Każdy tam był, każdy widział, a jeśli nie, to prędzej czy później każdy tam trafi. Limbo rejestracji, epopeja limitów, labirynt skierowań, czyściec poczekalni, numerek przeznaczenia, sąd ostateczny komisji i wreszcie SOR – ostatni krąg piekła. NFZ – fundowane zdrowie w narodowej okładce – ma własną, niezwykle precyzyjną, dantejską topografię.
Konieczność zrobienia badań okresowych zmusiła nas w poniedziałkowy poranek do wybrania numeru przychodni. „Jesteś… sześćdziesiąty szósty… w kolejce. Proszę czekać na połączenie”. Wpadliśmy w otchłań oczekiwania, przy okazji torturowani pętlami beethovenowskiej melodyjki.
– Dante Alighieri był aptekarzem – mówię, ustawiając telefon na tryb głośnomówiący. – Przynajmniej formalnie. Zapisał się do cechu aptekarzy, bo w średniowiecznej Florencji każdy, kto prowadził działalność zawodową, musiał należeć do jakiegoś cechu. To chroniło jego interesy. Zresztą wielu pisarzy było lekarzami – dodaję, gdy licznik w telepoczekalni przeskakuje na „sześćdziesiąt pięć”. – Michaił Bułhakow, zanim przed trzydziestką rzucił medycynę dla literatury, prowadził prywatny gabinet, w którym leczył choroby weneryczne. Podobnie sir Arthur Conan Doyle. Po studiach medycznych w Edynburgu był przez jakiś czas lekarzem okrętowym, a kiedy otworzył własną praktykę, pisał przygody Sherlocka Holmesa w przerwach między przyjmowaniem pacjentów. Agatha Christie w czasie pierwszej wojny światowej pracowała jako technik farmaceutyczny, co wyjaśnia jej morderczą wiedzę o truciznach. Z kolei Anton Czechow mawiał: „Medycyna jest moją prawowitą żoną, literatura – kochanką”. On akurat praktyki lekarskiej nie zarzucił nigdy.
– Wśród kompozytorów też znajdziemy medyków – dodał Va. – Karol Mikuli, najsłynniejszy uczeń Chopina, ormiańskiego pochodzenia, zanim oddał się muzyce, studiował medycynę w Wiedniu. Krzysztof Komeda był laryngologiem. Aleksandr Borodin chemikiem i chirurgiem; muzykę tworzył wyłącznie podczas urlopów i w wolnym czasie. Hector Berlioz, twórca Symfonii fantastycznej, również zaczął od medycyny, ale nie zdzierżył widoku prosektorium i uciekł do konserwatorium. A ja sam miałem okazję być operowany właśnie z powodu muzyki.
– To znaczy?
– Podczas warsztatów ze studentami w Erywaniu – zaczął Va, kiedy automat informował nas, że jesteśmy już „pięćdziesiąci óśmi” w kolejce – opowiedziałem Marcelowi Łozińskiemu o pewnym fenomenie. Po drugiej wojnie światowej Ormianie, którzy wracali z Niemiec do swoich małych miasteczek i wiosek, przywozili ze sobą „zdobyczne” fortepiany. W Armenii ten instrument jest obowiązkowym elementem umeblowania. Stoi w co drugim domu, nawet jeśli nikt na nim nie gra. Tak na wszelki wypadek, gdyby u któregoś z dzieci objawił się talent wirtuoza.
– Piękna wizja. Tylko co to ma wspólnego z twoją operacją przepukliny kresy białej?
– Otóż ta opowieść niezwykle spodobała się Mistrzowi. Wymarzył sobie ujęcie niczym z filmu Felliniego: fortepian unoszony dźwigiem na tle biblijnej góry Ararat. Znaleźliśmy instrument, umówiliśmy się ze studentami na planie… Ale studenci, jak to studenci – połowa nie przyszła. Targaliśmy fortepian w piątkę. Ujęcie wyszło genialnie, było magiczne, ale po powrocie do Polski, zamiast do montażowni, trafiłem prosto na stół operacyjny.
