Wajda i Lem na torze wyścigowym

Ilustracja: Dominika Wróblewska

Nasza relacja z Gdańskiego Slamu Nieoczywistego wzbudziła niemałe zamieszanie w szerokim świecie. Okazało się, że echo Starego Sobieskiego trwa znacznie dłużej niż siedem sekund – potrafi się nieść całymi tygodniami, jeśli zadmie się w odpowiednio solidną tubę. Wsłuchiwaliśmy się w te głosy w milczeniu, niektórzy zaczęli się nawet zastanawiać, czy kamienisko, o którym wspomnieliśmy w tekście, rzeczywiście się po nas nie przejechało i nie rozwalcowało nas na amen. Ale my musieliśmy po prostu cierpliwie poczekać, aż to mrowisko, w które włożyliśmy nasz tekst, ta bulgocząca kipiel, którą wzburzyły nasze ilustracje, uspokoi się i ucichnie, żebyśmy w niezmąconej ciszy mogli zająć się nowym tematem. A jest to temat z gatunku tych gigantycznych.

Punktem wyjścia do naszych aktualnych rozważań jest komediowy scenariusz filmowy Stanisława Lema pod tytułem Przekładaniec. Pod wierzchnią warstwą tego zabawnego tekstu kryją się bardzo istotne problemy i zagadnienia związane z postępem nauki i ludzką tożsamością. Dzięki nim Przekładaniec nie tylko pozostaje aktualny, ale wręcz zyskuje nowe konteksty i znaczenia, z których sam autor (być może) nie zdawał sobie sprawy. I zapewne to z tego powodu właśnie Przekładańca odczytano – czy też odegrano – w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności. Ale od początku.

W 1955 roku Stanisław Lem, znajdujący się na początku swojej kariery literackiej, pisze słuchowisko radiowe pod tytułem Czy pan istnieje, Mr. Johns? – które w tym samym roku zostaje wyreżyserowane przez Michała Melinę i wyemitowane w Polskim Radiu, a także opublikowane drukiem w „Przekroju”. Jest to w zasadzie stenogram z sali sądowej, na której toczy się rozprawa pomiędzy producentem sztucznych narządów (Cybernetics Company) a kierowcą rajdowym Harrym Johnsem. Problem polega na tym, że nie wiadomo, czy Harry Johns jeszcze istnieje. Jak to możliwe, skoro siedzi na sali sądowej, a my słyszymy, jak elokwentnie broni się przed atakami ze strony korporacji zajmującej się robotyką? Otóż w wyniku następujących po sobie wypadków Johns tracił kolejne części ciała i zastępował je elektronicznymi protezami – do pierwszych zamówień należały noga, klatka piersiowa, dwie ręce (w tym jedna ekskluzywna, „z wbudowanym zegarkiem szwajcarskim marki Schaffhausen na 18 kamieniach”), kark i luksusowa półkula mózgowa marki Geniak, taka „na stalowych lampach, z aparaturą do marzeń sennych w naturalnych kolorach, filtrem przykrości i tłumikiem zmartwień” (Czy pan istnieje, Mr. Johns?, w: Stanisław Lem, Dzieła, t. 33: Przekładaniec, Agora, Warszawa 2010, s. 6–7). Po pewnym czasie okazało się, że z oryginalnego Johnsa ostała się tylko jedna półkula mózgowa, zresztą wkrótce podstępem też przez korporację wymieniona. Czy Johns pozostał Johnsem, czy jest już tylko zespołem protez podszywającym się pod Johnsa? – tego nawet sąd nie jest w stanie ustalić, zwłaszcza gdy okazuje się, że jeden ze świadków to w istocie sztuczna kopia stworzona przez Cybernetics Company. Zagadka istnienia pozostaje nierozwiązana, a założenie Kartezjusza wyśmiane.

