Na cztery ręce: Po imieniu

Fotografia: Vahram Mkhitaryan
Fotografia: Vahram Mkhitaryan

„Ten, no ten… Jak on się właściwie nazywa?” Ile razy dziennie wypowiadamy podobne zdania, próbując wyłowić z pamięci słowo, które mamy na końcu języka. Nazwa wyróżnia, identyfikuje i porządkuje rzeczywistość. Nazywamy rzeczy po to, żeby przestały być „tym, no tym” i zajęły własne miejsce w naszym świecie.

– Cóż, Święty Antoni, patron zgubionych rzeczy, zaginionych osób… i zapomnianych imion, ma pełne ręce roboty.

– A ty mu jej być może jeszcze dokładasz. Na jednym ze spotkań poświęconych wydaniu polskiego przekładu powieści Kac ormiańskiego pisarza Hranta Matewosjana ktoś zwrócił uwagę, że na okładce niepoprawnie zapisano nazwisko tłumacza. To prawda czy może zmieniłeś nazwisko?

– Dla Polaków moje nazwisko jest skomplikowane. Najgorzej, kiedy mam je podać przez telefon, wtedy czasem wolę użyć formy odojcowskiej – Aleksandrowicz – niż literować: mama, Kamil, samo h, Irena, tato, Agnieszka, Robert, Yankee, Agnieszka, Natalia… Na okładce książki Kac moje nazwisko jest zapisane tak, jak się je czyta w języku polskim. Ale oczywiście mam świadomość, że w tej pisowni będzie problem z jego odczytem w innym języku.

– Dziś sprawdzić można prawie wszystko, także to, ile osób nazywa się tak samo jak ty. Według ostatniego spisu powszechnego w Polsce żyje 6772 Ormian, siedemdziesięcioro z nich nosi nazwisko Mkhitaryan.

– To całkiem sporo. A nawet można powiedzieć, że noszę dość powszechne nazwisko – śmiejąc się, dodaje Va. – W Armenii istnieją nazwiska poprzedzone przedrostkiem Ter-, który oznacza, że przodek rodziny był kapłanem ormiańskiego kościoła apostolskiego, na przykład Ter-Petrosjan określa potomka księdza Petrosa.

– Wybór imienia dla dziecka to nie lada wyzwanie, bo też jaka odpowiedzialność i jakież możliwości! Są imiona stworzone przez pisarzy, choćby mickiewiczowska Grażyna, i te spopularyzowane przez literaturę, jak Laura z Sonetów Petrarki czy Julia lub Ofelia z tragedii Szekspira. O inspiracjach płynących z kultury popularnej nawet nie trzeba wspominać.

– Z inną intencją, raczej mniej romantyczną, powstały imiona ideologiczne, będące zlepkiem fragmentów lub pierwszych liter imion i nazwisk komunistycznych przywódców, na przykład Karlen (Karl Marks, Lenin) Marlen (Marks, Lenin), Wilen (Władimir Iljicz Lenin), Mels (Marks, Engels, Lenin, Stalin), Lendrosz („leninowski sztandar” w języku ormiańskim).

– W Polsce popularne jest nadawanie dwóch imion, często na część dziadków lub innych ważnych dla rodziców osób. Imię musi zostać zaakceptowane przez urzędnika stanu cywilnego. Rada Języka Polskiego opracowała spis opinii o imionach, taki pomocniczek dla zainteresowanych, naprawdę wart polecenia miłośnikom oryginalnych imion.

– W Armenii panuje chyba dużo większa swoboda w doborze imion, na ulicy można spotkać Hamleta rozmawiającego z Szekspirem. Ostatnio tłumaczyliśmy opowiadanie Sona i wojna Wreża Israyelyana. Imię tego autora to też interesujący przykład, bo słowo wreż znaczy ‘zemsta’. Trzeba jednak przyznać, że Ormianie przywiązują wagę do imion historycznych. Nasza córka ma na imię Nairi – to historyczna i literacka nazwa Armenii, w kraju funkcjonuje jako imię męskie, w diasporze ormiańskiej także jako żeńskie. Pochodzi oryginalnie z języka asyryjskiego.

– Imiona przechowują informację o rodowodzie, przez pokolenia przechodząc z ojca na syna lub z dziada na wnuka. Z imionami koni jest jeszcze ciekawiej. W polskiej hodowli koni arabskich czystej krwi i koni zimnokrwistych imię źrebięcia tradycyjnie zaczyna się na tę samą literę co imię jego matki. Z kolei w niektórych hodowlach niemieckich, choćby koni hanowerskich, to właśnie imię ojca wyznacza pierwszą literę imienia potomka.

