Od dupy strony: Jeszcze zatęsknisz

Ilustracja: Konrad Ponieważ
Ilustracja: Konrad Ponieważ

Nie byłem pewien, czy się pomieścimy. Miałem tylko dwa pokoje: malutką sypialnię i niewiele większy salon z aneksem kuchennym. W pierwszym spałem, w drugim robiłem wszystkie inne rzeczy: jadłem, czytałem, oglądałem telewizję, gotowałem i pisałem, choć nie bardzo mi szło.

Siedziałem jednak codziennie przy dość dużym, jak na tak małe mieszkanie, stole i patrzyłem w ekran komputera lub przez okno, na plac zabaw z huśtawką, na której prawie zawsze ktoś się bujał. Prawie zawsze, kiedy patrzyłem.

Być może to ruch za oknem przyciągał mój wzrok, ale bez wątpienia ta niczym niewyróżniająca się osiedlowa huśtawka cieszyła się popularnością. Bez względu na dzień tygodnia, porę roku czy dnia nie brakowało chętnych, żeby się pobujać. Nie były to wyłącznie dzieci, i bynajmniej nie tylko te najmłodsze, dla których plac zabaw wydawał się stworzony. Równie często na huśtawce przesiadywała późnonastoletnia młodzież, zdarzali się też dorośli. Od samego rana przechodnie zatrzymywali się na placu zabaw po drodze po zakupy, na przystanek, do szkoły, do pracy. Jedni zrzucali z ramion plecaki i energicznie rozpędzali wahadło, by wznieść się jak najwyżej, inni przysiadali półdupkiem na plastikowej ławeczce i nie odrywając stóp od ziemi, kołysali się leniwie, rozmawiając przez telefon lub coś w nim przeglądając. Koło południa na placu zabaw pojawiały się matki z dziećmi, wśród których najwięcej chętnych było właśnie do zabawy na huśtawce. Później, kiedy uczniowie i dorośli wracali do domów, znów, za każdym razem, gdy spojrzałem przez okno, na huśtawce ktoś siedział. I tak przez cały wieczór, bo niedaleko była Żabka, więc osiedlowe życie towarzyskie toczyło się na placu zabaw do późnej nocy. Ale ja w nim nie uczestniczyłem, bo zdecydowanie wcześniej dochodziłem do wniosku, że tego dnia nic więcej już nie napiszę. Mogłem więc przestać gapić się przez okno i włączyć telewizor.

Od dwóch lat pisałem trzecią powieść, przez ostatni rok mogłem to robić dzięki stypendium, które właśnie się skończyło. Książka natomiast ledwie się zaczęła. Wczoraj myślałem, że zaczęła się rozkręcać, ale dziś doszedłem do wniosku, że jutro będę musiał kolejny raz zacząć od początku.

Coraz częściej przychodziło mi do głowy, że powinienem się zabrać do szukania normalnej pracy, bo pieniądze, które jeszcze miałem, mogły wystarczyć najwyżej na miesiąc życia: na jedzenie i opłaty za mieszkanie. Mieszkanie, które na szczęście miałem własne. Gdyby nie to, o pisaniu nawet bym nie myślał. Pisanie nie jest dla ludzi spłacających kredyt lub wynajmujących lokum, bo takie życie kosztuje za dużo. Pieniędzy, ale też nerwów spowodowanych myśleniem o pieniądzach. Bo jak się zacznie myśleć o pieniądzach, to nie da się już o niczym innym.

W chwilach strapienia lubię sobie ulżyć, zrzucając swoje problemy komuś innemu na głowę, dlatego umówiłem się z kolegą. Kolega, po tym jak cierpliwie wysłuchał moich narzekań, powiedział, że chyba może mi pomóc. Okazało się, że zna kogoś, kto szuka miejsca do realizacji pewnego projektu. A skoro ja mam dwa pokoje, mógłbym temu komuś jeden wynająć i w ten sposób zarobiłbym na życie i pisanie.

– Jaki to projekt? – spytałem.

– Artystyczny – odpowiedział kolega, jakby to powinno mi wystarczyć.

– Artysta? – prychnąłem z powątpiewaniem, wietrząc grubą ściemę. Sam uważałem się za artystę, więc spytałem retorycznie: – Skąd artysta miałby mieć pieniądze, żeby wynajmować pokoje do pracy?