Ale co tam Johns, skoro istnienie samego Lema również jest podawane w wątpliwość! Czy pan istnieje, mister Lem? – pytał przekornie Lech Jęczmyk w tytule swojego artykułu. Philip K. Dick znał odpowiedź: „Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem” – sugerował w jednym z ponad dwudziestu listów, które wysłał do FBI w tej sprawie (Czy pan istnieje, mister Lem?, „Nowa Fantastyka” 1991, nr 9, s. 65). „A «Lem»? To brzmi raczej jak skrót niż nazwisko realnej osoby” – przyznaje autor biografii Lema Wojciech Orliński (Lema nie ma?, w: Stanisław Lem, Dzieła, t. 1: Dzienniki gwiazdowe, Agora, Warszawa 2008, s. 378). „Nie ma «jednego Lema»” – potwierdza Jacek Dukaj (Głos Lema. Antologia w rocznicę urodzin Stanisława Lema, pod red. Michała Cetnarowskiego, Powergraph, Warszawa 2011, s. 12). Są za to dziesiątki Lemów wskrzeszanych i restytuowanych w połowie XXI wieku, czy to na zasadzie samoewoluującej sieci neuronowej, czy cyfrowej rekonstrukcji białkowej. I rzeczywiście, ten wieloosobowy sztab Lemów przyszłości (tak zwanych po-Lemów), o których pisze Dukaj, jest w stanie generować znane utwory Lema w lepszych, zmienionych wersjach! Na przykład „Fiasko bardziej Lemowe od tego wydanego w 1987 roku”. Ale może także tworzyć dzieła nowe, składające się na rozległą twórczość pośmiertną, jak chociażby antykomunistyczny Widok z poddasza czy rozliczeniowy Powrót z Obłoku Magellana. Szczegółowo tę sprawę analizuje Jacek Dukaj w apokryficznej recenzji datowanej na lata siedemdziesiąte XXI wieku (Jacek Dukaj, Kto napisał Stanisława Lema?, w: Stanisław Lem, Dzieła, t. 6: Doskonała próżnia, Agora, Warszawa 2008, s. 203–214).

Czy Lem byłby zadowolony z tego, iż stając się postacią literacką, podzielił losy Harry’ego Johnsa? Czy może raczej napisałby do Dukaja jeden ze słynnych „listów rozwodowych”, wysyłanych do osób, z którymi definitywnie i ostatecznie kończył współpracę? Tomasz Lem, syn pisarza, wspomina historię jednego z tłumaczy, który po takim liście już nigdy nie podjął się tłumaczenia żadnego utworu autora Solaris. A być może w ogóle przestał tłumaczyć (Awantury na tle powszechnego ciążenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009). Z drugiej strony sam Lem, z typowym dla siebie autoironicznym dystansem, często umieszczał w tekstach zakamuflowane aluzje do swojej osoby, wspomnijmy chociażby Stanleya Lemura z Wizji lokalnej czy roboty o kryptonimie LEM (Lunar Excursion Mannequin) z Pokoju na Ziemi. Co więcej, niektórzy stworzeni przez niego bohaterowie zaprzeczają, aby człowiek o imieniu Lem kiedykolwiek istniał – między innymi Astral Sternu Tarantoga, który stanowczo dementuje plotki o istnieniu osobowego Lema: „LEM był wprawdzie zaopatrzony w mały móżdżek (elektronowy), urządzenie to służyło jednak wąskim celom nawigacyjnym i nie mogłoby napisać ani jednego sensownego zdania. O żadnym innym LEMie nic nie wiadomo” (Dzienniki gwiazdowe, s. 8). Ale być może ten rodzaj żartów literackich Lem uważał za swój wyłączny przywilej?

Z pewnością nie uważał Harry’ego Johnsa za swoje alter ego – już prędzej mógł się utożsamiać z Ijonem Tichym, którego pasją były kosmiczne przygody i smaczne przekąski. Choć z Johnsem dzielił zamiłowanie do motoryzacji i szybkiej jazdy (a i dylematy tożsamościowe nie były mu obce). Tomasz Lem wspomina: „Ojciec okazał się kierowcą obdarzonym temperamentem. Objawiało się to tym, że wjeżdżając na jakąś górę […], musiał wyprzedzić wszystkie napotkane po drodze samochody”. Odbywało się to na wariackich papierach: „Bezpieczeństwo przy wyprzedzaniu nie było elementem priorytetowym”. Agresywne manewry na drodze często kończyły się awarią nieprzystosowanego do takich rajdów samochodu P-70 (produkcja NRD) i długimi minutami uwijania się w obłokach pary nad rozgrzaną do czerwoności chłodnicą. Ale niekiedy Lem naprawdę stawał się Harrym Johnsem: „Innym razem […] postanowił sprawdzić, co się stanie, kiedy zmieni na autostradzie pas tak błyskawicznie, jakby siedział za kierownicą bolidu Formuły I. I ten eksperyment jakoś przeżyliśmy, choć pasażerowie doznali szoku wywołanego nagłą zmianą toru jazdy i wysiedli z samochodu obolali z powodu siniaków” (Awantury na tle powszechnego ciążenia, s. 54–60).

