Historia kilku dedykacji Pawła Huellego. Opowieść dygresyjna

Z archiwum Andrzeja Kasperka
Z archiwum Andrzeja Kasperka

Niech przyjaciele moi siędą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biedę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg mnie uwolni od męki, nie przyjdę…

Tak – cytatem z wiersza Testament mój Juliusza Słowackiego – trzeba by rozpocząć nasze wspominanie Pawła Huellego*, naszego przyjaciela, którego brak odczuwamy tak dotkliwie. Juliusz Słowacki był dlań ważnym poetą. Imię wybrane dla pierworodnego syna nie było przypadkowe. Julkowi dedykował swój debiut – Weisera Dawidka.

Ciągle czekamy na telefon od Pawła, niechby o trzeciej lub czwartej nad ranem. Sprawdzamy na półce z jego książkami, czy aby wszystkie przeczytaliśmy; liczymy naiwnie, że może jakiś tekst jednak umknął naszej uwadze. Uporczywie wyglądamy nowej. Łudzimy się, że może gdzieś ukazał się jakiś nowy felieton. Sprawdzamy, czy Teatr Miejski w Gdyni nie ogłosił, że ma w planach jego kolejną sztukę…

Ostatnio kilka razy wyciągałem z półki tekę z napisem na grzbiecie: PAWEŁ HUELLE. Nie jest to wcale proste, bo w mojej przeładowanej bibliotece, w której kilka tysięcy książek stoi w dwóch rzędach, trzeba w tym celu wykonać kilka operacji – wyjąć tom, przestawić książkę, przesunąć teczkę. Doszedłem do stanu, kiedy nic już nie powinienem kupować ani przyjmować w prezencie. Na niecałych pięćdziesięciu metrach kwadratowych nie ma już miejsca ani na nowe półki, ani na nowe obrazy i fotografie. Czuję się jak suchy alkoholik w dobrym sklepie monopolowym, patrzę na piękne butelki, podziwiam ich pochodzenie i domyślam się wybornego smaku zawartości, ale wiem, że to nie dla mnie…

Paweł też dobrze znał to uczucie. Książki nigdy nie mieściły się w jego mieszkaniach – ani na Ujeścisku, ani we Wrzeszczu. Może tylko w Oliwie miały więcej miejsca. Szafy biblioteczne sięgały tam aż po sufit. Był nawet zmyślny schodek, który pomagał sięgać wysoko. W eseju pod tytułem Myszkując w bibliotece Pawła Huellego, drukowanym w kwartalniku „Prowincja”, pisałem:

Nie wiem, jak on to robi, ale Huelle jest jak ogrodnik, który z namysłem sadzi i sieje. Nowe nasadzenia zjawiają się, gdy coś już przekwitło, zwiędło, uschło. Świeże nabytki pojawiają się więc w miejsce starych tomów, które zostały oddane. Przestrzeń ogrodu nie jest przecież nieograniczona. Żeby wstawić nową książkę, trzeba pozbyć się starej. Ale one, te tomy zdradzone i skazane na banicję, jeszcze się zemszczą, jeszcze kiedyś będziemy żałować, że ich się pozbyliśmy, jeszcze będzie nam ich brakować… Ta metafora z ogrodem, choć ładna, jest jednak oszukańcza. Tak po prawdzie książki lubią się panoszyć, zawłaszczają przestrzeń. Poza tym zawsze pozostaje nierozstrzygnięte pytanie – czy to ma być ogród francuski, czy angielski. Czy może nasza biblioteka stanie się dżunglą, jak u prof. Marii Janion, gdzie lokatorka była tylko gościem łaskawie tolerowanym przez księgozbiór?

A kiedy przeszedł moment przeprowadzki do dużo mniejszego mieszkania (po rodzicach), do domu przy ulicy Chrzanowskiego, większość tego zbieranego przez lata księgozbioru została skazana na selekcję. Paweł opowiadał, że czuł się jak esesman na rampie. Pewnie mógłby powiedzieć: „Zgroza, zgroza” – jak Kurtz, bohater Jądra ciemnościJosepha Conrada, powieści mistrzowsko przeniesionej na scenę umieszczoną na żaglowcu „Dar Pomorza”. Może była to najlepsza z adaptacji, które przygotował… Kiedyś widząc, że zbyt długo myszkuję po jego bibliotece i co chwila wykrzykuję: „O, nowe wydanie Don Kichota! O Baal Szem Tow! Gdzie znalazłeś tego Piranesiego?”, rzekł z podziwem, ale i obawą: „Kasperku, jakie ty masz złodziejskie oko! Odejdź już od półek, mówię po dobroci. Herbata stygnie”.

Przepraszam, jeśli komuś nie odpowiada tok tej opowieści. Jestem przykładem człowieka dotkniętego przypadłością dygresomanii. To już nieuleczalne. Ale skoro przez prawie czterdzieści lat mojej pracy nauczycielskiej nikomu tym nie zaszkodziłem, to pewnie nie jestem skazany na potępienie. Moi dawni uczniowie nigdy się na to nie skarżyli. Spotykani po latach przyznawali, że nawet to lubili, bo jak gada, to nie pyta. Ot co! Pierwsza zasada sztuki nauczycielskiej brzmi: Nie nudzić! Drugą wziąłem z Kaczmarskiego: „A ty siej, a nuż coś wyrośnie”.