– Nie wiem. Aż tak dobrze go nie znam, ale jeśli się zgodzisz, przekażę mu twój numer telefonu i sam będziesz mógł z nim pogadać.

Zgodziłem się i nazajutrz artysta do mnie zadzwonił, wyrywając mnie ze snu w środku nocy. Na moje pytanie, czym się zajmuje, odpowiedział, że plecie. Zdziwiłem się, a on musiał to usłyszeć w moim milczeniu, bo przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Doprecyzował więc, że zajmuje się tkaniną artystyczną i potrzebuje miejsca, w którym mógłby rozłożyć warsztat i popracować nad nowym projektem. Umówiliśmy się u mnie następnego dnia, żeby mógł zobaczyć salon, który miałbym mu odstąpić.

Rano pomyślałem, że ta rozmowa mi się śniła. Przecież zwykle przełączałem telefon w tryb samolotowy, żeby fale 5G nie grillowały mi mózgu w czasie snu. Zwykle, bo czasami o tym zapominałem. Sięgnąłem po komórkę – była w trybie samolotowym. „Dziwne”, pomyślałem. Mogłem jednak zmienić ustawienia po rozmowie. Sprawdziłem więc rejestr połączeń. Było, cztery minuty po północy, z nieznanym numerem, który dopiero teraz zapisałem w kontaktach pod F jak Felicjan, bo tym imieniem przedstawił mi się artysta plastyk.

Numer okazał się właściwy. Felicjan zadzwonił z niego w samo południe, oznajmiając, że jest pod blokiem. Nie podał mi ręki, tłumacząc, że ma zimne dłonie, bo musiał odśnieżyć samochód, a zapomniał rękawiczek. Za to powiedział, żebym zwracał się do niego zdrobnieniem: Felek.

– Wiesz, Paweł, Felicjan to imię dla poważnego artysty, a ja, jak ci mówiłem przez telefon, tylko plotę – powiedział.

Za kawę i herbatę podziękował, wymawiając się brakiem czasu. Przyniósł ze sobą laserowy dalmierz, który przyłożył do ścian w kilku miejscach, po czym stwierdził, że jest ciasno, ale się zmieści. Uprzedził mnie, że chciałby wywiercić kilka otworów w suficie, by przymocować konstrukcję krosien, ale po roku, bo na tyle czasu chciał wynająć część mojego mieszkania, wszystko zaszpachluje i pomaluje cały salon tak, że nie będzie śladu. Miałem pewne obawy, ale kiedy usłyszałem, ile jest gotów mi płacić, rozwiały się one razem z czarnymi myślami o głodnej przyszłości.

– Jeszcze za mną zatęsknisz – zażartował, uśmiechając się tak, jakby naprawdę mnie polubił. Było mi bardzo przyjemnie. Pomyślałem, że równie przyjemnie może mi się z nim mieszkać.

Spytał, czym ja się zajmuję. Powiedziałem, że jestem pisarzem. Spytał, co piszę. Odparłem, że powieści i że chętnie dam mu jedną do przeczytania. Drugą, bo nakład pierwszej się rozszedł i sam nie miałem egzemplarza na zbyciu.

Wyjąłem z szafki Niepowinność, podałem mu, wziął i położył na blacie wyspy oddzielającej aneks kuchenny w salonie. Zdziwiłem się, że nie poprosił mnie o autograf. Może byłem nawet lekko zawiedziony, ale po chwili o tym zapomniałem, bo musieliśmy spisać umowę najmu. Na koniec wręczyłem mu komplet kluczy do mieszkania, a on mi kopertę z czynszem za pierwszy miesiąc. Spytał jeszcze, czy ma mieć swój papier toaletowy, ale powiedziałem, żeby nie żartował, i zapewniłem, że zapasowa rolka zawsze będzie w szafce pod zlewem.

Dopiero gdy wyszedł, zauważyłem, że moja książka wciąż leży na blacie. Sięgnąłem po nią i z nadzieją, że go jeszcze złapię, wybiegłem na klatkę.

– Felek! – zawołałem, ale nikt mi nie odpowiedział.

