Grass w mrowisko

Ilustracja: Justyna Lipka

Rozmowa z Anną Wakulik, pięciokrotną finalistką Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, od 2022 roku etatową dramaturżką Teatru Wybrzeże. Wcześniej Wakulik, absolwentka Szkoły Dramatu przy Teatrze na Woli oraz Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, pracowała jako dramaturżka Teatru Dramatycznego w Warszawie (2017–2020) i kierowniczka literacka Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie (2012–2014). Była selekcjonerką i jurorką Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Drukowała w „Dialogu”, pisała felietony dla portalu e-teatr.pl; opublikowała antologię Błąd wewnętrzny (Wydawnictwo Akademickie, Kraków 2021) oraz dramat Grupa krwi (Wydawnictwo Instytutu Teatralnego, Warszawa 2022). Jej sztuki tłumaczono na niemiecki, włoski, angielski, rumuński, kataloński, francuski, węgierski, hebrajski.

 

Aleksandra Kozłowska: Piszesz dramat o Günterze Grassie.

Anna Wakulik: Tak. To poniekąd zadanie. Pomyśleliśmy w Teatrze Wybrzeże – od 2022 roku pracuję tam jako dramaturżka – że warto tę postać przenieść na scenę. Zwłaszcza w Gdańsku. Grass to temat jednocześnie sexy i nie. Bo pisarz stąd, bo noblista, bo postać kontrowersyjna. Postać zawłaszczana, chciana i niechciana równocześnie. Ale sztuki biograficzne to trudna sprawa. Bardzo często jest tak, że teatry miejskie szukają interesującej lokalnej postaci, którą można by przepisać na historię sceniczną.

AK: Zwłaszcza jeśli się da w tym znaleźć konotacje ze współczesnością, z herstory, z ruchem Me Too. To cieszy, ale…

AW: …widać w tym powtarzalność, schematyczność. Jest takie słowo: biopic, od biography picture; termin dotyczy wprawdzie produkcji filmowych, ale można go odnieść w ogóle do tekstów „o znanym człowieku”, zwykle mało odkrywczych. To mnie przez moment hamowało. Strach, że zrobimy biopic w stylu: „Dzień dobry, tu się urodziłem. Tutaj poszedłem do szkoły, potem wyjechałem, napisałem…”, udało mi się w końcu przełamać. Zaczęłam od czytania. Ostatnie pół roku spędziłam na zgłębianiu wszystkiego, co Grass wyprodukował, i wszystkiego, co o nim napisano. Bardzo mi też pomógł powrót do Gdańska i odkrycie jego niemieckiej historii. Gdy znów tu zamieszkałam, chodziłam na wszystkie spacery z dzielnicowymi przewodnikami organizowane przez Instytut Kultury Miejskiej. Otworzyły mi oczy na wiele spraw, bo długo miałam poczucie, że historia mojego miasta jest dla mnie przezroczysta. Owszem, tu się urodziłam, ale wyjechałam z Gdańska, mając dziewiętnaście lat. A kto, będąc nastolatkiem, interesuje się przeszłością? Człowiek wtedy raczej zajmuje się sobą.

AK: Przeprowadziłaś się do Warszawy.

AW: Skończyłam tam Szkołę Dramatu przy Teatrze na Woli i Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Potem pracowałam jako kierowniczka literacka w teatrze w Tarnowie i na stanowisku dramaturga warszawskiego Teatru Dramatycznego. Do Gdańska wróciłam w 2021 roku. Bardzo już chciałam wyjechać z Warszawy, a w dziale literackim Wybrzeża zaszło trochę zmian, więc udało mi się trafić na dobry moment. Wybrzeże to bardzo dobry teatr, świetni aktorzy – praca z nimi to przyjemność i wyzwanie. W tym czasie zmarł też mój dziadek, babcia, która została sama, potrzebowała pomocy, takiej codziennej, więc mogłam się przydać.

AK: Opowiedz o swojej rodzinie.

