Lili wchodzi na śliską podłogę basenu, zsuwa klapki kąpielowe. Jej palce rozbiegają się na wszystkie strony w poszukiwaniu piasku, czegoś, co przypomina ziemię.
Przez wielkie okna wlewa się światło, rozchlapywane po ścianach przez krzyki dzieci. Dlaczego każde dziecko na basenie zamienia się w piszczącą gumową piłeczkę, którą ktoś przez przypadek nadepnął?
Ratownik podnosi z podłogi płetwę rekina.
Mogłaby z nim pójść na zaplecze, dać się przygnieść do ściany, niechby bolało i było za szybko. Niech ktoś inny za nią poczuje pożądanie, why not?
Wskakuje do basenu.
Pod powierzchnią najbezpieczniej, jak w matce.
To być może jedyne miejsce, w którym czuje się dobrze.
Dotyka dna basenu. Płuca zaczynają przyjemnie boleć. Znowu to samo, chciałoby się tu zostać.
*
Śniło jej się, że rozciera na pył dwa opakowania tabletek przeciwlękowych. Moździerz – kuchenny relikt, równie przydatny w mieszkaniu co pług, nagle ma funkcję.
Pigułki kruszą się w białą mąkę. Lili miesza proszek z serkiem kozim, rozsmarowuje na bagietce. Dodaje plasterek ogórka, liść sałaty, majonez. Martwa natura, kanapka, śmierć, papier śniadaniowy.
Potem schodzi do parku i szuka starej, woła ją: chodź tu, gdzie jesteś, wariatko?
Kiedy myśli, że tamta się nie pojawi, wyłania się, ciemniejsza od ciemności, zawinięta w koc.
Lili podaje jej kanapkę, stara coś sepleni i odchodzi. W jej oczach Lili jest uprzywilejowaną kicią. Stara przyjmuje dar złożony z wyrzutów sumienia i lokalnych produktów.
Obudziła się nagłym szarpnięciem: co za pojebany sen. W kuchni zaczęła przeglądać szafkę z lekami. Znalazła dwa opakowania, takie same jak te we śnie, identyczne. Oba puste.
To oczywiście niemożliwe, że kogoś zatruła.
To tylko sen.
*
Sześć miesięcy wcześniej. Wtorek rano. Zaczęło się niewinnie: nie potrafiła wsiąść do tramwaju. Najpierw przyjechała szóstka, potem osiemnastka, a ona nie zrobiła kroku w stronę wejścia. Spotkanie warte pół miliona złotych zaczynało się za dwadzieścia minut.
Udało jej się zamówić taksówkę, która podjechała na przystanek, jakoś wsiadła. Wyobrażała sobie pływanie w przejrzystej wodzie. Taksówka zatrzymała się przed drugim najwyższym budynkiem w mieście (ale tamten mierzyli z anteną). Chciała wyjść, siedziała. Ktoś zatrąbił i kierowca się odwrócił, udało jej się otworzyć drzwi i zwymiotować na chodnik, a nie do środka.
Nie spóźniła się, prezentację poprowadziła bezbłędnie. Panowie inwestorzy wyczuli od niej coś, co w sprzedaży liczy się najbardziej: że jej nie zależy.
Oczywiście – myśleli po szwedzku – to nie może być prawda, że jej nie zależy, chodzi o kupę forsy, mało kto może sobie pozwolić na takie nie zależy, a nawet na blef, że nie zależy. Byli przyzwyczajeni do desperackich umizgów, więc najpierw próbowali udawać, że im nie zależy jeszcze bardziej, ale Lili nadal wszystko tego dnia zwisało. Kolega, dyrektor wszystkiego, strasznie się pocił, bo Szwedzi mieli miny: mamy tyle opcji, jesteście jedną z opcji.
Naprawdę miała gdzieś, czy ich wezmą czy nie, zrobiła przecież prezentację i poinformowała klientów, że są najlepsi. Zniecierpliwiona zadała proste pytanie: podpisujemy czy nie, bo szkoda czasu, no offense.
Zgłupieli. Zrobili przerwę na kawę, zjedli prince polo. Kolega dyrektor wszystkiego cicho zapytał, czy Lili oszalała. Powiedziała, że nie – i tak się składa, że akurat się myliła, ale o tym potem. Szwedzi szeptali po szwedzku. W końcu obiecali, że prześlą umowę, żeby się zapoznać, gdyby były uwagi. Poprosiła kolegę dyrektora, żeby ich odprowadził do windy, i poszła do łazienki umyć zęby.
