W poniedziałek nie jest jeszcze tak źle. Ręce i nogi wydają się ciężkie, bolą spuchnięte palce, bo zawsze jakiś jest wybity, czasami – jeśli poprzedniego dnia niefortunnie się przewróciłem lub oberwałem łokciem – boli kolano lub żebro. Przez cały dzień ruszam się trochę wolniej, bo wciąż jestem zmęczony. Zakwasy pojawiają się we wtorek. Mięśnie bolą przy każdym ruchu, a nawet dotyku. Trudność sprawia założenie skarpet, zejście po schodach i wciśnięcie sprzęgła w samochodzie. Nawet siedzenie i pisanie boli, bo „od dupy strony” w ludzkim ciele też znajdują się mięśnie. W środę jest już trochę lepiej, zwłaszcza jeśli się poruszam, porozciągam, pojeżdżę rowerem lub chociaż pójdę na spacer, a od czwartku znów się nie mogę doczekać niedzieli – kiedy wieczorem pójdę grać w koszykówkę.
Dwa lata temu ktoś napisał na dzielnicowej grupie dyskusyjnej, że szuka ludzi do grania w siatkówkę. Kiedyś trochę grałem, a boisko, na którym mieliśmy się spotykać, widziałem z balkonu, więc się zgłosiłem. Z siatkówki nic nie wyszło, ale trafiłem do internetowej grupy zainteresowanych sportem osób, na której trochę później pojawiła się propozycja grania w koszykówkę. Poszedłem raz, drugi, kupiłem buty i zostałem do dziś.
Czasami śni mi się, że biegnę do kontrataku, kolega podaje mi piłkę, robię kozioł, dwutakt, rzucam i… pudłuję. Bo przeważnie mam złe sny. Na jawie czasami trafiam. Na początku każdego meczu liczę swoje celne rzuty, ale szybko robię się na to zbyt zmęczony, no i nie mam czasu, żeby myśleć. Grając, robię wszystko instynktownie i odruchowo reaguję na to, co dzieje się na boisku. Dopiero po powrocie do domu, kiedy wykąpany leżę już w łóżku z książką, na której nie potrafię się skupić, bo przypominają mi się boiskowe sytuacje, przeżywam grę jeszcze raz. Następnego dnia zapisuję w pamiętniku, z kim grałem i jak mi szło. Zastanawiam się, jak mógłbym zagrać lepiej, żeby nie stracić piłki, dobrze podać, nabrać przeciwnika na udany zwód i zdobyć punkty.
Skoro koszykówka mi się śni i tak dużo o niej myślę, a nawet o tym piszę, to wychodzi na to, że jest ważną częścią mojego życia. Zastanawiam się: dlaczego?
Mówi się, że sport to zdrowie – i ja w to wierzę. Mimo że tylko przez te dwa lata byłem świadkiem wielu kontuzji, a dwa razy pod salę gimnastyczną, na której graliśmy, przyjeżdżała karetka, uprawiam sport również po to, żeby być w formie, mieć lepszą kondycję i może trochę schudnąć. Jednak dla zdrowia mógłbym zrobić więcej w szybszy, łatwiejszy, tańszy i mniej ryzykowny sposób, więc nie o to przede wszystkim chodzi.
W koszykówce, w dużym uproszczeniu mówiąc, chodzi o to, żeby rzucić piłką tak, by przeleciała przez metalową obręcz. Nie jestem najlepszym graczem, ale czasami mi się to udaje. Czuję wówczas radość i satysfakcję. Jednak bywa i tak, że dostaję świetne podanie pod sam kosz, nikt mnie nie kryje, więc wystarczy, że wykonam najprostszy rzut o tablicę, który powinien mi wyjść nawet z zamkniętymi oczami, i pudłuję. Wtedy jestem na siebie zły. Krzyczę, przeklinam i z wściekłością uderzam dłonią w ścianę. Lub we własne czoło. Nie tylko ja jestem dla samego siebie surowy. Jeśli na boisku pojawia się przemoc, to w dziewięciu na dziesięć przypadków jest to autoagresja – kiedy ktoś przeżywa, że mu coś podczas gry nie wyszło. Nawet jeśli nikt z drużyny nie ma o to pretensji, bo przecież każdemu się zdarzyło spudłować spod samego kosza, zaplątać się w dryblingu lub podać piłkę prosto w ręce przeciwnika.