AW: Barbara i Marian, dziadkowie ze strony mamy, przyjechali tu spod Krakowa i spod Radomska. To były lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, duża migracja ze wsi do miast. Pradziadkowie i dziadkowie wybrali Gdańsk, bo miasto się rozwijało. Ojciec dziadka Władysław z bliskimi zasiedlił poniemiecki dom w Cieplewie pod Gdańskiem. Jeśli chodzi o babcię, to najpierw przyjechała jej siostra, Teresa z mężem – wujek Adam pracował tu w przemyśle. Mój tata Krzysztof do dziś pracuje w stoczni.

AK: Czytałaś Grassa, zanim wyjechałaś z Gdańska?

AW: Oczywiście, Blaszany bębenek. Zrobił na mnie duże wrażenie, przede wszystkim pod względem stylistycznym. Doceniłam bezpruderyjność i mrok, a także malarskość tego pisania – to, że to są ogromne pejzaże, wielkie, kolorowe, międzyludzkie sceny na tle dziejów. Grass pisał również świetne sceny erotyczne! Ale przecież też rysował, malował, rzeźbił. Co ciekawe, pisał na stojąco przy pulpicie, przed pustą ścianą, żeby nic go nie rozpraszało. Czuł, że wtedy rzeźbi.

AK: A ty jak piszesz?

AW: Niestety, zwłaszcza dla mojego kręgosłupa, wybieram raczej bety… Czyli łóżko. (śmiech) A wracając do pytania – oprócz Blaszanego bębenka we wczesnej młodości sięgnęłam też po nurt powieści gdańskiej: Pawła Huellego, Stefana Chwina. Doceniałam te historie dziejące się w moim mieście. Jednocześnie czułam, że to męskie i trochę starodawne pisanie. Piszą mężczyźni, którzy inspirują się innym mężczyzną, wielkim umysłem, noblistą… I że wokół niego powstała pewna kulturka, pełna nabożności szkoła. Dystansowałam się od tego i w liceum chętniej ostentacyjnie czytałam Dzienniki Anaïs Nin.

AK: A co czytałaś po tym, jak po kilkunastu latach znów zamieszkałaś w rodzinnym mieście?

AW: Pamiętam książkę Karoliny Kuszyk Poniemieckie. I kilka innych podobnych reportaży opisujących powojenne przemiany społeczne. Wtedy też do mnie dotarło, że jestem właśnie z takiego poniemieckiego tworu, z miasta, którego infrastruktura w dużej mierze została wybudowana przez Niemców. W jakiś sposób także piękno Gdańska – choćby Oliwy, gdzie rozmawiamy: niska zabudowa, eleganckie wille – nie było polskie. Wchodząc w tę złożoną historię, zainteresowałam się losem nadzorczyń SS obozu Stutthof, powieszonych 4 lipca 1946 roku na Pohulance. Odbyła się wtedy publiczna egzekucja, skrócono godziny pracy w zakładach, specjalne autobusy dowoziły mieszkańców na miejsce. Wyrok śmierci zapadł w pierwszym powojennym gdańskim procesie – skazanymi były płotki: szeregowy esesman, kilku Polaków pełniących funkcje kapo i blokowych, i te młode niemieckie nadzorczynie. Średnio miały dwadzieścia cztery lata. Przed wojną były konduktorkami, sprzedawczyniami, czasem bez zawodu, jedna była siostrą Czerwonego Krzyża. Latem 1944 roku urząd pracy wezwał je na kurs sprawdzający, czy nadadzą się do obozu Stutthof. Przeszły szkolenie praktyczne i ideologiczne. Ale już przed wojną nasiąkały propagandą, a praca w obozie była dla nich awansem społecznym i finansowym. W Stutthofie i jego podobozach pilnowały ciężko pracujących żydowskich więźniarek. Trzydziestosześcioletnia, najstarsza z nadzorczyń po kilku tygodniach odmówiła dalszej służby, reszta została do końca. Zainteresował mnie ich proces, zbiorowe emocje, wina i kara, to, jak z oprawczyń strażniczki stały się ofiarami. Nie pochowano ich. Ciała po egzekucji przewieziono do Akademii Medycznej, wykorzystano jako preparaty. Pracuję teraz nad tekstem na ten temat.

