Dzisiejszy poniedziałek był zupełnie zwyczajny, to panująca dookoła zima była niezwyczajna, inna niż co najmniej kilka ostatnich przed nią. Starsze pokolenie wygrzebało z szaf zalatujące naftaliną futra i szuby, młode zmieniło trampki na buty z wyższą cholewką albo przynajmniej włożyło skarpetki. Wszyscy śledzili opadającą rtęć na termometrach. Mróz na krótko zahamował nieuniknioną entropię, skuwając wszystko w uporządkowaną strukturę krystalicznego lodu. Nasze kroki brzmiały niczym rozbite szkło, słowa parowały jak islandzki Strokkur, a pod uszanką rodziła się i rosła pokusa rozgrzania się odpowiednim płynem od środka.
W tranzytowej kawiarni na dworcu goście są głównie przypadkowi, mało tu stałych bywalców. Ciągle inni ludzie zamawiają czarno-białe kawy i sięgają po bezpłatny „Prestige”. Jako rasowi tubylcy, pilnujący swych rytuałów, mamy w niej ulubiony stolik. Zdarza się, że zazdrośnie spoglądamy na osobę, która zdążyła zająć „nasze miejsce”, zmuszając nas, byśmy – bardzo niechętnie – wybrali inny stolik. Prawie na pamięć znamy cały repertuar gastronomiczny, mimo to za każdym razem, jakby na chwilę zapominając o wcześniejszych doznaniach, udajemy się do witryny z pysznościami. Czworgiem oczu skanujemy ekspozycję: sernik domowy, sernik firmowy, sernik wiedeński, sernik krakowski, sernik królewski, sernik babuni, sernik na zimno, sernik na spodzie, sernik bez spodu, sernik z polewą, sernik bez rodzynek, sernik baskijski, sernik japoński, sernik miodowy, sernik cytrynowy, sernik odchudzający, sernik bez wyrzutów sumienia, sernik zasłużony, sernik „zjem tylko brzeg”… Twarogowy oczopląs.
Chciałoby się spróbować czegoś nowego, lecz rozsądek podpowiada, by pozostać przy tym, co się zna, być wiernym ustalonym smakom i gustom. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze stosunkowo niedawno jedynymi powszechniej dostępnymi słodyczami były owoce i miód. Miód ma wprawdzie wiele smaków i kolorów, ale po przetestowaniu ich wszystkich na przedświątecznych jarmarkach i tak powracamy do klasycznej kompozycji o smaku lipy.
– A może faktycznie powinienem wziąć ten miodowy – mówi Va, patrząc jak przy stoliku obok ktoś zanurza widelec w delikatną warstwę puszystego ciasta. – Miód to naturalny konserwant – dodaje. – Właściwie to produkt, który nigdy się nie psuje. W egipskich piramidach znaleziono słoiki z miodem sprzed trzech tysięcy lat, nadającym się do spożycia. Znane są też przypadki balsamowania ciała w miodzie.
– Czyli miód zatrzymuje czas – mówię, decydując się na sernik „dobrze, że nikt nie widzi”.
– Tak, taka kapsuła czasu, powstrzymująca entropię.
Stoliki w tranzytowej kawiarni ustawione są blisko siebie, trudno tu prowadzić kameralną rozmowę. Ktoś, kto nie założy słuchawek, szybko może się stać uczestnikiem toczącej się tuż obok konwersacji. Zwykle przytrafia się to samotnym tranzytowcom, ludziom z pieskami lub dziećmi. Albo tym, którzy są całkiem inni – inni niż inni.
Przy kawiarnianych stolikach panuje jakaś teatralność – nie ma scenografii i kostiumów, za to są różni bohaterowie; przypomina to rodzaj symultanicznej próby czytanej: każdy stolik to osobna scena z rozłożonymi na niej rekwizytami, dopełniającymi postacie i ich historie.
Na naszym stała tylko kawa. Czekaliśmy na serniki.
– Doświadczasz czegoś niewyobrażalnego, kiedy próbujesz ułożyć sobie w głowie to, że świat składa się ze zdarzeń, a nie z bytów. Wiesz, dlaczego właściwie pamiętamy przeszłość? Ponieważ ruch zmierza od niskiej do wysokiej entropii i zostawia przy tym ślady. Dlatego opisujemy czas tak, jakby płynął nieodwracalnie w jedną stronę. – Va wziął kolejny łyk swojego cappuccino i w euforii rozwijał myśl, którą wyczytał u Carla Rovellego. Bardzo chciał się nią podzielić. – Również z tego samego powodu nie znamy jeszcze przyszłości. I wcale nie chodzi tu o energię Słońca, chociaż to ona jest podstawowym warunkiem życia, lecz o entropię. To właśnie dążenie od chaosu mniejszego ku większemu stanowi siłę napędową procesów życiowych. To, co nazywamy czasem, może być jedynie efektem makroskopowym, wynikającym z naszej niewiedzy na temat szczegółowych mikrostanów świata.
