Co sprawia, że warto zwrócić uwagę na Ćmę? W trzeciej dekadzie XXI wieku, w sytuacji, gdy rynek komiksowy w Polsce jest mocno nasycony, a różnych realizacji konwencji superbohaterskiej, także w wykonaniu rodzimych twórców, dostępnych jest naprawdę wiele, coś jednak wyróżnia zeszytową serię pisaną przez Tomasza Grodeckiego.
Historie o nadczłowieku zawsze były wdzięcznym materiałem do naśladowania czy parodiowania. Można wymieniać gorzej bądź lepiej pamiętane przykłady z ostatniego ćwierćwiecza, komiksy bardzo różne, tworzone z różnymi intencjami i adresowane do różnych odbiorców, jak anarchistyczny Likwidator Ryszarda Dąbrowskiego, nawiązujący bezpośrednio do amerykańskiego mainstreamu lat dziewięćdziesiątych Biały Orzeł Adama i Macieja Kmiołków, urokliwie staromodny Bler Rafała Szłapy, odważny wizualnie i konserwatywny światopoglądowo Jan Hardy Jakuba Kijuca czy wykorzystujący popkulturowy potencjał dwudziestolecia międzywojennego Rotmistrz Polonia Łukasza Kowalczuka i Łukasza Godlewskiego. W takim kontekście w 2022 roku pojawił się Grodecki ze swoją propozycją warszawskiego superherosa.
Plan czasowy tworzonych przez niego opowieści jest dość złożony i niecodzienny. Zakłada połączenie realiów lat dwudziestych XX, XXI i XXII wieku. Autor wyjaśnia w posłowiach do kolejnych odcinków, jak to ma w praktyce wyglądać: scenografię i kostiumy zaczerpnął głównie z przeszłości, problemy społeczne – z teraźniejszości, a technikę – częściowo z wyobrażonej przyszłości. Rzecz dzieje się przede wszystkim w Warszawie, niby przedwojennej, ale z wyraźnie górującym nad nią Pałacem Kultury (ponadto w ramach interludium w jednym zeszycie przeniesiemy się z bohaterami do Japonii). Grodeckiemu udało się to wszystko nieźle skleić, głównie przez nadanie serii ram narracyjnych i fabularnych, w których taka eklektyczna wizja się sprawdza. Chodzi mi tu o sposób opowiadania oparty na wycinkach fabuł – nie zmusza to scenarzysty do ukazywania wszystkich wymienionych elementów w szerszym wymiarze niż kilkunastostronicowy epizod. Nawet gdy Grodecki decyduje się na dłuższą opowieść, jak w wypadku najnowszego, kilkudziesięciostronicowego tomu zatytułowanego Żabie królestwo, również nie zagłębia się w świat przedstawiony, a pokazuje głównie bohaterów w statycznych bądź dynamicznych scenach.
Wydaje się, że autor, prowadząc opowieść w taki sposób, nie bierze na siebie za dużo zobowiązań wobec czytelnika. W Ćmie narracja jest eliptyczna, a świat – stworzony w tonacji niezbyt poważnej. To nie jest wiarygodna dla czytelnika, przytulna iluzja, lecz bardzo umowna rzeczywistość. Widać to od momentu, gdy poznajemy prawdziwe nazwisko głównego bohatera. Cyprian Leopold Różewicz bardzo pasuje do sztucznej, papierowej scenerii, to nie są personalia, które mogłyby opisywać kogoś faktycznie istniejącego. Zapożyczeń, raczej dość beztroskich, jest więcej. Bohater w sennej wizji będzie miał okazję pobiegać w rycerskiej zbroi po zamkowych murach w towarzystwie Joanny d’Arc, a także spotkać kosmitów w Emilcinie, Piłsudskiego (raczej Bronisława niż Józefa?) w dalekiej Japonii oraz udać się do szklarni zielarza opłakującego zmarłą córkę Urszulę. W najnowszym tomie zmierzy się natomiast z warszawskim ojcem chrzestnym planującym scedowanie władzy na swoich czterech synów o wdzięcznych imionach Mieszko, Bolesław, Władysław i Henryk; w grę wchodzi swoiste rozbicie dzielnicowe stołecznego półświatka. Również motta do poszczególnych zeszytów Grodecki czerpał z szerokich zasobów, jeszcze bardziej międzynarodowych – od Davida Bowiego po Jana od Krzyża.