AK: Na jakich wątkach skupiasz się, pisząc sztukę o Grassie?

AW: Jeszcze je wybieram. Gdy zaczęłam o nim czytać, stworzyłam jakiś wstępny tekst, który – już to wiem – pójdzie do kosza. Ale musiałam sobie jakoś jego życie poukładać; było przebogate. Na razie doświadczam właśnie tego nadmiaru i chaosu, który muszę dramaturgicznie wyselekcjonować, żeby opowiedzieć przez tę postać o czymś, co może dotknąć współczesnego widza. Ale na pewno będą mnie prowadzić zagadnienia winy i strachu przed ujawnieniem prawdy o sobie.

AK: Przypomnijmy najważniejsze fakty o Grassie: urodził się 16 października 1927 roku w Wolnym Mieście Gdańsku. Wilhelm, ojciec Güntera, był ewangelikiem, niemieckim kupcem i właścicielem sklepu kolonialnego; matka, Helena (z domu Knoff), katoliczką, Kaszubką z Kosznajderii. Rodzina mieszkała we Wrzeszczu przy Labesweg 13, dzisiejszej ulicy Lelewela. Günter chodził do szkoły powszechnej przy Pestalozzistraße (ul. Pestalozziego), potem do Conradinum. W 1942 roku zgłosił się na ochotnika do Kriegsmarine, był jednak za młody, by zostać przyjętym. Ale już rok później przydzielono go do służby pomocniczej w oddziałach Luftwaffenhelfer, następnie wcielono do Reichsarbeitsdienst, paramilitarnej Służby Pracy Rzeszy, a w listopadzie 1944 roku został powołany do Waffen-SS. Służył tam siedem miesięcy. Ranny, trafił do amerykańskiego obozu jenieckiego, gdzie przebywał do kwietnia 1946 roku. Długo ukrywał swoją służbę w SS i to wywołało wiele kontrowersji. Część osób, w tym Lech Wałęsa, domagało się, by pisarz zrezygnował z tytułu honorowego obywatela Gdańska…

AW: Było referendum, czy odebrać mu ten tytuł. Większość respondentów odpowiedziała, że nie, nie odbierać. Wałęsa początkowo był oburzony, potem zmienił zdanie. O tym, że służył w SS, Grass napisał we wspomnieniowej książce Przy obieraniu cebuli, która ukazała się w sierpniu 2006 roku. I rzeczywiście, w wymiarze biograficznym dziś często kojarzymy Grassa tylko z tą awanturą. Znamy jego postać ze strzępków informacji. Chcielibyśmy, żeby był nasz jako laureat literackiej Nagrody Nobla, ale już niekoniecznie jako człowiek z całym bagażem doświadczeń, z wewnętrznymi konfliktami, tym bardziej że był Niemcem. Grass wiele razy miał okazję przyznać się do służby w SS. Nie zrobił tego wcześniej – być może dlatego, że mogło mu to przeszkodzić w marszu po Nobla. To był bardzo ambitny, skupiony na karierze człowiek. Sam zresztą mówił, że już jako siedemnastolatek wiedział, że chce być artystą i chce być sławny. Nie przeszkodziło mu to oczywiście mieć szóstki dzieci z trzema kobietami, ale to już inny wątek…

AK: Po latach przyznał, że jako nastolatek był głupim, małym nazistą.

AW: Tak, bardzo interesująco to opisuje. Staram się rozumieć jego młodzieńcze emocje. Marzy o marynarce wojennej, chce być żołnierzem, przeżywać, walczyć, nosić mundur – takie chłopackie pragnienia. Jednocześnie, zgłaszając się do wojska, chciał się uwolnić od wpływu rodziców.

AK: Co się z nimi działo w czasie wojny?

