Polskie Rio

Ilustracja: Maciej Skalik

Um

W kawalerce na Redłowie budzik wydarł mordę w zaspane ucho po raz piąty tego poranka. Za zaspanym uchem wyrastało zaspane ciało. Właścicielka ciała z wielką niechęcią wprawiła rękę w ruch. Wyłączyła Galaxy Bells jednym precyzyjnym przeciągnięciem palca. Palec wieńczyła ognistoczerwona hybryda. Kolor kontrastował z cynamonową skórą.

Maria nie powiedziałaby, że jest cynamonowa. Inni ciągle to mówili. Miała dosyć tych tekstów. Trudno, to tylko słowa. W życiu Polki brazylijskiego pochodzenia bywało gorzej i mało rzeczy przychodziło łatwo. Wyjątkiem okazała się praca, do której na pewno się spóźni, jeżeli za chwilę nie wygra walki z ciałem.

Po pięciu minutach zwlekła się z łóżka. Poczłapała do łazienki. Spojrzała w lustro. Brazylijka pracująca w szkole samby. Chodzący stereotyp. Ale jej to nie przeszkadza. Jeśli ma być szczera w obliczu własnego odbicia, to musi przyznać, że wcale nie jest dobrą tancerką. Doskonale zdaje sobie sprawę, że robotę dostała ze względu na pochodzenie. Wystarczyło, że powiedziała „Olá, meu nome é Maria” – i miała pracę. Ta autoegzotyzacja nie do końca współgrała z jej kompasem moralnym. Jako studentka gender studies była feministką. Feministką typu plakat z Judith Butler nad łóżkiem i czytanie Gayarti Chakravorty Spivak do poduszki.

„A chuj z zasadami”, pomyślała, zakładając parę szarych dresów. Poglądy poglądami, a życie życiem. Jej tato musiał przełknąć niejedno gówno, kiedy przyjechał do Polski w 2001. Jedyne miejsce zatrudnienia, jakie Gabriel Santos mógł wtedy znaleźć ze swoją skórą, była buda z kebsem obok dworca PKP we Wrzeszczu. Wiadomo, z jaką klientelą trzeba się tam użerać. Plus był taki, że po miesiącu pracy poznał Justynę Kowalską. Rok później zostali jej rodzicami. „Tak, chuj z zasadami”… Miała ważniejsze zmartwienia na głowie. Wczoraj pokłóciła się z Oliwią. Była nie tylko feministką, ale też lesbijką. I nie, nie przeszkadza jej bycie chodzącym stereotypem.

Gdy zapinała ognistoczerwoną bluzę, przemknęła jej przez głowę ich ostatnia rozmowa. Zakluczając mieszkanie, poczuła, że do niewyspania dołącza coś jeszcze. Coś zaczynało się w niej tlić. Spojrzała na telefon. Autobus odjeżdżał za dwie minuty. Torba, schody, drzwi.

Wypadła przed blok, nie zwalniając tempa. Do przystanku miała dwieście metrów. Gdy dobiegała już do wiaty, autobus linii 109, na Babie Doły, wściekle zawarczał jej zza ucha. Zdyszana wsiadła do środka. Bez rozglądania się usiadła na czwórce – naprzeciwko Kogoś. Po osiemnastu sekundach, kiedy wyrównywała oddech, w nozdrza wdarł się odór trawionego alkoholu. Cała zesztywniała. Spotkania z takimi nigdy nie kończyły się przyjemnie.

– Eej, ty! Wyglnądaższ jaek Szeakira. – Kogoś buchnął jej w twarz odorem wódy i przetrawionym rollo.

– Co? – powiedziała twardo. Poczuła, jak rośnie w niej temperatura.

– No, łeadna jezsteś. A moższe ty polskiego nie rozumieższ? – wybełkotał głośniej.

– A ty chyba z chuja spadłeś. Jestem Polką od urodzenia. Spierdalaj! – Dudniło jej w uszach. W oczach tańczyły iskry.

– Aesz tty, kuewa. Ćapeaku jebeany! – Zamachnął się w połowie opróżnioną butelką Perły.