Zdarzają się też między nami spory, najczęściej o to, czy był faul, ale są to chwilowe iskry, które szybko gasną. Pamiętam tylko jedną poważną kłótnię: wybuchła po tym, jak jeden zawodnik co chwilę twierdził, że jest faulowany, przez co nie dało się grać. W końcu ktoś się wkurzył i powiedział mu, żeby nie gwiazdorzył, i zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Po wszystkim zebraliśmy się w męskim kręgu i całkiem dojrzale porozmawialiśmy o tym, co zaszło. Każdy mógł się podzielić swoimi emocjami, bo każdy to przeżył. Każdy trochę inaczej. Wszyscy jednak przeżywamy grę, bo bez wątpienia w sporcie chodzi o emocje. Tak samo jak w literaturze.
Jedną z ważniejszych dla mnie książek, która towarzyszy mi od prawie trzydziestu lat, jest Świat według Garpa Johna Irvinga. Raz na jakiś czas biorę ją z półki, otwieram i niezmiennie z przyjemnością czytam.
W jednym ze swoich wczesnych wypracowań w czasie pierwszego roku nauki w Steering Garp napisał: „Nie lubię piłek. Piłka dzieli sportowca od jego zadania. Tak samo krążek hokejowy i lotka badmintona; podobnie łyżwy i narty oddzielają ludzkie ciało od ziemi. A jeśli się jeszcze bardziej oddali ciało od walki przez użycie takich urządzeń, jak rakieta czy wszelkiego rodzaju kije – niweczy to całą czystość ruchu, siły czy koncentracji”. (przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz)
Być może tak bardzo do mnie trafiła również przez to, że jeden z wątków tej powieści dotyczy sportu. Choć preferuję zupełnie inne dyscypliny niż tytułowy bohater: S.T. Garp uprawiał zapasy i biegał.
Biegać nigdy nie lubiłem. Próbowałem, ale za każdym razem co rusz miałem ochotę się zatrzymać, żeby na coś popatrzeć lub zastanowić się, którędy pobiec dalej. Wolę chodzić, bo łatwiej jest wtedy przyglądać się światu. Zapasów nie próbowałem, ale to też nie jest sport dla mnie, skoro nie lubię przepychania się ze spoconymi kolegami nawet podczas gry w koszykówkę.
W przeciwieństwie do Garpa lubię natomiast piłki, a zwłaszcza piłkarskie sporty drużynowe. To, co najlepsi piłkarze i koszykarze potrafią zrobić z piłką, bywa efektowne, czasami wręcz efekciarskie (jeśli indywidualne popisy nie prowadzą do zwycięstwa, zdobycia punktów czy innych korzyści w grze) – przez co również przypomina literaturę.
Na pisarskie efekciarstwo dość często chorują felietony. Również moje, bo przecież tak bardzo staram się być dowcipny, próbując w kółko zaskoczyć czytelników ujęciem tematu „od dupy strony”, podczas gdy jest to zwykły chwyt retoryczny, mający wywołać tanie, wręcz prymitywne emocje samą obecnością wulgarnego słowa w kulturalnym czasopiśmie. Chciałbym jednak przynajmniej uniknąć wywołania wrażenia, które miewam czasami, czytając felietony: że autor napisał tekst sam dla siebie, doskonale się przy tym bawiąc i śmiejąc się z dowcipów, których nikt poza nim nie rozumie. Boję się takiego efektu, zwłaszcza pisząc ten felieton, bo zdaję sobie sprawę, że czytelnicy „Miasta Literatury” nie szukają tu tematów sportowych. Dlatego do literatury jeszcze wrócę, bo zapewniam was, że gramy w jednej drużynie.
