie zadawanie takich pytań i budowanie na tym koncepcji literackich może otwierać nowe perspektywy i ożywiać skostniałe teksty. Podobnie jak amerykański scenarzysta nad Judaszem, tak nad losem dzieci Hioba zastanawiał się w piosence Jacek Kaczmarski, a Albert Camus w znanym eseju uczłowieczał Syzyfa. Na takich reinterpretacjach w sumie można wiele zyskać.

Co w tym wszystkim robi Rebelka? Zasadniczo jego kreska przypomina tę z Genezy, a jednak w połączeniu z innym tematem i kadrowaniem silniej uwypuklającym osoby dramatu (Jezusa, Judasza i Szatana) pozwala zbudować wrażenie majestatyczności. Widać, jak bardzo uniwersalny jest sposób rysowania tego twórcy. W Judaszu klarowna kreska i bogata kolorystyka znakomicie oddają zaświaty, przestrzeń mniej konkretną niż zarośnięty chaszczami Nowy Jork znany z Genezy. Dzięki pracy rysownika historia napisana przez Lovenessa nabiera – chciałoby się powiedzieć – jakiejś nadludzkiej mocy.

Przemysław Zawrotny

Przemysław Zawrotny

Krytyk i badacz kultury popularnej, a także wykładowca akademicki i redaktor książek. Prowadzi zajęcia o komiksie na Uniwersytecie Warszawskim, pisze o komiksie, literaturze i muzyce (kiedyś głównie „Lampa” i „Czas Kultury”, dziś „Zeszyty Komiksowe”). Lubi też grać na pianinie. Gdańszczanin z wyboru.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Różne odcienie komiksu w Trójmieście Różne odcienie komiksu w Trójmieście Różne odcienie komiksu w Trójmieście
Przemysław Zawrotny

Różne odcienie komiksu w Trójmieście

Pudełko z dziecięcymi skarbami Pudełko z dziecięcymi skarbami Pudełko z dziecięcymi skarbami
Maja Sitkiewicz

Pudełko z dziecięcymi skarbami