Byłem go ciekaw, więc od razu wyszukałem w internecie imię i nazwisko z umowy, którą właśnie podpisaliśmy. Było go tam całkiem dużo na zdjęciach z wernisaży, gal prestiżowych nagród i w tekstach dotyczących sztuki nowoczesnej. Swoje tkaniny pokazywał w znanych galeriach na indywidualnych wystawach zatytułowanych Szmaty lub Schmaty, jeśli były to wystawy za granicą. Spodobało mi się, że Felek ma do siebie i swojej twórczości dystans.

Obiecałem mu, że jeszcze dzisiaj zabiorę z salonu wszystko, co mi potrzebne do życia, żeby mógł się tam czuć swobodnie. Przeniosłem więc do sypialni zbyt duży, jak na to pomieszczenie, stół oraz telewizor, który musiał na nim stanąć, bo nie było dla niego innego miejsca. Przy pracy jakoś się mieściłem, ale wersalki na noc już się nie dało rozłożyć, musiałem spać na jej połowie. Lodówkę postawiłem w przedpokoju. Obok niej, na szafce na buty, stanął czajnik i jednopalnikowa kuchenka turystyczna. Mogłem więc przygotowywać sobie jedzenie, nie korzystając z aneksu kuchennego w salonie, a naczynia zamierzałem zmywać w łazience.

Siedząc w zagraconej sypialni przy stole, przed telewizorem, strasznie się męczyłem. Brakowało mi widoku przez okno w salonie, więc żeby rozprostować kości chodziłem tam z kubkiem kawy lub herbaty, korzystając z tego, że mojego sublokatora jeszcze nie ma. Widok mojej książki na blacie kuchennej wyspy wywoływał przykre uczucie. Przychodziło mi do głowy, że Felek jej nie wziął, bo ani trochę nie jest ciekaw mnie i mojego pisania. Na szczęście widok huśtawki skutecznie przepędzał nieprzyjemne myśli. Najpierw bujał się na niej chłopiec z plecakiem zwisającym mu z ramion tak nisko, że ocierał się o ziemię w najniższym punkcie drogi, którą pokonywało wahadło. Później dwie dziewczynki kłóciły się o to, która ma się pierwsza huśtać, przez co żadna z nich nie mogła się pobawić. Następnie na huśtawce usiadła kobieta z kubkiem kawy z Żabki, a potem mężczyzna w długim wełnianym płaszczu z charakterystycznym wzorem jaskrawozielonego bluszczu na granatowym tle, zupełnie takim samym, w jakim przyszedł do mnie Felicjan.

To musiał być on. Uchyliłem firankę, żeby się upewnić, ale natychmiast ją puściłem, cofając się o krok, żeby mnie nie zauważył. Poczułem, jakbym robił coś złego, jakby nie powinno mnie tu być. Patrzyłem przez okno na człowieka, któremu to okno, razem z pomieszczeniem, w którym się znajdowało, wynająłem. Mógłby sobie nie życzyć, żebym przez nie wyglądał. Mógłby nie chcieć mnie widzieć, a dostrzegłem, że patrzył w okno za każdym razem, kiedy wznosił się na huśtawce.

Wpadłem w panikę i natychmiast wyszedłem z salonu, zamykając za sobą drzwi. Usiadłem przy stole, otworzyłem laptop, ale wiedziałem, że z pisania nici. Bałem się, że Felek za chwilę wejdzie do mieszkania. Jeszcze bardziej obawiałem się jednak, że tego nie zrobi, bo przecież nie do uwierzenia było to, że wybrał się właśnie na to osiedle, akurat pod mój blok, tylko po to, żeby się pohuśtać. Zastanawiałem się, czy nadal jest na placu zabaw. W końcu zdecydowałem, że pójdę i to sprawdzę. To było najlepsze rozwiązanie, zwłaszcza jeśli on widział, że ja go widziałem.

Na podwórku zapaliłem elektronicznego papierosa, podszedłem do siatki, za którą na huśtawce wciąż siedział Felek, i powiedziałem cześć.

– Cześć – odpowiedział, nie przestając się bujać, co odebrałem jako nieuprzejmość z jego strony. Ale ja zacząłem, więc musiałem ciągnąć tę rozmowę.

– Co tu robisz? – zapytałem, jakby było coś dziwnego w tym, że jest pod blokiem, w którym wynajmuje pokój.

– Bujam się – odpowiedział, nadal na mnie nie patrząc. – A ty?