– Pamiątka po wielkiej sztuce. Powód do dumy.
– Może i tak, choć w szpitalu dopadła mnie bolesna refleksja nad różnicą kultur. W Armenii, kiedy ktoś z rodziny ma zabieg, w szpitalu trwają nieustanne dyżury. Przychodzą wszyscy: ciotki, wujowie, sąsiedzi. Przynoszą góry jedzenia, niemal urządzają rodzinny piknik przy łóżku chorego. Jest głośno, męcząco, ale człowiek wie, że żyje. Kiedy leżałem w trójmiejskim szpitalu, czułem się potwornie osamotniony.
– Nie mów, że nikt cię nie odwiedził? – zareagowałam z wyrzutem, mając w pamięci własne ówczesne wizyty na oddziale chirurgii.
– Owszem, miałem „gościa”. Noc po zabiegu była koszmarna, pacjent obok całą noc wył z bólu i przeklinał świat. Rankiem, ledwo przytomny, otworzyłem oczy i zobaczyłem obcego mężczyznę siedzącego tuż przy moim łóżku. W pierwszej chwili pomyślałem: „Niemożliwe, jednak ormiańskie zwyczaje dotarły nad Bałtyk, to pewnie krewny któregoś z sąsiadów”. Szybko jednak zrozumiałem brutalną prawdę. To nie był stęskniony kuzyn. To była następna osoba z kolejki NFZ, która czekała na moje łóżko. Mężczyzna siedział tam nieruchomo i patrzył na mnie, odliczając minuty do mojego wypisu. Z bezradności zacząłem dzielić się z nim jedzeniem, które przynosiła szpitalna stołówka. Nazajutrz wypisałem się na własne życzenie. Wolałem rekonwalescencję w domu niż bycie przeszkodą na czyjejś drodze do operacji.
– Niesamowite, jak twoje wspomnienia balansują na granicy czystego surrealizmu i autentycznego dramatu. W felietonie taki kontrast jest bezcenny: zaczynamy od śmiechu przez łzy, a kończymy na gorzkiej refleksji nad empatią lub jej brakiem. Ale to dziwna sprawa… – przerwałam, bo beethoven w słuchawce ucichł na sekundę, dając nadzieję na połączenie. – Dobrze, że facet przy łóżku nie był aniołem śmierci.
– Tak, dziwna. Dziś sam w to wątpię. Chociaż – z drugiej strony – z NFZ-em mam wiele takich skojarzeń, które zacierają granicę między jawą a snem. Kiedy pierwszy raz poszedłem do ortopedy z bólem pleców, lekarz obejrzał mnie, stwierdził skoliozę i zapytał, skąd jestem. Gdy usłyszał, że z Armenii, dawnego ZSRR, pokiwał głową z głęboką dezaprobatą. Spytał, czy czytałem Rok 1984 Orwella. Odpowiedziałem, że nie. Wtedy on, z kamienną twarzą, wypisał mi receptę: „George Orwell – Rok 1984. Przeczytać uważnie”. Mam tę receptę do dziś. Chyba uznał, że moje problemy z postawą mają podłoże ściśle ideologiczne.
– Scena z Mrożka.
– To jeszcze nic. W trakcie badań z medycyny pracy poskarżyłem się pani doktor na przemęczenie i nawracające bóle głowy. Spojrzała na mnie znad okularów i, zamiast skierowania na tomografię, wypisała mi zalecenie: „Patrzenie w nieskończoność”.
– Metafizyka w ramach funduszu? – pytam retorycznie, wciąż kontrolując naszą kolejkę.
– W ogóle trafiam w Polsce na lekarzy, można by rzec, nietuzinkowych. Urolog, u którego byłem profilaktycznie, przyjmował w gabinecie pełnym morskich pamiątek. Okazało się, że przez lata był lekarzem na okręcie wojennym. Opowiadał mi niesamowite historie z rejsów, aż w końcu pokazał swój palec i zapytał z dumą, czy wiem, ile osób ten palec uratował. Poczułem lekki niepokój, ale nie było już odwrotu. Na koniec, żegnając mnie, rzucił marynarskim aforyzmem: „Każdy prawdziwy marynarz śpi ze swoim małym w ręku”.
