UWAGA: Na terenie Gdańska grasuje postać zwana Mystery Kaszub. Służby miejskie oraz Policja nie potrafią niczego powiedzieć na temat jej tożsamości ani intencji. Zebrano jedynie kilka relacji, które cytujemy poniżej. Należy mieć na względzie, że wypowiedzi te nie były w żaden sposób falsyfikowane, redagowane, przerabiane. Jeśli ktokolwiek z Państwa miał z tą postacią kontakt, prosimy o wiadomość na adres mystery.kaszub@gmail.com.
Milena, lat 30, mieszkanka Oruni Górnej
Kilka dni temu zadzwonił na domofon. To było około drugiej. Nie obudził mnie, to znaczy nie w sensie fizycznym, bo nie spałam. Mam problemy ze snem. To dzwonienie obudziło we mnie złość. Co innego, gdyby zrobił to w dzień. Za dnia domofon budzi ciekawość. Bo może dzwoni kurier albo… O, koleżanka, chcąc zrobić niespodziankę swoją nieoczekiwaną obecnością. Bardzo to lubię, posłuchać muzyki, wypić kawę, docukrzyć nieco gorzkość życia. Ale w nocy? Miałam już taką sytuację. Raz facet z psem chował się przed deszczem. Strefę suchoty od strefy wilgoty oddzielał jedynie skromny daszek nad domofonem. Na moje nieszczęście facet plecami opierał się o mój numer. I jak go nie opier… przepraszam, opieprzyłam! Od razu obydwoje woleli strefę wilgoty.
Tym razem było inaczej. Przede wszystkim był szybki. Obskoczył też domofony z bloków obok i spotkałyśmy się wszystkie na dole. W sensie sąsiadki. Zsynchronizował nas. Dostrzegłyśmy jedynie… Przepraszam, muszę zapalić. Dostrzegłyśmy jedynie długi cień. Jakby zgubił swojego właściciela. Zrobiłam krok w jego stronę i wtedy szybko zlał się z mrokiem w drzewach. Po chwili zza jednego z nich wyłonił się kształt głowy, czarnej głowy. W miejscu jej oczu świeciły małe gwiazdki.
Muszę to podkreślić, żeby mnie pan oficer źle nie zrozumiał, dobrze? To nie jest tak, że go widziałam. Żadna z nas go nie widziała, bo nie wiemy, jak wygląda.
Marek, lat 48, mieszkaniec VII Dworu
Im jestem starszy, tym mniej rzeczy odbiera mi mowę. Nie wiem, czy to kwestia przemijającej młodości czy tego, że świat jest mniej niezwykły. Teraz wszystko musi mieć swoją definicję. Każdą rzecz trzeba nazwać. Coraz więcej encyklopedyczności. Nie wiem, jak pan, ale ja lubię się czasami zgubić. Trafić na coś, czego nie znam. Na coś, czego jeszcze wcześniej nie widziałem. Co zostawia, za przeproszeniem, z otwartą paszczą. I gęstniejącym mózgiem.
Któregoś wieczoru przechadzałem się po naszej dzielnicy, kręcąc się nieopodal lasu. O dziwo, żywej duszy na chodnikach. Wolność i swoboda, choć tempo już nie to, co kiedyś. Przy jednym z drzew koło kościoła znalazłem zielony, błyszczący płaszcz. Albo kurtkę? Trudno było jednoznacznie określić. Wił się na boki, jakby próbował uciec z gałęzi, na której utknął. Ubranie było niezwykle plastyczne, niemal dostosowywało się do sylwetki. Wiem, bo pozwoliłem sobie je przymierzyć. Nie wyglądało na zaniedbane. Pachniało tabaką, mocno korzennie.
Usłyszałem gwizdanie, wystraszyłem się. Nie mogłem dostrzec, skąd pochodziło. Słyszałem też inne dźwięki. Przyniosły je liście z lasu. Ktoś im to zlecił, czułem to. Im bardziej zbliżałem się do zielonej krainy, tym mocniej zielone ubranie chciało ze mnie zejść. Zdjąłem je z siebie, a ono zaczęło lewitować, dryfować w stronę drzew. Pobiegłem za nim i wtedy go zobaczyłem. Tego, o którego pan pytał. Wziął płaszcz w dłonie, głęboko westchnął i nałożył na siebie. Był na tyle daleko, że nie widziałem jego twarzy, lecz bez trudu dostrzegłem, jak macha pozdrawiająco dłonią w moją stronę.
