Pogoda dla czytaczy

Komiksowe Reading Party na Długiej 35, 20 stycznia 2026 roku, fot. Marta Pilarska (Dom Literatury w Gdańsku)
Komiksowe Reading Party na Długiej 35, 20 stycznia 2026 roku, fot. Marta Pilarska (Dom Literatury w Gdańsku)

„Po co łazić gdzieś w śniegu i mrozie, skoro można wygodnie czytać u siebie? We własnym fotelu czy łóżku, z kotem, psem, człowiekiem wtulonym obok” – myślę, brnąc w brei zdradziecko podszytej lodem. „Czy ktoś w ogóle tam przyjdzie?”

„Po co łazić gdzieś w śniegu i mrozie, skoro można wygodnie czytać u siebie? We własnym fotelu czy łóżku, z kotem, psem, człowiekiem wtulonym obok” – myślę, brnąc w brei zdradziecko podszytej lodem. „Czy ktoś w ogóle tam przyjdzie?”

Jest piątkowy wieczór, przedostatni dzień stycznia. Przenikliwe zimno szczypie w nos, ciało ledwo łapie równowagę na wyślizganym chodniku. Spotykam Marzenę, znajomą z dzielni. Pyta, dokąd idę w tę zimnicę.

– Do biblioteki w Oliwie, na spotkanie Silent Book Clubu. – I wzruszając ramionami dorzucam: – Czemu nie czytać w domu?

– Bo może jest za zimno? Ja w mieszkaniu mam dwanaście stopni. – Marzena naciąga głębiej kaptur i rusza w swoją stronę.

Bez presji

Biblioteka na tle zaśnieżonej ulicy Opata Rybińskiego wygląda jak z bajki. Rozjarzona światłami, ze świątecznymi gwiazdami w oknach, kusi obietnicą ciepła i przyjemności. I rzeczywiście – wewnątrz już czekają termosy z gorącą wodą, kawa, różne rodzaje herbaty, w tym specjalna mieszanka o nazwie „Herbata do książki”, słodkie przysmaki, słone paluszki. Do tego wygodne siedziska rozrzucone po całej przestrzeni; można wybrać zaciszny kącik bez poczucia stłamszenia przez innych.

Dochodzi dziewiętnasta, biblioteka powoli się zapełnia. Wstyd przyznać, że takie stereotypy gnieżdżą mi się w głowie, ale myślałam, że jeśli w ogóle ktoś się zjawi, to będą to głównie seniorzy. W końcu piątek wieczór, karnawał, człowiek pracy poszedłby w tango. A tu wchodzi jeden młody dorosły za drugim, dziewczyny, chłopaki, otrzepują kurtki, rozwijają się z szalików. Owszem, są też babki w średnim wieku, ale rządzi młodość. Większość ludzi w okularach. Część to znajomi, widać, że stali bywalcy, witają się wylewnie, nowicjusze cichutko zajmują miejsca. Książki na wieczór można wybrać z półek, można też przynieść własne. Sięgam po Poezje zebrane Zuzanny Ginczanki, robię sobie kawę i rozsiadam na sofie. Otwieram tom i proszę, na co trafiam – Styczniowe porównania:

Dziś zakwitły na szybach białych wiśni okiście
(Można wierzyć: na bruku sad się zjawił srebrzyście)
Siądę sobie przy oknie w niskim, miękkim fotelu
I pozwolę swym myślom na gonitwę bez celu.

Silent Book Club (SBC) działa tu od marca 2024 roku, powstał jako drugi – po Warszawie – w Polsce. Dziś warszawski już nie istnieje, są za to dwa kluby w Gliwicach. I to tyle na cały kraj. A zapotrzebowanie jest – Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku już zapowiada otwarcie kolejnych SBC.