AW: Mieszkali w Gdańsku, prowadzili sklep kolonialny. Natomiast po wojnie – co jest mało opisane, a mnie jakoś to dotknęło – Helena i Wilhelm z młodszą o trzy lata siostrą Güntera, Waltraud, wyjechali do jakiejś wioseczki w Niemczech i mieszkali u bauera. Pisali o nim w bardzo negatywnym tonie, bo za mieszkanie mieli chlewnię. Sam bauer też nie był zbyt zadowolony, że Grassowie zostali mu przydzieleni. Ale gdzieś przecież trzeba było tę przesiedloną ludność umieścić… Siostra Güntera szukała swojej drogi życiowej, chciała iść do zakonu, w końcu za radą brata została położną. Czytając o tym wszystkim, uświadomiłam sobie, jak często my, współcześni, jesteśmy potomkami ludzi napływowych, którzy dopiero niedawno zakotwiczyli się gdzieś na dłużej. Tak wygląda historia świata, polega na ciągłych wojnach, zmianach, wędrówkach. Wystarczy popatrzeć na mapę Europy czy – bliżej – jak zmieniały się granice Polski. Nieustanny ruch. Wydaje nam się, że jesteśmy skądś od zawsze i na zawsze – a jesteśmy tylko w bardzo ograniczonych okresach. Trudno nam wyjść poza skalę pojedynczego ludzkiego życia i zobaczyć większe mechanizmy, które nami rządzą.

AK: Grass po wojnie też już nie wrócił do Gdańska.

AW: Nie. Po wyjściu z amerykańskiego obozu jenieckiego odbył wielką wędrówkę, och, to dopiero jest ogrom miejsc i ludzi. Ciekawe, jak ja to skrócę… Grass wiedział, że chce być artystą, pojechał więc do Düsseldorfu, by studiować w Akademii Sztuk Pięknych. Ale to czas tużpowojenny, uczelnia była jeszcze zamknięta, ponieważ brakowało węgla do ogrzewania. Jeden z profesorów, który akurat spotkał Grassa na korytarzu ASP, powiedział mu, że dobrze by było, gdyby wyrobił sobie papiery kamieniarza i w ten sposób zarabiał na życie. I że profesor ma nawet znajomego, który Günterowi w tym pomoże.

AK: Od tego zaczęła się jego przygoda z rzeźbą?

AW: Tak. Robił różne rzeczy: płaskorzeźby, elementy zdobnicze do budynków, nagrobki. Jednocześnie szukał swojej rodziny. Nie wiedział, że trafili do bauera.

AK: Czy ta powojenna rodzinna odyseja będzie jedną z osnów twego dramatu?

AW: Właśnie ich szukam. Szukam też kobiet, wokół których mogłabym posplatać wątki. Bardzo zaciekawiła mnie matka Güntera. Niestety, sam Grass zrobił mi konkurencję, bo Agnes, matka Oscara z Blaszanego bębenka, jest postacią bardzo inspirowaną Heleną. Wiem, że została zgwałcona przez Rosjan, jak tutaj weszli, chroniła córkę. W Przy obieraniu cebuli Grass pisze, że matka była dla niego bardzo ważna; jest taki przepiękny, nie sentymentalny, ale prosty, uczuciowy, podany bez ironii opis żegnania się z matką. Zmarła dosyć szybko po wyjeździe do Niemiec. Miała, zdaje się, raka jelit, brzucha generalnie, co też mu się kojarzyło z gwałtem. Z nią był blisko, z kolei z ojcem miał dość konfliktową relację. Günter dystansował się wobec drobnomieszczaństwa, chciał żyć inaczej. Zdaje się też, że ojciec psychologicznie był raczej uległy matce, to ona rządziła w rodzinie.

AK: Mówiłyśmy o kontrowersjach wokół Grassa sprzed dwudziestu lat, dziś pewnie też się ich nie uniknie?

AW: Bardzo możliwe. Gdy wybierasz jakąś postać na bohatera dramatu i coraz lepiej poznajesz jej życie, wiesz, że nie chcesz go przekłamać. A jednocześnie musisz coś z niego wybrać, skupić się tylko na pewnych aspektach. Starałam się jak najwięcej pociągających mnie wątków rozpisać na sceny i na razie mieć je w zanadrzu. Premierę planujemy dopiero na 2027 rok, mogę więc spokojnie pracować. Ale już teraz jestem świadoma tego, że gdy postawię Grassa na scenie, w Gdańsku, w klimacie politycznym, jaki teraz panuje, nie obędzie się bez zgrzytów.