„Jesteś następny w kolejce” – wyrecytował automat w słuchawce. Wzięliśmy głęboki oddech. Czasem „patrzenie w nieskończoność” to jedyny sposób, by nie oszaleć w telepoczekalni.
– W Odessie łapówki w szpitalach to norma – mówię, patrząc na słuchawkę, bo beethoven zaczyna niepokojąco trzeszczeć. – Odesyci żartują, że każdy lekarz ma swój mały prywatny cmentarz. Kiedyś nawet chciałam „naprawić się” u dentysty z Małej Moskwy, leczył dawniej zęby sołdatom w Legnicy. Fachowiec z renomą, ceny konkurencyjne…
– Opowiadałaś mi o nim – wtrąca Va. – Miał tyle pięknych historii z Polski.
– Wspomnienia miał rzeczywiście filmowe, ale to życie pisze najbardziej bolesne scenariusze. Mój odeski epizod odbił się echem po latach, kiedy w Polsce okazało się, że podczas innego zabiegu inny mistrz wiertła zapomniał wyjąć z mojego kanału metalowy drucik. Kawałek złamanego instrumentu został tam na pamiątkę, zarastając stanem zapalnym. Przez tę stalową niespodziankę prawie straciłam szczękę.
– Widzisz, NFZ ma swoje limity, a wschodnia stomatologia swoje dary losu. Nie wiem, co z dwojga złego gorsze: czekanie w nieskończoność na lekarza czy modlenie się, by ten, który cię przyjął, nie zostawił w tobie jakiejś części swojego warsztatu.
– Nie bądź takim cynikiem. Przecież w tym całym systemie wciąż trafiają się Judymowie i lekarze pokroju camusowskiego doktora Rieux. Pamiętasz personel oddziału położniczego, w którym przyszła na świat nasza córka? Oni byli po prostu boscy. Od sprzątaczki, która z pasją relacjonowała mi wyniki walk bokserskich, przez pielęgniarza – tak, mężczyznę! – cierpliwie tłumaczącego technikę karmienia, aż po położną i doktora sypiącego anegdotami jak z rękawa.
Va uśmiecha się na to wspomnienie.
– To była prawdziwa odyseja. Leciałem wtedy z Warszawy na Pomorze w wariackim tempie. Pamiętam mały samolot z logo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na kadłubie! Czysty surrealizm. Z lotniska w Gdańsku szwagier zgarnął mnie ciężarówką. Wpadłem na oddział, dostałem te flizelinowe fatałaszki i zdążyłem… dosłownie w ostatnim momencie.
– Zdążyłeś akurat, żeby usłyszeć moją kapitulację – zaśmiałam się.
– Tak, spojrzałaś na mnie z pełną powagą i stwierdziłaś, że jednak przemyślałaś sprawę i już nie chcesz rodzić. Przez chwilę zastanawiałem się, co to właściwie oznacza w tej fazie i jak mam się zachować jako twój asystent. Ostatecznie wszystko poszło wspaniale. Drżącą ręką przeciąłem pępowinę. Dziecko płakało, a gdy przestawało, zaczynałaś ty – i tak na zmianę. Pielęgniarka tylko rzuciła ze zrozumieniem: „Tak bywa, to po prostu baby blues”.
– To był piękny szpital i wspaniały personel. Wybraliśmy go, szukając po całej Polsce miejsca, w którym człowiek nie jest tylko numerem w kolejce – westchnęłam z rozmarzeniem.
Nagle muzyka w słuchawce urwała się definitywnie. Zamiast głosu rejestratorki usłyszeliśmy suchy, automatyczny komunikat: „Czas oczekiwania minął. Bramy rejestracji zostały zamknięte. Proszę dzwonić w innym terminie”.
Cisza, która po tym zapadła, była dojmująca. Dantejskie piekło właśnie wywiesiło tabliczkę: „Zamknięte z powodu inwentaryzacji”.
– To co? – odłożyłam telefon na stół. – Może po prostu umówimy się prywatnie?