Greckie słowo théke oznacza kufer lub szkatułę – w nich przechowywano cenne przedmioty. Moja teka to, po prawdzie, zwykły segregator, który założyłem kilkanaście lat temu, kiedy uznałem, że trzeba wreszcie zrobić porządek z listami, kartkami pocztowymi i wycinkami z gazet. Przez lata spęczniał, dziś się już nie domyka. Po śmierci Pawła poczytuję jego wywiady oraz zapiski, wracam do pocztówek i listów z solenną obietnicą, że wydrukuję maile i uporządkuję naszą korespondencję.

Z mailami jest wygodnie i niewygodnie. Niewygodnie, bo wbrew powszechnej opinii poczta elektroniczna wcale nie jest niezawodna i lepiej ważne listy wydrukować. Gdy kilka lat temu byłem z żoną w krakowskim mieszkaniu Czesława Miłosza, jego sekretarka, Agnieszka Kosińska, powiedziała, że do jej obowiązków należało także drukowanie maili poety. Dało mi to wiele do myślenia. A wygodnie, bo mamy nasz list do adresata i jego (ewentualną) odpowiedź. Nie kopiowałem moich listów do Pawła i dziś kilku mi szczególnie brakuje. Zwłaszcza że jeden z nich był początkiem opowiadania i tylko kilka fraz gdzieś po pustej głowie mi się tłucze…

Wśród tych papierów jest jeden szczególnie ważny: pożółkła kartka, a na niej wiersz zatytułowany Perfectamente borracho. Ta hiszpańska fraza oznacza „kompletnie pijany” i pochodzi z kultowej dla nas powieści Malcolma Lowry’ego Pod wulkanem. Tekst –napisany charakterystyczną czcionką na maszynie – zawiera znaczący dopisek: „Przypisane Andrzejowi Kasperkowi [i dalej ręczne pismo], towarzyszowi serdecznemu niejednej odysei, w Gdańsku 20 marca 1986 r.”**. Wiersz nie był chyba nigdzie drukowany. Użyłem cytatu z niego w opowiadaniu z mojego debiutanckiego tomu Back in the DDR…:

Trzeba nam było sił prawie nieludzkich
Żeby wytrzymać przed nadejściem świtu,
Kiedy śmierć traci władzę […]

Opowiadanie nosi tytuł Perfectamente borracho – nie mogło być inaczej.

Nasze picie na początku było dionizyjskie i kawaleryjskie. „Upijamy się po zajazdach / Kładziemy się spać z kim popadnie” – śpiewał Jacek Kaczmarski z dużą znajomością tematu. Alkohol pozwalał wprowadzić do przaśnej atmosfery PRL-u nieco elementu baśniowego, był modelem kontaktów międzyludzkich, pozwalał oswajać rzeczywistość i sprawiać, że pospolitość mniej skrzeczała. Czytaliśmy Lowry’ego, Jerofiejewa, Hłaskę i Wojaczka. Ze Stachurą wzywaliśmy: „Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo; / Niechybnie brakuje tam nas!”. Mój przyjaciel dostał skądś emigracyjne pismo rosyjskie „Kontinient”; była w nim sztuka o sowieckim alkoholizmie – ani tytułu, ani autora już nie pamiętam. Czytaliśmy ją i zaśmiewaliśmy się z didaskaliów opisujących jednego z bohaterów: ałgokolik, preżde wsiego ałgokolik (a może: ałgokolik, wsiem ałgokolikom ałgokolik). Dziś nie mam tego jak sprawdzić. Opis drinków z poematu Moskwa Pietuszki był przezabawny. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że sami z siebie się śmiejemy… Konsul Geoffrey Firmin i Wienieczka byli naszymi herosami. Mój Boże! A dziś prawie wszyscy moi przyjaciele to alkoholicy, na szczęście już trzeźwi. Z wyjątkiem Pawła, bo on martwy. Ale jeszcze kilka dni przed śmiercią, kiedy umawiałem się z nim na zdjęcia do planowanego filmu o Żuławach, w rozmowie telefonicznej kazał, żebym miał przy sobie butelkę wódki, choć uściślił, że starczy małpka. Że potrzebny jest napęd, żeby praca posuwała się naprzód…

Nieuchronnie pojawia się pytanie: Ileż by napisał, gdyby nie pił? Ile utworów poszło „na przelew”? Tego nie wiemy. Nie wiemy, czy w ogóle jakieś by powstały. Alkohol był częścią jego metabolizmu, równie ważną jak powietrze. Spytałem go kiedyś, czy któreś ze swoich dzieł napisał wyłącznie na trzeźwo. Odpowiedział, że tylko Kursk. Jedna z lepszych jego sztuk…

