Najdłużej ukazujące się pismo literackie w Gdańsku – „Migotania” – niebawem obchodzić będzie 25-lecie istnienia. „Po prawie ćwierć wieku najbardziej dumny jestem z tego, że pismo dociera do czytelników na całym świecie, oraz z tego, że publikowali i do dziś publikują u mnie najlepsi. To nie jest lokalne gdańskie pisemko” – opowiada Zbigniew Joachimiak, obecnie redaktor naczelny i główna siła napędowa „Migotań”. Z tej okazji postanowiłem porozmawiać z pierwszą redakcją pisma, którą razem z Joachimiakiem współtworzyli poeci Władysław Zawistowski oraz Antoni Pawlak.
Jacek Szafranowicz: Zanim przejdziemy do historii kwartalnika „Migotania”, chciałbym zapytać panów o samo miejsce akcji. Jak wspominają panowie Gdańsk z wczesnych lat dwutysięcznych, kiedy rozkręcaliście to pismo?
Władysław „Adzik” Zawistowski: Mniej samochodów, więcej ptaków.
Antoni Pawlak: Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zatęskniłem za Gdańskiem, za ludźmi, których znałem z podstawówki albo liceum. Wróciłem więc z Warszawy i zamieszkałem w starym Wrzeszczu. W sąsiedztwie miałem dużo menelstwa, bywało męcząco. Na przykład sąsiad mieszkający piętro wyżej regularnie wychodził na balkon i odlewał mi się na kwiaty w doniczkach. Jednego razu, gdy to robił, wychyliłem się i zapytałem: „Czy pan musi szczać akurat tutaj?”, na co on – zgodnie z prawdą – odpowiedział: „Nie twój, chuju, interes”. (śmiech) Ale mimo wszystko Gdańsk, szczególnie Wrzeszcz, to moje miejsce na ziemi. Moje miejsce magiczne.
Zbigniew Joachimiak: Towarzyszyło mi poczucie dysonansu, które polegało na tym, że przeżyło się w Gdańsku ważne wydarzenia historyczne, ale one nie pociągnęły za sobą ważnych wydarzeń kulturalnych – i to pozostało we mnie do dziś. Jak było wtedy… Pamiętam, że było ciszej. Znacznie ciszej.
WZ: Pierwszy numer „Migotań” ukazał się w 2002 roku. Przypomnę: jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, jeszcze na takim rozbiegu z lat dziewięćdziesiątych. A jakie były tamte lata? No, dosyć paskudne. Gdańsk był wczesnokapitalistycznym miastem na dorobku. Obecnie – ćwierć wieku później – już ten dorobek ma.
JS: „Migotania” nie prezentowały się jak typowe pismo literackie. Były duże, wyglądały jak gazeta.
ZJ: Właśnie o to chodziło: żeby przypominały gazetę, coś codziennego użytku – ale publikowały literaturę na wysokim poziomie. I druga rzecz, równie ważna: żeby wykraczały poza to, co gdańskie. To miała być gazeta ogólnopolska.
WZ: Zbyszek ma rację. To, że gazeta ukazywała się w Gdańsku, nie było sprawą zasadniczą. Robiliśmy ją tutaj, ale nie chcieliśmy wydawać czegoś w rodzaju lokalnego pisma społecznego-kulturalnego – gdzie nieraz publikuje się bzdety. Braliśmy tylko to, w czym widzieliśmy jakość. Nie chcieliśmy też wyglądać jak typowe pismo literackie – „Twórczość”, „Dialog” albo „Odra” – klejone na grzbiecie, w formacie książkowym. Wychodziłem z założenia, że jeżeli już mamy robić nowy tytuł, to niech to będzie prawdziwa gazeta: kilka szpalt zadrukowanych poezją czy inną formą literacką.
