Przeczytałam, że podczas Hedgehog 2025, symulowanych manewrów wojsk NATO w Estonii, dziesięciu ukraińskich operatorów dronów w jeden dzień „wyeliminowało” dwa natowskie bataliony – zmroziła mnie ta informacja.
Kiedy Va po raz pierwszy przyjechał do Polski, wpadliśmy do dużego centrum handlowego na zakupy, a tam w równych rzędach stały generatory prądu, akumulatory, generatory prądotwórcze. Na ich widok wpadł w jakiś amok, oglądał, analizował i przymierzał się do zakupu. Na moje słowa, że to niepotrzebne, że czasy ręcznie robionych lamp naftowych, zarzucania kabli na trakcje trolejbusowe czy tramwajowe, zamarzniętej kanalizacji i elektryczności dawanej wtedy, gdy ktoś umarł, już minęły, żeby się nie wygłupiał, że przecież tutaj wojny nie będzie – na to wszystko miał jedną odpowiedź, którą powtarzał jak mantrę: akumulator w domu być musi.
Dziś mapa świata pęka na naszych oczach, wyrwy pojawiają się w kolejnych punktach, a szczeliny podchodzą coraz bliżej. Irak, Afganistan, Liban, Somalia, Gruzja, Pakistan, Tunezja, Egipt, Libia, Syria, Jemen, Mali, Republika Środkowoafrykańska, Ukraina, Nigeria, Sudan Południowy, Demokratyczna Republika Konga, Armenia i Azerbejdżan, Etiopia, Mjanma, znów Ukraina, Sudan, Izrael, Palestyna, Iran. Tyle konfliktów w ciągu dekady. Wydaje się, że czas pokojowych umów narodowych się skończył.
Informacje o tym, jak przygotować się na zagrożenia, listonosz przynosi w kopercie, przychodzą mailem, napływają falami radiowymi, wychodzą z komputera, wylewają się z telefonów.
Siedzimy przed laptopem i szukamy. Szukamy rzeczy zgodnie z listą – plecak ewakuacyjny, ucieczkowy, awaryjny, ratunkowy, kryzysowy, 72-godzinny plecak przetrwania, który pomoże nam w ucieczce od trwogi. Bycie przygotowanym daje spokój. Jak w poradniku Agnieszki Lichnerowicz Idzie wojna? Spodziewaj się najlepszego, szykuj się na najgorsze.
Zamawiamy przez internet suchary wojskowe SU1 i SU2, batony energetyczne, racje żywnościowe i małe opakowania z liofilizowanym jedzeniem, dodajemy też butelkę filtrującą i składany pojemnik na wodę, latarkę czołową mamy, ale przydałaby się jeszcze jedna, no i zapasowe baterie, powerbank o mocy 20 000 mAh jest, byleby pamiętać o kablu wielofunkcyjnym, kilka kocy termicznych NRC również nie zaszkodzi, tych nigdy za dużo, i przechodzimy do apteczki: taka z bandażem uciskowym, gazą jałową, plastrami i opaską elastyczną ma w gratisie rękawiczki i maseczki, jeśli chodzi o leki, to właściwie wystarczy przejrzeć terminy ważności tego, co mamy, wychodzi, że trzeba dokupić tylko środek do dezynfekcji ran, potem uwzględnić jeszcze zapalniczkę i zapałki, najlepiej te sztormowe, oprócz tego wodoodporne opakowanie na dokumenty, na wszelki wypadek trzeba zapisać je na pendrive, koniecznie telefon z ładowarką, peleryna przeciwdeszczowa, no i ubrania na ciepło, na zimno, bielizna, skarpety, podpaski, chusteczki, bo przecież katar.
– Strasznie dużo tego. Rzeczy niezbędnych, by być gotowym – mówię, sporządzając checklistę.
– W gogolowskich Martwych duszach coraz to więcej zgromadzonych rzeczy wywołuje u Pluszkina narastający lęk przed ich utratą. W jego przypadku majątek nie budował poczucia bezpieczeństwa, zwiększał strach.
– Plecak musi być do udźwignięcia.
– Nie możemy popaść w „syndrom Pluszkina”, jak nazywa się patologiczne zbieractwo, kompulsywne gromadzenie rzeczy. Wiesz, jaka jest różnica między pionierem a parówką? Pionier jest zawsze gotów, a parówka potrzebuje pięciu minut.
– U nas harcerz czuwa, cały czas na stand-byu.
– À propos harcerstwa. Kiedy zapytałem naszą córkę, gdy wróciła z harcerskiego biwaku, czy rozpaliła wreszcie ognisko, powiedziała, że nie wolno było rozniecać ognia. Obawiam się, że ubieranie munduru z syntetycznego materiału na miejskie parady trochę różni się od prawdziwego sprawdzianu. Może i fajnie to wygląda, gdy tańczy się poloneza na Placu Zdrojowym w Sopocie, ale czy jest to mundur do lasu – raczej wątpię.
– Zastanawiałam się, jak funkcjonować z tym całym zestawem ewakuacyjnym, żeby nie zwariować. Żeby nie zagrzebać się w tych rzeczach i żeby to się nie przerodziło w patologiczne lęki przed nadchodzącą tragedią. Z jednej strony mamy być przygotowani, a z drugiej – nie możemy rozwalić sobie psychiki. Czy można w ogóle być gotowym do wojny?