Coraz częściej w listach i pocztówkach Pawła pojawiała się informacja, że styl epistolarny jest dziwny, bo „deczko popiłem dziś whisky i jestem w pseudo-euforii […] i tak się rozintegrowałem”. Kartkę z Paryża podpisał bezwstydnie: „Paweł Huelle, czyli Perfectamente Borracho”. W innej (też z Paryża, ale dwa lata wcześniejszej) pisze: „No i piję tu Chateau Rene w ilościach wskazujących”. Z Londynu donosił: „Szkoda, że nie ma tu Ciebie: Moglibyśmy godzinami pić piwo i snuć opowieści o dziwnym świecie, jak u Hrabala”. Po latach, gdy wróciłem do jego wiersza o piciu, dotarło do mnie, że w tych pocztówkach jakby wracał do wyliczanki tam zamieszczonej:

My w irlandzkich pubach ściśnięci […],
W amerykańskich barach, bistrach na Montparnasse,
Wszędzie, ach wszędzie, nawet w autobusie
Piliśmy wódkę, sake, pulque, wino, piwo […].

Jakby w swych peregrynacjach odhaczał miejsca znane z pijackiej literatury, jakby odrabiał pracę domową…

Sam nie byłem bez winy. Wszak dawałem mu asumpt do zwracania się do mnie: „Une Perfectamente Borrachio”, „Cześć stary pijaku!”, „Drogi Andrzeju – Nie – borachio”, i stawiania pytań: „Pijaczku! Cwaniaczku! Czy pijesz? Czy żyjesz?”. Ta korespondencja była coraz mocniej podlana alkoholem, ślad wodny na papierze zastąpił innym płynem. I tak remedium stawało się jadem…

Ale przecież nie o tym chciałem mówić. Na tomiku wierszy wydanym w 1994 roku napisał: „Andrzejowi, Towarzyszowi niejednej Odyssei, z przyjaźnią”. Minęło osiem lat i zmieniła się tylko pisownia słowa „odyseja – tam było małą literą, teraz jest dużą i przez dwa „s”. Na mojej półce mam wszystkie książki Pawła, większość z dedykacjami, czasem bardzo wzruszającymi, jak ta z tomiku wierszy Obłoki jasne nad tobą, gdzie napisał: „Joli i Andrzejowi te – w głównej mierze – erotyki jako pięknie długotrwałym małżonkom […] z przyjaźnią”. Niektóre nie mają dedykacji, wysłało je wydawnictwo, najczęściej z zaproszeniem na spotkanie promocyjne. Tylko jedną sam kupiłem, był to okres, kiedy nasze kontakty ochłodły. Tak bywa…

Kiedy myślę o tych dwóch dedykacjach, uderza mnie, że może Homerowa Odyseja jest dobrym kluczem do mówienia o Pawle, o jego życiu i twórczości. Ileż to godzin przegadaliśmy o klasykach? Homer miał w naszych dyskusjach miejsce osobne, a szczególne jego epos o Odysie. Jeśli Iliada według szkolnej definicji jest wzorem eposu, bo przedstawia dzieje narodu w przełomowym momencie, to historia Odyseusza była zawsze nam bliższa, bo traktuje o człowieku, z wszystkimi jego blaskami i nędzami. Jest o nas, dlatego nie dziwi, że Alberto Manguel ostatni rozdział swej książki Homer. Iliada i Odyseja. Biografia zatytułował „Everyman”. Paweł bardzo lubił tego autora i ucieszył się, kiedy sprezentowałem mu książkę Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień. Nie tylko temat i autor się liczył – ze względów, o których już mówiłem, ważne było, że książka była chudziutka…

W 2020 roku w audycji „Wybieram Dwójkę” Paweł mówił:

Babcia Maria miała wspaniałą bibliotekę. To były resztki biblioteki, ale dla mnie jako brzdąca była wspaniała i tajemnicza, bo za szybami stały na półkach ogromne, opasłe tomy francuskie, niemieckie… Miałem ten przywilej niesłychany, że mogłem wszystkie te książki oglądać. I któregoś dnia znalazłem tam bardzo dziwną książkę. Gdy ją otworzyłem, zobaczyłem dziwne literki, których nie widziałem wcześniej. Wiedziałem, że to nie jest ani grażdanka, ani cyrylica. Pobiegłem do babci, pytam: babciu, co to jest? A ona z wielkim wzruszeniem mówi: Boże, to jest mój szkolny egzemplarz „Odysei”! […] Zrobiła mi wspaniały wykład: kto to był Homer, czym była „Odyseja” i „Iliada”. Ja mówię: babciu, a jak to brzmi? Wtedy babcia Maria usiadła i zaczęła czytać po grecku pierwsze zdania z inwokacji, od razu je tłumacząc prozą. Dla mnie to był po prostu zaczarowany spektakl. To było jak uchylenie poły namiotu, za którą ukrywa się zupełnie inny świat. I potem babcia sprezentowała mi „Odyseję” w tłumaczeniu Jana Parandowskiego”.

