Wolny kawałek przestrzeni

Fotografia: Kornelia Głowacka-Wolf
Fotografia: Kornelia Głowacka-Wolf

Fragment powieści G-Stadt

 

Miasto, o którym piszę te słowa, nauczyło mnie wszystkiego, co wiem o życiu wśród ludzi. Było tylko pierwszym z wielu, którym poświęcałem swój czas i uczucia, jednak zawsze stanowiło matrycę przykładaną do innych zaludnionych przestrzeni: od wielkich aglomeracji do prowincjonalnych miasteczek. Służyło za niezawodny zestaw odniesień, katalog zjawisk i obiektów, ludzkich archetypów i powtarzalnych zdarzeń. Kiedy przenosiłem mój zmienny afekt na inne zbiory ulic, domów, skwerów i mostów, kiedy wpadałem w kolejne zauroczenia tunelami i zaułkami, liniami gzymsów i zawijasami torów tramwajowych, ono zawsze było ze mną.

Podpowiadało, przypominało, podsuwało schematy działania, ostrzegało przed zagrożeniami, czasem ratowało w ostatniej chwili albo pocieszało po porażce. Kogo pierwsze miasto nauczy trzymać kurs, ten się już w żadnym innym nie zgubi. 

Moje było nie największe, trochę na uboczu, przez długi czas i pod wieloma względami po prostu peryferyjne, ale za to masowo nawiedzane przez krajowych i zagranicznych turystów oraz zasilane falami przybyszów, którzy ożywiali mętny krajobraz pełen zastałych opinii i przyzwyczajeń. Miasto paradoksów rojących się pomiędzy warstwami nakładanych w pośpiechu i odgórnie realiów, wymagające od każdego, kto próbował je uchwycić, niemało wyrozumiałości. Pewien przyjezdny wielbiciel nazwał je kiedyś tysiącletnim miastem z siedemdziesięcioletnią historią i była to jedna z wielu prawd, które składały się na charakter G-stadt. 

Nie policzę, ile razy wracałem do mojego miasta myślami i zmysłami podczas nurzania się w innych zaludnionych przestrzeniach. Teraz z kolei mam na chwilę powrócić do niego fizycznie, z czego wynika, że zapis tej relacji zaczyna się gdzie indziej, choć i tak trochę tam. 

 

* 

Telefon o śmierci babci przyjąłem ze spokojem. Tyle razy przeżywałem już tę chwilę na własny użytek, że niewiele mogło mnie zaskoczyć, może z wyjątkiem tego, że tym razem wszystko działo się naprawdę. Wyobrażanie sobie różnych tragicznych zdarzeń dotykających bliższą i dalszą rodzinę stanowiło w dzieciństwie moją najmocniej skrywaną zabawę, z której miałem ostatecznie nigdy nie wyrosnąć. Oczywiście kiedy już minął okres, w którym dorośli wybaczają dzieciom zadawanie destabilizujących pytań, nauczyłem się zachowywać treść tych egzystencjalnych ćwiczeń dla siebie, jednak nigdy nie pozbyłem się samego nawyku. Gdyby ktoś z moich bliskich umarł, to kto będzie następny? Ile potrwa kolejny pokoleniowy interwał? No i przede wszystkim: który ja jestem na liście? Rozmyślania tego rodzaju pozwalały żłobić w wyobraźni koleiny określonych scenariuszy i reakcji, więc kiedy naprawdę zdarzało się, że ktoś odchodził, zazwyczaj wiedziałem już, co powinienem czuć i jak się zachować. Dlatego gdy ojciec zadzwonił do mnie tydzień temu i powiedział w swoim lakonicznym stylu, że „tak wyszło”, po prostu wyrecytowałem z pamięci swoją kwestię i uruchomiłem przygotowany wcześniej ciąg reakcji. 

Podobno to babcia uparła się, żeby pochowano ją w rodzinnej parafii na kociewskiej wsi. Jej dwaj synowie już dawno stracili przekonanie do mistycznej mocy rytuałów i ceremonii, więc pogrzeb wyszedł skromny i kameralny, w duchu wysmakowanej oszczędności gestów i szlachetnego minimalizmu wzruszeń. Zjawiło się niewiele osób, co chyba nikogo nie zmartwiło: babcia, utrzymawszy się tego świata ponad dziewięć dekad, przeżyła praktycznie wszystkich znajomych, sąsiadów, a niekiedy chyba nawet ich dzieci, nie wspominając o własnym, starszym rodzeństwie. Oszczędziła nam w ten sposób ponurej, rozdzierającej atmosfery pełnej żalu i wyrzutów, że to już koniec. Zamiast tego zaliczaliśmy zwyczajowe etapy pożegnania niesieni falą łagodnego smutku, zabarwionego bardziej nostalgią niż zaskoczeniem czy rozpaczą. Chyba tak właśnie powinny wyglądać pogrzeby. 