Musiałem szybko coś wymyślić, więc powiedziałem, że idę do Żabki. Poszedłem jednak do Biedronki, która była trochę dalej; liczyłem na to, że jak będę wracał, nie zastanę już Felka na placu zabaw. I tak się stało. Odetchnąłem z ulgą, kiedy zobaczyłem, że na huśtawce siedzi jakieś dziecko.

Wszedłem do mieszkania i natychmiast zdałem sobie sprawę, że podczas mojej nieobecności ktoś tu był. Już w przedpokoju wyczułem pod stopami szary piach, który mógł się osypać z butów kogoś, kto był na wysypanym piaskiem placu zabaw. Drzwi do salonu były otwarte, ale nie dałbym sobie ręki uciąć, że ich tak nie zostawiłem. Za to byłem pewien, że nie ruszałem książki leżącej na blacie kuchennej wyspy, a przez otwarte drzwi widziałem, że zniknęła.

Poszedłem do łazienki, usiadłem na sedesie i, myśląc ciągle o Felku, otworzyłem szafkę pod zlewem, żeby sprawdzić, czy jest tam zapas papieru toaletowego. Było jeszcze klika rolek, a pomiędzy nimi stała moja książka. Dowiedziałem się więc, co mój sublokator robił w mieszkaniu podczas mojej nieobecności.

Sam nigdy nie czytałem w toalecie. Znałem ten zwyczaj, słyszałem, że wiele osób tak robi, ale uważałem, że to niehigieniczne. Korzystałem przecież z biblioteki i nie chciałem nawet myśleć, że książkę, którą ja czytałem w łóżku, ktoś wcześniej czytał, robiąc kupę. Dlatego Felek trochę stracił w moich oczach, przede wszystkim jednak ucieszyłem się, że zaczął czytać Niepowinność.

Nie pojawił się przez kolejnych kilka dni, potem ja wyjechałem na weekend do rodziny, a kiedy wróciłem, zobaczyłem, że w moim mieszkaniu dużo się zmieniło. W salonie przy samym suficie były przymocowane belki ze starego drewna, owinięte nićmi, które zwisały z nich na wszystkie strony, plącząc się i snując po całym pomieszczeniu. Wyglądało to jak siedlisko olbrzymiego pająka.

Bałem się wejść, żeby czegoś nie zepsuć. Konstrukcja wyglądała na delikatną, a nici ruszały się w przeciągu, bo Felek nie zamknął okna. Niestety, grzmiało i zdecydowanie zanosiło się na burzę, więc ja musiałem to zrobić. Starałem się niczego nie dotykać, skradając się niczym Tom Cruise, prześlizgujący się zwinnie pomiędzy laserowymi czujnikami w Mission: Impossible. Jednocześnie próbowałem zapamiętać każdy krok, żeby móc go odtworzyć w drodze powrotnej i jakoś wyplątać się z tej sytuacji.

Jeszcze bardziej sensacyjnie zrobiło się, kiedy poczułem, że coś przelewa mi się w brzuchu. Prawdopodobnie był to schabowy, którego zjadłem w Warsie. Czytałem, że piloci amerykańskich myśliwców nie mogą powstrzymywać puszczania bąków, bo zmniejsza to koncentrację i spowalnia reakcje, nie byłem jednak pewien, czy jeśli teraz popuszczę, to z moich jelit wydostanie się jedynie gaz, dlatego musiałem działać szybko. Za szybko i za mało uważnie, przez co zaczepiłem nitkę, która poruszyła zwisającą z sufitu belkę, co spowodowało ruch całego mechanizmu i zmianę układu tekstylnej pułapki, w której się znalazłem. Musiałem więc dosłownie przedrzeć się przez projekt artystyczny Felka, a wydostawszy się z salonu, stwierdziłem, że ciągnie się za mną nie tylko nieprzyjemny zapach.

Siedząc na sedesie, wybierałem nici z włosów. W dotyku były szorstkie, postrzępione, jakby kolczaste, bo ich wystające włókna kłuły tak, że gdy ścisnąłem je w dłoni, czułem ból. Sięgając do szafki pod zlewem po nową rolkę papieru toaletowego, stwierdziłem, że moja książka nadal tam jest i jest czytana. Felek był typem, który zagina rogi w książkach, więc widziałem, że dotarł mniej więcej do połowy.