Zawsze chciałem być w drużynie. Jako dziecko kręciłem się wokół szkolnego boiska, na którym w nogę grali starsi chłopcy. Podawałem im piłkę, ścigając się po nią z rówieśnikami, którzy tak samo jak ja chcieli przynajmniej w ten sposób uczestniczyć w grze. Czekałem z nadzieją, że może zabraknie zawodników i wezmą mnie do składu – i w końcu się doczekałem. Zostałem ustawiony w obronie i poinstruowany, że mam nie opuszczać okolicy własnej bramki. Mecz się zaczął i niedługo po tym doczekałem się również piłki, która toczyła się w moją stronę. Biegli za nią niemal wszyscy pozostali zawodnicy. Ci z mojej drużyny krzyczeli, żebym ją wybił. Zamiast to zrobić, po prostu ją złapałem. Jeszcze nie wiedziałem, czym różni się zawodnik grający w obronie od bramkarza. Dotykając piłki rękoma w polu karnym, spowodowałem rzut karny dla drużyny przeciwnej, przez co natychmiast wyleciałem z własnej, zarabiając po drodze kopa w dupę od każdego jej członka. Zastąpił mnie inny chłopak w moim wieku, który właśnie się dowiedział, że w obronie nie można łapać piłki w ręce, więc trochę lepiej znał reguły gry. Tamtego dnia poniosłem porażkę, stałem się pośmiewiskiem i prawdopodobnie z tego powodu popłakałem się, ale zaraz potem znów podawałem piłkę z nadzieją, że wrócę na boisko.
Bycie w drużynie ma dla mnie szczególne znaczenie. Zamierzałem napisać: „w męskiej drużynie”, ale sytuacja się zmieniła, bo w ostatnie dwie niedziele w koszykówkę grała z nami kobieta. Jak zwykle, gdy ktoś ze stałego składu nie mógł przyjść, szukaliśmy chętnych do gry w innych podobnych grupach. Traf chciał, że z takiej okazji skorzystała ona. Na początku bałem się zrobić jej krzywdę, dlatego na boisku traktowałem ją ulgowo. Szybko przekonałem się jednak, że ta kobieta gra lepiej od niejednego mężczyzny, więc zacząłem grać jak zwykle. Rozpychałem się pod koszem łokciami dokładnie tak samo, jak ona się rozpychała. Okazało się, że obecność kobiety w drużynie nic nie zmienia.
Zmienia to jednak koncepcję mojego felietonu, który miał być o tym, jak sport pomógł mi odnaleźć się w męskim świecie. Tak się złożyło, że wychowywałem się bez ojca, więc miałem trochę trudniej. I faktycznie, sport i przynależność do różnych drużyn nauczyły mnie i ciągle uczą radzenia sobie z agresją, znoszenia porażek, wspierania się w grupie, działania zespołowego i wielu innych rzeczy. Na szczęście reguł gry uczyłem się nie tylko na boisku, ale też między innymi z książek.
Wspomniany już przeze mnie bohater literacki S.T. Garp również wychowywał się bez ojca, więc łatwo było mi się z nim zidentyfikować. Powieść Irvinga to, mówiąc w skrócie, historia chłopca wychowywanego przez samotną matkę, który w szkole uprawia zapasy, zakochuje się w córce trenera, która dużo czyta, więc on postanawia zostać pisarzem, dorasta, staje się partnerem, ojcem, przyjacielem, mężczyzną. Podczas lektury tej książki po raz pierwszy, w wieku mniej więcej piętnastu lat, gdy większość moich kolegów śniła o sportowych karierach, nieśmiało pomyślałem, że chciałbym pisać. Bo Garp stał się dla mnie wzorem – również wzorem mężczyzny.