Pod koniec lat sześćdziesiątych Lem zdecydował, by jeszcze raz opowiedzieć historię nieszczęsnego kierowcy rajdowego – być może dlatego, że mu nieco zazdrościł i w związku z tym zapragnął go trochę pognębić. Bardziej prawdopodobne jednak, że skłonił go do tego Andrzej Wajda, który chcąc wyjść poza charakterystyczną dla siebie formę wyrazu, szukał w tym czasie nowych wyzwań i tematów. A cóż mogło być większym sprawdzianem dla polskiego reżysera w latach sześćdziesiątych niż podjęcie tematyki fantastycznonaukowej (niemal zmonopolizowanej przez Hollywood), o silnym zabarwieniu komediowym?

Tak rozpoczęła się współpraca Wajdy i Lema. W styczniu 1968 roku pisarz przesłał Wajdzie gotowy scenariusz.

Przejrzałem opowiadanko, o którym Pan pisał, i uznałem, że nie warto go przerabiać, lecz należy raczej napisać jako osobny utwór – nowy scenariuszyk na ten aktualny temat. Toteż właśnie zrobiłem i pozwalam sobie przesłać Panu egzemplarz „Przekładańca”, który stanowi groteskę filmową, na jakieś 24–26 minut. Jak Pan się zorientuje, ten utwór jest bardzo luźno związany z „Czy pan istnieje, Mr Johns?”. I chodzi o rzecz nową. Gdyby znalazła Pana zainteresowanie i gdyby chciał ją Pan nakręcić dla telewizji, będę bardzo rad. („Wajda. Moje filmy”, Warszawa 2008, s. 62)

I rzeczywiście jest to „rzecz nowa”, pod nowym tytułem. Lem nie ograniczył się do zaadaptowania pierwotnego tekstu do formy scenariusza filmowego. To, co pozostało, to pierwotny pomysł – postać rajdowca (Harry’ego Johnsa zastępuje jednak bardziej swojski Ryszard Jones) ulegającego kolejnym wypadkom, które stopniowo, ale radykalnie modyfikują jego tożsamość cielesną i psychiczną. W Czy pan istnieje, Mr. Johns? trwale uszkodzone organy kierowcy zastępowano sztucznymi implantami. W istocie Harry Johns powtarza los Blaszanego Drwala z Czarnoksiężnika z Krainy Oz (1900). W książce Lymana Franka Bauma zaczarowana przez Złą Czarownicę siekiera ucięła drwalowi po kolei wszystkie części ciała, które ten zastępował blaszanymi organami, wykonanymi przez wioskowego blacharza. Są to więc dwa przykłady całościowej cyborgizacji człowieka, a zarazem metafora załamywania się podziału na to, co naturalne, i to, co sztuczne.

Ale w Przekładańcu posthumanistyczny cyborg i Blaszany Drwal znikają całkowicie z pola widzenia. Zniszczone, utracone, martwe części ciała Ryszarda Jonsa są zastępowane żywymi organami od dawców, którzy akurat byli pod ręką. Miejsce cyborgizacji i robotyki zajmuje transplantacja i chirurgia, a bezwzględnej kapitalistycznej korporacji – lekarze ratujący życie. Jednocześnie konflikt wewnętrzny dotyczący własnej tożsamości, tożsamości z samym sobą, zostaje pogłębiony i zmultiplikowany. Rozdwojenie Harry’ego Johnsa (człowiek i maszyna) przyjmuje w postaci Ryszarda Jonsa formę wielokrotnego rozszczepienia tożsamości, pomnażającego się z każdym wypadkiem, po którym Jons zyskuje nowe części ciała pochodzące od innych istot żywych. Najpierw dół ciała od brata („gdzieś dotąd to ja, a dalej to już Tom”), następnie złote zęby od Nancy Quine, nogi od Salomei Tinnel, a przez przypadek także jakąś nieokreśloną część od psa, którego skosił swoim sportowym autem podczas wchodzenia w pechowy wiraż na ostatnim wyścigu. W efekcie szeregu transplantacji Jons staje się częściowo swym bratem, a zarazem mężem bratowej i ojcem jej dzieci, dwiema różnymi kobietami, matką w czwartej części („kontynuacja matki?!” – dziwi się zszokowany adwokat na naszej ilustracji) oraz psem. Różni ludzie zaczynają składać pozwy przeciwko niemu. Bratowa domaga się pieniędzy, bo ubezpieczyciel nie chce wypłacić ubezpieczenia, twierdząc, iż jego brat Tomasz zmarł tylko w trzydziestu procentach, narzeczony Nancy Quine, dentysta, domaga się zwrotu złotych zębów, wuj Salomei Tinnel alimentów na dzieci, sam Jones w przypływie agresji gryzie swojego psychoanalityka. To właśnie ten ostatni nazywa go przekładańcem. Adwokat Jonesa z rezygnacją informuje mocodawcę: „Niestety, nie udało się stwierdzić, czy pan żyje czy też pan zmarł” (patrz rysunek!).