AP: Od samego początku w podtytule stało: „gazeta literacka”. Pomyśleliśmy, że taki format – choćby ze względu na rozmiar – będzie nie tylko robił wrażenie, ale też nas wyróżniał. I się nie pomyliliśmy.
WZ: I jeszcze jedna ważna rzecz: bardzo mi zależało na tym, żeby „Migotania”, skoro już miały być gazetą, zyskały również taki charakter, jaki często mają dzienniki, żeby cechowała je różnorodność: były felietony, wywiady, a nawet rubryki trochę plotkarskie.
JS: Serio? (śmiech)
WZ: Pomysł był nietypowy, to prawda, ale właśnie na tej nietypowości nam zależało. Zresztą sama nazwa pisma – przez pierwszych parę lat nazywało się ono „Migotania, Przejaśnienia” – też była niestandardowa. W pismach literackich najczęściej jest strasznie poważnie, brak lekkości, dystansu, jakiejś przeciwwagi. Więc my mieliśmy rubrykę o życiu towarzyskim: „Kronikę wypadków literackich i towarzyskich”.
ZJ: Mieliśmy też „Subkonto Pawlaka”, rubrykę, do której Antek pisał świetne felietony. Sporo ludzi o tym nie wie, bo najbardziej znany jest jako poeta oraz rzecznik prasowy Adamowicza. A można się było nieraz uśmiać.
JS: Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby stworzyć tę gazetę?
WZ: „Migotania” powstały w specyficznej, dość szczęśliwej sytuacji, na którą złożyło się kilka elementów. Otóż było sobie wydawnictwo Tower Press [działające w Gdańsku w latach 1996–2008 – przyp. JS], komercyjne, ale pracowało w nim czterech poetów, czyli my plus – znacznie od nas młodszy – Michał Piotrowski. W pewnym momencie uruchomiliśmy serię poetycką. Szło nam – jak to na ogół z poezją bywa – z pewnymi oporami, na poezji się przecież nie zarabia. Niemniej wydaliśmy parę świetnych książek poetyckich, a jedną z nich był obszerny wybór wierszy Zbyszka, zatytułowany Migotania, przejaśnienia, czerwone tunele.
Promocja wyglądała wtedy tak, jak w zasadzie wygląda dziś: po prostu organizuje się spotkanie autorskie. Byliśmy już czymś takim znużeni. Zastanawialiśmy się, jak można by ciekawiej pokazać tę książkę, wyjść poza rutynę. I wtedy, podczas rozmowy z Antkiem, padł pomysł, żeby na okoliczność wydania książki Zbyszka zrobić jednodniówkę – kilka stron formatu A3, nakład sto sztuk za parę groszy – oraz spotkanie. Z tą różnicą, że zamiast typowego, sztywnego spotkania autorskiego będzie to impreza.
JS: I gdzie panowie poszli z tym pomysłem?
WZ: Lubiłem przełamywać schematy, więc impreza odbyła się w Sfinksie, sopockim klubie artystycznym. Udostępniono nam tę przestrzeń za jakąś symboliczną kwotę, bo już wtedy przyjaźniłem się z twórcą tego kultowego lokalu, Robertem Florczakiem. Chcieliśmy zaprosić wszystkich autorów, którzy pojawili się w jednodniówce, oraz inne zaprzyjaźnione osoby, krótko mówiąc: zrobić coś w rodzaju zjazdu poetów.
AP: I to zadziałało. Z pewnym zdziwieniem zobaczyliśmy, że ludzie potrzebują tego typu spotkań. Że za nimi tęsknią. Czyli wyszliśmy naprzeciw ich pragnieniom.
WZ: Sfinks był miejscem dosyć egzotycznym, nietypowym dla imprez literackich. Wie pan, w 2002 roku autorzy, o których mówimy, to byli ludzie w zaawansowanym wieku średnim, którzy raczej po klubach nie chodzili.
ZJ: Impreza okazała się sukcesem i prędko powstał pomysł, żeby to kontynuować. Rozwinąć, powiększyć. Tak jednodniówka przerodziła się w regularnie ukazujące się pismo.