Opadający w dół teren cmentarza spowijało lekko przydymione słońce. Za płotem ciągnęła się przygnieciona jesienną wilgocią łąka, sięgająca aż do linii lasu. Prosty wiejski kościół z wieżą i dzwonnicą, jedyny w okolicy budynek choć trochę wystający ponad pułap wszechobecnej plantacji sosny. Żaden zabytek, zwyczajna bryła z początku ubiegłego wieku, skromny wystrój bez barokowych organów czy rzeźbionych ołtarzy, za to z gałęziami brzóz, które zaglądały do środka przez pozbawione witraży okna. Hipnotycznie beznamiętny głos księdza, który szybko stracił zapał w obliczu jawnie zlaicyzowanej publiczności. Skromne grono zebranych stawiało bierny opór schematowi rytualnych inkantacji, ograniczając się do niemrawych pomruków. Nie mogło się obyć bez kilku zmurszałych kościelnych pieśni, których słowa, powtarzane latami bez cienia namysłu, zdążyły się już całkiem wytrzeć z oryginalnego sensu i zamienić w nieprzerwany ciąg głosek podzielonych na sekwencje wyłącznie przez chaotycznie falującą intonację. Do tego akompaniament w wykonaniu imponującego melodyjnym niedosłuchem organisty, który do dziś przechowuje w skrzyni pod kilimem pierwsze winyle Czesława Niemena. Ciągnące się rzewnie dźwięki wduszanych naprzemiennie klawiszy, kresowy zaśpiew. Niedościgniony wzór. Nie było drugiego takiego, proszę księdza. 

Na koniec skromna stypa w nieodległej restauracji, zasilanej na co dzień kierowcami z pobliskiej krajówki. Część osób nie dojechała, bo środek tygodnia, bo praca, ktoś siedzi za granicą, stawia rusztowania w rajchu albo wierci ropę na Morzu Północnym. Uściski rąk, anegdoty, papierosy palone pokątnie, choć wszyscy już od dawna są pełnoletni. Żadnych wielkich słów, zwykły punkt w grafiku, na okoliczność którego oderwaliśmy się na chwilę od pracy lub równie pochłaniającego braku zajęć i przypomnieliśmy sobie o tlącej się gdzieś w tle sieci rodzinnych powiązań. Po kilku godzinach spędzonych w tym dziwnym zawieszeniu na marginesie regularnego biegu zdarzeń przyszła pora, żeby obsypać się mało przekonującymi zapewnieniami, „że trzeba się jednak częściej spotykać”, i rozjechać z ulgą w kilku kierunkach.  

Dopiero potem ruszyło odliczanie tego bliżej niesprecyzowanego okresu, po którym będzie już wypadało spytać kogo trzeba o wiadome sprawy. Albowiem po babci pozostało w Gdańsku mieszkanie na Heweliusza. Coś poniżej czterdziestu metrów, dwa pokoje, ślepa kuchnia, łazienka, balkon. Może i skromne, ale za to z jakim pakietem: obszerna wózkarnia, strych, piwnica, do tego przypisana prycza, menażka i maska gazowa w schronie. Porządny ceglany budynek z mieszkaniami przeznaczonymi lata temu dla pracowników przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za odgruzowanie i zabudowę całej okolicy.  

W ramach starannie pielęgnowanej mieszczańskiej zaradności mieszkanie zostało w odpowiednim momencie wykupione (nie do końca rozumiałem od kogo, ale wszyscy tak wtedy mówili: „wykupione”, jakby chodziło o odzyskanie obrączki zastawionej w lombardzie albo uratowanie kogoś z obozu czy innego Gestapo), przepisane z babci na mojego ojca, a potem, w ramach tradycyjnej migracji dóbr ruchomych i stałych oraz dywersyfikacji struktury własnościowej, nieoficjalnie obiecane jednemu z młodszych członków rodziny. Tak się złożyło, że podobno byłem to ja. 