AK: Wystarczy przypomnieć pełne oburzenia reakcje na wystawę Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy w Muzeum Gdańska.

AW: Właśnie. To mnie bardzo ożywiło umysłowo. Nie miałam pojęcia – może dlatego, że długo żyłam w Warszawie, ale też dużo podróżowałam, przez ponad rok mieszkałam w Berlinie, kilka miesięcy spędziłam w Londynie, dotknęłam też życia w mniejszych i bardzo odległych ośrodkach, jak Tarnów – jak temat niemieckości na Pomorzu można wykorzystywać propagandowo, jakie on potrafi wywoływać emocje. Jak łatwo można zaprzęgnąć tę historię w wygodną dla siebie narrację. Ile w tym braku pewności siebie, swojej wspólnoty. Bo kto tutaj, teraz, dzisiaj jest niemiecki w Gdańsku? To trochę jak antysemityzm w kraju, w którym nie ma Żydów.

AK: Wsadzisz więc kij w mrowisko?

AW: Chciałabym. Bo kto zdaje sobie sprawę z tego, czym było przed drugą wojną, a zwłaszcza podczas niej wcielenie do niemieckiej armii? To nie była kwestia dyskusji – albo to zrobisz, albo nie żyjesz, i twoja rodzina też. Wiele osób nie ma pojęcia, jakie wtedy działały mechanizmy.

AK: Czy czytając Grassa i o Grassie, natknęłaś się na coś, czego nie wiedziałaś albo co cię zaskoczyło?

AW: Na pewno jego działalność polityczna. Nie miałam pojęcia, że był tak aktywny. Niedawno wybrałam się do Bremy, gdzie mieliśmy rozmowę z Pitem Holzwarthem, dramatopisarzem po siedemdziesiątce, który też pisze sztukę inspirowaną życiem Grassa, z tym że dla Bremer Shakespeare Company. Spotkanie z nim uświadomiło mi, w jak różnych kontekstach żyjemy. W Niemczech Grass grał kompletnie inną rolę, był intelektualistą zaangażowanym politycznie – jeździł z Willym Brandtem, ówczesnym kanclerzem Niemiec, w kampanii, pisał mu przemowy, wpierał go piórem. Tymczasem my, mam wrażenie, niewiele wiemy o tym aspekcie jego życia. Nie mamy też szerszego pojęcia o tym, jak niemieckie społeczeństwo przerabiało drugą wojnę i swoje winy. I kiedy w końcu zaczęło je przerabiać.

AK: Nie wiem, czy widziałaś dokument o Leni Riefenstahl z 2024 roku. Byłam w szoku, oglądając fragmenty wywiadów z nią w niemieckiej telewizji z lat siedemdziesiątych. Riefenstahl uparcie twierdziła, że nie wiedziała, co się dzieje w obozach koncentracyjnych, że nie wspierała faszyzmu i Hitlera. Tłumaczyła, że jest artystką i że gdyby to Churchill zlecił jej realizację dokumentu o olimpiadzie, to też by to zrobiła. Do końca życia brnęła w zaparte. Druga rzecz, która mną wstrząsnęła, to worki pełne listów poparcia, jakie dostawała po każdym takim wywiadzie. „Ma pani rację, to ci cholerni komuniści, nie mamy się czego wstydzić…”

AW: Rozumiem to wyparcie. Podobnie było z nazistami, którzy nie zostali skazani. Symboliczna denazyfikacja, procesy, w których wyroki były albo odpuszczane, albo bardzo krótkie. Bo przecież powojenne Niemcy potrzebowały ludzi do pracy w aparacie państwowym, do obsadzania urzędów, kompetentnych, umiejących pracować.

