Od dupy strony: Wieś literatury

Ilustracja: Konrad Ponieważ
Ilustracja: Konrad Ponieważ

W tytule tego felietonu piję do zaszczytnego tytułu Miasta Literatury UNESCO, który otrzymał Gdańsk. Nowina ta gruchnęła na sam koniec października, odbijając się szerokim echem w kulturalnym świecie. Chwaliposty uzyskały pokaźną liczbę lajków, a gratulacjom nie było końca, płynęły zewsząd, również z innych miast kreatywnych UNESCO, które ciepło przywitały Gdańsk w swoim gronie.

I ja gratuluję, więc „piję” jak najbardziej „na zdrowie”, bo bardzo się z sukcesu mojego miasta cieszę. Jestem z Gdańska. Nie ukrywam tego, a wręcz obwożę się z tym publicznie, gdziekolwiek jadę samochodem, bo tablice rejestracyjne zamontowałem w plastikowych ramkach z napisem „Jestem z Gdańska”. Jeśli ktoś też chciałby takie mieć, to zapraszam do Wydziału Komunikacji Urzędu Miejskiego. Stoją w kartonie na korytarzu i każdy może sobie je wziąć za darmo. Nikt nawet nie sprawdza, czy ktoś naprawdę jest z Gdańska.

Ja jestem z Gdańska, a więc od niedawna z Miasta Literatury UNESCO – i gdyby z tej okazji zostały wyprodukowane ramki pod tablice rejestracyjne z napisem „Jestem z miasta literatury”, byłbym pierwszym, który by się po nie ustawił w kolejce. Tymczasem będę się chwalił przynależnością Gdańska do sieci miast literackich w każdy inny możliwy sposób, bo literatura jest dla mnie ważna. Sporo czytam, trochę piszę, więc to, że jestem z miasta literatury, ma dla mnie znaczenie.

Jestem z miasta literatury, więc wychodzi na to, że jestem z miasta. Tylko że z tym mam akurat problem. Bo sam nie wiem.

Pochodzę ze wsi. Pół życia mieszkałem na wsi. Niewiele większe lub niewiele mniejsze pół – w zależności od tego, jaki moment z przeszłości uznam za początek mieszkania w Gdańsku. Od rozpoczęcia studiów większość czasu spędzałem w mieście, jednak po zakończeniu każdego roku akademickiego wracałem do domu na wieś. Dopiero po studiach, kiedy poszedłem do pracy na etacie i nie miałem już wakacji, we wsi, z której pochodzę, bywałem od święta lub przy okazji urlopu, goszcząc u mamy najwyżej kilka dni. A kilka lat temu i to się skończyło, bo nikogo z najbliższej rodziny już na wsi nie mam.

Z premedytacją napisałem raz „na wsi”, raz „we wsi”, żeby poczuć różnicę. Słowniki twierdzą, że obie formy są poprawne, ta druga nawet bardziej, ale różnica jest dla mnie oczywista. Podobnie jak w przypadku „na mieście” i „w mieście”. „Jestem w mieście” może powiedzieć tylko ktoś ze wsi. Jestem w mieście. Mogę tak powiedzieć, bo jestem ze wsi. Pół życia mieszkałem na wsi, a konkretnie we wsi Kalinowo na mazursko-podlaskim pograniczu. Całkiem sporej wsi gminnej, w której był urząd, bank, ośrodek zdrowia, dom kultury, poczta, biblioteka, szkoła, kościół, a nawet osiedle trzypiętrowych bloków.

Do miasta się jeździło. Do Ełku lub Augustowa, do których było tak samo daleko lub tak samo blisko. Tak samo daleko lub blisko było też do Olecka, ale tam jeździł tylko jeden autobus dziennie, a my nie mieliśmy samochodu, więc do miasta mogliśmy jechać tylko autobusem. I wrócić, a z Olecka dało się wrócić dopiero następnego dnia. Jeździliśmy więc do Augustowa lub do Ełku, chociaż częściej do Ełku, zwłaszcza po reformie administracyjnej w 1999 roku, która podzieliła tamten świat tak, że Augustów znalazł się w innym województwie.