Tydzień później leżała w łóżku po zażyciu leku, który uśpiłby konia, i dygotała jak Kapuściński chory na malarię. Wyłączony telefon leżał na stole przykryty swetrem i przyciśnięty książką, jakby mógł się sam wydostać, odblokować i poinformować ją o wszystkich nieodebranych połączeniach.
Przyjechała mama, podlała jedynego kwiatka, który z nią wytrzymywał.
Lili nie była pewna, czy mu to nie zaszkodzi.
*
Kiedyś była dobrą osobą. Pracowitą, młodą i niezbyt mądrą.
Ze wszystkich sił szukała zatrudnienia w miejscu, które zapewni jej nie tylko dużo pracy, ale i perspektywy – na jeszcze więcej pracy w przyszłości.
Najlepiej umiała spełniać oczekiwania w niej pokładane, potrzebowała więc kogoś, kto chciałby w niej jakieś pokładać.
Znalazła miejsce idealne: bezpłatne praktyki w międzynarodowej – tak, powtórzę – międzynarodowej firmie z oddziałem, do którego wkroczyła z wilgotnymi dłońmi i nadzieją na stałe zatrudnienie.
Wierzyła w szkolenia, w misję i wizję głoszoną jak msza podczas wystąpień, tych realnych (ciało słowem się stało) i potem tych onlajnowych (że tylko słowo, bez ciała, samo zdjęcie ciała).
Wierzyła, że pomaganie firmom w znalezieniu odpowiednich pracowników, pasujących do opisu stanowiska i profilu osobowościowego, jest samym dobrem.
Wierzyła, że jest boginią HR-u, potężną i pokorną zarazem. Pan z wami i z duchem twoim, szkolenie poprowadzi szef oddziału niemieckiego z Hamburga samego, w górę serca, wznosimy je do Pana, dzięki składajmy Panu Bogu naszemu, german head qurters, tam się wszystko zaczęło, godne to i sprawiedliwe. Czym jest usługa HR, pyta prowadzący, kto może mi odpowiedzieć, nikt się nie zgłasza, jeszcze nie, ale ten, kto zgłosi się pierwszy, to będzie mężczyzna, nie kobieta. Kobiety zawsze tutaj są nieco w tyle, a ona jest kobietą, jest kobietą z kujawskiego, po SGH, obecnie przebywa w stolicy, na szkoleniu z misji i wizji, w sali konferencyjnej, z opłaconymi kanapkami z łososiem, z kawą herbatą w termosach, z wodą gazowaną i niegazowaną…
Ma dwadzieścia sześć lat i należy do tej struktury, do tej wspólnoty, do której nie jest łatwo się dostać, od poniedziałku do piątku do godziny siedemnastej przynależy, jest córką dyrektora, bardziej niż była córką ojca, rolnika, który nie bardzo miał czas na bycie ojcem, bo pracował, żeby mogła studiować i mieć z życia więcej, żeby mogła mieć szkolenia z HR-u. Tato, ach tato, gdybyś doczekał emerytury, może poszlibyśmy na ryby, ale nam się nie udało.
Ścieżka kariery to wąska drożynka, ale wtedy, na przełomie tysiącleci, była prosta i stroma. Należała do tych, którzy prawdziwie wierzą. Praca i pokora, przyjmowanie uwag, przyjmowanie projektów, risercz, risercz, początkowo jesteś przecież osobą do riserczu, na stażu, bezpłatnym, w wynajętym pokoju, pokoiku z widokiem na najbrzydszą część osiedla, dzięki czemu nie gapisz się przez okno, a jedynie robisz risercz. Na spacerze nawet wchodzi ci to w nawyk, patrzysz na reklamy, na produkty, zastanawiasz się, kto jest producentem, czy jest już twoim klientem, dzwonisz w poniedziałek, o dziewiątej dzwonisz, oferujesz usługi, wysyłasz oferty…
Aż…
Pewnego dnia sprzedajesz pierwszą usługę, dostajesz dobre słowo, pochwałę, wiesz, że się spisałaś, i jeszcze, że oznacza to szansę na umowę na czas określony. Tego wieczora zamawiasz w barze ryż z krewetkami, niczym w Białym lotosie, którego nie znasz jeszcze, ale już tam zmierzasz, już twoje życie wypływa jachtem na Karaiby.