– A informacje ukryte w toponimach? Dwie nazwy geograficzne, czasem nawet trzy, jak na drogowskazach w południowym Tyrolu, w miejscowościach zamieszkanych przez Ladynów i opisywanych jednocześnie przez nazwę niemiecką, włoską i ladyńską. W Armenii, ku radości podróżujących, na drogowskazach też widnieją dwie nazwy – w dwóch, a niekiedy w trzech alfabetach. Czasami nazwa jakiegoś miejsca jest mocno osadzona historycznie czy politycznie. Nazwa stolicy Armenii w języku polskim: Erywań do 2003 roku funkcjonowała jako Erewań, w wersji najbardziej zbliżonej do tego, jak nazwę swojej stolicy wymawiają Ormianie. Obecne zalecenia ortograficzne powróciły do pisowni funkcjonującej w Polsce do drugiej wojny światowej, chyba bez świadomości, że nawiązuje ona do pisowni z czasów carskiej Rosji. Nie zawsze wiemy również, która wersja jest poprawna: armeński czy ormiański.

– Po drugiej wojnie światowej na obecnych zachodnich i północnych ziemiach Polski nastąpiła ogromna zmiana krajobrazu językowego, Komisja Ustalania Nazw Miejscowości, działająca też przed wojną, a wówczas reaktywowana z nowymi obowiązkami, zrepolonizowała (czasami spolonizowała) ponad 32 tysiące toponimów. Zmiana nazwy nie wymazuje historii danego miejsca, raczej nakłada na nią kolejną warstwę. Urodziłam się w „podwójnej” miejscowości i żyłam w wielu „podwójnych” miastach: Słupsku-Stolpie, Gdańsku-Danzigu, Bydgoszczy-Brombergu. Choć w tym ostatnim niemieckość pochodziła z czasów zaborów, więc to w zasadzie miasto potrójne… – Chcę jeszcze coś dodać, kiedy nieoczekiwanie mój mózg, najwyraźniej domagający się glukozy, podsuwa obraz słynnego bezowego deseru: – A wiesz, że pavlova wcale nie jest bezą Pawłowa, lecz Pawłowej, primabaleriny, która ponoć uwielbiała ten deser. Trochę to podejrzane, jeśli weźmie się pod uwagę dietę zawodowych baletnic.

– Na cześć tej samej Anny Pawłowej nadano nazwę rodzajowi jednokomórkowych glonów, do którego należy całkiem sporo gatunków, choćby Pavlova gyrans, czyli „wirująca”, czy Pavlova hommersandii, nazwana tak ku czci badacza Maxa H. Hommersanda. Zresztą w nazewnictwie przyrodniczym mamy bardzo wiele eponimów. I Polaków w tym nazewnictwie nie brakuje. Choćby słynny koń Przewalskiego (Equus ferus przewalskii), od nazwiska Nikołaja Przewalskiego, rosyjskiego podróżnika polskiego pochodzenia. Jest też Aegomorphus wojtylai – chrząszcz z rodziny kózkowatych, nazwany w 2005 roku przez polskich entomologów Jacka Hilszczańskiego i Cezarego Bystrowskiego na cześć Karola Wojtyły. Mikołaj Kopernik doczekał się z kolei własnego motyla: Catasticta copernicus, rzadkiego gatunku występującego w Ameryce Południowej. Maria Skłodowska-Curie patronuje chrząszczowi Psammodes sklodowskae, odkrytemu na wydmach południowej Afryki. A nazwisko Benedykta Dybowskiego, polskiego zoologa i zesłańca, który jako pierwszy badał faunę Bajkału, nosi gołomianka Dybowskiego (Comephorus dybowskii) – niemal przezroczysta, żyworodna ryba występująca wyłącznie w tym jeziorze.

– Czy w ogóle istnieje to, co nienazwane?

– Oczywiście. Tylko znacznie trudniej nam o tym opowiedzieć. „Granice mojego języka są granicami mojego świata”, jak napisał Ludwig Wittgenstein w Traktacie logiczno-filozoficznym.

– To dlatego tak ważne jest to, co mieści się pomiędzy wierszami. Zapewne upraszczam, ale usprawiedliwia mnie sierpień i wakacyjna beztroska.

– Czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty… Niesamowite, nazwa miesiąca podpowiada, co właśnie dzieje się w świecie: kwitnienie lip, żniwa, opadanie liści, zamarzanie ziemi. To niezwykle praktyczne, a jednocześnie, przynajmniej dla mnie, bardzo poetyckie.