Do miasta jeździło się po większe zakupy, ale też do ważniejszych lekarzy i urzędów lub na przykład do kina. Czasami przy okazji zachodziło się do księgarni, ale – poza sezonem podręcznikowym, pod koniec sierpnia i na początku września – raczej sporadycznie.

Połowę życia spędziłem na wsi, z której niektórzy wyjeżdżali do miasta, bo wreszcie – po tym jak pół życia wpłacali pieniądze na książeczkę mieszkaniową – doczekali się końca budowy bloku, do którego mogli się wprowadzić. Patrzyłem na nich z zazdrością, bo nie musieli dłużej do miasta jeździć, a ja, z biegiem czasu, jeździłem tam coraz częściej.

Najpierw jeździłem, potem dojeżdżałem, bo to nie to samo. Dojeżdżanie to jeżdżenie codzienne w to samo miejsce. Człowiekiem dojeżdżającym zostałem, kiedy poszedłem do szkoły średniej, i wtedy najbardziej chciałem mieszkać w mieście.

W mieście miałem kolegów, z którymi chciałem chodzić do kina, na koncerty, na imprezy, i koleżanki, z którymi chciałem chodzić. Próbowałem, ale cały czas musiałem się pilnować, żeby zdążyć na ostatni autobus, odjeżdżający około godziny dwudziestej, a zatem wtedy, kiedy w mieście można było iść do kina, na koncert, na imprezę lub randkę. Ja o tej porze musiałem wracać.

Na szczęście miałem wspaniałych kolegów, a oni mieli wspaniałych rodziców, którzy chętnie gościli mnie u siebie i pozwalali przenocować, żebym od czasu do czasu mógł pójść na imprezę. Albo na ognisko. Uwielbiałem ogniska, bo zawsze ktoś przychodził z gitarą i wszyscy śpiewali piosenki, które wszyscy znali, na przykład Elektrycznych Gitar, na przykład Jestem z miasta.

Tej nie śpiewałem. Nuciłem tylko pod nosem: „la, la, la”, „ta, ta, ta”, „na, na, na” i czułem się wykluczony, kiedy wszyscy inni darli się na całe gardło, że są z miasta. Ja nie mogłem, bo byłem ze wsi.

Teraz bym mógł. Niedawno miałem nawet okazję, bo zakład pracy sprezentował mi bilet na koncert Elektrycznych Gitar. Poszedłem i dobrze się bawiłem, bo okazało się, że nadal pamiętam teksty piosenek, więc śpiewałem razem z Kubą Sienkiewiczem i tysięcznym tłumem po sceną wszystko oprócz Jestem z miasta. Mógłbym, ale po dwudziestu latach mieszkania w Gdańsku nadal mam wątpliwości. Co więcej, nie wiem, czy chcę być z miasta.

Wszystko przez literaturę, chociaż tak naprawdę zaczęło się od filmu. Traf chciał, że pod koniec nauki w liceum obejrzałem w telewizji film dokumentalny Człowiek zwany Świnia w reżyserii Aleksandry Czerneckiej i Dariusza Pawelca. Film opowiadał o młodym polskim prozaiku – Andrzeju Stasiuku – który dostał Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, za którą kupił działkę w Wołowcu, gdzie budował dom, jeździł maluchem po polnych drogach Beskidu Niskiego, przedstawiał swoich sąsiadów ze wsi i czytał fragmenty książki Opowieści galicyjskie.

Kupiłem tę książkę w Białymstoku na dworcu autobusowym, gdzie pod schodami, na lewo od kas, mieściło się stoisko księgarskie. Bo nie księgarnia. Nie było tam regałów tylko stoły, na których grzbietami do góry ułożono książki. Trudno było po nie sięgnąć i wyciągnąć upatrzoną, żeby przyjrzeć się jej bliżej, mimo to zawsze, kiedy jechałem do dziadków na wieś, kupowałem tam jedną książkę.