Ten pierwszy deal jest portem, z którego wypływasz dziurawą łódką z jednym wiosłem, ale napierdalasz tym wiosłem i kierujesz się na szerokie wody biznesu.
W weekend wracasz na Kujawy do matki, która w ogrodzie zbiera swoją wyhodowaną pietruszkę i wrzuca garść do rosołu, mówiąc, że Ala jest w ciąży, twoja koleżanka z ławki. Ciąża jest czymś odległym jak inna planeta. Mamo, dostałam swój pierwszy projekt, gratuluję, tylko, proszę, jedz coś, bo jesteś blada jak prześcieradło –
się suszy na sznurkach, powiewa, za kilka lat będzie cię stać na suszarkę bębnową, ale jeszcze nie teraz, teraz dostajesz od matki pięćdziesiąt złotych na pociąg –
bez klimatyzacji, a kiedy zbliża się do miasta, zawsze czujesz odrobinę lęku wspinającego się po drabinie kręgosłupa, zrzucasz go, bo nie wiesz, że to jest twój anioł stróż, który szepcze: uważaj, bo jesteś dobra, ambitna, niebyt mądra, dlatego właśnie uważaj.
Rozmowy z kandydatami prowadzisz dla ich dobra najwyższego. Pytasz, jak się pan pani widzi za pięć lat? Wiesz, że to jest ważne pytanie, bo – czy są zdeterminowani, czy mają wizję? Pytasz, jak funkcjonują w stresie i pod presją czasu, bo to jest ważne: stres i presja czasu są elementami pracy.
Dużo czasu jeszcze minie, zanim nazwiesz je przemocą.
Jak pan pani funkcjonuje w warunkach przemocy? Lubi pan pani być ofiarą opresji? Czy pani pan lubi skrót asap? Czy pan pani nazwałby tak swojego psa sukę: Asap do nogi?
Dostajesz umowę o pracę, sześć stron i każdą paragrafujesz, na końcu podpisujesz, może być nieczytelnie. A kiedy dostajesz pensję, to już ryż z krewetkami nie wystarcza. It is your first last minute do Egiptu! Hotel nie jest przy plaży. Kiedy idziesz poboczem autostrady, ktoś krzyczy za tobą, że chce cię kupić za sześć wielbłądów, panią na wakacjach.
Potem to idzie tak szybko, projekty, wyjazdy, szkolenia i awanse. Doceniają cię za twoją dobroć – to znaczy pracowitość motywację młodość i głupotę.
Rośnie góra spraw. Rozrasta się i pełznie za tobą do domu. Przyklejone do nóg sprawy ciągną się po chodniku, boli cię brzuch, nie wiadomo dlaczego, ale za to możesz konsumować teraz usługi fryzjersko-kosmetyczne. Dotykają twojego ciała i formatują na obraz i podobieństwo twoich przełożonych. Masz pierwszą ołówkową spódnicę, serio.
Mama przywozi rosół. Pociągiem. Nie byłaś w domu kilka miesięcy. Chciałabyś się wczołgać do jej macicy przed jutrzejszym podsumowaniem kwartału.
Aż…
pracujesz już tak długo, że nie jesteś pewna, czy, jeżeli zdejmiesz hybrydę z paznokci, to nie zejdą razem z nią. Nie widziałaś swoich paznokci od lat.
Śni ci się ojciec. Smutny jakiś. Wołasz go, ale on idzie na ryby, a ty nie możesz pójść za nim, bo masz omówienie oferty.
W nowym mieszkaniu kwiaty więdną.
Kiedy je podlewasz, gniją. Mama zawsze miała rękę do roślin, pod jej palcami rosły żywe szczęśliwe liście.
Coś jest nie tak.
Chociaż wszystko jest w porządku. Projekty pensje wydajność, oczywiście zdarzają się błędy porażki, ale przecież zawsze wyciągasz z nich wnioski i nie pozwalasz, żeby cię ciągnęły w dół.
Tylko w górę, tam, gdzie nie ma już szklanego sufitu, a przynajmniej jest dobrze umyty i prawie go nie widać.