W kolejnych dniach nie wchodziłem do salonu. W zagraconej sypialni nie było jak się ruszyć, więc jeśli chciałem rozprostować kości, wychodziłem z domu. Najczęściej spotykałem wtedy Felka na placu zabaw i chwilę rozmawialiśmy. Ja paliłem za siatką i zadawałem pytania, on bujał się na huśtawce i odpowiadał, raczej niechętnie, chyba że rozmawialiśmy o jego twórczości.

Mówił, że owszem, jest artystą plastykiem, ale jego dzieł nie można zaliczyć do sztuk wizualnych. Według niego nie liczyło się, jak wyglądają jego tkaniny, chodziło o to, jakie wrażenie sprawiają, gdy się je dotyka.

– Sztuka ma działać przez skórę. Trzeba ją poczuć. Otrzeć się o nią, a nawet skaleczyć. Chcę, żeby ludzie deptali po moich pracach, żeby się do nich przytulali, owijali się nimi, pocierali – mówił, huśtając się coraz wyżej. – Człowiek, obcując z dziełem sztuki, powinien być nagi. Tylko wtedy dzieło sztuki może go dotknąć w czuły punkt.

Wspominał, że w kilku galeriach doszło do nieporozumienia, bo kuratorzy chcieli jego Szmaty wieszać na ścianach. Jemu natomiast zależało, żeby odbiorcy mogli po nich chodzić boso. Tylko wtedy mogli poczuć to, co czuł Felek plotąc. Zdradził mi, że projekt, nad którym teraz pracuje, nosi tytuł Gacie. Zamierzał posunąć się o krok dalej, proponując sztukę, którą każdy może włożyć na własny tyłek.

– Sam mi powiedz, Pawle – zwrócił się do mnie, ten jeden raz zatrzymując bujanie huśtawki i patrząc mi prosto w oczy – czy najwrażliwsze miejsce każdego człowieka nie znajduje się właśnie od dupy strony?

Roześmiałem się. Niepotrzebnie, bo Felek natychmiast odwrócił głowę i wrócił do rytmicznego bujania.

Zauważyłem, że przychodzi do mieszkania tylko wtedy, gdy mnie nie ma. Dlatego jeśli widziałem, że jest na huśtawce pod blokiem, szedłem na zakupy, dłuższy spacer lub jechałem do Wrzeszcza pisać w bibliotece, żeby on mógł spokojnie popracować. Kiedy wracałem, jego już nie było. Nie widywaliśmy się, ale wiedziałem, że był. Za każdym razem, gdy korzystałem z toalety, sprawdzałem, czy czyta moją książkę. Czytał.

Zaglądałem do salonu, jednak tam nie wchodziłem. Tylko raz nie mogłem się oprzeć pokusie, która leżała na kanapie. Był to kawałek gotowej tkaniny. Nie całe Gacie, ale, jak podejrzewałem, kawałek nogawki. Wystarczyło sięgnąć, żeby na własnej skórze przekonać się, jak działa sztuka Felka.

Wziąłem materiał i zamknąłem się z nim w sypialni. Najpierw zdjąłem skarpety i stanąłem na tym kawałku dzieła sztuki boso. Poczułem, jakbym stał na plaży nad ciepłym morzem, którego fale rozkosznie obmywały moje zapadające się w piasku stopy. Była to zapowiedź ekstazy, która czekała mnie, jeśli tylko mógłbym wskoczyć do wody. Zdjąłem więc ubranie i położyłem się do łóżka, a następnie pocierałem tkaniną całe ciało. Na początku zakręciło mi się w głowie i myślałem, że zwymiotuję, bo wszystko wokół mnie wirowało. Dryfowałem na oceanie podczas sztormu i nie mogłem złapać tchu. Zacząłem więc poruszać materiałem wolniej i fale się uspokoiły. Zobaczyłem swój blok, byłem na huśtawce, która kołysała mnie łagodnie, wprawiając w trans. Sam mogłem zdecydować, jak wysoko się rozhuśtam, przesuwając kawałkiem Gaci po nagim ciele. Wreszcie znalazłem idealny dla mnie rytm, w którym kołysałem się bez wysiłku, bezmyślnie, bo w tamtym momencie cały byłem uczuciem.