JS: W „Migotaniach” dosyć szybko pojawiły się duże nazwiska, na przykład Tadeusz Różewicz. Jak udało się panom ściągnąć go do gazety?
WZ: Akurat to nie wymagało żadnych większych koneksji. Różewicz, który często przyjeżdżał do Sopotu, wysoko cenił naszego kolegę Zbigniewa Majchrowskiego – nieżyjącego już profesora Uniwersytetu Gdańskiego – który napisał o nim parę dużych tekstów [na przykład Poezja jak otwarta rana. Czytając Różewicza (1993) – przyp. JS]. I to właśnie Zbyszek przedstawił mnie Różewiczowi. Gdy Różewicz zgodził się pokazać u nas parę wierszy, to daliśmy go na pierwszą stronę, tu się nie było co zastanawiać.
ZJ: Ale początki wcale nie okazały się takie łatwe. Byliśmy nowym tytułem, mieliśmy tego świadomość. Trochę czasu minęło, zanim liczniej zaczęły napływać propozycje do publikacji.
AP: Z początku dał się odczuć pewien brak zaufania, ponieważ poza naszymi najbliższymi znajomymi autorzy nie wiedzieli, czym są te całe „Migotania”, czy jest sens w to wchodzić. Więc tak, trochę potrwało, nim mieliśmy w czym przebierać.
JS: Panów było trzech, każdy z własnym gustem, a gazeta jedna. Podejrzewam, że trzech kucharzy w jednej kuchni to nie była łatwa sprawa. Jak się panom współredagowało „Migotania”?
AP: Metoda była prosta: gdy ktoś dostał tekst, który uważał za interesujący, dobrze napisany, to szedł z nim do kolegów – i rozmawialiśmy na temat tej propozycji. Czasem rozmowy były dłuższe, czasem krótsze…
ZJ: A zdarzało się też tak, że w ogóle nie trzeba było dyskutować. Myśmy mieli do siebie duże zaufanie. Wiadomo było, że żaden z nas – każdy z osobna – nie będzie w stanie przeczytać wszystkich propozycji, które napływały. Bywały okresy, kiedy pojawiało się ich zatrważająco dużo. Więc w tym wszystkim pomagało zaufanie. Nie przypominam sobie, żebym się złościł na kolegów, ponieważ do druku przeszło coś, co według mnie było marne. Myśmy tę gazetę robili pro bono – to się prędko stała przyjemna robota.
JS: Czyli mieli panowie z tej pracy frajdę?
AP: Myślę, że największą frajdę miał nasz sekretarz redakcji Michał Piotrowski, ponieważ miał psa, który wabił się Frajda. Ale praca nad „Migotaniami” dawała nam rzeczywiście wiele satysfakcji. Tworzenie tego pisma to była wspaniała przygoda. Tego nie da się porównać z niczym innym.
JS: To, o co teraz zapytam, może się wydać tendencyjne, ale skąd u panów w ogóle ambicja, żeby oprócz pisania zajmować się też redagowaniem? Każdy, kto pisze, chce publikować, wiadomo, ale przecież nie każdy ma ochotę być redaktorem, pracować na co dzień z cudzymi tekstami…
WZ: Ależ nie, pan jest w błędzie. Bycie autorem i zarazem redaktorem to są często sprzężone powołania. Proszę spojrzeć na biografie pisarzy z PRL-u. Bardzo wielu z nich – włącznie z najwybitniejszymi, Iwaszkiewiczem czy Andrzejewskim – było redaktorami, niektórzy nawet przez całe życie. Dla was, młodszych, to może nie być oczywiste, ale wtedy – mam na myśli nasze środowisko polonistyczne w latach siedemdziesiątych – prawie każdy młody poeta czy krytyk chciał być redaktorem w piśmie literackim. Redagowanie pisma wydawało się niemalże najciekawszą rzeczą, jaką można w życiu robić. Z chęci redagowania rodziły się próby szukania trybuny dla samego siebie. To szło ze sobą w parze. W dużym stopniu dlatego, że miejsc ekspresji było niewiele, możliwości na tym polu były bardzo ograniczone.