Sytuacja Jonesa jest groteskowa, absurdalna, tragiczna i śmieszna jednocześnie. Andrzej Wajda świetnie oddał ją w swoim krótkometrażowym filmie, nadbudowując nad scenariuszem Lema niezwykły obraz filmowy, w którym roi się od smaczków (chociażby Kobiela i jego autentyczny brat w roli Ryszarda i Tomasza Jonsów, a także żona rajdowca w jakimś dziwacznym kostiumie z futurystycznymi gadżetami w stylu Mad Maxa i absurdalnym zegarkiem założonym na kostce). A jednocześnie w filmie Wajdy znajdziemy niewiele odstępstw od scenariusza (na przykład Ryszarda Jonsa zastępuje Ryszard Fox) i być może dlatego Lemowi tak bardzo spodobała się ta produkcja: „film Wajdy z Kobielą w roli głównej jest jedyną chyba ekranizacją mojej prozy, która w pełni mnie satysfakcjonuje. Pierwsze źródło tej satysfakcji dotyczy wewnętrznej budowy filmu. Wajda mi się przyznał, że próbował mój scenariusz przekonstruować, przestawiając w nim klocki, i okazało się, że się to zrobić nie daje; była to dla mnie prywatna satysfakcja jako budowniczego” (cyt. za: Małgorzata Bugaj, Wajda autoironicznie: Lem i „Przekładaniec” – świetny artykuł, zajrzyjcie tam, jeśli będziecie odczuwać niedosyt po tym tekście!).

Czytanie performatywne Przekładańca w ECS-ie słusznie nawiązywało do obu tych utworów. Tekst Lema uzupełniany był fragmentami filmu Wajdy. Z ekranizacji wybrano głównie te fragmenty, które u Lema są didaskaliami. Przedstawiają one przede wszystkim: kolejne wyścigi Jonsa (Foxa) kończące się wypadkami, obrazy samotnej opony wylatującej z karambolu oraz pacjenta wiezionego w pośpiechu na salę operacyjną. Całość, odegrana w ECS-ie przez Laurę Haras, Piotra Jankowskiego, Marcina Miodka i Jarosława Tyrańskiego, zrobiła świetne wrażenie. Przedstawienie utwierdziło nas w przekonaniu, że Przekładaniec jest tekstem aktualnym, poruszającym ważne problemy współczesności, a zarazem niezwykle zabawnym, ze sporą dozą absurdu i groteski. Uniwersalną opowieścią o tym, że świat nie nadąża za rozwojem nauki i technologii, a my sami gubimy się w tym wszystkim i zatracamy.

Bardzo interesująca okazała się również rozmowa prowadzona przez Katarzynę Żelazek, do której – niejako zamiast literaturoznawcy/czyni czy lemologa/lożki – zaproszono profesor Alicję Dębską-Ślizień, specjalistkę w zakresie chorób wewnętrznych, nefrologii i transplantologii klinicznej. Prowadząca przyjęła strategię konfrontacji tekstu z rzeczywistością naukową, chcąc niejako uwypuklić absurdy tekstu Lema. Raziło mnie jednak używanie przez Żelazek zwrotów typu: „Lem uważał”, „Lem twierdził”, „Lem przewidywał” itp. Postrzegałem to jako znaczne uproszczenie. Scenariusz Lema jest przecież stuprocentową fikcją literacką, a nie esejem filozoficznym, jak chociażby Summa technologiae. Opisany w Przekładańcu przypadek doktora Gregga z Cincinnati, który zoperował osiemnastu pasażerów wypadku autobusowego w taki sposób, iż po operacji wybudziło się ich dziewiętnastu, nie świadczy przecież o tym, że Lem rzeczywiście wierzył w taką możliwość. Niemniej zaproponowana strategia prowadzenia dyskusji, która musiałaby prowadzić do nieporozumień w rozmowie z literaturoznawcą, okazała się niezwykle trafna w rozmowie ze specjalistką od transplantologii i przyniosła wiele interesujących i zaskakujących wniosków – słowem, wydarzenia przedstawione w Przekładańcu okazały się nie tak znowu absurdalne i groteskowe, jak mogłoby się wydawać.