– Przez cztery lata blokady mieliśmy wszystko w proszku: mięso, jajka, mleko i białą fasolę, taką małą, jak soja, specyficznie smakowała. Byłem zaskoczony, kiedy pewnego razu szukałem w szafie jakichś narzędzi i znalazłem zapakowane suchary. Już dziesięć lat po wojnie, a mama wciąż robiła suchary. Ale kto wie, co będzie? Lepiej mieć. Pamiętam też, że obok śmietnika zawsze był worek na chleb, potem przychodzili ludzie z okolic, ze wsi, i zabierali go dla bydła. To nie była regulacja prawna, tylko oddolna inicjatywa miejskich ludzi.
Na ekranie komputera przewijają się różne modele radia na korbkę, źródła informacji w czasach bez prądu.
– Wyobrażasz sobie mobilizację? – pytam.
– W Armenii nie muszę. Kiedy w 2020 roku „wybuchła” tak zwana 44-dniowa wojna o Górski Karabach, którą Armenia przegrała, nie ogłoszono powszechnej mobilizacji, wzywano tylko ochotników do obrony granic. W pierwszych dniach ataku, gdy już było jasne, że Rosja nie stanie po stronie Armenii, choć ta należała do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, takiego rosyjskiego NATO, usłyszałem w telewizji komunikat premiera Armenii: niech każdy zabiera to, co ma, i stawia się do poboru, gotowy do walki. Kto co ma, to znaczy kevlarowy kask o właściwościach balistycznych NIJ IIIA, twardą kamizelkę kuloodporną, zasobnik, plecak, środki komunikacji, umundurowanie, zestawy pierwszej pomocy. Państwo oferowało ze swojej strony kałasznikowa z nabojami, ale było lepiej, gdy miało się własny, i ewentualnie jakiegoś busika do granicy. Jednak wiele z tych busików nie zdążyło nawet dojechać z ludźmi na miejsce, zostały wyeliminowane przez produkowane w Izraelu Haropy czy Orbitery.
– Przypomniała mi się pewna postać o imieniu Alonso Quijano, hidalgo z Manczy, który postanowił wyruszyć do walki w imię prawdy i sprawiedliwości. To była decyzja-objawienie, do której nie był zbyt przygotowany, zew powinności, głos honoru. Wyszukał na strychu starą zbroję po przodkach i zaczął ją czyścić z rdzy. Okazało się jednak, że jego hełm nie ma przyłbicy. Postanowił więc dorobić ją sam – z kawałka tektury…
– „Na wojnę powinni iść ci, którzy umieją walczyć”, powiedział mi kolega z branży, a ja uzupełniłem: „czyli ci, co potrafią umierać?”. Tylko jak to sprawdzić i czy to jest etyczne?
– Jestem ciekawa, jak wiele osób będzie chętnych, by związać swój los z niepełnosprawnym weteranem wojennym. Po radzieckiej Wielkiej Ojczyźnianej niepełnosprawnych bez rąk i nóg nazywano samowarami, bo przypominali ten rosyjski patent do parzenia herbaty. A potem jednego dnia, tuż przed świętem pracy, zniknęli z ulic, zamknięto ich na dalekich archipelagach, w specjalnie zbudowanych dla nich ośrodkach.
– Mamy równoprawnie, nie myślisz, że statystyka poległych również powinna być parytetowa, w sensie ponoszenia ryzyka, czy jednak faceci mają większe predyspozycje do umierania?
– Na tym polu chyba wciąż jesteśmy patriarchalni. „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny” albo – jak ostatnio usłyszałam – „Lepiej być wojownikiem w ogrodzie niż ogrodnikiem na wojnie”. Przypisuje się tę myśl Sun Tzu czy Miyamoto Musashiemu, ale to raczej produkt współczesnej myśli z social mediów stylizowanej na Wschód.
– Ostatnio wychodziłem z kolegą z kawiarni na Głównym Mieście, wszędzie lód, ledwo można przejść chodnikiem, a przed nami pan po pięćdziesiątce tak się poślizgnął, że rozciął wargę, rozbił nos, krew się lała. Sięgnąłem po apteczkę do plecaka, ale przypomniałem sobie, że jej nie zabrałem, nie miałem miejsca w plecaku, bo wziąłem laptopa. No i co robić, kelner przyniósł chusteczki i lód, człowiek stoi, krew nie przestaje płynąć, wiem, że powinien usiąść, ale nie ma gdzie. Dobrze, że ze sklepu z pamiątkami wyszedł sprzedawca i zaprosił do siebie. Poczułem taką bezradność, że akurat tego dnia nie miałem ze sobą apteczki. Poważnie myślę, że plecak ewakuacyjny powinno się nosić cały czas ze sobą albo mieć ich kilka. Na wypadek, gdyby trzeba się było ewakuować z pracy, wypadałoby mieć plecak w pracy, a jak ktoś pracuje w kilku miejscach albo ma samochód, dobrze byłoby mieć taki zestaw i tam, i w samochodzie, a może i u kochanki.
– Jakiej kochanki?
– Przecież ludzie miewają kochanka albo kochankę, w każdej sytuacji trzeba być przygotowanym. Obawiam się, że plecak ewakuacyjny jest tylko pretekstem do kolejnego etapu – do mobilizacji. Nawet nie zauważyliśmy, jak z ALFA przeszliśmy do BRAVO, ani się obrócimy, a CHARLIE obejmie już nie tylko kolej i nastanie DELTA. Zrobi się poważnie.
– A sztabkę złota też zamówić przez internet?
– Wszystko i tak się nie zmieści. Ani w plecaku, ani w głowie. Resztę przyjdzie zostawić i będzie tego znacznie więcej niż na liście z poradnika bezpieczeństwa.
– Dobrze, że mamy przynajmniej akumulator. Miałeś rację. Byłeś mądrzejszy o kilka wojen.
– A może głupszy?!