Pomysł zrodził się w 2012 roku w San Francisco. Przyjaciółki: Guinevere de la Mare i Laura Gluhanich zwykły pochłaniać książki w lokalnym barze. Uznały, że podobnych maniaków jest więcej i że warto stworzyć dla nich specjalną przestrzeń. Swobodną, niewymuszoną, bez ścigania się, kto pierwszy przeczyta wybraną lekturę i kto powie o niej coś najbardziej błyskotliwego. W 2015 Guinevere i Laura oficjalnie otworzyły Silent Book Club jako „organizację z misją jednoczenia globalnej społeczności miłośników książek poprzez wspólną radość czytania”. Spotkania są bezpłatne, każdy czytelnik jest mile widziany, podobnie jak każdy nośnik (książka drukowana, e-book, audiobook, podręcznik, komiks). Każdy też może założyć lokalny oddział. Ciche czytanie trwa około godziny, później można pogadać, ale obowiązku nie ma. Dziś światowa sieć Silentów obejmuje około dwóch tysięcy miejsc w ponad sześćdziesięciu krajach na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą).

– W gdańskim środowisku bibliotekarskim temat Cichego Klubu Książki pojawiał się od lat – mówi Magdalena Basińska, bibliotekarka i twórczyni oliwskiego Klubu. – Zależało mi na stworzeniu przestrzeni dla czytelników, ale bez konieczności omawiania lektur, jak w typowym klubie książki. Po całym dniu pracy u wielu osób uruchamia się strona introwertyczna, potrzeba wyciszenia, we mnie też. Dlatego jesteśmy tu razem, tworzymy wspólnotę, ale czytamy indywidualnie. Spotykamy się co miesiąc. Najwięcej osób przyszło na odsłonę halloweenową i tę w Noc Bibliotek. Uczestnicy? Różnie – z Oliwy, Żabianki, Przymorza, Wrzeszcza, przewinął się nawet ktoś z Sopotu.

Dochodzi dziewiętnasta trzydzieści, Magda oficjalnie otwiera spotkanie. Anna Michno, druga bibliotekarka, zachęca do sięgania po napoje i przekąski. Milkną rozmowy, słychać tylko szelest papieru. I tak przez godzinę. Żadnych telefonów, kliknięć powiadomień, gadania, dodatkowych bodźców. Dwadzieścia osób tylko czyta. Serce rośnie.

Czas minął, można rozmawiać. Pytam kilkoro uczestników, co czytali i dlaczego tu, a nie w domu.

Ola, filolożka rosyjska, przyszła z mężem Krzyśkiem: – U siebie też czytamy. Ale Silent Book Club to coś wyjątkowego. Zawsze chciałam należeć do klubu książki, tylko nie lubię czytać zadanych lektur, a tu wybieram, co chcę. Nadrabiam klasykę, czytam właśnie Wrzos Rodziewiczówny. Obydwoje pracujemy zdalnie, trochę brakuje nam kontaktu z ludźmi. Tu go mamy – zawsze można poznać kogoś nowego, dostać polecajki, jak choćby Welewetkę, którą czyta Ania.

Krystyna: – Zgłębiam Krótki zarys historii tańca i baletu, bo przygotowuję się do egzaminu na pedagogikę baletową. W domu wszystko by mnie rozpraszało: a to trzeba włączyć pralkę, a to zetrzeć kurze, wyrzucić śmieci. W bibliotece koncentruję się wyłącznie na czytaniu.

Mateusz, stały bywalec, a przy tym mąż Magdy bibliotekarki (oboje są filologami polskimi): – Łatwiej mi się tu skupić z tym moim ADHD. Lepiej też zapamiętuję czytane książki, kojarzą mi się z tym miejscem. Teraz jestem pochłonięty przez Okręt Lothara-Günthera Buchheima, świetna rzecz o życiu na U-Boocie.

Mikołaj, student nawigacji: – Jestem tu po raz pierwszy. Potrzebuję takiego miejsca, bo w akademiku nie dogaduję się ze współlokatorami. No i są tam używki, z którymi mam problem. Staram się więc wychodzić, spotykać innych ludzi. Dziś przyniosłem Homo Deus Harariego, czytam drugi raz. To książka, do której można wracać bez końca.