Dzisiaj opublikowanie czegokolwiek jest banalnie proste. Ale wtedy? Po pierwsze, w tamtym czasie wszystko, co się ukazywało, było kontrolowane przez państwo – i państwo to limitowało. Po drugie, całe województwo gdańskie miało – niech pan sobie wyobrazi – jedno niewielkie wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie. Szło się więc do Wydawnictwa Morskiego, a tam siedziała pani, która mówiła: „No tak, te wiersze są nawet niezłe, mają dobre recenzje wewnętrzne, ale wie pan, ja mam w kolejce do serii poetyckiej piętnaście osób. Ale niech będzie, pan będzie szesnasty, książka się ukaże za cztery lata”. Ukazywała się za sześć albo wcale. Tak to wyglądało.
AP: To prawda. Na wydanie debiutu książkowego [mowa o zbiorze wierszy Obudzimy się nagle w pędzących pociągach, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1981) – przyp. JS] czekałem sześć lat.
JS: To dopiero musiała być próba cierpliwości. (śmiech)
AP: Tylko że dla młodego poety, dorabiającego się własnego głosu, sześć lat to naprawdę bardzo długo. Młody poeta po takim czasie jest już zupełnie innym człowiekiem i innym, bardziej dojrzałym twórcą.
WZ: Ale ta niewygodna sytuacja powodowała, że ambicje były większe: dzięki temu bardziej chciało się działać. Pewnie żaden z nas genialnym poetą nie był, ale stało się tak, że bardzo szybko zaczęto nas – Zbyszka, Antka i mnie – drukować, również poza gdańskimi opłotkami. Myśmy byli niezwykle aktywni, jeździliśmy na imprezy literackie, dostawaliśmy nagrody, starsi nas zauważali. No i wydawaliśmy: najpierw „Litteraria” na Uniwersytecie Gdańskim – to była wielka szkoła dla nas wszystkich – po drodze głośną antologię Nowy transport posągów, a potem sławny „Punkt”, zlikwidowany w stanie wojennym.
AP: Moja ścieżka do bycia redaktorem wyglądała inaczej. Gdy w latach siedemdziesiątych działałem w opozycji, publikowałem w pismach podziemnych. W pewnym momencie dołączyłem do redakcji „Pulsu” – ważnego wówczas pisma drugiego obiegu – który współtworzyłem w świetnym towarzystwie moich dobrych kolegów poetów: Jacka Bierezina i Leszka Szarugi. Ale na tamtym etapie to nie było jeszcze prawdziwe redagowanie, ponieważ ludzie, u których zamawialiśmy teksty, byli doświadczonymi autorami, świadomymi tego, jak piszą. Więc rzadko kiedy zdarzało się, że trzeba było coś im ciąć albo poprzestawiać w tekście. Po zmianie ustroju otworzyły mi się oczy, dostrzegłem, że trzeba będzie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A ja nie miałem zawodu, nic nie umiałem. No to pobiegłem do „Gazety Wyborczej”, bo tam miałem przyjaciół, i dopiero wtedy naprawdę zacząłem uczyć się fachu: jak redagować cudze teksty i – co często było najważniejsze – jak robić to szybko. Czyli to był wynik takiego, a nie innego splotu okoliczności – nigdy nie czułem powołania, o którym mówi Adzik.
JS: A jak było w pana wypadku, panie Zbigniewie?
