Biegnę na Górkę!

Afisz reklamujący zabawę ludową, dwudziestolecie międzywojenne (domena publiczna, źródło: Polona)
Afisz reklamujący zabawę ludową, dwudziestolecie międzywojenne (domena publiczna, źródło: Polona)

To nie jest przyjemne: czuć krew w ustach, nawet jeśli to nie krew, lecz strach i wyczerpanie. Miałem tak czasami, ale tamtej krwi bez krwi nie zapomnę. Było to lata temu. Wracałem z Sopotu, wysiadłem w Gdańsku Głównym, spieszyłem się do domu na Górce. Pobiegnę sobie, będzie szybciej, postanowiłem radośnie, bo jakiś udany to był wieczór. Zdjąłem lekki plecak z ramion i chwyciłem w prawą rękę. Zacząłem truchtem i coraz bardziej się rozpędzałem. To mnie uratowało.

Biegłem lekko wzdłuż torów, Podwalem Grodzkim, w stronę Huciska. I gdy właśnie zacząłem napawać się świadomością własnej młodości, elastycznych mięśni, swobodnego oddechu, którym łączyłem się z rześkim powietrzem wczesnego wieczoru późnej jesieni; gdy lotna lekkość mnie ogarniała – to właśnie wtedy z czarnej bryły skweru, zarośniętego zdziczałymi krzakami i starymi drzewami, z tej pulsującej ciemnością dziury rozlewającej się na tyłach budynku, w którym dziś obraduje Rada Miasta Gdańska, wybiegł wielki mężczyzna, krzycząc w moją stronę: „Stój! Policja!”.

Jakoś mam tak w genach zakodowane, że nie ufam policji. A tym bardziej wielkim facetom ubranym w dresy, którzy krzyczą, byś stanął, gdy chcesz biec. Facetom – bo z ciemności zdziczałego parku za tym pierwszym wyskoczył drugi. Ten, co krzyknął, bym się zatrzymał, bo niby policja, już był przy mnie. Poczułem, jak chwyta za skórzaną kurtkę, gdzieś na wysokości bioder, szarpie i lewym ramieniem robi zamach, by wyprowadzić cios albo zepchnąć z chodnika w dół, po skarpie, na tory, na zatracenie, w piekło. Szczęśliwie byłem rozpędzony w biegu. Miałem swój rytm. Intuicyjnie przyspieszyłem. Zanurkowałem pod potężnym ramieniem i wyrwałem kurtkę z tej strasznej dłoni, która się na niej zacisnęła. Facet był naprawdę wielki i słowo daję, to nie mój strach pomógł mu tak wyrosnąć.

Mimo szarpnięcia nie straciłem rytmu, choć trochę się zachwiałem. Olbrzym został za mną, usłyszałem jeszcze, jak woła do drugiego: „Łap go!”. Ale ten drugi, chudy, milczący – może był pijany albo ja byłem tak szybki – nie zdążył przeciąć mi drogi. Zobaczyłem tylko, że zabrakowało mu do mnie jakichś pięciu kroków. Minąłem go, nawet nie zaklął, jakby chciał ukryć swoją obecność, być może planując już kolejną napaść, a krzyk zdradziłby pułapkę.

Miałem ich za sobą, co jeszcze niewiele znaczyło. Przecież mogli dobrze biegać. Dlatego przyspieszyłem, choć wydawało mi się, że szybciej nie potrafię. Strach skoczył mi na plecy, wyssał ze mnie młodość, a ja stałem się o jakieś dwadzieścia lat starszy i dwadzieścia kilo cięższy. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, ale jakbym przebierał nogami w miejscu. Strach, że tamci mnie gonią i dogonią, usztywniał, gorzej – zalewał ołowiem. Próbowałem wyrównać oddech, ale się nie udawało. Ogarnęła mnie panika, a panika narzuca arytmię, niezamierzone synkopy, które łomocą w głowie bitem serca pragnącego nadążyć za wysiłkiem całego organizmu, za tym gwałtownym zrywem, jaki czasami ratuje słabszego przed atakiem drapieżników. Krew w ustach, która nie była krwią, ale smakiem wyczerpania, zatykała nos i uszy. Przed oczami majaczyła perspektywa zbliżającego się Huciska, z ulicznymi lampami i ich zbawiennym blaskiem – zło woli czaić się w ciemnościach i z ciemności napadać. I w jasnym nurcie Huciska, do którego już, już dobiegałem, zobaczyłem szczupłą postać. Zawahałem się, ale nie zatrzymałem, bo dobrze wiedziałem, że za plecami czekało mnie gorsze niż ta postać przede mną. „Nie biegną za tobą!” – zawołała postać.