W poszukiwaniu straconej ciszy

Dwa dni później zima wciąż trzyma się mocno. Ale niebo dziś czyste jak świeżo wykąpane (specjalnie na niedzielę), śnieg lśni polakierowany mrozem. Szkoda życia na siedzenie w domu. Zwłaszcza że we wrzeszczańskiej kawiarni Kolonia o trzynastej startuje Cisza. Wydarzenie łączące w sobie książki, spokój, ambient i dobrą kawę.

– Pomysł na Ciszę wziął się z obserwacji: zauważyłem, że w niedziele dużo osób przychodzi tu poczytać do kawy – mówi szef Kolonii Sylwester Gałuszka, inicjator cyklu, twórca instalacji dźwiękowych i wizualnych. – Trzeba było tylko dać więcej miejsc i zmienić muzykę na ambient, żeby nie przeszkadzała. Oraz informować wszystkie przychodzące osoby o zasadach: wyciszeniu telefonów i rozmów, zwiększeniu uważności. Pierwsza Cisza odbyła się 14 stycznia 2020 roku. Organizuję ją w każdą niedzielę stycznia i lutego, choć pojawiają się prośby o przedłużenie do marca.

Sylwester dodaje, że lubi światło dzienne, stąd wczesnopopołudniowa godzina. – Zimowe miesiące są wyjątkowe, mam wrażenie, że to wtedy najbardziej potrzebujemy motywacji do ruszenia się z domu. Cisza wychodzi temu naprzeciw. Jednocześnie Cisza to synonim zatrzymania, czasu tylko dla siebie i ze sobą.

– A co teraz czytasz? – pytam.

– Mam rozpoczętych osiem książek. Ale w tej chwili skupiam się na esejach Huxleya Wewnętrzny Bóg. To ponadczasowe przemyślenia na temat tego, kim i po co jesteśmy. Studiuję to od dwóch lat.

– Kto przychodzi, by pobyć w Ciszy?

– Trochę znajomych, którzy w większości są artystami, ale zazwyczaj to przypadkowe osoby. Czasem z nimi rozmawiam. Rok temu zauważyłem, że ktoś czyta książkę, którą i ja wtedy czytałem. Pogadaliśmy o niej. Co to było? Rzecz o nawykach – jak budować w sobie dobre przyzwyczajenia, na przykład takie, że nie wyjdę z mieszkania w momencie, kiedy nie mam pościelonego łóżka i pozmywanych naczyń. Udało mi się ten nawyk zbudować – lubię wracać do posprzątanej przestrzeni.

Do trzynastej jeszcze kwadrans, a w jasnym wnętrzu Kolonii, wśród palm i figowców, porozsiadało się już kilkanaście osób. W większości młodych. Część z nich zajmuje duży stół – przyszła popracować z laptopami. Pachnie palosanto i świeżo zmieloną kawą. Do czytania zachęcają nawet abażury sufitowych lamp zrobione ze stron gazet. Książki i katalogi ze sztuką zapełniają parapety i półki, wystarczy sięgnąć. Biorę opasły tom Zofia Rydet. Zapis socjologiczny 1978–1990, zanurzam się w świat spracowanych ludzi, chat strzeżonych przez święte obrazy i telewizory w roli konkurencyjnych ołtarzyków.

Ale oto czas na otwarcie Ciszy. Dziś czytaniu będzie towarzyszyć winyl Electroacoustic Works for Halldorophone włoskiej wiolonczelistki Martiny Bertoni.

Sylwester: – Martina mieszka w Berlinie, trochę się zaprzyjaźniliśmy i ta przyjaźń przerodziła się we współpracę. Zaproponowałem artystce, by skomponowała dwudziestominutowy utwór do naszej Galerii Dźwiękowej – premiera odbyła się w październiku zeszłego roku. Bo od pięciu lat, zamiast na sztuki wizualne, postawiłem na dźwięk, na świadome słuchanie. W ciemności Czarnego Pokoju słucha się kompozycji skomponowanych specjalnie do tej przestrzeni. Tylko jedna–dwie osoby dziennie, to limitowane przeżycie. A wracając do Martiny – w 2025 wydała płytę Electroacoustic Works for Halldorophone. Haldorofon to bardzo ciekawy instrument, nie tylko dlatego, że jest ich jedynie pięć na świecie. Wygląda podobnie jak wiolonczela, ma struny, ale tym, co różni go od gitary czy wiolonczeli, są przyciski, dzięki którym każdą strunę można wprowadzić w sprzężenie zwrotne.