Samba nie była jedyną stereotypową umiejętnością Marii Santos-Kowalskiej. Jak na lesbijkę brazylijskiego pochodzenia przystało, Maria miała też brązowy pas w brazylijskim ju-jitsu. Instynktownie zablokowała cios Kogoś. Poczuła żar przeradzający się w nieokiełznany płomień i już dużo mniej instynktownie wyprowadziła prawy prosty. Kiedy Kogoś zaczął coś bełkotać z zakrwawionym nosem, ogień zaczął tracić na sile. Zasyczały otwierające się drzwi. Maria wyskoczyła. Zaczęła biec, choć miała już dość uciekania.

*

Komenda Miejska spała. Komenda przeważnie śpi. Przez sen coś jej tam zaburczało. Niby pobicie. W autobusie. Otworzyła leniwie jedno ok(n)o.

„No dobra”… – Ziewnęła szeroko na trzy cele. – „Co my tu mamy?” Podobno jakaś dziewczyna pobiła pijanego mężczyznę. Według policjantów podobno niezła. Komenda nie lubiła takich komentarzy, ale je tolerowała. Jej wierni wysłannicy nie lubią, jak im się ogranicza swobodę. Komenda ma to na uwadze. Pobicie nie było poważne. W sumie jeden cios. Więcej kłopotu sprawiał przy wezwaniu ten pijany. Zamachnął się na funkcjonariuszy butelką.

„Nooo, kolego!” – Komenda zagwizdała cicho. – „Tego to ci płazem nie puścimy”. Komenda zrobiła pstryk i areszt na 48h załatwiony. Akt oskarżenia za atak na funkcjonariusza w drodze. Jakiś gnojek nie będzie znieważał jej pięknej instytucji. Chłopcy tego nie lubią. Przymknie ok(n)o, jak go trochę szturchną w areszcie.

Dobra, została jeszcze dziewczyna. Choć w sumie… Nic nie widać na tym monitoringu. Burza ciemnych kręconych włosów zasłania większość twarzy. Młoda tak wpadła i wypadła, że ledwo cokolwiek da się zobaczyć na nagraniu. Udałoby się ją w końcu namierzyć, ale to tyle zachodu… Chłopcy robiliby nadgodziny, uganiając się po całym mieście, a tego nie lubią.

Komenda wrzuca sprawę do specjalnej szufladki. Trzyma tam akta dochodzeń tak żmudnych, że na samą myśl się odechciewa, ale na tyle małych, że nikt nie będzie jej robił z tego powodu kłopotów. Zresztą nie ma zamiaru działać na korzyść Kogoś, który uchybił godności jej dzielnych pomocników. „W sumie to może dam im premię” – powiedziała sama do siebie, zamykając z powrotem ok(n)o i oddając się w ramiona słodkich snów. – „Zasłużyli sobie. Grzeczni chłopcy”.

Dois

Maria Santos-Kowalska leżała na podłodze swojej redłowskiej kawalerki. Włosy grubymi lokami zasłaniały parkiet pamiętający czasy Gierka. Spod półprzymkniętych powiek obserwowała drobinki kurzu powoli wirujące w promieniach słońca, które przebijały się przez plisowane rolety. Maria też by najchętniej wirowała. Najchętniej na parkiecie – tym w pracy. Cóż… W byłej pracy.

Okazało się, że „sześć” to limit spóźnień w miesiącu, jaki była w stanie znieść właścicielka szkoły tańca i jogi Paloma la Tropica. Co to w ogóle za nazwa?! Maria starała się powstrzymać tryb akademickiej analizy, na który próbował przejść jej mózg. Apriopriacja kulturowa, glokalizacja, kolonializm, imperializm… Nie, nie zrobi sobie tego, bo się jeszcze bardziej wkurwi. Wcześniej nazwa jakoś jej nie przeszkadzała. Nie na tyle, żeby rzucić robotę. Rzuci to ją pewnie zaraz Oliwia. Wtedy oprócz byłej roboty będzie mieć również byłą dziewczynę. Dalej ze sobą nie rozmawiały. Kretynka.