I dla mnie była to książka formacyjna. Miał rację Heraklit Alegoreta, grecki autor z I wieku naszej ery, pisząc o Homerze: „Jest przy każdym z nas, gdy dorastamy stając się mężczyznami, rozkwita wraz z nami do starości i nigdy nas nie nuży, bo gdy go tylko odłożymy, znów dręczy nas pragnienie. Rzec można, że życie i Homer to jedno”. Czytałem ją w liceum (w przekładzie prozą Parandowskiego) i przeżywałem ogromnie. Chyba najważniejszy dla mnie – jako przestroga i napomnienie – był ustęp, który zapamiętałem na zawsze. Odys wymknął się cyklopowi i dumny ze swego podstępu, zdradza Polifemowi, kto go pokonał. Tak brzmi ten fragment w tłumaczeniu Józefa Wittlina:

Oślepił mnie ten Odysej, mąż, który grody gruchocze.
Syn Laertowy, w Itace swój dom i władztwo mający!

Tak, to hybris – duma, buta, pycha. Nie pozwala ona na prawidłowe rozpoznanie sytuacji, w której znalazł się ów mąż przemyślny, i doprowadza do przekroczenia miary, którą bogowie wyznaczyli człowiekowi. Wyzwanie rzucone bogom nie pozostanie bez kary. Od tej chwili spadają na Odyseusza niezliczone nieszczęścia i tylko cudem ocaleje. Zawsze o tym pamiętałem i kilka razy świadomość tego, jak szkodliwa może być pycha, pomogła mi w życiowych wyborach. Parę lat temu podawałem to na spotkaniu z licealistami w Malborku jako przykład tego, jaki pożytek może być z czytania literatury. Pamiętajmy, przed czym przestrzegał nas Zbigniew Herbert: „strzeż się jednak dumy niepotrzebnej”…

Towarzyszyłem Mordeczce (tak się do siebie zwracaliśmy) w niejednej odysei. Zapamiętałem niejedną Scyllę i Charybdę, kuszenie przez syreny, tęskniącą Penelopę i zwodniczą Kirke, piękną i opiekuńczą Kalipso, ale też przemianę w żebraka. Pamiętam Pawła dającego się uwodzić i uwodzącego. I boski napój, który nim zawładnął. Arystoteles napisał: „Słodko spożywamy matematykę i dzieje się nam jak Lotofagom: bo skosztowawszy jej nie chcemy już od niej odstąpić i owłada nami jak kwiat lotosu”. Można powiedzieć, że gdański Odys pozwolił, by ów „kwiat lotosu” nim zawładnął. Ale czy miał tu cokolwiek do gadania?

W Talicie, arcydzielnym opowiadaniu, które dało tytuł całemu tomowi, doktor Czaplewski, coraz bardziej pijany w czasie obrzędu pustej nocy, w trakcie którego żegna się utopioną dziewczynkę, „powtórzył kilkukrotnie i z naciskiem słowo – politropos. Może ono, pojęte przez Bieszka jako szczególnie wyzywające przekleństwo”, wywołało awanturę, wyzwiska i rękoczyny. Ten grecki termin brzmiał jak nazwa choroby, pewnie Kaszubi myśleli, że wyjątkowo odrażającej i wstrętnej. W istocie jest ono epitetem określającym Odyseusza. Parandowski tłumaczy je: „mąż wielce obrotny”. Huelle był znakomitym stylistą, jednym z największych w naszej literaturze; nie ma u niego zbędnych, przypadkowo użytych słów.

W jego bibliotece stał Wielki słownik grecko-polski Nowego Testamentu. Na stare lata zachciało się mu zgłębiać tajniki greki. Uczyć się innego alfabetu, rozróżniać deltę od dzety oraz fi od ksi, wymawiać głoski z przydechem. Nigdy nie jest za późno na naukę – przecież Miłosz nauczył się greki po sześćdziesiątce, a hebrajskiego jeszcze później. Dla mnie jednak był to przede wszystkim wspaniały wyraz jego niezaspokojonego głodu wiedzy, a także dowód nieustannego dążenia do zachowania „postawy wyprostowanej”, nawet wtedy gdy upadamy. Mimo wszystkich przeciwności losu. I tego – o czym nieraz mówiliśmy – że mieliśmy kompleksy. Czuliśmy się niedouczeni, bo nie przeszliśmy kursu dawnego gimnazjum klasycznego, nie znaliśmy greki i łaciny. Nie mogliśmy do końca wiarygodnie zacytować słów Niccolò Machiavellego z jego listu do Franceska Vettoriego (przekład Zygmunta Kubiaka):

Kiedy zapada wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej biblioteki i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną, zbrukaną błotem odzież, a przywdziewam szaty godne królewskiego dworu; tak dostojnie ubrany wkraczam w odwieczną dziedzinę ludzi starożytnych, gdzie uprzejmie przez nich przyjęty posilam się tym pokarmem, który, tylko on, jest moim i do którego spożywania urodziłem się; gdzie nie wstydzę się rozmawiać z nimi i pytać o rację ich czynów, a oni mi z właściwą sobie życzliwością odpowiadają.