– Prawdziwe pory roku w zmyślonych światach, które zaczynają istnieć dopiero wtedy, gdy zostaną nazwane i opisane. Soplicowo, hrabstwo Yoknapatawpha Faulknera, Macondo ze Stu lat samotności to literackie uniwersa, w których możemy się zadomowić.

– Można też zatęsknić za Doliną Muminków, Zielonym Wzgórzem, Krainą Oz, Śródziemiem, Narnią, Krainą Czarów…

– Albo za jednym z pięćdziesięciu pięciu niewidzialnych miast Itala Calvino – Diomirą, Zairą, Tamarą czy Fedorą – którym pisarz nadał imiona, a potem wypełnił je ulicami, mieszkańcami i historią. Niekiedy fikcyjna geografia wymyka się z książki i zaczyna żyć własnym życiem. Soplicowo, którego próżno byłoby szukać na mapie za życia Mickiewicza, z czasem na nią trafiło: gdy wieś Saplice zaczęto utożsamiać z Soplicowem.

– Mało brakowało, żeby Macondo także pojawiło się na mapie. Aracataca w Kolumbii, rodzinne miasto Gabriela Garcíi Márqueza i pierwowzór Macondo, przeprowadziła w 2006 roku referendum w sprawie zmiany nazwy na Aracataca-Macondo. Pomysł przepadł z powodu zbyt niskiej frekwencji. Literackie adresy bywają zresztą zadziwiająco realne. Dom Julii w Weronie czy 221B Baker Street, adres Sherlocka Holmesa, odwiedzają dziś całkiem prawdziwi turyści.

– W Ulissesie Jamesa Joyce’a ważną rolę symboliczną i topograficzną odgrywa latarnia morska Baily na półwyspie Howth, nad Zatoką Dublińską – i również ona istnieje naprawdę. Podobnie jest z Hamletem: literacki Elsynor ma swój rzeczywisty odpowiednik w duńskim Helsingør, gdzie stoi zamek Kronborg, od stuleci kojarzony z tragedią Szekspira.

– Miejsc przeniesionych do realu wprost z literatury jest całkiem sporo, na przykład Hobbiton w Nowej Zelandii, gdzie na farmie niedaleko Matamaty powstała filmowa scenografia świata Tolkiena, której po zakończeniu zdjęć nie rozebrano. Dziś przyjeżdżają tam tysiące zwiedzających. Obawiam się, że podróż do literackich światów zbudowanych w prawdziwym świecie może się skończyć rozczarowaniem. Nie wiem, czy chciałbym oglądać Bulerbyn, wolę mieć te zagrody w swojej głowie.

– W marketingu nazwa ma ogromne znaczenie, weźmy czeską Škodę. Po polsku nazwa jest mało zachęcająca, może wręcz „szkodliwa”.

– Volkswagen w nazewnictwie modeli swoich aut często używa określeń nawiązujących do wiatrów, na przykład Passat (stały wiatr wiejący w strefie międzyzwrotnikowej), Golf (Golfstrom), Jetta (jet stream, czyli prąd strumieniowy), Bora (chłodny i porywisty wiatr wiejący z lądu nad Adriatyk), Scirocco (gorący wiatr wiejący z Afryki Północnej nad Morze Śródziemne), Vento (po włosku i hiszpańsku po prostu ‘wiatr’), Corrado (nazwa pochodzi od hiszpańskiego słowa correr – ‘biec’ – i ma się kojarzyć z pędem wiatru).

– Nie tylko niemiecki „samochód ludowy” odwołuje się w swych nazwach do natury. Maserati Ghibli nawiązuje do gorącego, suchego wiatru wiejącego w Afryce Północnej, Alfa Romeo Stelvio do słynnej, pełnej serpentyn włoskiej przełęczy Passo dello Stelvio. A Ford Mustang od ponad sześćdziesięciu lat ma własny, doskonale rozpoznawalny emblemat – galopującego dzikiego konia.

– Mustangi to zdziczałe konie Ameryki Północnej, potomkowie zwierząt sprowadzanych na kontynent przez Hiszpanów od XVI wieku. Samo słowo „mustang” wywodzi się z hiszpańskiego mesteño lub mestengo – określenia zwierzęcia bezpańskiego, nienależącego do żadnego właściciela. Samochód dostał więc nazwę, która miała przywoływać wolność, dzikość i nieokiełznanie – skojarzenia dla sportowego auta wręcz idealne. Mnie jednak przywodzi na myśl dawną niewiedzę. Oglądając westerny w dzieciństwie, miałem wrażenie, że konie i Indianie byli ze sobą związani od początku świata. Tymczasem koń w kulturach wielu ludów Wielkich Równin pojawił się stosunkowo późno – przybył do Ameryki wraz z Europejczykami.