Pociągnęła łyk Perły. Ironia. Ten chuj, co się przez niego wczoraj spóźniła, też pił Perłę. Maria przeważnie nie piła. Przeważnie nie miała tak złych dni. Dalej nie wiedziała, czy tamten typ nie złoży skargi, może będą jej szukać… Spojrzała na telefon. Żadnych wiadomości. Godzina – dwudziesta trzydzieści trzy. Zdąży się jeszcze przejść. To jej dobrze zrobi.

Telefon, portfel, klucze, słuchawki. Drzwi, schody, drzwi i już kierowała się w stronę Kępy Redłowskiej. W uszach leciało Le Tigre. Mijali ją ludzie niosący czteropaki i wakacyjne pragnienia. Wpadła myślami pomiędzy zapętlone wersy: „What’s your take on Cassavetes?”. Pierwszym skojarzeniem były studia. Jeszcze trochę i wróci na uczelnię. Szkoda tylko, że niektórzy wykładowcy to niezłe chujki. Wers zmienił się na: „Mysoginist – Genius”.

Płynęła wraz z muzyką, tak jak płynęły zatoką żaglówki, wyłaniające się spomiędzy mijanych drzew. Rodzice wspierali ją w studiach. Sami zawsze chcieli żyć po swojemu, wiedzą, jakie to trudne. Gorzej ze społeczeństwem. Ta ciągła presja: co po tych studiach? na co ci one, skoro i tak próbujesz zarabiać w inny sposób? Czasami sama nie wiedziała i miała serdecznie dość, że według innych powinna. Jakaś dziewczyna biegła boso z psem. Jakieś chłopaki szczekały przy ognisku.

Zwolniła. Szum wypitego piwa zgrał się z szumem morza, krzyk mew z wykrzyczaną od strony lasu kurwą. Bez ludzi jest tu ładnie. Wróciła w myślach to typa z busa. Miała kilka krzywych akcji i jakoś zawsze wszystko rozchodziło się po kościach. Jednak nigdy wcześniej nie uderzyła. Nie tak. Co za pojebany kraj… Nie wie, co teraz będzie z hajsem. Nie chce prosić rodziców. Nie to, że by nie dali. Daliby, oczywiście. To ona upierała się, że będzie zarabiać. I co? Ma teraz wrócić z podkulonym ogonem? Kopnęła kamyk. Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, powoli zlewające się z nadchodzącą nocą. Mieszkanie po babci, które oddali jej na własność, to wystarczająco dużo. Nie chce ich jeszcze obciążać finansowo. Chce pokazać, że daje radę, że jest dorosła.

Gówno. Dobrze wie, że przez większość czasu czuje się mała. Wieczny dualizm. To o to pokłóciła się z…

– Prze… szam, czy …asz …enia? – próbował zapytać typek w jej wieku.

– Co? Poczekaj… – Maria zatrzymała na Eau, D’Bedroom Dancing w momencie, kiedy wybrzmiało „There’s no time for me to act mature”.

 – Przepraszam, czy masz może coś do palenia? – Uśmiechowi towarzyszyły oczy przypominające gotowany agrest.

– Nie palę. – Pożałowała, że w ogóle się zatrzymała.

– Ale mi nie chodzi o szlugi… – przeciągał każde słowo, jakby chciał poczuć jego smak.

– Też nie. – Zacisnęła pięści. W źrenicach zaczynał tlić się żar.

– Kuuurwa, szkoda. To może chociaż dasz mi buziaka? – Typek wyglądał jak creepolska wersja Maca DeMarco. Uśmiechnął się promiennie, odsłaniając pod lichym wąsem pożółkłe uzębienie.

Maria Santos-Kowalska zaczęła rosnąć. Żyły na jej szyi i głowie nabierały odcieni magmy. Stawała się wulkanem. Kiedy była już większa niż Kamienna Góra, a zatoka wyglądała niczym plama moczu po chihuahua, skierowała swe gniewne spojrzenie na typka. Kupkę strachu nie większą od mrówki. Chwyciła go w dwa palce i oderwała głowę razem z kręgosłupem, tak jak jej babcia odrywała szypułki od truskawek. Jucha tryskająca gęstymi strumieniami zalewała każdego mężczyznę, który choć raz był oblechem wobec jakiejkolwiek kobiety.