Nie umieliśmy z umarłymi rozmawiać w ich językach…

Na pocztówce z Dublina napisał: „A! Co 300 metrów jest pub i guiness płynie jak rzeka Liffey, ta na zdjęciu. Chodzę po Dublinie z przewodnikiem literackim (£ 9,00) i szukam śladów Leopolda Blooma!”. To był przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Paweł współpracował wówczas z londyńskim wydawnictwem Puls Publications, tam ukazało się drugie wydanie Weisera i dwa tomy opowiadań. Był wtedy w Anglii i pojechał do Irlandii. Tak nasz Odyseusz trafił na Ulissesa Joyce’a. Dziś 9 funtów odnotowane skwapliwie w nawiasie nie imponuje nam wcale, ale pamiętajmy, że wówczas dolar, funt czy niemiecka marka miały ogromną siłę nabywczą. Pewnie wielu jeszcze pamięta, że w sklepach Pewexu pół litra wódki kosztowało równo jednego dolara. Przepraszam za ten trywialny przykład, ale pokazuje on literalnie, jak wielkie to było wyrzeczenie – taką kwotę przeznaczyć na książkę!

Po tej wyprawie na Wyspy Brytyjskie Paweł odwiedził nas na Żuławach. Był czerwiec, ciepła i jasna noc. Nazwoził trunków i dóbr wszelakich, które znaliśmy tylko zza szyb sklepów „eksportu wewnętrznego” – Pewexu i Baltony. Nie było w tym żadnego popisywania się i chwalenia, to była czysta radość z dzielenia się. Na zasadzie – zobaczcie, waszemu koledze się udało, wreszcie ma prawdziwe pieniądze i chętnie was obdaruje. Pamiętam tę noc, zastawiony stół. Zawsze prosił, żebym wyjął słoik przeze mnie ukiszonych ogórków, które po prostu uwielbiał. Polało się sporo alkoholu, ale to była biesiada, nie bachanalia. Wtedy jeszcze nie było tak, jak to później opisał w przejmującym wierszu Wielkanoc:

Złe duchy podawały mi ogień w czarnym szkle.
[…]
Najpierw krtań, potem wnętrzności
Zamieniały się w lawę.
I płonąłem.

Wtedy alkohol był paliwem opowieści i napędem rozmów. A nie znam nikogo, kto opowiadałby lepiej od Pawłuszy (tak doń mówiłem, a on do mnie, też z rosyjska: Andriusza). Snuł opowieści Szeherezady, my zaś słuchaliśmy jego baśni urzeczeni. Było jak w cudownej piosence Elżbiety Wojnowskiej Zaproście mnie do stołu:

Może znajdzie się między wami wojażer
[…]
Opowie o barwnych krajach
Egzotycznych krajach.

On był tym wojażerem, podróżnikiem, który przynosi nam wieści i opowieści zza mórz. Z wprawą żonglera zmieniał tematy, snuł anegdoty, zmieniał miejsca i epoki. Wyśmienity causeur, czarujący i uwodzący słuchaczy niczym flecista z Hameln…

A rano, z syndromem dnia poprzedniego, szwendaliśmy się po moim Nowym Dworze, który wówczas był prowincjonalnym i zabłoconym miasteczkiem żuławskim, i szukaliśmy piwa. Ta smętna odyseja od piwiarni do pijalni, od mordowni do knajpy zaprowadziła nas do Baru pod Świnią. Oczywiście nie była to oficjalna nazwa tego przybytku, który znajdował się obok skupu żywca i w którym okoliczni chłopi systematycznie przepijali gotówkę otrzymaną za sprzedane świnie. Ale tak właśnie ten budyneczek, dziś już nieistniejący, trafił do polskiej literatury: do opowiadania zatytułowanego Stół.

Zapamiętałem dokładnie chwilę, kiedy sąsiad przyniósł mi grubą kopertę pozostawioną przez listonosza. W środku był list i egzemplarz londyńskiego „Pulsu”, numer 41. nieregularnego kwartalnika literackiego. Pamiętam wzruszenie, gdy czytałem:

Komu, jeśli nie Tobie? Komu więc, jeśli nie Tobie przesłać mam pierwszy egzemplarz autorski „Stołu”? Wszak dzieje się ta historia na Żuławach, „po tamtej stronie Wisły” i jednym z bohaterów jest pan Kaspar i jeszcze ten pan Kaspar mieszka tuż nad rzeką Tują. No więc jasne, że Tobie pierwszemu to posyłam, przyjacielu, pijaku, poeto, smakoszu, Hrabalowcu jeden, Kasperku wredny.

Wiedziałem z listu wcześniejszego o kilka tygodni, że:

moja wizyta u Was (tak, tak) wydała opowiadanie zatytułowane „Stół”, które dzieje się w latach sześćdziesiątych najpierw w Gdańsku, a w drugiej części w domu pana Kaspara nad rzeką Tują. To oczywiście fikcja, jakieś moje przeczucia, obrazy, wydarzenia, które być mogły, ale których nie było. Tak mnie jakoś poruszyło nasze spotkanie, widok pustych kanałów, zardzewiałego mostu, wsi koło drogi, pustki, pamięci, nostalgii. No i widok „Baru pod świnią”, jedyny w swoim rodzaju, alegoryczny w gruncie rzeczy, choć tak bardzo namacalny.

Czytałem i czytałem od nowa, da capo.