Chwilę później słychać już tylko nienachalną muzykę Martiny Bertoni, syk ekspresu, szelest przewracanych kartek, pobrzękiwanie łyżeczek o filiżanki. Dwóch chłopaków rozmawia ściszonymi głosami. Nie dzwoni ani jeden telefon, nie wibruje ani jeden SMS.

Podobnie jest w Kolonii w czasie cyklicznych odsłuchów albumów trójmiejskich artystów. Muzyka przegrywana jest na taśmę i puszczana z wielkiego oldschoolowego magnetofonu, który podczas wydarzenia króluje na scenie. Zebrani po prostu słuchają, jak na koncercie. Okazuje się, że można wytrzymać bez ciągłego sprawdzania fejsa czy insta, można cieszyć się wyłącznie muzyką.

Godzina Ciszy szybko mija. Niektórzy nie odrywają się od lektur, inni powoli zbierają się do wyjścia. Zaczepiam chłopaka w okularach. To Paweł, programista, częsty gość Kolonii. Dziś czytał A świat trwa László Krasznahorkaiego. – To o lękach w obecnych czasach. Wpasowuje się w to, co sam czuję – przyznaje. – Na Ciszy jestem kolejny raz. Lubię czytać poza domem, obecność innych i muzyka pomagają mi się skupić.

To nie jest czas na czytanie w samotności

Tak twierdzą Sylwia Bruna i Marek Rogala, pomysłodawcy i organizatorzy Kolektywnego Czytanka, odbywających się od dwóch lat comiesięcznych spotkań z książką, ciszą i towarzystwem innych czytających. Zastrzegają, że to nie jest klub książki ani tradycyjny wieczorek literacki. To po prostu czas na złapanie oddechu, odcięcia zbędnych bodźców, zanurkowania w dobrą książkę i – o ile ma się ochotę – rozmowy. Na co dzień Sylwia, antropolożka kultury i animatorka działań społeczno-kulturalnych, zaangażowana między innymi w prace grupy Stocznia.dzielnica, prowadzi kawiarnię Kompozyt w Nowym Muzeum Sztuki NOMUS. Marek, promotor kultury i kurator, prowadzi galerię ESKAEM, wspiera też Stocznię.dzielnicę, współtworzy GRID Arthub, niezależne miejsce kreatywnych działań w Stoczni. Dlatego Kolektywne Czytanka często odbywają się właśnie w tamtych lokalizacjach. Ale bywa, że organizatorzy wypuszczają się dalej: do gdańskiego Centrum św. Jana, do szklarni z pomidorami w ogrodzie społecznym Plony w Gdańsku, do Wejherowa, nawet do Wrocławia. Jedno ze spotkań odbyło się w autobusie typu ogórek.

Tym razem – w środę 11 lutego – dotarli do Gdyni. 26. Kolektywne Czytanko odbywa się w galerii Przypływ, działającej w słynnym modernistycznym Bankowcu przy ul. 3 Maja. Po sąsiedzku mieści się Cyganeria, najstarsza gdyńska kawiarnia. W Przypływie trwa właśnie dwutygodniowy Salon Literacki, dzisiejsze spotkanie zatytułowano Język Wspólnoty, co dobrze oddaje charakter Czytanka.