ZJ: Do mnie redaktorstwo przyszło, że tak powiem, naturalnie. Odkąd pamiętam, dużo czytałem i miałem przyjemność z odkrywania nowych autorów. Zawsze chciałem być świetnie zorientowany, co się pisze i jak się pisze. A poza tym to była także furtka do nawiązywania nowych znajomości. Dzięki literaturze miałem mnóstwo okazji do poznania wielu wspaniałych, utalentowanych ludzi.
JS: Teraz zrobi się poważnie, ale myślę, że warto o to panów zapytać. Czym jest dobra literatura? Co się na nią składa?
ZJ: Wprawdzie pięćdziesiąt lat robię w literaturze, ale pytań tego typu nigdy nie lubiłem i do dziś nie lubię.
AP: W latach siedemdziesiątych rozmawiałem na ten temat z moim bliskim przyjacielem Stanisławem Esdenem-Tempskim. Powiedziałem wtedy coś, do czego nadal jestem przywiązany: Gdy coś czytasz i idzie ci przy tym dreszcz po krzyżu, to znaczy, że masz do czynienia z dobrą literaturą. Potrafię myśleć o literaturze tylko w kategoriach uczuć, emocji, które przeżywam, kiedy ją czytam. Cała reszta – teoria literatury i tak dalej – kompletnie mnie nie interesuje.
ZJ: Widzi pan, przez „Migotania” przewinęło się blisko tysiąc nazwisk – zarówno z kraju, jak i z innych rejonów kuli ziemskiej – a ja niechętnie na takie pytanie odpowiadam. Trochę to zalatuje paradoksem, ale wyjaśnię, z czego wynika: otóż nie istnieje obiektywna ocena literatury. Co to miałoby znaczyć, że tekst jest dobrą literaturą? Wie pan, o tym decyduje mój gust, moja wrażliwość. Zawsze, za każdym razem. Dlatego nie odpowiem na to pytanie. Każdy tekst jest własny – czyli różni się od wszystkich innych. Musiałbym mieć – tu i teraz – przed sobą czyjś tekst, poznać go i po lekturze ocenić, czy moim osobistym zdaniem warto go pokazać innym ludziom czy nie. Jeśli ktoś zabiera się do tego inaczej – to dla wszystkich byłoby najlepiej, gdyby to porzucił. Jeżeli czytelnik z czasem zaczyna cenić pismo, po które sięga, to z czego to wynika? Z tego, że ceni redaktorów, którzy dobierają dobrych autorów. Złej literatury jest dużo głównie przez to, że jest mało dobrych redaktorów.
JS: Przejdźmy do przyjemniejszego tematu. Kto wpadł na pomysł, żeby bazą kolejnych imprez wokół „Migotań” stał się Turbot [nieistniejąca już restauracja w piwnicy Ratusza Staromiejskiego przy ulicy Korzennej – JS]?
WZ: Sfinks był opcją atrakcyjną, ale po jednodniówce uznałem, że do kolejnych imprez trzeba będzie znaleźć coś kameralnego. W pewnym momencie olśniło mnie, że przecież mamy pod nosem – na Starym Mieście – porządny lokal, który idealnie się do takiej inicjatywy nada, a w dodatku prowadzi go nasz stary przyjaciel Maciej Kraiński.
AP: Tak, w przypadku organizowania imprez wokół „Migotań” przewodził Adzik. Pamiętam, że gdy Maciek zgodził się na pomysł Adzika, by organizować promocje naszej gazety w Turbocie, odetchnąłem z ulgą, że jeden problem, dosyć istotny, mamy z głowy.
WZ: Wtedy też skrystalizowała się następująca idea: robimy życie literackie, a nie tylko gazetę. Oczywiście, sama gazeta była ważna, bo ona kleiła wszystko do kupy: autorzy, którzy gościli w danym numerze, przyjeżdżali do nas, żeby poczytać swoje utwory. Ale to się odbywało w atmosferze imprezy, a nie sztywnego wydarzenia literackiego. I teraz proszę posłuchać uważnie, bo to ważne: wszystko mogło się udać, ponieważ myśmy to robili za bardzo małe pieniądze. Redakcja nie płaciła honorariów, nie płaciła też nikomu, kto pracował przy gazecie, nawet za łamanie. Płaciliśmy za druk, i tyle.