Z tego, co pamiętam, nigdy nie padły żadne oficjalne deklaracje w tej kwestii. Ja sam też nie poruszałem tego tematu, wszystko docierało do mnie odbitym wielokrotnie echem tych dziwnych rodzinnych rozmów nie na temat, w których najważniejsze kwestie padają jakby od niechcenia gdzieś między wierszami. Zresztą kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami, było to kompletne bez znaczenia, a potem wyjechałem na studia, więc tym bardziej zapomniałem o sprawie. Poza tym poruszanie tego tematu wydawało mi się co najmniej niesmaczne. Co innego emeryci żartujący, ile to im jeszcze czasu zostało albo w której garsonce chcą trafić do trumny, a co innego mimowolne rozglądanie się po cudzym mieszkaniu jak po własnym. 

Dopiero niedawno, parę lat temu, kiedy okazało się, że ponad połowę mojej całkiem przyzwoitej korpopensji pochłania wynajem ciasnawej kawalerki na Bródnie, poczułem pierwsze ukąszenie. Kiedy zdarzało mi się zajeżdżać do Gdańska i przychodziłem do babci w odwiedziny, mieszkanie nagle zaczęło mi się ukazywać w nowym, obmierzłym świetle metrażu i racjonalizacji. Pokoje, przedsionek, ślepa kuchnia, nienaturalnie duża łazienka, balkon z widokiem na Radunię – wszystko to przestawało być umowną ramką, w której dotychczas przewijały się wspomnienia z dzieciństwa: ferie, wakacje, nocowania, świąteczne śniadania, zlodowaciałe ręce szukające ratunku przy grzejniku po zimowym spacerze. Nie była to już także sceneria, w której próbowałem umiejscawiać wszystkie nieprzeżyte osobiście, ale zasłyszane opowieści wyciągane od ojca, od wujka albo od samej babci. Po tych kilku latach w Warszawie nie byłem już w stanie patrzeć na mieszkanie przy Heweliusza inaczej niż na jawne marnotrawstwo przestrzeni.  

Poczucie to tylko rosło, kiedy przy okazji odwiedzin wysłuchiwałem od babci sprawozdania o mieszkających samotnie sąsiadkach, z rzadka sąsiadach, albo o mieszkaniach, które po śmierci lokatorów stały zwyczajnie puste, bo nie miał się nimi kto zająć. Okazywało się, że kiedy my dwoje siedzimy sobie w serdecznej atmosferze przy stole i maczamy biszkopty w herbacie, wokół nas szumią smętną pustką setki metrów kwadratowych niewykorzystanej przestrzeni: puste pokoje i opuszczone mieszkania, w których życie przejawia się już tylko pod postacią drobinek kurzu wirujących w promieniach słońca oraz usychających z tęsknoty firanek, falujących nieznacznie w rytm rosnącego z roku na rok szumu i gwaru śródmieścia. Oto idea wielopokoleniowego domu sprowadzona do dziwnej, widmowej wersji: samotni emeryci mieszkający w równie samotnych i opustoszałych mieszkaniach, w których każdy wolny kawałek przestrzeni wypełnia mglista ektoplazma złożona z zawiedzionych oczekiwań, frustracji i braku bezpieczeństwa młodszych generacji. 

Po studiach na lingwistyce przekonałem się, że pracę, owszem, dostać jest łatwo, ale już uwolnić się od niej znacznie trudniej. Zrozumiałem wtedy, że jeśli chcę kiedykolwiek wyrwać się zza biurka i zacząć „robić coś swojego”, to potrzebuję choć trochę stabilności, gruntu pod nogami, nie mogę być wiecznie skazany na głęboką wodę, trzy czwarte sił wkładając w utrzymywanie się na powierzchni. Własne mieszkanie to było paliwo na spokojny rozruch, niczym niezasłużona pokoleniowa dywidenda dla wybranych. Posiadanie takiego kapitału oznaczało jedną prostą przewagi nad peletonem, który mozolnie zaharowuje się na ratę kredytu albo wynajem; to był zapas sił, który pozwalał dać z siebie wszystko na końcu wyścigu do wygodnej przyszłości. Uwolnione w ten sposób środki można było przepalić na atrakcje składające się na styl życia, do jakiego aspirujemy, albo wymienić na czas dla siebie, zależnie od hierarchii wartości i tego, jakie lęki chciało się akurat zaćpać, zapić, zajeść albo zagłuszyć podróżami.  