Wtedy zrozumiałem, jak powstaje literatura, co jest jej istotą. Wtedy, a nie na uniwersyteckich wykładach i seminariach. To wówczas dotarło do mnie, jak z okruchów, drobin, szczątków rodzi się, niczym w kalejdoskopie, cudowny obraz. Potrzeba tylko daru obserwacji, uważności i tej iskry bogów, która wprawi to w ruch. W tym samym liście Paweł po raz kolejny mnie napomina:

Będę nudny jak zrzęda, ale jeszcze raz powtórzę, że powinieneś spisać Twoje żuławskie opowieści […] tak właśnie, jak je opowiadasz. Toż to kawał świetnej literatury…

Bardzo był konsekwentny w swoich namowach, ale Kasperek długo nie mógł się przemóc. Aż wreszcie namowy ustały, nie było zachęt, nie było ponagleń i połajanek… Pewnie uznał, że jestem przypadkiem beznadziejnym i nierokującym. Ale choć ciąża była wyjątkowo długa, to zastosowana metoda majeutyczna, zwana także położniczą, okazała się skuteczna. Nota bene jej autor, Sokrates, był jego ulubionym filozofem. Tak, to Huelle był moim akuszerem. Zawsze bardzo mi kibicował i wspierał jak mógł. Napisał blurb na okładkę mego debiutu książkowego i wstęp do tomu Mój płaski kraj Żuławy. A jak wspaniale prowadził moje wieczory autorskie! Nigdy nie zapomnę, jak w czasie promocji mojej książki o Żuławach w Nadbałtyckim Centrum Kultury pojawił się Jerzy Kiszkis z workiem mąki na plecach i wyrecytował dedykowany mi wspaniałomyślnie wiersz… Zapamiętałem też happening, jaki przygotowali, wspólnie z naszym przyjacielem Romkiem Ossowskim, na obronę mojej pracy doktorskiej. Profesorowie przecierali okulary, ale szczegółów nie podam…

Na egzemplarzu londyńskiego wydania Opowiadań na czas przeprowadzki napisał: „Andrzejowi, bez którego nie byłoby «Stołu» – z serdecznością i przyjaźnią – Paweł Huelle. Gd. 28.VI.1991 r.”. Kilka lat później dostałem kartkę z reklamą Absolut Vodka. Informował mnie, że „13.02.[2000 r.] w II pr TVP około 22.50 – będzie teatr w/g «Stołu». Jako Kaspar powinieneś to chyba zobaczyć. Na razie ściskam i dzięki za pamięć – Paweł”.

Byłem u niego w te dni przedostatnie. W ostatnich miesiącach starałem się go odwiedzać jak najczęściej. Parafrazując tytuł jego książki Byłem samotny i szczęśliwy, można powiedzieć, że tylko jego pierwsza część okazała się trafna. Schorowany, stawał się coraz bardziej niedołężny i bezradny w sprawach codziennych… Rozmawialiśmy, wciąż miał ochotę opowiadać anegdoty, ale siły go opuszczały. Polegiwał i ożywił się, gdy zaproponowałem mu, żeby wziął udział w planowanym przeze mnie filmie o Żuławach w polskiej literaturze. Postawił trzy warunki. O pierwszym już wspomniałem. Po drugie – zdjęcia będą robione nie w jego mieszkaniu, ale w moim „płaskim kraju”, najlepiej w domu podcieniowym. Po trzecie – w planowanym filmie ma się znaleźć konkretna scena z telewizyjnego przedstawienia Stołu. Ta, gdy chłopiec przymierza mennonicki kapelusz. Szukałem w sieci tego spektaklu i nic. Wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś nagrałem go na kasetę VHS. Na strychu wygrzebałem wielgachny karton i odszukałem kasetę nr 82. Jak dobrze, że je kiedyś opisałem. Ale okazało się, że do nowego telewizora nie da się już podłączyć starego odtwarzacza. Na szczęście znajomy przegrał zawartość na płytę DVD. Dzięki temu mogłem powrócić do starego spektaklu, choć jakość dźwięku i obrazu jest słaba. Ale telewizyjna adaptacja wciąż się broni. A wybrana scena jest po prostu piękna. Czasem dzieliliśmy się naszymi zachwytami filmowymi, dzwoniliśmy z informacjami, gdzie można zobaczyć dobry film. Ostatnia moja zachęta to stary czeski film Słodkie igraszki minionego lata. Podobał mu się…

To był październik 2023 roku i trochę trwało, żeby wszystko podomykać. Odwiedziłem go kilka tygodni później i umówiliśmy się na zdjęcia na piątek 17 listopada. W przeddzień mój kolega, który miał reżyserować, rozmawiał z nim i ustalił, o której po niego przyjedzie, by zabrać go na Żuławy. Ale Paweł nie otworzył mu już drzwi ani nie odebrał telefonu… Tyle razy się tak zdarzało, że wcale mnie to nie zdziwiło. „Cholera, znowu poszedł w cug”, pomyślałem…