Niespodziewanie pojawia się pytanie, czego ty właściwie chcesz.
Bo nagle jakby wszystkiego pragniesz mniej, coś w tobie się oddziela i widzisz samą siebie w sali konferencyjnej w ołówkowej spódnicy. Z hybrydą widzisz siebie w środku prezentacji dla zespołu, widzisz, jak poruszasz rękami i ustami, ale ten stan nie jest przyjemny i odtąd ci towarzyszy.
Żeby się go pozbyć, można pracować więcej.
Pięćdziesiąt dni niewykorzystanego urlopu zamieniasz na voucher do sklepu meblowego.
Dasz go mamie, a ona nie przyjmie, bo nie potrzebuje.
Siedzisz u niej w ogrodzie i słuchasz znowu o tej Ali, która ma już trzecie dziecko, ale nie ma pracy.
Już cztery minuty bez telefonu. Wyciągasz go, nie ma zasięgu.
Naprawdę nie możesz sobie tu, mamo, światłowodu poprowadzić?
Czy można przewidzieć, że zbliża się szaleństwo?
Oczywiście, że tak. I że nie. Jednocześnie, obie opcje.
*
Każdy w Polsce pochodzi ze wsi albo z małego miasteczka, a już w najlepszym wypadku spod Kielc.
W ogóle nie ma żadnych ludzi z Warszawy albo z Wrocławia, jacyś nieliczni się ukrywają, spotykają w tajnych stowarzyszeniach, w lochach pod Wawelem, w tunelach pod Wisłą.
Współczesny Polak wziął się z bloku, z żebra kaloryfera, które Pan wyjął i zapełnił ciałem, z cztero- albo dziesięciopiętrowca, albo z jakiegoś popegieerowskiego miasteczka: piaskownica, trzepak i sklep z ławką dla mężczyzn po robocie i na bezrobocie.
W pamięci wszyscy mają te same suszące się poszewki na kołdry, które raz zasłaniały, raz odsłaniały parking, a na nim –
przyczepkę przykrytą plandeką.
Odlecieć chce pościel, trzymają spinacze.
Każdy pan pani pochodzi z epoki przejściowej pomiędzy dmuchaniem żab a internetem.
Zaskakujący sukces Chłopek na rynku wydawniczym, tyle sprzedanych egzemplarzy, z Biblią wygrały babki. Każdy pan pani pamięta, jeśli nie prawdziwą szeptuchę, to sąsiadkę, która leczyła kurzajki deszczówką (i działało), albo to, że sąsiad z parteru przywoził w bagażniku kury na rosół. Takie, które teraz dzieci sobie oglądają w agroturystyce. Na obiad zjadły McChickena, ale nie łączą kropek, śliczna kurka.
Kiedyś traciła łeb, a krew tryskała, syn sąsiada przysięgał, że widział, jak bez głowy jeszcze biegała. Nagle jak nie jebnęło kapitalizmem, nadzieją i motywacją. Jak się nie wzięły do roboty te roczniki siedemdziesiąte, a nawet późniejsze też.
A jak podróżowali!
W snach wracali do bloków, kur bez głowy, fiatów, ławek, ojca na ławce, jakiejś tęsknoty za przyrodą, nawet jeżeli był nią kawałek zarośniętego boiska,
zrywanie ostów i gotowanie z nich zup zamiast mortal combat
zamiast porno – w chowanego
ciało szuka ciała, komuś widać majtki, zamiast kancelingu – obciach.
Mózg taki lepki, z nudy i zaniedbania.
A teraz.
Płaci większe podatki niż zarobek matki.
Straciła ją, nie z powodu psychologicznych traum, tylko dlatego, że życie matki wydaje się jej grobem Tutenchamona, w którym nie ma zasięgu.
Matka nie chce całe życie biec za córką, nie chce się ciągle uczyć obsługi nowego ajfona, płatności zegarkiem, e-podpisów, telekonferencji, połączeń na zoomie.
Ona chce mieć papier pod palcami i nie zapomnieć go, chce, żeby Lili złapała kartkę z drugiej strony i pociągnęła.
Matka nie przytula się inaczej, niż łapiąc za róg prześcieradła, wyciągając pościel do siebie, czując rosnącą siłę córki po drugiej stronie.
Nagle –
jej córka jest serduszkiem na messengerze.