Intelektualny horyzont tego świata został więc nieco sztucznie rozdęty. Można się przy tym spodziewać, że za żadnym z przywoływanych tropów i źródeł Grodecki nie będzie podążał zbyt długo i wytrwale, a raczej zdecyduje się na żonglerkę i częstą zmianę planu. Po prostu w dwudziestokilkustronicowych zeszytach mało jest miejsca, by żmudnie rozwijać wątki czy próbować silniej osadzić czytelnika w świecie przedstawionym (z drugiej strony – w dłuższym albumie Grodecki także tego nie robi). Dostajemy strzępki, wyizolowane cytaty, a nie myśli do drążenia. To może nieco drażnić, ale ogólnie dobrze pasuje do przyjętej metody snucia opowieści i mimo wszystko jej nie rozrywa. Narracja zachowuje spójność również dzięki załączonym sfingowanym materiałom ze świata przedstawionego – otwierającym kolejne odcinki Ćmy stronom z „Poczytnika Warszawskiego”.
Z samego komiksu dowiadujemy się, że protagonista jest zamaskowanym bohaterem, ale też ofiarą leku na albinizm (co powoduje u niego pociąg do światła – na tym polega jego supersłabość, a supermocy chyba nie ma). Droga życiowa, którą podąża Ćma, prowadzi do okazjonalnego robienia interesów ze środowiskami przestępczymi, a także spotkań ze śmietanką towarzyską epoki oraz z wywiadem. Poza tym z tyłu głowy nieszczęsny poeta trzyma wspomnienie o utraconej w dramatycznych okolicznościach ukochanej. Grodecki układa origin niejednoznacznego bohatera z wielu znanych skądinąd elementów, co podane w trybie realistycznym i bez zakłóceń w strukturze opowieści (czyli – najpierw ekspozycja postaci, a potem wyjaśniająca sprawę retrospekcja) mogłoby nie być zbytnio zajmujące. Jednak poszatkowana narracja daje pole do niedopowiedzeń i usprawiedliwia wszelkie luki fabularne, zresztą systematycznie uzupełniane, również przez urywki ze wspomnianego „Poczytnika”, donoszącego między innymi o zaginięciu słynnego artysty Różewicza.
Pewne aspekty opowieści trudniej jest oczywiście rozwijać w takim nieciągłym trybie. Lekkość była początkowo bardzo odświeżająca, jednak wraz z kolejnymi odcinkami serii staje się nieco nieznośna. Na razie – po sześciu zeszytach i jednym dłuższym albumie – nie za wiele jest w Ćmie zapowiadanego elementu społecznego i odzwierciedlania problemów XXI wieku. Gdzieniegdzie scenarzysta wspomina o nieznośnych smartfonach (kontrastujących tutaj z międzywojennymi strojami bohaterów jak Pałac Kultury z Piłsudskim) oraz niebezpieczeństwach związanych z sieciową przestępczością czy politycznej polaryzacji, ale są to raczej niepogłębione myśli, rzucane mimochodem. Podobnie jak nieco powierzchowne zestawienie sukcesji mafijnego bossa z darwinizmem. Niewykluczone, że ta zabawa skrawkami prowadzi do poważniejszych refleksji niż te dotychczas zaprezentowane, bo seria jest cały czas otwarta i się rozwija. Tymczasem jednak nic takiej wolty nie zapowiada.