– To jak będzie? – Creepolski typek mrugnął porozumiewawczo.

Żar przygasł. Maria zdobyła się na mniej spektakularną formę okazania niezadowolenia.

– A weź spierdalaj – wypluła z siebie.

Odwróciła się i ruszyła w stronę bulwaru. Przyspieszyła. Znowu włączyła Le Tigre. Zaczęło lecieć Let’s run. Kiedy wchodziła w rój spoconych ciał na bulwarze, w jej uszach brzmiało: „Or we could totally totally totally freak you”.

Três

Wracając do domu, czuła się zmęczona. W głowie ciągle przewalały się lawiny myśli. W tym momencie zadzwonił ojciec. Odebrała.

– Nie, tato, nic się nie dzieje. Naprawdę. Muszę kończyć. Ja ciebie też. Pa! – Nie miała siły na długą rozmowę. Człapała powoli wzdłuż Alei Zwycięstwa. Za długi wyszedł jej ten spacer. Spojrzała na telefon. Dalej nic. Chyba musi podejść pod dom Oliwii, bo ma już serde…

– Ty ciapata kurwo!!!

Maria Santos-Kowalska nie wiedziała, czy bardziej zaskoczył ją ten ryk, czy towarzyszący mu kopniak w plecy. Poleciała do przodu, ale się nie przewróciła. Złapała równowagę, odwróciła się błyskawicznie. Poczuła w sobie żar.

– Giń, kurwo! – wydarł się Kogoś. Teraz go poznała. Zapaliła się. Miała serdecznie dość. Miała dość chłopów. Miała dość kontrolowania siebie. Miała dość udawania. Włosy stały się płomieniami. Nie walczyła. Zaczęła tańczyć. Rozprzestrzeniała się. Na trawę, na drzewa. Kogoś krzyczał. Maria go nie słyszała. Maria była ogniem. Sambą. Iskrą, która rozpalała Rio w każdy karnawał. Bo była w Rio. Polskim Rio. To tu odkupiciel zostawił krzyż. Odszedł. Za mało tu ciepełka. Na pożegnanie wepchnął w krucyfiks światło. Świeci co noc i nie daje spokoju grzesznikom. Wieczny rave. Ale teraz to Maria świeciła jaśniej. W końcu ma imię po matce Boga. Czy może być ktoś silniejszy? Przyćmiewała krzyż. Była ucieleśnieniem gniewu. Gniewu wszystkich tych, które płonęły na stosach. Powstała z ich bezbronności i bólu.

*

Komenda Miejska nie spała. Komenda Miejska rzadko nie śpi. Kiedy otworzyła ok(n)o, przejął ją strach. Płonęła. Płonęła jak wszystko dookoła. Bo choć jest rodzaju żeńskiego, to nie ma nic wspólnego z kobietami. Z pewnością nic dobrego. Nie po marszach. Komenda dobrze to wiedziała.

*

W zgliszczach leżał telefon. Na zasypanym przez popiół ekranie wyświetliła się wiadomość:

OLIWIA
Hej Maryś
Sorki, że tak długo. Musiałam to przetrawić
Spotkamy się dziś? Co porabiasz???

 

Wojciech Markowski

Wojciech Markowski

Z wykształcenia kulturoznawca, z zamiłowania pisarz, z natury zrzęda. W czasie wolnym słucha metal muzy i gotuje wegan szamkę.

Maciej Skalik

Maciej Skalik

Poeta, ilustrator. Autor książki Różne odcienie szarości (LiTWA, Częstochowa 2013). Laureat XXXI OKP im. Rafała Wojaczka w Mikołowie oraz XXXI Turnieju Jednego Wiersza.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Strażniczka sekretu Strażniczka sekretu Strażniczka sekretu
Izabela Morska

Strażniczka sekretu

Szybka Kolej Miejska Szybka Kolej Miejska Szybka Kolej Miejska
Daniel Odija

Szybka Kolej Miejska