Iwo, lat 18, mieszkaniec Starego Miasta
Nie wiem, czy chodzi pan na slamy poetyckie. Cóż, nie ma czego żałować. Jeszcze kilka lat temu w Gdańsku każdy slamer był jakiś. Nawet jeśli był beznadziejny, to był beznadziejny po swojemu. Teraz jeden kopiuje drugiego i myśli, że jest zajebisty. Głupia sprawa, zachwycić kogoś, przebierając się za innego człowieka.
Lecz są wyjątki. W ostatni czwartek byłem na slamie w Józefie K. Tamten gość stanął na scenie w zielonym płaszczu i popatrzył na mnie. Wisząca nad nim lampa miała tak mocną żarówę, że jego… lico – tak, lico – oślepiało. Aż mi okulary przeciwsłoneczne spadły z czoła na nos. Niewiele to pomogło, bo jego głowa była nie tyle Słońcem, ile wręcz Betelgezą.
Mogłem jednak zamknąć oczy. Nie interesowało mnie, jak wygląda, ale co mówi, jak mówi, po co mówi. Nie lubię mądrości. Slamer czy slamerka to, przynajmniej dla mnie, przede wszystkim gawędziarze. Ludzie za dużo mówią o sobie, za mało o rzeczach wokół. A slamerzy i slamerki muszą przez trzy minuty bawić mnie swoim gadaniem. Nie w sensie żartów, komedyjek, ale zapewniając mi czystą przyjemność słuchania drugiego człowieka.
Słowo, że nie pamiętam, o czym ten gość mówił. Ale czy to ważne, skoro z jego ust wypadały złote monety? Przysięgam, słyszałem, jak spadały na ziemię. Przecież wiem, jak brzmi bilon! Ledwo się powstrzymywałem, żeby nie rzucić się na podłogę przed nim i nie zabrać ich – tylko dla siebie. Wierzyłem, że może – ale tylko może – gdy je połknę i, zapewne z trudem, przetrawię, też będę w stanie tak mówić. Nic z tego. Jego słowa przygwoździły mnie do krzesła. A gdy skończył, wyszedł i nawet nie odebrał nagrody. Pierdolona legenda.
Krystyna, lat 55, mieszkanka Strzyży
Proszę pana, za przeproszeniem, ale chuj wie, co to było. Jedno wiem na pewno. Wydarzenie to, a może samo przypuszczenie, że to był on, wywołało we mnie wielkie wzburzenie.
Jestem sama. W soboty, poza zrobieniem zakupów, nie mam nic innego do roboty. Mieszkanie sprzątam w niedzielę, w dniu poprzednim nie zaprzątam sobie tym głowy, aby w dniu następnym mieć jakieś zajęcie. Toteż całą sobotę podróżuję tramwajami. Wsiadam na swojej Strzyży, umieralni, dojeżdżam do końca trasy i wsiadam w kolejny. Dużo pogawędek z nieznajomymi, parę miłych słów, czasami bez nich, bo zastępują je uśmiechy. Ale wie pan, co innego, jak ktoś mnie papuguje. Ten podgapił sobie rozrywkę ode mnie, bo sam nie mógł wymyślić nic lepszego.
Przez pierwsze tygodnie nie zwracałam na niego uwagi. Ot, jakiś chłoptaś w zielonym płaszczu i o płaskiej twarzy. Mogłaby należeć do nikogo i wszystkich jednocześnie. Ale, kurwa, przepraszam, cholera jasna, zajął mi miejsce! I to jeszcze na mojej Strzyży! Na dodatek jechał tak długo, jak ja. Siedział tam i wciągał tabakę, chyba marki Red Bull. Wiem, bo poznam ten zapach z daleka, sama byłam koneserką. Mąż, świętej pamięci, mnie tym zaraził. Za bardzo przywiązuję się do takich. Po jego śmierci wyrzuciłam wszystkie jego rzeczy, wysprzątałam wszystkie jego ślady i stłumiłam wszystkie jego zapachy. Tak mi lepiej.
Co gorsza, ten bezczel, w sensie ten smarkacz w tramwaju, nie mój mąż, dojechał ze mną z powrotem na Strzyżę. Potem znowu to zrobił. Potem znów. I ponownie. Jasna kurwa, to jest cholera, jedna wielka niedorzeczność! I ostatnio, jak wchodziłam do tramwaju, to jedyne, o czym myślałam, to żeby mu wygarnąć za tę całą złośliwość.
Ale nie, moje stare miejsce jest wolne. Na siedzeniu znajduję opakowanie tabaki, Red Bulla właśnie. Sypię trochę i wciągam prawą dziurką od nosa. Wracają wspomnienia. I łzy.