AK: Zdolnych naukowców – co z tego, że z faszystowską przeszłością – potrzebowały też Francja i Stany Zjednoczone. Do USA sprowadzono ich ponad siedmiuset, w tym Wernhera von Brauna, współtwórcę rakiet V2, który bardzo się potem przydał w rozwoju amerykańskiego programu kosmicznego.

AW: Można się za głowę złapać! Gdzie są granice konsekwencji? Przed tą kwestią stanęło też powojenne pokolenie Niemców – co zrobić z naszymi rodzicami? Wszystkich przecież nie skażemy, nie zabijemy, nie przestaniemy się do nich odzywać na zawsze. Myślę również, że nie rozumiemy siły propagandy w latach tużprzedwojennych. Tego, w jakiej atmosferze żyli wtedy ludzie, jakie tematy na lekcjach miały te moje nadzorczynie ze Stutthofu, jak brakowało wiedzy, krytycznego myślenia. I to mnie porusza. Pewnie też z powodu złożonej gdańskiej historii chcę ten dramat napisać właśnie dla Gdańska. Gdzie indziej nie miałby takiej siły rażenia. Bo u nas chyba szczególnie figura Niemca jest wieloznaczna. Kto to jest? Odwieczny wróg? Nasz przodek?

AK: Do tego dostarczyciel darów w kryzysowych latach osiemdziesiątych. Przedstawiciel świata Zachodu, do którego wzdychaliśmy.

AW: Prawda? Kto nie wyjeżdżał do pracy w Reichu?

AK: I kto – nieraz na siłę – nie znajdował niemieckich korzeni, byle się dostać to tej krainy mlekiem i miodem płynącej, tam tyrać (nierzadko u bauera), tam potem szczęśliwie emeryturę czy rentę pobierać…

AW: Właśnie. Mamy do Niemca schizofreniczne podejście. I wciąż problem z niemieckim cudem gospodarczym, bo jak to, kraj, który przegrał wojnę, może żyć w dostatku? Nie zapłacić reparacji, gdy u nas bieda, komuna. Zupełnie inne światy. U nich bogactwo, samochody, pełne sklepy… Ci, co przegrali wojnę, wygrali powojenną codzienność. Ciekawie się czyta o przyjazdach Grassa do Gdańska w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych. Brzydkie, szare miasto. O Gdyni mówił, że już nigdy nie będzie dawną piękną Gdynią. On zresztą właśnie stamtąd – z Gotenhafen, jak miasto się wtedy nazywało – próbował zaciągnąć się do marynarki. Grass ze smutkiem obserwował to zacofanie, dziurę cywilizacyjną. I polemizował z młodszym pokoleniem Niemców, z ich lewicowymi, hipisowskimi ruchami, krytykował dziewczynki, które grają w tenisa i nic nie wiedzą o tym, skąd to się wszystko wzięło, z czego pochodzi ten kapitał, pozwalający im spędzać dziś czas na korcie.

AK: Lubisz w ogóle Grassa jako postać i autora?

AW: Lubię pierwsze książki, trylogię gdańską; późniejsze, te zaangażowane politycznie, często bardzo wysokokontekstowe, sprawiały mi trudność i były zupełnie inne, mniej porywające stylistycznie. Wszystkie też, cóż, są pisane z mocno męskiej perspektywy… Zastanawia mnie, ile twórczość Grassa znaczy dzisiaj, czy jest czytany, w jakim stopniu jego książki to wciąż żywa literatura. Pytałam o to w Lubece ludzi, którzy pracują w tamtejszym muzeum Grassa. Szczerze odpowiadali: jest tak sobie.

AK: A co, twoim zdaniem, przetrwało? Po jakie lektury warto dziś sięgać?

AW: Na pewno po trylogię gdańską, czyli Blaszany bębenek, Kot i myszPsie lata. Jest piękna językowo, z wyrazistymi postaciami. Bardzo mi się podobały Psie lata i emanujący z nich rodzaj ironii, mroczne, jednocześnie groteskowe i psychologicznie interesująco skonstruowane postaci. Jest w tym epicki rozmach. Może któreś z emblematycznych postaci Grassa powinny ożyć w mojej opowieści, znaleźć się na scenie? A może w powietrzu wisi zupełnie inny temat, który dziś porusza bardziej? Zobaczymy.