Myśl o mieszkaniu w Gdańsku stopniowo przestawała być niesmaczna i przemieniała się w nieśmiałe fantazjowanie, choć cały kontekst nadal sprawiał, że chciało mi się wyć. Pierdolić system – powtarzamy sobie – który zmusza człowieka do rozglądania się po mieszkaniu własnej babci jak po kapitale zakładowym wymarzonej, ale koniecznie też wygodnej samodzielności. Pierdolić układ – doda ktoś inny, powitany aplauzem – który nie pozwala tym dwóm światom funkcjonować równolegle, każdemu na swoim, tylko wymusza te makabryczne sztafety lokatorskie i który za nic ma równe szanse, egalitaryzm i premiowanie najzdolniejszych, zamiast najbardziej uposażonych. O tak, pierdolić to wszystko, ale od wewnątrz, bo mało kto jest gotów zejść z trasy, stanąć z boku i zrezygnować tak po prostu z nagrody w postaci kolorowego, wielkomiejskiego życia, którego wizja majaczy gdzieś w oddali jako meta wyścigu. 

 

* 

Taka to więc podróż. Z teraźniejszości po złote runo dziedzictwa, a potem w przyszłość, która nagle zaczynała nabierać trochę bardziej nasyconych kolorów, kiedy tylko opadły z niej odbarwiające wszystko filtry wiecznego zapierdolu.  

Dla Z. sprawa od początku była oczywista: skoro mieszkanie należy się mnie, to trzeba jak najszybciej załatwić sprawy spadkowe, a potem sprzedać lokal i „dołożyć do czegoś w Warszawie”. Zresztą Z. nigdy nie rozumiała moich oporów. Kiedy ja starałem się jak najdłużej trzymać zasady, że w wynajmowanych bez końca pokojach i ciasnych kawalerkach należy unikać rozmów o starszych członkach rodziny uwłaszczonych na mieszkaniach zakładowych – tak jak w domu powieszonego nie mówi się o sznurze – ona wchodziła w ten temat swobodnie i bez cienia żenady. Dla niej świat rodzinnej księgowości, międzypokoleniowych windykacji, fuzji i wrogich przejęć był całkiem naturalnym elementem życia społecznego. Z. zaproszona na stypę upiłaby łyk kawy, skubnęła struclę i zaczęła rozmowę właśnie od sznura: wypytała o splot, długość i materiał, a na koniec ze znawstwem w głosie skrytykowała wybór węzła.  

Czekały mnie formalności: wizyta u notariusza, otwarcie testamentu, pewnie jakieś podpisy, czyli wszystko, czego nienawidzę i od zawsze unikam. Co prawda to rodzice umówili mi spotkanie w kancelarii znajomego mecenasa, ale jednak miałem się tam pojawić sam i odegrać rolę określoną precyzyjnie szeregiem paragrafów i ustępów, co już z daleka zalatywało nieprzyjemnie odpowiedzialnością i upodmiotowieniem. 

Dlatego póki jeszcze mogę, próbuję się nacieszyć miękkim kołysaniem pociągu. Dopóki jedziemy, nic mi nie grozi, jestem tylko neutralnym ładunkiem wiezionym przez ziemię niczyją pomiędzy siecią rodzinnych powiązań w Gdańsku a warszawskimi zobowiązaniami wobec Z. i własnych ambicji. Ciemność za oknami kojąco pogłębia poczucie bezczasu i zawieszenia. Efekt psują nieco kolejne stacje, które mimowolnie odmierzają trasę, przypominając o jej nieuchronnym końcu. Iława z jeziorem podchodzącym siną taflą prawie pod sam nasyp i halą dworcową niczym zamkowa komnata, Malbork pachnący cukrem, choć w tym sterylnym pociągu o bulajach godnych statku kosmicznego trudno cokolwiek poczuć. Wypłaszczenie terenu zapowiadające Żuławy, potem niepozorny przyczółek w Lisewie i wreszcie pokiereszowany tczewski most, za którym w zasadzie można się już poczuć jak w domu. Kiedy w łagodny szum kół wdziera się agresywnie werbel stalowej kratownicy, wybudzam się ostatecznie i zaczynam z powrotem dostrajać do rzeczywistości składającej się z precyzyjnie wyznaczonych zadań, nad których celem i sensownością lepiej się za długo nie zastanawiać.  