Nie tylko scenarzysta czerpie z różnych konwencji opowiadania. Dużo wnoszą rysownicy, którzy zmieniają się niemal co zeszyt – co nie odbiera komiksowi spójności, a nawet dobrze współgra z jego eklektycznym charakterem. Na kartach Ćmy znalazło się miejsce na realizm i szczegółowość (Grzegorz Kaczmarczyk), mniej lub bardziej kanciastą kreskę (Rafał Bąkowicz, Rafa Janko), kolaż zdjęć miejskiego krajobrazu z rysowanymi postaciami (Tomasz R. Borkowski) czy nawet eksperymenty z bogatą kolorystyką (Kacper Wilk w epizodzie japońskim, kontrastującym z wcześniejszymi zeszytami serii, które są utrzymane w odcieniach szarości). Dzięki sprawności warsztatowej wszystkich twórców, także pomysłowości scenarzysty, Ćma wygląda znakomicie. Zresztą na niektórych kadrach można dopatrzeć się bardzo konkretnych nawiązań do klasyków światowego komiksu, nie zawsze równie wyraźnych. W paru miejscach widać na przykład styl Franka Millera – w graficznych i fabularnych odwołaniach do Sin City czy innym razem, w epizodzie dalekowschodnim, w dynamicznych scenach walki niemal rodem z Ronina czy Elektry (to już może nie tak ewidentne skojarzenie).
Jeszcze jedna rzecz wydaje mi się istotna w pomyśle Grodeckiego na zaistnienie w środowisku komiksowym – tylko po części związana z samym komiksem. Chodzi o kreowanie własnego wizerunku przez tajemniczego autora. Grodecki chętnie umieszcza w posłowiach swoje stylizowane zdjęcia, a w biogramie zamieszczonym przy wywiadzie w 39. numerze „Zeszytów Komiksowych” otwarcie przedstawia się jako „naczelny dandys polskiego komiksu”. W wypadku autora dopiero określającego swoje miejsce na komiksowej scenie to nieco ryzykowne, by pozować na polskiego Granta Morrisona, a jednocześnie taka autokreacja bardzo współgra z przyjętym sposobem tworzenia opowieści. Wcześniej użyłem do opisu Ćmy słów „lekkość”, „sztuczność” czy „żonglowanie” – i chyba pojęcie dandyzmu, również jako określenie postawy twórczej, do nich pasuje.
Nie wiem zatem, czy należy oczekiwać większego dociążenia fabularnego w Ćmie, niemniej szczerze życzę jej autorowi, by w ten czy inny sposób sprostał oczekiwaniom, które rozbudza zarówno interesującymi pomysłami narracyjnymi oraz fabularnymi, jak i fotkami w mrocznych okularach. Do tej pory potrafił zgromadzić wokół swojej serii porządnych rysowników, a także zainteresować nią poważnego wydawcę oraz kapitułę Nagrody „Nowej Fantastyki” (nominacja dla najlepszego polskiego komiksu w 2023 roku), a więc spotykał się z ciepłym przyjęciem ze strony publiczności.
Tomasz Grodecki, Rafał Bąkowicz, Ćma #1, Timof Comics, Warszawa 2022.
Tomasz Grodecki, Rafał Bąkowicz, Rafa Jankowski, Ćma. Hotel Rubikon, Timof Comics, Warszawa 2022.
Tomasz Grodecki, Grzegorz Kaczmarczyk, Rafa Janko, Ćma. Nasiono zła, Timof Comics, Warszawa 2023.
Tomasz Grodecki, Grzegorz Kaczmarczyk, Ćma. Pierwszy kontakt, Timof Comics, Warszawa 2024.
Tomasz Grodecki, Tomasz R. Borkowski, Ćma. Epizod 9, Timof Comics, Warszawa 2024.
Tomasz Grodecki, Kacper Wilk, Ćma. Koi no yokan, Timof Comics, Warszawa 2025.
Tomasz Grodecki, Tomasz R. Borkowski, Kacper Wilk, Ćma. Żabie królestwo, Timof Comics, Warszawa 2026.