Scyzoryk zgubiony przy rzece Brda

Okładka książki Ludwika Filipa Czecha „Więcej” (Fundacja Duży Format)
Okładka książki Ludwika Filipa Czecha „Więcej” (Fundacja Duży Format)

Recenzja tomiku poetyckiego Ludwika Filipa Czecha Więcej (Fundacja Duży Format, Warszawa 2022).

Byłam ostatnio świadkinią rozmowy między Rafałem T. Czachorowskim, wydawcą poezji, i jego kolegą. Kolega skarżył się, że ma zastój czytelniczy, że nie może czytać, choć bardzo chce. Rafał zalecił wiersze. A nawet konkretny tom. „Przeczytaj Czecha” – powiedział.

To poezja codzienności. Jest blisko czytelnika. Każdy ma takie doświadczenia, o jakich opowiada podmiot liryczny. Owszem, nie każdy pisze wiersze, owszem, nie każdy recenzuje książki. Ale każdy chodzi na grzyby, czasem gubi okulary lub jeździ tramwajem do mamy, która potrzebuje pomocy w czasie choroby. Każdy przygląda się ludziom. Zazwyczaj robimy to ukradkiem. A Czech może i przygląda się ukradkiem, ale potem pisze o ludziach wiersze. Na przykład o mężczyźnie, którego spotkał ostatnio, „dziwnie stawiającego lewą stopę / patrzyłem jak siada na sąsiedniej ławce / je bułkę przełożoną serem” (Podszewka, s. 36). Najpierw sam się dziwi, jak ten mężczyzna znalazł się w wierszu. Ale zaraz szybko konstatuje, że „pewnie znowu poczułem tę elektryczność / gdy wszystko we mnie świeci i wybucha / a kłębki nerwów zakwitają pąsowo” (Podszewka, s. 36).

Czech patrzy wierszem. Zauważa wszystko i wszystko może być dla niego tą elektrycznością. Wszędzie jest natchnienie. Zbiera je. Schyla się, bierze to, co inni poeci omijają jako „zbyt zwykłe”, niewarte wiersza. Okazuje się jednak, że to groszowe monety, po które nie chciał się schylić nikt inny.

A o czym są te wiersze?

O jeziorze, za którym tęskni się jesienią. O lekcjach polskiego w podstawówce. O wujku Jurku, który „nie potrafił otrząsnąć się z wojny”. O lampie, która najlepiej nadaje się do czytania. O scyzoryku zgubionym w trawie przy rzece Brda.

Po tych stronach biega mały chłopak, co kradnie kolegom wieczne pióra, zakopuje w doniczce mamy martwe wróble i motyle i w wieku dwunastu lat postanawia być zawsze szczęśliwy. Przechadza się też po nich mężczyzna dorosły, oglądający się przez ramię na siebie, „chmurnego i durnego”. W rękach tego dorosłego jest nożyk do otwierania listów, odziedziczony po cioci Basi, koperty, z których nie wypadają listy, i zafoliowane tomy poezji, z których nie można wyczytać nadziei na lepsze jutro. To człowiek, poeta, autor nieco zgorzkniały. Gorzko ma na języku i chyba tęskni za tym swoim kilkuletnim beztroskim ja. My tęsknimy razem z nim – za sobą z obdartymi kolanami pełnymi strupków, za dziecięcymi rytuałami, za niebem, które było tak samo daleko jak teraz, a przecież na wyciągnięcie ręki.

Ten dorosły ma dar pisania wierszy. Ten dorosły niesie to brzemię. Na spotkaniu autorskim, promującym między innymi Więcej, Czech opowiadał, że poezja to ciężar, który musi nieść, bo nie wie, co innego mógłby robić w życiu. Podmiot liryczny w jego wierszach mówi to samo: „a zresztą co innego potrafi poeta / prócz wymyślania wieczorów autorskich” (Dar, s. 19).

Jak można jednocześnie tak nie wierzyć już w literaturę i pisać tak dobre wiersze? Bez fajerwerków, ale w sedno i w serce?

Podmiot liryczny u Czecha jest zmęczony życiem, światem, czytaniem. Ale wciąż obserwuje. Nie wyzbywa się tej umiejętności. Nie chce być wieszczem, nie chce wdrapywać się na panteon poezji.

odstawiłem w kąt rytuały
pożegnałem się z prawdziwą poezją
przecierpiałem jej brak w milczeniu

wyparowały ze mnie wysokie słowa
opuściła powaga metafor […]
dzisiaj po prostu piszę
z łokciami wbitymi w stół
z włosem wystającym
z nosa […] (Rytuały, s. 22)”

On siedzi na dole i patrzy. I wciąż zapisuje: popsuty bumerang, miejskiego gołębia, pandemię, wkłucie centralne, wojnę (tak, jest „wiersz dla tych / którzy uciekli z mieszkania / ale zawalił się sufit / […] / dla szukających w gruzach / swojego ulubionego swetra” – jedyny oznaczony datą: 5.04.2022 (***, s. 41)), ciotkę Baśkę, pochowaną pod marmurową płytą, czerwoną filiżankę z fikuśnym uszkiem, kartony po butach przerabiane na domki przez małego chłopca…

Że niby nie przystoi z takich tematów robić wierszy? Czech udowadnia, że wiersze o drobiazgach są w istocie wierszami o człowieczeństwie. Że klasyczna w formie, „zwykła” poezja się nie skończyła. W prostocie tych utworów tkwi ich siła. Że są dla każdego, nawet dla tych, którzy sądzą, że nie umieją czytać poezji. Dzięki temu Rafał T. Czachorowski może Więcej przepisać jak tabletki na awersję do czytania. A kto wie, może zadziałają nawet na awersję do rzeczywistości?

Marta Pilarska

Marta Pilarska

Nauczyła się czytać na szyldach reklamowych, oglądanych przez szybę autobusu w drodze do przedszkola. Miłośniczka poezji i literatury dla dzieci. Propagatorka komiksów. Hucznie świętowała przyznanie Oldze Tokarczuk literackiego Nobla. Blogerka i bookstagramerka. Nawet w hasztagach używa polskich znaków diakrytycznych. Szuka miejsc, gdzie pała dzięcielina, i nie omija opisów przyrody w powieściach. Na co dzień można ją znaleźć w księgarni i wydawnictwie Marpress. Lubi wegańskie jedzenie i biwaki w miejscach bez dostępu do prądu.

udostępnij:

Przeczytaj także:

O rany! Będę czytać książkę! O rany! Będę czytać książkę! O rany! Będę czytać książkę!
Marta Pilarska

O rany! Będę czytać książkę!

Światy równoległe, światy splątane Światy równoległe, światy splątane Światy równoległe, światy splątane
Aleksandra Kozłowska

Światy równoległe, światy splątane