AK: Dramat o Grassie to nie pierwsza sztuka w twojej karierze.

AW: Wystartowałam, mając dwadzieścia lat. Mój pierwszy dramat, Krzywy domek, opowiadał o dwóch siostrach, o trudnych relacjach międzyludzkich. Znalazł się w finale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Dzięki temu wyróżnieniu uznałam, że słyszę, że mam zmysł lingwistyczny, że umiem portretować ludzi. Jednocześnie bardzo mi zależało, by rozumieć, jak się prowadzi historię, jak pracuje się nad bohaterem, który nie jest alter ego autora, co charakterystyczne dla młodych twórców: ja, dwudziestoletni, który analizuję siebie – groza debiutanckich dramatów… Taki wiek, później zwykle się z tego wyrasta. Myślę, że przeceniamy czasem to, jakimi dowcipnymi, interesującymi osobami jesteśmy. Dlatego najważniejsze to wyjść ze swoich butów, na tym polega prawdziwa przyjemność pisania.

AK: Udaje ci się to?

AW: Myślę, że tak. W przedostatniej mojej premierze – Biedermannach, wystawionych w Teatrze Powszechnym w Łodzi – opowiadałam historię rodziny łódzkich fabrykantów. Narrację prowadzi Bruno Biedermann, lat sześćdziesiąt cztery, który zastanawia się, czy popełnić samobójstwo. I dla mnie było to coś wspaniałego: stać się przemysłowcem po sześćdziesiątce, stojącym przed dramatyczną decyzją w 1945 roku. Wtedy do Łodzi weszli Rosjanie, wypędzili Niemców, przejęli pałac Biedermannów, a całą rodzinę chcieli zabrać do obozu NKWD na Sikawie. Bruno wie, że tam umrą, i przez godzinę, którą Rosjanie dali im na opuszczenie pałacu, rozważa samobójstwo.

AK: Jak się czułaś w jego skórze?

AW: Świetnie, bo pisząc, przeżywałam coś, czego nie przeżywam w swoim życiu. A przeżywając to – jakkolwiek patetycznie może to zabrzmieć – uczę się rozumienia innego: człowieka, świata, myślenia. Myślę, że to jest prawdziwa przyjemność i cel obcowania z historiami – teatralnymi, filmowymi, książkowymi, tymi, które opowiada nam ktoś w przedziale pociągu: że wychodzimy ze swojej narracji w czyjąś i uczymy się patrzeć na świat innymi oczami niż tymi danymi nam przy urodzeniu.

Aleksandra Kozłowska

Aleksandra Kozłowska

Dziennikarka freelancerka, współpracuje z „Przekrojem”, „Polityką”, „Tygodnikiem Powszechnym”, portalem ngo.pl; członkini Unii Literackiej. Współautorka – z Mirellą Wąsiewicz – reportażu Islandia i Polacy. Historie tych, którzy nie bali się zaryzykować (Znak Literanova, Kraków 2023) oraz autorka książki Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów (Znak, Kraków 2024), nominowanej do nagrody Grand Press – Książka Reporterska Roku i do Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”. Lubi głuszę, wiatr i zimno, biwaki i rower o każdej porze.

Justyna Lipka

Justyna Lipka

Witrażystka, absolwentka malarstwa na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, sceptyk wrażliwiec, z ucztującym okiem. Urodzona 1992, związana z Toruniem i Olsztynem. Robi szkło, rysunki, fotografie, różne. Obecnie udziela się we własnej pracowni szkła i witrażu.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Legendarna Trawa w kościele Świętego Jana Legendarna Trawa w kościele Świętego Jana Legendarna Trawa w kościele Świętego Jana
Daniel Odija

Legendarna Trawa w kościele Świętego Jana

Kim jest Günter Grass? Kim jest Günter Grass? Kim jest Günter Grass?
Tymoteusz Skiba

Kim jest Günter Grass?