ZJ: Pro bono, panie redaktorze, pro bono.
WZ: Maciek Kraiński dawał nam knajpę na cały wieczór, my zamawialiśmy dla gości trochę wina i piwa, czasem ogarnęło się także jakiś poczęstunek, to nie były zawrotne kwoty. Największe koszty pojawiały się, gdy na przykład ściągaliśmy na imprezę Ernesta Brylla albo Jacka Kleyffa, ponieważ niektórym z naszych autorów trzeba było załatwić hotel.
AP: Można było palić papierosy – co dla mnie było nie bez znaczenia. (śmiech)
JS: Zabiegali panowie o jakieś wsparcie finansowe od miasta?
ZJ: Nie braliśmy nic od miasta, nigdy – ani miasto nie interesowało się „Migotaniami”. „Migotania” to była zupełnie prywatna operacja. Przypadła na złoty okres Tower Pressu, nikt się nie bawił w proszenie o granty.
JS: Zastanawiam się, czy imprezy w Turbocie nie wynikały również z waszej frustracji jako, mówiąc wprost, starszego pokolenia? Że nie macie pisma takiego jak „Litteraria”, które redagowaliście za młodu na Uniwersytecie Gdańskim.
WZ: To ciekawe pytanie, ponieważ imprezy w Turbocie – dziś widzę to bardzo wyraźnie – były próbą reintegracji autorów z roczników pięćdziesiątych. Większość osób, które się na nich pojawiały – długo by wymieniać nazwiska, ale na przykład Anna Janko z Warszawy czy Marta Fox z Katowic – to byli ludzie w naszym wieku. Nieraz przyjeżdżali starzy znajomi, których nie widziało się od bardzo dawna. Działaliśmy tak, tak dobieraliśmy autorów, żeby na imprezy w Turbocie przyjeżdżali ludzie z całej Polski.
JS: Te imprezy trwały nieraz do późnych godzin wieczornych.
AP: Nasi autorzy to często byli także nasi koledzy i koleżanki. Pozostawaliśmy w stałym kontakcie, ale nie widywaliśmy się często, bo warunki życiowe na to nie pozwalały: praca, dzieci i tak dalej. Umówiliśmy się, że na okazję spotkań w Turbocie rezerwujemy czas tak, żeby to nie było typowe wydarzenie literackie, na które ludzie przychodzą, żeby się pokazać, ktoś coś tam czyta, są oklaski, a potem każdy jak najszybciej chce już jechać do domu. My stworzyliśmy pewnego rodzaju wspólnotę.
JS: Pamiętam, że sama frekwencja robiła wrażenie.
AP: Tak, to niewiarygodne, jaki tłum ludzi potrafił się zebrać w tej knajpie. Myślę, że robiąc te imprezy, tchnęliśmy trochę życia w ówczesny Gdańsk – a czy może być coś ważniejszego, kiedy mowa o spotkaniu wokół gazety literackiej?
JS: Jednak po paru latach owo życie literackie związane z „Migotaniami” się zakończyło.
WZ: Dokładnie mówiąc: w 2006 roku.
AP: Odeszliśmy – najpierw Adzik, potem ja – z wydawnictwa. Adzik poszedł pracować do urzędu marszałkowskiego, a ja do urzędu miejskiego. I prędko się okazało, że na literaturę nie ma już czasu.
WZ: Wszystko stanęło, bo gdy Zbyszek został z pismem sam, zrezygnował z formuły, którą wymyśliłem. Ukazały się dziesiątki numerów, które nie miały żadnej promocji, ponieważ Zbyszek nigdy jej nie robił – i nie robi do tej pory. Obecnie jest tak: ludzie przysyłają teksty, Zbyszek ma faceta, który mu to składa, numer idzie do drukarni i na tym się sprawa kończy.