Galeria to zaadaptowane na potrzeby kultury mieszkanie z kuchnią, gdzie teraz czekają gorące i zimne napoje oraz ciastka w kształcie ryb, z salonem i pokojami wypełnionymi designerskimi meblami i obrazami. Dochodzi osiemnasta, w Przypływie już pełno ludzi. Co chwilę dzwoni domofon, co chwilę ktoś zajmuje miejsce na kanapie, pufie czy wprost na podłodze. Młodzi, średni, hipsterscy, zwyczajni, z wąsami i bez. Jest Aleksander, którego widziałam w oliwskim Silent Book Clubie, jest dredziarz, który zaczytany po uszy siedział w Kolonii. Jest para mówiąca ze wschodnim akcentem, facet w czapce, który przyszedł bez książki, ale zaraz znalazł się ktoś, kto ma dwie i jedną chętnie pożyczy.

Sylwia i Marek witają zebranych, Marek przedstawia plan wieczoru: czterdzieści minut cichego czytania, potem bambusowy dzwonek Koshi oznajmi kwadrans przerwy, a po przerwie kolejne czterdzieści minut lektury. Po czym znów zadźwięczy dzwonek – część oficjalna za nami, spotkanie zacznie żyć własnym życiem: rozmowy, wymiana doświadczeń, co kto chce. Jeszcze tylko prośba do uczestników o przedstawienie się i podanie tytułu książki, na której dziś się skupią.

Pierwsza po mikrofon sięga Zuzia, będzie czytać Las duchów Andrzeja Dybczaka. Potem Julia z Portretem Doriana Graya Wilde’a, Aleksander z Białymi nocami Dostojewskiego, Tomasz z Gdynią. Pierwszą w Polsce Boćkowskiej, Daniel ze Schroniskiem, które przestało istnieć Gortycha, Oliwia z Córką proboszcza Orwella. Kolejne osoby i kolejne książki: powieści, reportaże, poradniki. Pełen przekrój. Ja wezmę Gdynię obiecaną Piątka, w końcu miejsce spotkania zobowiązuje.

Tling, tling. Delikatne brzmienie Koshi oznacza, że kończymy rozmowy, pora na czytanie. Nie do końca jednak można się skupić. Spóźnialscy dzwonią domofonem, skrzypią parkietem, szukając miejsca, by usiąść. Fotoreporterzy robią zdjęcia. Facet, który nie przyniósł ze sobą książki, wstaje ze słowami: „No to się naczytałem. Czy jutro będzie tu coś z sensem, czy bez sensu, jak dziś?”, po czym wychodzi, budząc stłumione śmiechy.

W przerwie zagaduję młodego wąsacza Janka, który na dzisiejsze spotkanie wybrał O czasie i wodzie Magnasona.

– Dlaczego bierzesz udział w Kolektywnym Czytanku?

– Moja dziewczyna mnie przyprowadziła. Poza tym podoba mi się ten cykl, jestem trzeci lub czwarty raz. Jestem osobą, której zdecydowanie lepiej się czyta czy pracuje, gdy naokoło są ludzie. Dwa razy w tygodniu pracuję z domu, co jest dla mnie dość trudne. Mam dwójkę młodszego rodzeństwa, w domu zawsze było nas pełno, ciągle coś się działo. Czuję się nieswojo, gdy tego brakuje.

Pierwszy raz na Czytanku jest natomiast Piotr z dredami, konserwator zabytków wyciągniętych z dna Bałtyku, a przy tym malarz i rysownik. – Dużo czytam, chodzę na wiele wydarzeń kulturalnych. Wspólne czytanie to ciekawa formuła – można się zatopić w lekturze, a przy tym być wśród innych, to mnie pociąga. Kiedy robiłem duże zlecenie rysunkowe, całe tygodnie spędzałem sam; pracując jako konserwator, też nieraz spędzam czas samotnie. Stąd moja potrzeba bycia z drugim człowiekiem.

Kręcąc się po mieszkaniu-galerii niespodziewanie trafiam do łazienki. Pusta, jasna przestrzeń, biała wanna pod oknem – idealne miejsce, by zanurzyć się z książką. Ale nie bardzo wypada, wracam więc do domu, do własnej wanny.