Nie sposób powtórzyć tutaj tej arcyciekawej rozmowy, a nie wiem, czy dyskusja była nagrywana. Przywołać możemy jedynie najciekawsze fragmenty, które udało nam się zapamiętać (szczegóły na naszym rysunku). Profesor Dębska-Ślizień zaczęła od przedstawienia w pigułce trzech tysięcy lat rozwoju transplantologii i jej stanu obecnego. Z pewnością były to dobrze znane fakty, ale dla laików niezwykle interesujące. Następnie z pytań i odpowiedzi dowiedzieliśmy się między innymi, że nie można przeszczepić wszystkiego wszystkim (jak to się dzieje w Przekładańcu), choć są prowadzone w tym celu badania i eksperymenty; że nie istnieją magazyny organów, ale istnieją magazyny tkanek; że handel organami jest oczywiście nielegalny, niemniej takie wypadki mogą się zdarzać; że transplantologia się feminizuje (w scenariuszu zaadaptowanym na potrzeby ECS-u rzecznik towarzystwa ubezpieczeniowego również został zamieniony na rzeczniczkę). W końcu Katarzyna Żelazek zapytała o możliwość przejmowania cech dawcy, która w tak niezwykłym stopniu dotknęła Ryszarda Jonesa. Pytanie wywołało salwy śmiechu na sali. Odpowiedź pani profesor sprawiła jednak, że śmiechy ucichły. Otóż osobowość nie przenosi się wraz z przeszczepieniem wątroby czy nawet serca, ale rzeczywiście niektórzy biorcy zgłaszają zmiany w upodobaniach (na przykład komuś nagle zaczyna smakować ulubiona potrawa dawcy) albo alergie, na które wcześniej nie cierpieli. Ale dopiero następna odpowiedź naukowczyni wywarła na publiczności największe wrażenie. Katarzyna Żelazek, przypominając fragment dialogu o śmierci pacjenta, jaki toczył się między doktorem a pielęgniarką (spójrzmy również na ilustrację)…

SIOSTRA III: Panie doktorze, pacjent z osiemnastki zmarł.

DOKTOR: Co, znowu? Niech doktor Finger zaraz go wskrzesi.

…zapytała o to, czy lekarze rzeczywiście mogą wskrzeszać zmarłych, jak to zostało przedstawione w Przekładańcu. Odpowiedź była krótka i jak najbardziej serio: „No przecież!”. Po tym publiczność nie miała już żadnych hamulców i pytała o najdziwniejsze rzeczy, o ksenotransplantacje (to akurat istotne w kontekście Przekładańca), o osobiste porady medyczne (to było lekko niepokojące), a także o przeszczep głowy, duszy lub mózgu. Temat okazał się równie fascynujący w 2026 roku, co sześćdziesiąt lat wcześniej, kiedy w Polsce wykonano pierwszy przeszczep (1966 rok – przeszczep nerki). W latach sześćdziesiątych transplantologia była w Polsce zjawiskiem nowym, które nie tylko dawało nadzieję, ale także pobudzało wyobraźnię i inspirowało do snucia fantastycznonaukowych narracji. Ale to nie był materiał twórczy dla każdego. Pisarzy, którzy nie potrafili udźwignąć tego tematu, łajała na łamach „Życia Literackiego” Wisława Szymborska (Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem, Znak, Kraków 2024, s. 92):

W „Poczcie” taka gratka zdarza się nieczęsto: opowiadanie fantastycznonaukowe! Co za wypoczynek po lekturze czterystu zupełnie jednakowych wierszy o jesieni! Samo opowiadanie ma jeszcze poważne słabości, ale i tak jesteśmy autorowi wdzięczni, że nas na chwilę przeniósł w czasy, kiedy ludziom będzie się wymieniało po kolei sfatygowane organy. Tylko że jak przewidywać, to przewidywać również i kłopoty. Wymiana mózgu, o której pisze Pan tak beztrosko, budzi wątpliwości natury moralnej. Ten umierający tatuś, który zadysponował chirurgom przeniesienie swojego genialnego mózgu do głowy syna, budzi grozę niezależnie od faktu, czy syn godzi się na to, czy nie. Mózg, w którym bez oporów myśl taka się zalęgła, nie nadaje się – naszym zdaniem – do dalszego uszczęśliwiania ludzkości.