Na widok pierwszych opłotków Oruni dopada mnie cicha rozpacz właściwa dla tych wszystkich chłodnych i za wcześnie rozpoczętych poranków, kiedy pozostanie w cieple pod kołdrą wydaje się jedynym możliwym rozwiązaniem, ale mózg pracuje już na tyle sprawnie, żeby nie dało się uniknąć konfrontacji z jawną niesprawiedliwością przebudzenia. Wreszcie pociąg przystaje bezgłośnie na głównej stacji największego miasta na północ od stolicy. Całe dwa dalekobieżne perony i kilka miejskich. Skromne pomosty szarej kostki chłoną przyjemną poświatę białawych kul uczepionych do stylowych latarń. Światło kotłuje się leniwie zamiast rozproszyć, ograniczone z jednej strony przez mur oporowy, a z drugiej przez wybujały dworzec zdobiony na chwałę nieistniejącego już państwa, które dawno, dawno temu cofnęło się z granicami o kilkaset kilometrów. Wysiadam na opustoszały peron witany konduktem morskiego powietrza przepędzonego niżem znad zatoki: sunąca nad miastem fala zdążyła wytracić po drodze impet jodowej rześkości, mimo to pozostaje rozkosznie wilgotna i orzeźwiająca. Przynajmniej przez kilka pierwszych oddechów, dopóki wspomniana wilgoć nie przeniknie przez dobrane dziś rano przezornie warstwy bawełny, kaszmiru i gabardyny. Wzdrygam się w odpowiedzi na to nieme powitanie. Dobry wieczór, północy.  

Ruszam schodami w dół do wyłożonego popielatym kamieniem tunelu, rozmytego we wszechobecnej szarości niczym śnieżący ekran telewizora. Wzdłuż jednej ze ścian szemrze samozwańczy rynsztok, którego koryto odcina się od kamiennej posadzki żółtawą strugą. Doświadczenie podpowiada mi, że poszukiwanie źródła tego cieku nie przyniesie niczego dobrego, więc po prostu ruszam w dół nurtu i podążam za jego meandrem: najpierw w prawo, potem w lewo i wreszcie prosto. Szczyna chlupocze cicho między krawędziami kolejnych płyt, roznosząc wokół charakterystyczny zapach amoniaku przegryzionego niedoflitrowanym etanolem, a do mnie tymczasem docierają gdzieś pod czaszką pierwsze takty nowofalowej piosenki, którą po raz pierwszy usłyszałem właśnie w tym tunelu, wiele lata wcześniej. Precyzyjnie odmierzany dygot gitary basowej od początku nie obiecuje niczego dobrego poza spodziewanym za chwilę przyspieszeniem. Kiedy udaje mi się dopasować krok do sekcji rytmicznej, wszystko od razu zaczyna się robić bardziej spójne. Prostokątne otwory na prawym brzegu tunelu, zazwyczaj wypluwające dopływy pasażerów podrzucanych przez tramwaje i autobusy, zieją wieczorną pustką i karbami nieużywanych schodów o szarozielonej, łuskowatej nawierzchni. Strop nad głową ugina się o kilka centymetrów po każdym przejeździe dudniącego głucho tramwaju, po czym z wyraźnym trudem dźwiga z powrotem na przepisową wysokość. Posadzka mami wzrok chaotycznym kamuflażem szarości i rozbryzganych plam niedoświetlenia, mniej więcej połowa jarzeniówek nie działa na stałe albo chwilowo kaprysi. Akurat kiedy skręcam w prawo i wychodzę z przejścia podziemnego na otwartą przestrzeń, nadchodzi zapowiadane zwiększenie tempa: przeciągana do granic melodia wreszcie się zrywa i przechodzi z pomocą gitary elektrycznej i perkusji w pełen afirmacji łoskot. Beznamiętne słowa wokalisty z przemysłowego angielskiego miasta wspominają coś o bezwartościowym zbiorze nadziei i minionych pragnień. Przemykam szybkim krokiem przez otwarte na wieczorne niebo mauzoleum ku pamięci klinkierowej cegły umarłej przedwcześnie z brzydoty i porzucenia. Przyjechałem. Za dwie przecznice będę na miejscu. Załatwię co trzeba i wracam. Kwestia kilku dni. 

Adam Nawałeda

Adam Nawałeda

Urodzony w Gdańsku za starych, nie najlepszych czasów. Bardziej rytm niż melodia. Spacerowicz i pasażer. Chwilowo od dekady zamieszkały za granicą, powraca do rodzinnego miasta głównie pod postacią literackiego alter ego. 

udostępnij:

Przeczytaj także:

Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa
Jacek Szafranowicz

Stara rura & krata piwa

Cmentarna (n/ż) Cmentarna (n/ż) Cmentarna (n/ż)
Agnieszka Domańska

Cmentarna (n/ż)