Mimo wszystkich sukcesów, uwielbienia czytelników, wielu fet, które mu przygotowano, i mnogości tłumaczeń oraz sporych pieniędzy, które zarobił, nie potrafiono go, mam wrażenie, należycie docenić. Kto z polskich pisarzy potrafi opisać śnieg tak, jak on zrobił to w opowiadaniu Most? Kto dostrzeże w „prawym, ciemnym zwierciadełku śmiertelnego bucika pani Bieszk podczas pustej nocy kaszubskiej w Rębiechowie” prawdziwy film o swej rodzinie? Kto wybierze się do płaskiej krainy za Wisłą po prawdziwy, nie poniemiecki, stół zrobiony pana Kaspara, czyli mojego ojca stolarza Bolesława Kasperka? Świat bez Pawła jest inny – i w tym miejscu mógłbym powtórzyć cały tekst FilandiiMarcina Świetlickiego, bo:

Nigdy nie będzie takiego lata
[…]
Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewczyn
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
[…]
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań
Nigdy organista tak pięknie nie zagra.

A teraz dedykacja przedostania. Na wydruku powieści Śpiewaj ogrody napisał: „Dla mistrza Andrzeja od Pawła z nieodmienną sympatią i przyjaźnią, latem, w lipcu–sierpniu 2013. PHuelle”. To było rok przed wydaniem książkowym. Natychmiast rzuciłem się do lektury. Tym bardziej że od 1982 roku, kiedy czytałem maszynopis jego (nigdy niewydanej) książki pod tytułem Ze snu lęku, po raz pierwszy zdarzyło się, że dostałem egzemplarz prozy przed drukiem. Wcześniej wysyłał mi tylko teksty swych sztuk przed premierą.

Nie chcę wyjść na mitomana, ale może zrobił to, aby mi udowodnić, że dał radę, że wreszcie ukończył prace, które zaczęły się w 1988 roku, kiedy w „Pulsie” opublikował fragment powieści Piękna Gretchen. Później ukazało się jeszcze kilka innych fragmentów w różnych czasopismach. Przez lata męczyłem go, żeby dokończył ten tekst, którego ogromny potencjał rozpoznałem od razu. Żeby choć połączył istniejące a rozproszone fragmenty… Zabawne, że była to sytuacja identyczna, jak wcześniej ze mną. Tyle że zamieniliśmy się rolami. Może już dość miał tej wiecznej przynuki i wziął się do skończenia roboty? Chcę jednak powiedzieć wyraźnie – jeśli miałem jakiś udział w powstaniu tej wielkiej powieści, to tylko w takim wymiarze, jak „żyłka słoneczna na ścianie, kantyczka deszczu czy wyblakła nutka albo anemiczny pąk ciszy”. Tylko w takim…

W rozmowie telefonicznej zaoferowałem, że zrobię redakcję książki. Były wakacje, miałem czas. Przystał na to skwapliwie. 23 sierpnia 2013 roku wysłałem mu listę 37 poprawek i uściśleń. Może czasem się czepiałem, dzieliłem włos na czworo i byłem upierdliwym pedantem. Napisałem:

Pawle drogi, caro mio! W zasadzie powiedziałem ci wszystko – to wielka powieść. Może twoja największa (oczywiście dotychczas). Nawet dla muzycznego ignoranta (jak nie przymierzając ja) warstwa muzyczna nie jest przytłaczająca, ale stanowi ciało powieści. Poza wszystkim – mądrością autora, który już swoje przeżył i wypił (cudne kwestie: „Nie było w jej słowach ani cienia skargi czy żalu. Po prostu mówiła o życiu”) […], nastrojem melancholii, świetnie poprowadzonym wątkiem Szczurołapa (nawet w drobiazgach – chłopiec ze szpotawą nogą, który pozostał) jest kapitalna metafora ogrodu – symbolu zmierzchu pewnej cywilizacji, zmarnowania, złajdaczenia, w dwóch odsłonach – Oliwa i Mościce. Bardziej [to] do mnie przemawia niż pogrążający się w ruinie dom. Jest to też piękna powieść o miłości – On i Greta, rodzice narratora. O Kaszubach już mówiłem – opis pustej nocy jest arcydzielny (szczególnie zderzony z późniejszym pogrzebem Bieszka). A teraz jeszcze jedna uwaga – może ryzykuję, może pomyślisz – po co gnojowi w dedykacji napisałem „Mistrzowi”. Raz kozie śmierć. Wyrzuciłbym wątek Francuza, uważam, że niewiele on wnosi, a wręcz zakłóca ton, powieść doskonale poradzi sobie bez niego. Jest to osobne opowiadanie, które może być wydane w kolejnym tomie opowiadań. Chyba, że się mylę i wyznaczyłeś tym fragmentom rolę dopełnienia, np. refleksji na temat zła. Może to XVIII-wieczne wcielenie Gillesa de Rais jest dla ciebie ważne? Uważam się za twego przyjaciela, a to też obowiązki. Ja to widzę tak… Twój Andrzej.