No przecież! – moglibyśmy powtórzyć za panią profesor, dodając jeszcze, że w przewidywaniu kłopotów przyszłości Lem był niezrównanym mistrzem (spójrzmy jeszcze raz na ilustrację i przeczytajmy słynne zdanie adwokata: „nie udało się stwierdzić, czy pan żyje czy też pan zmarł”). Oczywiście przy założeniu, że Lem w ogóle istniał. Gdyby ktoś chciał dopytać, co my sądzimy na ten temat, to oczywiście znacie numer naszego faksu i pagera. Ewentualnie – już za kilka dni – wypatrujcie nas na Gdańskich Targach Książki!

Tymoteusz Skiba

Tymoteusz Skiba

Niezależny schulzolog, niespełniony koszykarz i niedoszły zawodnik StarCrafta. Fałszywy wieszcz muzycznego kolektywu sepr.online, który opublikował swoje epigońskie dokonania na falach Radia Kapitał. Doktor nauk humanistycznych zakochany w science fiction, dwudziestoleciu międzywojennym i podwójnej hawajskiej. Najsłynniejszy bard Jasienia, Kokoszek i Szadółek, znienawidzony na Stogach i Biskupiej Górce. Od stuleci więziony na Uniwersytecie Gdańskim. Publikował opowiadania w „Schulz/Forum”, „Blizie”, „Czasie Kultury”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Mieście Literatury” i „Bravo Girl”. W 2020 roku wyróżniony w II Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką Nowy Dokument Tekstowy w kategorii epika, za opowiadania Kto napisał Brunona Schulza? oraz Rozmowy ze spamem. Autor najgorzej sprzedających się opowiadań w historii Szadółek pt. Worstseller (Słowa na Wybiegu, Gdańsk 2022) oraz Chwasty. Opowiadania ruderalne (Eperons-Ostrogi, Kraków 2025). Współautor książki Schulz dzień po dniu. Rekonstrukcja biografii 1933–1934. Laureat Nagrody Literackiej Złota Magdalenka za rok 2025.

Dominika Wróblewska

Dominika Wróblewska

Artystka i ilustratorka urodzona w Gdańsku. Ukończyła studia licencjackie i magisterskie z ilustracji na Manchester Metropolitan University, gdzie przez ostatnie siedem lat pracowała jako nauczyciel. Obecnie znów mieszka w Gdańsku.

Jej prace koncentrują się głównie na obserwacjach (zewnętrznych lub wewnętrznych), które przekazuje dalej w świat za pomocą rysunku i tekstu. Szczególnie aktywnie zajmuje się ilustracją reportażową, a jej specjalnością jest szybkie rysowanie i uchwytywanie ludzi w akcji. Uwielbia rysować w trudnych warunkach klimatycznych i sytuacyjnych, traktując rysunek jako sport.

Jaskiniowiec. Od wielu lat czołga się po jaskiniach i – zawieszona na linie bądź leżąca w ciasnym korytarzu wypełnionym błotem – rysuje innych grotołazów przemieszczających się przez podziemne światy. Autorka książki artystycznej (the) Cave Starter Pack. Obecnie pracuje nad następnym projektem związanym z jaskiniami.

W trakcie pierwszego lockdownu COVID-19 spędziła 60 dni, obserwując to, co widać z oknem, rysując to i pisząc o tym. Z zebranego materiału powstała opublikowana niezależnie książka (the) Corona Journal. W dużej mierze projekt był zainspirowany książką mistrza obserwacji Georges’a Pereca pod tytułem Tentative d’épuisement d’un lieu parisien („Próba wyczerpania pewnego paryskiego miejsca”).

Wywiad z nią ukazał się w książce Reportage Drawing: Vision and Experience Louisa Nettera. Wszystkie opisane projekty można zobaczyć na jej stronie: domeeart.com.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Świadomość sztucznej inteligencji Świadomość sztucznej inteligencji Świadomość sztucznej inteligencji
Aleksandra Kozłowska

Świadomość sztucznej inteligencji

Posthumanistyczny port nad Bałtykiem Posthumanistyczny port nad Bałtykiem Posthumanistyczny port nad Bałtykiem
Szymon Kamiński

Posthumanistyczny port nad Bałtykiem