– Słowo Indianie też jest efektem błędu poznawczego. Dziś doskonale wiemy, że rdzenni mieszkańcy Ameryki nie mają nic wspólnego z Indiami, ale nazwa będąca skutkiem geograficznej pomyłki Kolumba przetrwała przez stulecia i wciąż jej używamy.

– Najwyższy szczyt Ameryki Północnej na Alasce przez wiele lat oficjalnie nazywał się Mount McKinley, na cześć Williama McKinleya, prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tyle że rdzenni mieszkańcy Alaski, Koyukonowie, nazywali tę górę Denali, czyli Wysoki lub Wielki. I tu rodzi się pytanie: czyja historia ma się znaleźć na mapie.

– Miejska toponimia Gdańska jest bardzo zróżnicowana. Mamy historycznie wiele mówiące nazwy, jak Długi Targ, Targ Rybny, Sienny i Węglowy, Plac Solidarności, Drogę do Wolności, zagadkowe dla niewtajemniczonych: Szafarnię, Lastadię i Ołowiankę czy będący fonetyczną zmorą dla obcokrajowców Wrzeszcz. Nie musimy wymyślać sobie tożsamości marketingowej. Same nazwy mówią, że jesteśmy właśnie tutaj, w Gdańsku, nie gdzie indziej.

– I możemy dobrze się bawić. Przynajmniej ja czasami czuję się jak w gabinecie logopedy z czasów podstawówki. Nie uwierzysz, ale naprawdę nie umiałem wtedy wymawiać sz i szcz

– Dobrze trafiłeś!

Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Aleksandra Majdzińska – pisarka, scenarzystka, tłumaczka, wieloletnia nauczycielka polonijna na Wschodzie. Za scenariusz do filmu Mleczny brat w reżyserii Vahrama Mkhitaryana zdobyła nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Złota Morela w Erywaniu i została nominowana do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego. Debiutowała w 2019 roku zbiorem Morkut i inne opowiadania (Marpress), nominowanym do Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego. W 2023 roku za książkę Szalom bonjour Odessa (Marpress, Gdańsk 2022) otrzymała Nagrodę Literacką im. Marka Nowakowskiego oraz Bydgoską Literacką Nagrodę Roku „Strzała Łuczniczki”.

Vahram Mkhitaryan – urodzony w 1977 roku w Erewaniu. Reżyser, scenarzysta, fotograf i tłumacz. Od 2012 roku związany z ASP w Gdańsku, później także z Przestrzenią Sztuki WL4 – Mleczny Piotr. Wielokrotny stypendysta, laureat wielu nagród i wyróżnień. Członek Stowarzyszenia Filmowców Polskich, współzałożyciel Trójmiejskiego Koła SFP.Współzałożyciel Związku Ormiańskiego w Gdańsku, a także (wraz z Aleksandrą Majdzińską w 2014 roku) Fundacji Mlecznego Brata, w ramach której wydają serię „Od słowa do obrazu” (tłumaczenia współczesnych opowiadań ormiańskich).

udostępnij:

Przeczytaj także:

Na cztery ręce: ARA Na cztery ręce: ARA Na cztery ręce: ARA
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: ARA

Na cztery ręce: Plecak ewakuacyjny Na cztery ręce: Plecak ewakuacyjny Na cztery ręce: Plecak ewakuacyjny
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: Plecak ewakuacyjny

Na cztery ręce: Realpolitik Na cztery ręce: Realpolitik Na cztery ręce: Realpolitik
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: Realpolitik

Na cztery ręce: NFZ, czyli <i>Boska komedia</i> w kolejce Na cztery ręce: NFZ, czyli <i>Boska komedia</i> w kolejce Na cztery ręce: NFZ, czyli <i>Boska komedia</i> w kolejce
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: NFZ, czyli Boska komedia w kolejce

Haiku na cztery pory roku: Wiosna Haiku na cztery pory roku: Wiosna Haiku na cztery pory roku: Wiosna
Grzegorz Bronakowski

Haiku na cztery pory roku: Wiosna

Na cztery ręce: Typy stereo Na cztery ręce: Typy stereo Na cztery ręce: Typy stereo
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: Typy stereo

Na cztery ręce: Polak z walizką Na cztery ręce: Polak z walizką Na cztery ręce: Polak z walizką
Aleksandra Majdzińska i Vahram Mkhitaryan

Na cztery ręce: Polak z walizką