Dziadkowie mieszkali na prawdziwszej wsi, zdecydowanie mniejszej niż Kalinowo, takiej, gdzie dom od domu stał na tyle blisko, żeby widzieć dym z komina i światło w oknie, a jednocześnie na tyle daleko, żeby nie słyszeć, o czym sąsiedzi rozmawiają. Na dwa, a na studiach trzy miesiące wakacji miałem więc jedną nową książkę. Czytałem ją oszczędnie, żeby starczyła na jak najdłużej, bo inne książki, które były w domu dziadków, już dawno przeczytałem.

Było ich kilka. Wszystkie znalazły się tam jako nagrody za dobre wyniki w nauce mojej mamy i jej rodzeństwa. Zostały tam, chociaż żadne z dzieci dziadków od dawna z nimi nie mieszkało. Wszystkie wyprowadziły się po ukończeniu szkół i bywały na wsi od święta lub przy okazji urlopu, goszcząc u swoich rodziców najwyżej kilka dni. Ciekawe, dlaczego żadne z nich nie zabrało ze sobą tych książek. Może dlatego, że nie chcieli definitywnie wyprowadzić się z rodzinnego domu na wsi?

Może ja też nie chciałem? Bo od kiedy przeczytałem Opowieści galicyjskie, w których Stasiuk tak pięknie pisał o zadupiu na końcu świata i o ludziach pracujących w pegeerze lub w lesie, zacząłem doceniać to, że jestem ze wsi. Po przeczytaniu każdego kolejnego opowiadania brałem rower i w literackim zachwycie prowincją jechałem do któregoś z wiejskich sklepów, kupowałem oranżadę na miejscu, siadałem przy zbitym z desek stoliku, który zawsze pod takim sklepem był, i podsłuchiwałem, jak miejscowi rozmawiają o prawdziwym życiu. Chciałem o tym pisać. Chciałem być kimś takim jak Stasiuk. Mieszkać na zadupiu i pisać książki.

Bywało, że jednego chciałem bardziej niż drugiego. Raz myślałem, że napiszę dobrą książkę tylko pod warunkiem, że zamieszkam na wsi, gdzie będę miał ciszę, spokój i piękne widoki, innym razem stwierdziłem, że próbuję pisać tylko po to, żeby móc rzucić pracę na etacie i na zawsze wynieść się z miasta. Myślałem tak, kiedy pisanie wybitnie mi nie szło. Przyszło mi wtedy do głowy, że wcale nie muszę pisać, żeby przeprowadzić się na wieś. Znalazłem inne rozwiązanie.

Zapisałem się do szkoły rolniczej, w której nauczyłem się techniki uprawiania ziemi, nawożenia zbóż, dbania o dobrostan bydła i trzody oraz wielu innych rzeczy, które dotychczas do niczego mi się w życiu nie przydały. I prawdopodobnie nigdy nie przydadzą. Czas fantazjowania o byciu prawdziwym rolnikiem był przyjemny i być może zaowocował wiarygodniej zbudowanym wiejskim światem w książkach i opowiadaniach. Jednak dziś zdaję sobie sprawę, że raczej nie znajdę już w sobie tyle odwagi, żeby porzucić wygodne życie ze sklepami, przychodniami, urzędami, bibliotekami i innymi instytucjami kultury tuż za rogiem. Bo przywykłem do tego, że jestem z miasta.

Na szczęście jestem z miasta literatury. A dzięki literaturze mogę przenieść się na wieś w każdej chwili. Wystarczy, że sięgnę po książkę Stasiuka, Tokarczuk, Myśliwskiego, Redlińskiego, Oryszyn, Karpowicza, Płazy, Tarnowskiej, Muszyńskiego, Małeckiego, Odiji lub Jurewicza. Jestem wielkim fanem literatury, której fabuła toczy się na wsi, a jeśli nie, to niech przynajmniej będzie w małym miasteczku, na prowincji. Wydaje mi się, że literatura ma się znakomicie właśnie na prowincji.