W wydaniu książkowym nie uwzględniono prawie żadnej mojej sugestii, o co przecież nie mam żalu. Paweł mocno wtedy pił i może wcale nie przekazał mych uwag redaktorom z wydawnictwa Znak. A książkę uważam za jedno z jego największych dokonań. Ileż on się przy niej narobił. Tylko czy ktoś docenił jego kunszt, gdy na przykład niczym barokowy mistrz konceptu kończy pierwszy rozdział tak: „Baltazar usłyszy ów przenikliwy ton, maszerując przez mroczny sosnowy las”. A rozdział drugi zaczyna: „Las jodłowy – powiedział ojciec – nigdy nie jest przyjemny”. Kończy zaś: „A w tej historii czeka nań jeszcze wiele stron”. „Czy jednak wiele stron?” – czytamy na początku trzeciego rozdziału. Etc., etc. A może to nie koncept tylko próba oddania w prozie muzycznej repryzy? Kto dziś tak potrafi pisać? Tylko staroświecki Huelle, cały zanurzony w przeszłości…

Teraz dedykacja ostatnia. W czasie październikowego spotkania poprosiłem go o autograf na odbitce fotografii kota Heraklitka, którą mi kiedyś podarował. To kapitalne zdjęcie, jakby sam Caravaggio stał za obiektywem aparatu. Paweł kochał zwierzęta, zawsze po jego mieszkaniach kręciły się psy i koty. Opowiadał niestworzone historie o Małej Mi i innych kociakach wytrwale i systematycznie niszczących drogie i wykwintne obicia mebli w jego mieszkaniu. Ale jego wcale to nie złościło. Trzęsącą się ręką wpisał dedykację na kartoniku passe-partout: „od Heraklita i Pawła. 20.X.2023”.

 

*

Na zakończenie jeszcze jedna pocztówka. Chciałbym trochę przypomnieć Pawła żartownisia, lubiącego kawały, wkręcanie kolegów, kochającego anegdoty. Dokładnie przed dwudziestu laty, 25 lutego 2004 roku, pisał:

Shalom! Jak tam nastroje na przednówku praprzedwiośnia? Aby ci umilić ten jałowy czas, posyłam manifest Zillego (możesz zrymować, że od Huellego…). Uściski, także dla Pani Joli.

Na pocztówce jest Hymnus an den Unaussprechlichen Heinricha Zillego, kiedyś słynnego berlińskiego rysownika i malarza. Do dziś popularnego nad Szprewą dla swego rubasznego humoru i sympatii, z jaką portretował berlińskich drobnomieszczan. Zastanawiam się, jak przetłumaczyć ów tytuł? Hymn do niewymownych czy raczej Oda do kalesonów (lub: majtek). Słowo Unaussprechlichen znaczy ‘niewyrażalny, niewypowiedziany, niewysłowiony’. Ale chyba lepiej wstawić tu wyraz „ineksprymable” – mianem tym określano część garderoby uznawaną za wstydliwą, a więc tę, o której nie powinno się mówić. Na rysunku jest przysadzista podkasana muza, a wierszyk w gwarze berlińskiej głosi:

Frohe Arbeit, ernster Wille,
Mal en Schluck in der Destille!
Und een bissken Kille Kille –
Das hält munter!
Heinrich Zille.

Niestety, polskie tłumaczenie nie jest w stanie oddać rymów (Wille – Destille – Kille – Zille):

W ciągu dnia: praca, poważne zamiary,
Wieczorem łyk w knajpie.
Do tego trochę gili, gili,
Które wprawia w dobry nastrój.

Wyrażenie z gwary berlińskiej Kille Kille sami sobie przełóżcie na współczesną potoczną polszczyznę. I tymi pozdrowieniami z zaświatów od Zillego i Huellego kończę te wywody…

Z archiwum Andrzeja Kasperka

* Tekst wygłoszony w Krasnogrudzie w czasie odbywających się tam 28–29 kwietnia 2024 roku „Ogrodów Pawła Huellego”. Było to spotkanie przyjaciół oraz znawców i miłośników jego twórczości. Zorganizowała je Fundacja Pogranicze, prowadzili Małgorzata i Krzysztof Czyżewscy. Bardzo im za to „Pamiętanie Pawła” dziękuję!

** W cytatach z dedykacji, listów i kartek Pawła Huellego zachowałem oryginalną pisownię i interpunkcję.

Andrzej Kasperek

Andrzej Kasperek

Doktor nauk humanistycznych, nauczyciel, pisarz i badacz literatury. Autor książek Back to DDR i inne opowiadania (2010), Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013), Koronczarka. Nowe opowiadania (2013), Mój płaski kraj. Żuławy (2018, 2022) oraz przeszło 140 artykułów. Stale współpracuje z kwartalnikiem „Prowincja”; publikował także w „Dzienniku Bałtyckim”, „Blizie”, „Gazecie Wyborczej”, „Nowoj Polszy” i „Zeszytach Literackich”. W 2012 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Pisarz, który wymyślił nasze miasto Pisarz, który wymyślił nasze miasto Pisarz, który wymyślił nasze miasto
Piotr Millati

Pisarz, który wymyślił nasze miasto

Literatura ważniejsza niż życie. O pojedynkach Pawła Huellego Literatura ważniejsza niż życie. O pojedynkach Pawła Huellego Literatura ważniejsza niż życie. O pojedynkach Pawła Huellego
Tymoteusz Skiba

Literatura ważniejsza niż życie. O pojedynkach Pawła Huellego