Młody człowiek przysłuchujący się naszej rozmowie przy stoliku obok był z typu tych innych. Inny niż inni. Można go było przeczytać od stóp do głów, przekartkować, odwracając jego rękę lub nogę, przejrzeć palec po palcu. Był otwartą księgą zapisaną tuszem. Bez marginesów. I bez okładki – w samej koszulce na ramiączkach.
Va zauważył jego wzrok.
– Nie jest panu zimno? – zapytał.
– Nie. – Człowiek, którego skóra była pokryta tatuażami tak precyzyjnymi, jakby malował je sam Michał Anioł, uśmiechnął się.
– Też myślałem kiedyś o tatuażu. Konkretnie: o wytatuowaniu grupy krwi – powiedział Va.
Sąsiad pokiwał z uznaniem głową.
– Na lewej ręce, powyżej łokcia, bo tę rzadziej urywa.
Podniosłam wzrok znad filiżanki.
– Fajne. Fajny sposób, żeby nie zapomnieć – przyznał nasz sąsiad.
– Gdzieś wyczytałem, że w Wehrmachcie był to standard.
Kelnerka postawiła na naszym stoliku serniki.
– Więźniowe Gułagu, recydywiści czy wory w zakonie w czasach sowieckich tatuowali sobie z przodu Lenina, a na plecach Stalina… Nie dlatego, że ich kochali – tylko kto się odważy strzelać do wodza rewolucji czy ojca narodów? Jedynie wróg ludu. Szanse na przeżycie rosły – Va mówił do chłopaka obok. – Ale był jeden szkopuł… – Teraz przysłuchiwało się nam już pół kawiarni. – Z czasem skóra wiotczała, a Stalin na portrecie zaczynał się uśmiechać.
Przypomniałam sobie, że na odeskim cmentarzu był pomnik wora w zakonie: wielka fotografia chłopaka w podkoszulku i krótkich spodenkach, żeby wszyscy mogli zobaczyć gwiazdy na kolanach tego, który przed nikim nie klęka, i wydziarane kopuły cerkwi na bicepsach (tyle kopuł, ile wyroków), a na palcach jak pierścionki – korony, romby, krzyże.
– W 2005 roku, na tysiącsześćsetlecie ormiańskiego piśmiennictwa, robiłem zdjęcia tatuaży w centralnym więzieniu w Erywaniu. Któryś z więźniów miał na jednej stopie napis: I’m tired, a na drugiej: I’m tired too.
– Po angielsku? – zapytałam.
– Tak, bo to był członek Armenian Power, grupy przestępczej działającej w Kalifornii. Inny więzień stanął przede mną, skrzyżował ręce, zamknął oczy i pokazał słowa na powiekach, układające się w nakaz: nie budzić.
– Po ormiańsku?
– Nie, po rosyjsku.
Sięgnęłam po cukier i zahaczyłam o wiszącą nad stołem lampę. Jej klosz się rozkołysał.
– Ilse Koch, wiedźma z Buchenwaldu, miała abażur z ludzkiej skóry – powiedział Va i znowu kilka osób spojrzało w naszą stronę. – Kolekcjonowała wytatuowane fragmenty ludzkiej skóry.
– Po co? – Nic innego nie przyszło mi do głowy.
– Wypatrywała więźniów z nietypowymi tatuażami, a potem robiła z ich skóry notesy, okładki do książek, rękawiczki, no i te abażury.
– I co się z nią stało?
– Została skazana na dożywocie, ale po kilku latach wyszła z więzienia, ponieważ zaszła w ciążę, prawdopodobnie ze strażnikiem. Później miała jednak kolejny proces, dożyła w więzieniu sześćdziesiątki, powiesiła się w celi w 1967 roku.
Spojrzeliśmy na sąsiada.
– Znajomy lekarz tłumaczył mi kiedyś, że tatuaż nie rozpływa się po ciele, bo organizm rozpoznaje tusz jako coś obcego i uruchamia układ odpornościowy. Specjalne komórki pochłaniają cząsteczki barwnika, ale nie potrafią ich strawić. Więc zostają z tym tuszem na stałe albo, gdy obumierają, tusz przejmują kolejne komórki. Powstaje coś w rodzaju obiegu zamkniętego. Barwnik jest uwięziony w jednym miejscu i nie ma jak swobodnie rozlać się po ciele.
– Tego nie wiem, dla mnie najważniejsza jest ARA – wtrącił sąsiad i widząc moje psychologiczno-terapeutyczne niewyrobienie, wyjaśnił: – Akcja, reakcja, akceptacja.
– Pana ciało jest jak zapisana książka.
– Piękna książka – dodałam.
Po serniku zostały same okruszki. Pożegnaliśmy się i wyszliśmy, bo czas nie stał w miejscu.
– Przypomnij mi, co on powiedział?
– ARA.
– Akcja, reakcja i… Jakie to było jeszcze słowo?
– Akceptacja.