Świat według Garpa to książka o dojrzewaniu, dorastaniu, ale też o seksualności. Z jednej strony tej związanej z żądzą, bo to obsesja głównego bohatera. Ten temat Irving traktuje dość schematycznie, zsyłając surowe kary na każdego, kto jej ulega. Z drugiej, lepszej strony autor przygląda się seksualności związanej z płciowością, w szczególności z nieporozumieniami, konfliktami i absurdami związanymi z podziałem ludzi na mężczyzn i kobiety. Dzisiaj, kiedy niebinarność jest obecna w nauce, kulturze i codzienności, a co za tym idzie, również w języku, myślę, że warto docenić pojawienie się tego tematu w bestsellerowej amerykańskiej powieści wydanej w 1978 roku i wybaczyć Irvingowi pewną niezdarność i niedelikatność.
Moją ulubioną bohaterką Świata według Garpa jest Roberta Muldoon. Jako mężczyzna – Robert Muldoon był legendarnym obrońcą futbolu amerykańskiego, grającym w drużynie Filadelfijskich Orłów. Po korekcie płci – Roberta została współpracowniczką matki Garpa oraz jego najlepszą i chyba jedyną przyjaciółką, przez którą i dzięki której główny bohater powieści musiał nauczyć się zupełnie nowych reguł gry w świecie, w którym tradycyjne rozumienie płciowości przestało obowiązywać.
Dzięki Robercie wróciliśmy do sportu, czas wrócić więc również na boisko, na którym co niedzielę gram w koszykówkę. Przyznam się, że kusiło mnie, żeby pominąć obecność na nim kobiety, skoro trafiła się raptem jedna w piętnastoosobowej grupie i dotychczas grała z nami zaledwie dwa razy. Sprawiedliwie i w duchu Garpa byłoby jednak przyjrzeć się w tym tekście również jej. Niekoniecznie „od dupy strony”, chociaż, uprawiając sport drużynowy, nie sposób uniknąć sytuacji, w których trzeba się z innym człowiekiem właśnie w ten sposób skonfrontować. Na przykład w szatni. A tam w związku z obecnością kobiety zmieniło się najwięcej.
Na szkolnej sali gimnastycznej, którą wynajmujemy, szatnie są dwie: damska i męska, ale do niedawna bez skrupułów zajmowaliśmy obie. Ostatnio musieliśmy podzielić się pod względem płci, więc czternastu mężczyzn tłoczyło się w jednym niedużym pomieszczeniu. W męskiej szatni było ciasno, duszno i gorąco. Nic więc dziwnego, że pojawiły się narzekania. Ktoś stwierdził, że koszykówka to jednak męska gra. Ktoś wyraził wątpliwość, czy w naszej drużynie jest miejsce dla kobiety. Zrobiło mi się wtedy zbyt ciasno, duszno i gorąco, więc przebrałem się szybciej niż zwykle i wyszedłem, nie odezwawszy się słowem.
Zamiast tego napisałem felieton o koszykówce, bo to ważna część mojego życia, dzięki której cały czas uczę się reguł gry. Już nie tylko męskiej. Mógłbym więc, jak tylko tekst zostanie opublikowany, udostępnić go w internetowej grupie dyskusyjnej, na której umawiamy się na kolejne mecze. Mógłbym napisać: „Słuchajcie, chłopaki, napisałem felieton o nas, o naszym wspólnym coniedzielnym graniu w koszykówkę, bo uważam, że to ważna część mojego życia. Chciałbym się tym z wami podzielić!”. I może by przeczytali, choćby tylko z ciekawości, co ich kolega napisał, w dodatku również o nich. Nie jestem jednak pewien, czy mam dostatecznie dużo odwagi, by się w tej metaforycznej „męskiej szatni” odezwać. Zatem – mimo że jest to felieton literacki – na wszelki wypadek, żeby następnym razem nie oberwać ręcznikiem, mogę zastrzec: wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób jest zupełnie przypadkowe.