Następnego dnia jeszcze raz spróbowałem zbliżyć się do Felka. Jak tylko zobaczyłem go na huśtawce, wybiegłem na plac zabaw i powiedziałem wprost:

– Chciałbym mieć twoje Gacie.

Spojrzał na mnie, ale nie zatrzymał bujania.

– Wiesz, Pawle, dzieła sztuki to nie są tanie rzeczy – powiedział. – Moje prace sprzedają się za duże pieniądze.

– Duże, czyli jakie?

– Nie stać cię.

Rozzłościła mnie jego odpowiedź. Jasne, że nie byłem kolekcjonerem sztuki, ale zasługiwałem na odrobinę szacunku ze strony kogoś, kto wynajmował u mnie pokój.

– Ile? – spytałem, zgrzytając zębami.

– Gdybyś udostępnił mi całe swoje mieszkanie na rok za darmo, moglibyśmy się dogadać.

– A gdzie ja miałbym się podziać? – spytałem.

– To już nie mój problem – rzucił od niechcenia i zeskoczył z huśtawki.

Wybuchłem. Powiedziałem mu, że jest okrutnym, chciwym klasistą i zwykłą kurwą, która sprzedaje się za pieniądze. Wytknąłem mu, że ograniczanie dostępu do sztuki ze względu na zamożność jest dyskryminujące i zwyczajnie niegodziwe. Spytałem, co z prometejską misją, która powinna przyświecać artyście.

– A ty ile chciałbyś zarabiać na pisaniu? – spytał spokojnie.

Trafił celnie. Chciałem zarabiać pisząc. Marzyłem przecież skrycie o tym, że kiedyś zarobię na książkach tyle, żeby pojechać nad ciepłe morze.

– To może dałbyś mi je tylko przymierzyć? – spytałem zdesperowany.

Roześmiał się.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież nie mógłbym zaoferować komuś innemu Gaci, które ty miałeś na tyłku. To byłoby niehigieniczne.

– Czytanie mojej książki w kiblu też jest niehigieniczne – wypomniałem mu. – A Gacie mógłbym przecież wyprać.

– Ech, Pawle, dzieł sztuki się nie pierze.

Odwróciłem się i pobiegłem w stronę lasu, który zaczynał się zaraz za osiedlem. Szybki spacer wśród drzew zwykle pozwalał mi się uspokoić. Ale nie dzisiaj. Ze zdziwieniem poczułem, że z oczu płyną mi łzy, co jeszcze bardziej wyprowadziło mnie z równowagi.

– Jak on mógł mnie tak potraktować? – powiedziałem głośno, idąc i z każdym krokiem mieląc to uczucie zawodu w ustach i w głowie.

Lasem doszedłem do Wrzeszcza, więc zawróciłem. Wracając, powziąłem zamiar pozbycia się Felka z mieszkania i z mojego życia. Chciałem zerwać wszystkie plączące się w salonie nici, zwinąć wątki i osnowy w jedną kulę, połamać drewnianą konstrukcję, a najlepiej wszystko to spalić. Wbiegłem po schodach na drugie piętro, wszedłem do mieszkania i zobaczyłem, że po Felku i jego warsztacie tkackim nie ma śladu.

W salonie było pusto. Krosna ze wszystkimi nićmi zniknęły, belki spod sufitu zostały zdjęte, dziury zaszpachlowane, a cały salon pomalowany tak, że nie dało się poznać, że jeszcze wczoraj ktoś tu pracował nad tkackim projektem artystycznym.

Czy to możliwe, że sam to wymyśliłem? Zajrzałem pod kanapę, zacząłem przesuwać szafki z nadzieją, że znajdę chociaż skrawek utkanego przez Felka materiału, który, doskonale to wiedziałem, mógłby dać mi to, za czym już tęskniłem. Niestety, w salonie nie znalazłem ani jednej niteczki. Rozczarowany gapiłem się przez okno na huśtawkę, która tym razem zwisała w wieczornej szarości smętnie pusta. Zupełnie w siebie zwątpiłem, więc poszedłem spać. Z nadzieją, że po obudzeniu będę wiedział, co tak naprawdę wydarzyło się na jawie.