Minąłem młodego chłopaka, trochę zwalniając, bo i tchu już brakowało. „Zostali tam” – powiedział uspokajająco, ale nie zatrzymałem się, zbyt przestraszony. „Dzięki”, wykrztusiłem tylko. I: „Ja pierdolę, co za chuje!” – rzuciłem z goryczą, wciąż biegnąc w stronę skrzyżowania Huciska z ulicą 3 Maja, w kierunku banku. Kiedy go minąłem, zacząłem iść, bo i sił już zabrakło. Drżałem, nerwowo oglądając się za siebie. Nie potrafiłem opanować tego drżenia. Dopiero gdy przebrnąłem przez parking, który dziś wygląda tak samo, jak wtedy wyglądał, dopiero gdy ukryłem się w zaciszu ulicy Górka, która dziś wygląda tak samo jak wtedy, i dopiero gdy wszedłem do mieszkania, które z Iwoną wynajmowaliśmy – dopiero wtedy się uspokoiłem. A wtedy zobaczyłem, że olbrzym wyrwał mi z kurtki płat skóry wielkości dwóch męskich dłoni, i to nie po szwie. Jak chwycił, tak wydarł wielką dziurę, której pamięć do dziś nie załatała.

Nie wiem, czy wtedy, jakieś dwadzieścia parę lat temu, ten ciemny zagajnik nazywał się Skwerem im. Czesława Niemena. Wiem, że omijało się go z daleka. Ja przynajmniej omijałem. A dziś? Oswojona przestrzeń, w nocy rozjaśniona ledowymi lampami. Miły zakątek w środku miasta, z ławeczkami, altankami, równo strzyżonymi trawnikami, rabatkami ozdobnych kwiatków i krzewów. Budynek, w którym mieści się Rada Miasta Gdańska ładnie oświetlony, a nie jak kiedyś ciemny – choć w środku był klub studencki Żak, gdzie z zieloną chmurą w głowie oglądałem The Doors Oliviera Stone’a. Ale to już prehistoria, studencka i dawno nieaktualna.

Ale tak myślę sobie, patrząc na dzisiejszy Skwer im. Czesława Niemena i spacerując po tym skwerze, zasiadając na jego ławkach, delektując się jego spokojem, tak myślę sobie nieskomplikowanie, że nie zawsze przeszłość jest jasna i radosna – w imię zasady, że młoda. I dużo przyjemniej się dziś spaceruje Podwalem Grodzkim, nie potykając się o wystające płyty chodnikowe, bo dziś te płyty równo ułożone, a wtedy popękane i haki pod nogi stawiające. I jakoś przyjemniej jest, gdy więcej lamp świeci, w dodatku nierozbijanych kamieniami, jak bywało kiedyś, bo to przegania czające się w ciemności demony. Ogranicza też ich namnażanie.

I choć wtedy dużo szybciej biegałem, bo młodziej, lżej i lotniej, to jednak dużo lepiej, gdy biegnąc, przy okazji nie trzeba uciekać. Jakoś przyjemniej biec dla samej przyjemności biegania. I tak myślę sobie banalnie i nienachalnie, wpatrując się w dzisiejszy Gdańsk coraz bardziej błyszczący, że dobrze jest, gdy strach należy do przeszłości, a nie teraźniejszości. A jeszcze lepiej, gdy teraźniejszość budzi uzasadnioną nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość. Wtedy człowiekowi, który z każdym dniem krok po kroku się starzeje, jakoś lżej ku temu starzeniu się biegnie, ewentualnie – z braku sił – idzie, spaceruje. I nawet jeśli biegnie, idzie, spaceruje pod górkę albo wspina się na Górkę z rosnącym trudem, wciąż jednak młody jest, gdy jasność, nie ciemność go otacza.

Daniel Odija

Daniel Odija

Prozaik, scenarzysta komiksowy, autor słuchowisk, sztuk teatralnych, animator kultury. Autor zbiorów opowiadań Szklana huta (2005), Przezroczyste głowy (2018) oraz powieści Ulica (2001), Tartak (2005), Niech to nie będzie sen (2008), Kronika umarłych (2010) oraz Pusty przelot (2021). Razem z rysownikiem Wojciechem Stefańcem tworzy komiksową tetralogię pod tytułem Bardo. W 2024 opublikował pierwszą książkę poetycką ale. Za swoją twórczość wielokrotnie nagradzany, dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Jego proza została przetłumaczona na kilkanaście języków.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Gdańskie widmo Gdańskie widmo Gdańskie widmo
Marek Górlikowski

Gdańskie widmo

Plaster z narracją. Terapeutyczne zadania literatury Plaster z narracją. Terapeutyczne zadania literatury Plaster z narracją. Terapeutyczne zadania literatury
Barbara Piórkowska

Plaster z narracją. Terapeutyczne zadania literatury