Poczułem to dość dawno temu i pewnego razu na fali entuzjazmu młodego animatora kultury, chciałem się tym uczuciem podzielić z mieszkańcami Gdańska. Zorganizowałem więc spotkanie z Aleksandrem Jurewiczem i Danielem Odiją w nieistniejącej już bibliotece we Wrzeszczu zatytułowane „Literatura na prowincji”. Spotkanie prowadził nieżyjący już trójmiejski dziennikarz Tadeusz Skutnik, który na samym początku, odrobinę sobie żartując, spytał autorów, jak się czują z tym zarzutem. Następnie autorzy zaczęli się tłumaczyć, że ich twórczość wcale nie jest prowincjonalna. Następnie ja, jako organizator, zacząłem się tłumaczyć, że nadając spotkaniu taki tytuł, miałem na myśli coś zupełnie innego. Pamiętam, że tłumaczyliśmy się wszyscy, jakby było z czego. Jakby literatura prowincjonalna była gorsza od tej miejskiej.

Otóż nie jest. Nie jest ani lepsza, ani gorsza. Jest równie ważna. Bywa dobra, bywa też oczywiście słabsza, ale bardzo mi zależy, żeby małomiasteczkowa, wiejska, a nawet wieśniacka literatura była i żeby była obecna w mieście literatury. W moim mieście Gdańsku – Mieście Literatury UNESCO.

Kończąc ten felieton, chciałbym popuścić odrobinę (jak zwykle od dupy strony) wodze fantazji, bo marzy mi się wieś literatury. Rozumiem, że w miastach jest więcej ludzi, pieniędzy, księgarni, bibliotek i innych instytucji, które mogą wspierać literaturę na różne sposoby. Jednak na wsi też się da. Byłem na kilku spotkaniach autorskich w wiejskich bibliotekach i wcale nie było gorzej niż w mieście. Przychodzi mi też do głowy festiwal „Patrząc na Wschód”, który sam siebie nazywa „wiejskim festiwalem literackim” i faktycznie odbywa się co roku w Budzie Ruskiej, a więc wsi, która według Wikipedii ma 96 mieszkańców. Jeszcze się tam nie wybrałem, ale mam zamiar, bo znam takich, co byli, i mówili mi oni, że jest to wyjątkowo udane przedsięwzięcie.

Mam więc nadzieję, że Gdańsk – Miasto Literatury UNESCO nie zamknie się w grubych miejskich murach, ale stanie gościnną literacką wioską, w której każdy znajdzie miejsce przy ognisku i nikt nie będzie przy nim śpiewał piosenki „Jestem z miasta”, żeby tym, którzy są ze wsi lub, tak jak ja, nie wiedzą, skąd są, nie było głupio.

Paweł Radziszewski

Paweł Radziszewski

Przez wiele lat pracował w bibliotekach w Gdańsku i Gdyni. Autor powieści Pomiędzy (2021) oraz Niepowinność (2022). Nominowany do nagród: Identitas 2024, Nowej Fantastyki im. Macieja Parowskiego w 2022 roku oraz Książka Roku 2021 portalu lubimyczytac.pl w kategorii debiut. Laureat Nagrody Czytelników Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza” za 2022 rok.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Od dupy strony: Nie zesraj się! Od dupy strony: Nie zesraj się! Od dupy strony: Nie zesraj się!
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Nie zesraj się!

Od dupy strony: Ile to jest warte? Od dupy strony: Ile to jest warte? Od dupy strony: Ile to jest warte?
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Ile to jest warte?

Od dupy strony: Wymarzona praca Od dupy strony: Wymarzona praca Od dupy strony: Wymarzona praca
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Wymarzona praca

Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: O brandzlowaniu się literaturą

Od dupy strony: O spotkaniach autorskich Od dupy strony: O spotkaniach autorskich Od dupy strony: O spotkaniach autorskich
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: O spotkaniach autorskich

Od dupy strony: Z przyjemnością Od dupy strony: Z przyjemnością Od dupy strony: Z przyjemnością
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Z przyjemnością

Od dupy strony: Na plaży Od dupy strony: Na plaży Od dupy strony: Na plaży
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Na plaży

Od dupy strony: Na brudno Od dupy strony: Na brudno Od dupy strony: Na brudno
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Na brudno

Od dupy strony: Tam i wtedy Od dupy strony: Tam i wtedy Od dupy strony: Tam i wtedy
Paweł Radziszewski

Od dupy strony: Tam i wtedy