AP: Muszę tu oddać Zbyszkowi, że się zaparł, żeby „Migotania” kontynuować. Mimo że został w redakcji sam, poradził sobie na wszystkich zakrętach, między innymi z upadkiem Tower Pressu.
ZJ: To nie takie proste – zrobienie numeru pisma. Jest sporo roboty redakcyjnej, koncepcyjnej, w końcu fizycznej, bo egzemplarze trzeba zapakować i wysłać. Promocji faktycznie nie organizuję, w tym Adzik był rzeczywiście dobry. Ale nie unikam spotkań z czytelnikami. Gdyby ktoś mnie zaprosił na spotkanie – jakaś instytucja kultury, klub albo biblioteka – z całą pewnością bym nie odmówił. Powiem więcej: ucieszyłoby mnie to bardzo. Niestety, nikt się nie pali do zorganizowania spotkania z pismem. Biblioteka Wojewódzka olewa obecność kwartalnika – i to dosyć konsekwentnie, bo przez całe 24 lata jego istnienia.
JS: Podejrzewam, że ciągnięcie „Migotań” w pojedynkę wymagało sporej dawki pewności siebie.
ZJ: Na początku było trochę wątpliwości, ale nie czułem się w żaden sposób heroiczny, kontynuując działalność pisma, ponieważ bardzo lubiłem je redagować. I do dzisiaj tak jest. Zawsze zależało mi na tym, żeby utrzymać jego markę, żeby ukazywało się cztery razy w roku. Nigdy nie było przerwy. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale ten kwartalnik ukazuje się dłużej niż jakikolwiek inny w dziejach Gdańska.
JS: Imponujące.
ZJ: Dziękuję. Ale wróćmy do tematu. Dziś widzę, że gdyby Antek z Adzikiem zostali w redakcji, gazeta nie przekształciłaby się w to, czym jest dziś, ponieważ pod moim zarządem „Migotania” zmieniły charakter – stały się czymś bardziej, jak by to powiedzieć, wymagającym.
JS: Mógłby pan to rozwinąć?
ZJ: Przede wszystkim zacząłem dbać o eseistykę – żeby było jej jak najwięcej i na jak najwyższym poziomie. Chciałem też zbudować wokół „Migotań” stałą ekipę, skupić wokół pisma autorów, do których zawsze mogłem się zwrócić o tekst. Nie sposób wymienić wszystkich, niemniej warto przywołać tych, którzy mieli szczególny wpływ na kształt kwartalnika, czasami od samego początku. Byli to na przykład – wspomniany wcześniej przez Antka – Leszek Szaruga, wybitny eseista, Jerzy Limon, prozaik i literaturoznawca, albo poeci Jacek Kaczmarski, Kazimierz Brakoniecki, krytyk teatralny Andrzej Żurowski, ksiądz Jan Sochoń, Anna Frajlich z Nowego Jorku, Urszula Benka oraz nasze gdańskie poetki Krystyna Lars, Anna Czekanowicz i Bożena Ptak.
JS: Moim zdaniem najmocniejszym elementem „Migotań” zawsze była właśnie eseistyka.
ZJ: To potwierdza, że robiłem dobrą robotę. Esej uważam za najważniejszą, najpojemniejszą formę kontaktu z czytelnikiem. Również najtrudniejszą. Świetny esej wymaga nie tylko doskonałego warsztatu pisarskiego, ale również erudycji. Esej odsłania poziom intelektu autora na każdym kroku, wszystko zawsze widać jak na dłoni. I dlatego o eseistykę, niestety, najtrudniej. Ale jeśli uda mi się zdobyć pięć świetnych esejów na kwartał, to wiem, że będę miał kolejny udany numer.