Na szczęście nic więcej mi się nie przyśniło, więc obudziłem się w dobrym nastroju i od razu poszedłem do łazienki, usiadłem na sedesie, a po kilku chwilach poczułem się, jakbym zrzucił z siebie wielki ciężar. Miałem ochotę skakać, tańczyć i biegać po mieszkaniu. Po dużym, wygodnym i tylko moim mieszkaniu.

Spojrzałem na uchwyt na papier, ale wisiała na nim tylko szara tekturowa rurka. Sięgnąłem do szafki pod zlewem, lecz nie było tam ani jednej rolki. Na półce leżała jedynie moja książka, wymięta i jakby trochę cieńsza. Wziąłem ją do ręki, otworzyłem i zorientowałem się, że pierwszy rozdział został wyrwany. Domyśliłem się dlaczego. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio kupowałem papier toaletowy, więc teraz miałem kłopot. Mimo wszystko cieszyłem się, bo książka z powyrywanymi stronami dowodziła, że sobie tego wszystkiego nie wymyśliłem. W porównaniu z potencjalnym szaleństwem, które zacząłem u siebie podejrzewać, fakt, że nie miałem się czym podetrzeć, wydał się błahostką. Zresztą dzięki temu miałem w końcu okazję poczuć literaturę od dupy strony. Z tej perspektywy nawet ja swojego własnego pisania wcześniej nie znałem.

Paweł Radziszewski

Paweł Radziszewski

Przez wiele lat pracował w bibliotekach w Gdańsku i Gdyni. Autor powieści Pomiędzy (2021) oraz Niepowinność (2022). Nominowany do nagród: Identitas 2024, Nowej Fantastyki im. Macieja Parowskiego w 2022 roku oraz Książka Roku 2021 portalu lubimyczytac.pl w kategorii debiut. Laureat Nagrody Czytelników Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza” za 2022 rok.

Konrad Ponieważ

Konrad Ponieważ

Malarz, grafik i ilustrator – tworzy autorskie prace na pograniczu sztuki wizualnej i ilustracji użytkowej, łącząc malarstwo, grafikę i fotografię w spójny język obrazu. W swoich realizacjach koncentruje się na relacjach koloru, formy i rytmu kompozycji, balansując pomiędzy intuicyjnym gestem a konstrukcją wizualną. Niezależnie od medium operuje syntetyczną formą, wyrazistym konturem i czytelną strukturą, traktując obraz jako przestrzeń narracji i eksperymentu.

Autor ilustracji prasowych, projektów graficznych oraz prac inspirowanych architekturą, miejskimi motywami i współczesną kulturą wizualną. W fotografii i działaniach cyfrowych świadomie wykorzystuje błędy zapisu i glitch jako element języka wizualnego, traktując je nie jako defekt, lecz jako moment odsłonięcia natury medium. Absolwent malarstwa i grafiki, kształcił się w Lublinie oraz w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

www.konradponiewaz.pl

udostępnij:

Przeczytaj także:

Od dupy strony: Nie zesraj się! Od dupy strony: Nie zesraj się! Od dupy strony: Nie zesraj się!
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Nie zesraj się!

Od dupy strony: Ile to jest warte? Od dupy strony: Ile to jest warte? Od dupy strony: Ile to jest warte?
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Ile to jest warte?

Od dupy strony: Wymarzona praca Od dupy strony: Wymarzona praca Od dupy strony: Wymarzona praca
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Wymarzona praca

Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą

Od dupy strony: O spotkaniach autorskich Od dupy strony: O spotkaniach autorskich Od dupy strony: O spotkaniach autorskich
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: O spotkaniach autorskich

Od dupy strony: Z przyjemnością Od dupy strony: Z przyjemnością Od dupy strony: Z przyjemnością
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Z przyjemnością

Od dupy strony: Na plaży Od dupy strony: Na plaży Od dupy strony: Na plaży
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Na plaży

Od dupy strony: Na brudno Od dupy strony: Na brudno Od dupy strony: Na brudno
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Na brudno

Od dupy strony: Tam i wtedy Od dupy strony: Tam i wtedy Od dupy strony: Tam i wtedy
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Tam i wtedy

Od dupy strony: Wieś literatury Od dupy strony: Wieś literatury Od dupy strony: Wieś literatury
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Wieś literatury

Od dupy strony: Reguły gry Od dupy strony: Reguły gry Od dupy strony: Reguły gry
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Reguły gry