Czytanie jako akt oporu

W SKM-ce czytam o renesansie (choć może to za duże słowo?) czytelnictwa w Polsce. Główny Urząd Statystyczny sprawdził uczestnictwo ludności w kulturze w 2024 roku i porównał je z rokiem 2019. Otóż krzywa lekko idzie w górę: w 2024 roku przeczytało lub odsłuchało co najmniej jedną książkę 59,7% osób (w 2019: 58,2%). Cały czas dominują kobiety (70,8%) i książki drukowane (56,7% osób): przede wszystkim literatura piękna, potem popularnonaukowa, dalej zawodowa. Najwięcej czytają młodzi: 15–24 lata (78,3%), to spośród nich wywodzi się najwięcej bywalców bibliotek.

Czytam też o zmęczeniu światem cyfrowym, wirtualnymi kontaktami, sztuczną inteligencją, o tęsknocie za skrzypiącą, szeleszczącą analogowością, zmysłowym doświadczaniem świata. Ale też za demokracją. 29 stycznia 2026 roku założycielki pierwszego Silent Book Club publikują na bloku wpis zatytułowany „Reading is an act of resistance” („Czytanie jest aktem oporu”). Przypominają, że tworząc w 2012 roku przestrzeń dla miłośników książek, nie planowały być grupą polityczną. Ale – jak twierdzi Roxane Gay, amerykańska pisarka, nauczycielka akademicka i feministka: „Dzisiaj, jutro i w dającej się przewidzieć przyszłości wszystko, co robimy – jako czytelnicy, pisarze, księgarze, ludzie – jest polityczne”. Dalej inicjatorki SBC przypominają fundamenty Klubu: żadnej dyskryminacji, zero tolerancji dla nienawiści, i deklarują: „Stawimy czoło ludziom, którzy zakazują książek. Będziemy walczyć o równe prawa. Będziemy bronić naszej wolności czytania, kochania, zawierania małżeństw, głosowania i istnienia. Wykorzystamy naszą władzę, przywileje i platformę, którą zbudowałyśmy, aby mówić o tym, w co wierzymy. Nie będziemy milczeć”. Popierają ogólnokrajowy strajk w USA, zorganizowany 30 stycznia jako sprzeciw wobec terroru ICE, i żądanie sprawiedliwości dla ofiar funkcjonariuszy antyemigranckiej agencji. Podkreślają, że angażować się można na wiele sposobów, w tym tworząc miejsca otwarte dla wszystkich, miejsca, które łączą, a nie wykluczają. Jak biblioteki, księgarnie, kluby czytelnicze. Dyktatorzy zawsze bali się książek. I słusznie. Czytajmy więc.

*

Najbliższe spotkania:

Kolonia: niedziela, 22 lutego, godzina 13.00.

Kolektywne Czytanko: Galeria ESKAEM, 26 lutego, godzina 18.00 (drugie urodziny Czytanka).

Długa 35: Komiksowe Reading Party (wspólne czytanie komiksów), 24 marca, godz. 18.00.

Na wszystkie wydarzenia wstęp wolny.

Aleksandra Kozłowska

Aleksandra Kozłowska

Dziennikarka freelancerka, współpracuje z „Przekrojem”, „Polityką”, „Tygodnikiem Powszechnym”, portalem ngo.pl; członkini Unii Literackiej. Współautorka – z Mirellą Wąsiewicz – reportażu Islandia i Polacy. Historie tych, którzy nie bali się zaryzykować (Znak Literanova, Kraków 2023) oraz autorka książki Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów (Znak, Kraków 2024), nominowanej do nagrody Grand Press – Książka Reporterska Roku i do Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”. Lubi głuszę, wiatr i zimno, biwaki i rower o każdej porze.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Co kot naczytał… Co kot naczytał… Co kot naczytał…
Marta Pilarska

Co kot naczytał…

Niech Gdańsk do nas mówi Niech Gdańsk do nas mówi Niech Gdańsk do nas mówi
Czesław Romanowski

Niech Gdańsk do nas mówi