JS: Gdy tak słucham opowieści o „Migotaniach”, dochodzę do wniosku, że do tworzenia życia literackiego wystarczy, z grubsza rzecz biorąc, paru przyjaciół i szczere chęci. (śmiech)
WZ: Ależ oczywiście. Tyle że ja już wtedy miałem poczucie – które od tamtego czasu wyłącznie się nasila – że ta cała operacja jest mało ważna, że obchodzi coraz mniejsze grono ludzi. To było dość oczywiste już wtedy, dwie dekady temu.
ZJ: Ten gorzki pesymizm Adzika… Przykro się tego słucha. Dla mnie to obcy wymiar. Każdy kolejny rok tworzenia „Migotań” tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co robię, jest ważne – nawet jeśli dziś na ogół ludzie nie wiedzą, kim był Grochowiak albo nawet Kochanowski. Przez te wszystkie lata „Migotania” przetrwały siłą swoich autorów. Jeśli to tytuł znaczący, a nie lokalne pisemko, to dlatego, że dzięki mojemu zaangażowaniu publikowali w nim – i publikują do dziś – znakomici pisarze, literaturoznawcy, krytycy. Ale jeśli ja ich nie wynajdę albo nie zaproszę do „Migotań”, to kto gdzie indziej to zrobi? Ktoś musi o tę całą sprawę dbać, nawet jeśli to operacja na małą skalę. Powiem teraz coś, co właściwie uważam za najważniejsze, proszę dopilnować, żeby nie umknęło przy transkrypcji: nigdy nie żałowałem, że obrałem tę rolę, jestem z tego wręcz dumny.
WZ: No cóż, nie wierzę, że w społeczeństwie, w którym ludzie stoją godzinami po kebaby, bo polecił je jakiś gość w internecie – widział pan tłumy na Monciaku stojące do jakiejś budki, bo Książulo powiedział, że w niej są najlepsze w Polsce? – jakiekolwiek znaczenie może mieć jakakolwiek gazeta, zwłaszcza literacka. To się zrobiła bardzo niszowa zabawa, co oczywiście samo w sobie nie jest niczym złym. Można się bawić w niszy – ja to robię na wielu różnych polach – ale z pełną świadomością, że to nisza, a to nie zawsze daje radość. Wie pan, jak to na ogół wygląda: na spotkanie autorskie przychodzi dziesięć osób – i są to głównie koleżanki bądź koledzy autora.
JS: Dotarły do panów jakieś informacje o tym, że dziś ktoś robi w Gdańsku coś podobnego do tego, co panowie tworzyli ćwierć wieku temu?
AP: Gdyby działo się coś takiego, na pewno bym się o tym dowiedział.
ZJ: Nic mi o tym nie wiadomo. A zresztą to jest raczej pytanie do pana. Czy pan widzi dziś życie literackie w Gdańsku podobne jakkolwiek do naszego z tamtego czasu?
JS: Nie.
ZJ: Nic dziwnego. Obecnie jest tak, że podmioty, które zajmują się literaturą w Gdańsku, są zdezintegrowane – zamiast współpracować ze sobą, działają niby sprawnie, ale każdy we własnym interesie. Dopóki ludzie decyzyjni nie zobaczą, że w tej niszowej dziedzinie kultury, jaką jest literatura, wszystko opiera się na ścisłej współpracy, dopóty będzie tak jak jest – czyli niewiele będzie. Być może, gdy zostanie otwarta siedziba Domu Literatury, okaże się ona miejscem, które zintegruje ludzi, i może wtedy będzie można zacząć mówić o jakimś życiu literackim, bo obecnie ten puls jest słaby. Czas pokaże. Tymczasem ja – jak dinozaur, który pilnując „Migotań”, nie wymarł – będę przyglądać się nowej erze.
Najnowszy numer „Migotań” jest dostępny na oficjalnej stronie: www.migotania.pl. Tam również numery archiwalne kwartalnika (od 2019 roku).