Sztuczne wyspy, prawdziwe morza
Zanim przeprowadziłam się nad morze, mieszkałam dwa lata w Japonii. Najpierw na Odaibie miałam widok z okna akademika na Zatokę Tokijską, a potem w Kobe – dwadzieścia minut pociągiem nad Japońskie Morze Wewnętrzne.
Odaiba jest sztucznie usypaną wyspą z najdroższymi apartamentowcami, siedzibą Fuji TV, zaprojektowaną przez Kenzō, i ze śladową ilością natury. Bardzo często jadłam śniadanie nad samą wodą, żeby mieć chociaż złudzenie obcowania z przyrodą, i wypatrywałam góry Fudżi – z Odaiby widać ją jak na dłoni, mimo że oddalona jest o setki kilometrów. Kiedy nie było widać Fudżi – czyli przez większość czasu – hipnotycznie wpatrywałam się w wodę w zatoce, z której raz po raz wyskakiwały na sekundę ryby. Do tej pory nie wiem dlaczego…
Kiedy przyleciałam do Japonii po raz drugi, wylądowałam w Osace – na innej sztucznej wyspie, lotnisku Kansai. Przejazd z niego do mojego mieszkania trwał około dwóch godzin, podczas których dosłownie jechałam autostradą po wodzie. Widok niesamowity, ale – jak to w Japonii – bardzo industrialny. Kraj, który turystom kojarzy się z naturą, Kraj Kwitnącej Wiśni, jest wybetonowaną twierdzą – na wypadek tajfunu, trzęsienia ziemi albo następującego zwykle po nim tsunami.
Gdy chciałam pobyć na plaży, jechałam kawałek za Kobe do Maiko, gdzie było wyjątkowo pięknie. Żałuję, że z żadnymi Japończykami nie zwiedzałam Helu na rowerze – myślę, że widok ścieżki rowerowej wzdłuż cyplu i bujnej natury wprawiłby ich w osłupienie. W Japonii linia brzegowa w większości jest wybetonowana i bardzo rzadko można spotkać plaże, jakie mamy nad Bałtykiem, choć są też piękne fragmenty (Kamakura, Okinawa). Odwiedzający mnie Japończycy dziwią się, że można usiąść w barze w Brzeźnie i obserwować fale. Albo że stać nas, żeby Wisła nie była całkowicie wyregulowana (delegacja japońskich ornitologów).
Zanim wylądowałam w Azji, mieszkałam w Warszawie. Wychowałam się na Żoliborzu (jolie bord, czyli ‘piękny brzeg’ po francusku), a potem przeprowadziłam się na Saską Kępę. Z dzieciństwa pamiętam błotne nadwiślańskie plaże z czarnymi małżami. Dwadzieścia lat później po drugiej stronie Wisły na sztucznie usypanej plaży pod Mostem Poniatowskiego można było się bawić do rana. Kiedy wróciłam z Japonii, część bulwarów nad Wisłą została nawet wybetonowana i powszechnie uważano to za osiągnięcie cywilizacyjno-kulturalne. Z mojego bloku na Saskiej widziałam Wisłę i miałam blisko na sztuczną plażę, usypaną w miejscu niegdysiejszych chaszczy. Po powrocie z Japonii zachwyt nad rzeką zniknął bezpowrotnie – woda miała horyzont, na dodatek już zaczęła wysychać.
Przed wylotem do Tokio poznałam mojego męża, geologa morza, specjalistę od tego, co pod wodą. Mimo że jest z wykształcenia oceanografem, ocean (Spokojny) zobaczył dopiero, kiedy odwiedził mnie w Japonii.
Zanim zamieszkałam piętnaście minut od mola w Brzeźnie, miałam świetną pracę w stolicy, wiślany ściek i widok z balkonu na Stadion Narodowy. Teraz z bloku na Zaspie widzę Stadion Bursztynowy.
Z każdym spacerem nad morze mąż (a mieszkam w Gdańsku już dziewiąty rok) uczył mnie czegoś nowego – że morze ma codziennie inny kolor (faktycznie), że na plażę chodzi się w bluzie z kapturem, że zatoka to nie morze, że jod wydziela się podczas sztormów (jak bursztyny). Mimo że jako dziecko spędzałam zwykle dwa tygodnie wakacji nad morzem z rodziną, wszystko to było dla mnie odkryciem.
Nie wiedziałam, że na Wyspie Sobieszewskiej nawet w dzień można zobaczyć lisy, a bursztyny zbierać jak kwiatki na łące. Nie wiedziałam, że dopóki nie wprowadzono certyfikacji bursztynu, kupując pamiątkę z tego materiału na Długiej, można było trafić na imitację. Nie wiedziałam, że będę odczuwać tak silne pragnienie patrzenia na wodę po horyzont, że w końcu zamieszkam nad morzem. I nie wiedziałam, że Bałtyk to też czekolady. A w Oliwie mam teraz nawet namiastkę Japonii – są tori, toro, pawilon i kilkanaście drzew wiśni, które nie owocują.
„Trzy są wybrzeża, które najbardziej spodobały mi się w całej Europie – Złoty Róg, Zatoka Triesteńska i Zatoka Gdańska”. Tych słów Alexandra von Humboldta też nie znałam.
Brzeźno
Zimna wiosna, jak to na Pomorzu. Kwitną wiśniopodobnedrzewka, które nie dają owoców, ale przez parę tygodni mają obłędne białe płatki, o których w Japonii pisze się haiku.
– Wow, hanami nad samym morzem – wykrzyknęła z zachwytem Elise. Przyleciała z Hongkongu na studia doktoranckie do Warszawy i odwiedziła mnie w Gdańsku. Poznałyśmy się dekadę temu na kursie francuskiego w Nancy.
Chyba nigdy wcześniej nie zauważyłam tych drzewek owocowych kwitnących tuż przy samej plaży – przy stojaku na rowery przy fundamentach starego molo w Brzeźnie, tuż przy granicy starych torów kolejowych. Za każdym razem, kiedy mijam te drzewka – do dziś nie sprawdziłam, czy to morele czy śliwy, bo wiemy, że na prawdziwe wiśnie w Gdańsku jest za wcześnie – staje mi przed oczami grupka Japonek z Kobe College, które jadły w brzeźnieńskim barze lunch po zwiedzaniu Muzeum II Wojny Światowej. Ich szok, że w muzeum jest ogromna sekcja o wojnie w Azji, że wyraźnie opisane są i masakra w Nankin, i pocieszycielki wojenne, i informacja, że cesarska armia zabijała ramię w ramię z nazistami – czego nie ma nawet w Muzeum Pokoju w Hiroszimie.
Potem zachwyt, że na samej plaży można jeść ryż (co prawda niedogotowany – „Kucharz bardzo się stresował, żeby go nie rozgotować”, tłumaczyła mi zakłopotana kelnerka), że jest piękny piasek, a nie beton i wielkie nic, jak na spętanym betonem wybrzeżu Japonii. Życie pod groźbą trzęsień ziemi, tsunami i tajfunów nie pozwala na fanaberie dla turystów. Biały piasek w Japonii jest tylko w letniej rezydencji cesarza i na Okinawie.
Szczery zachwyt Elise sprawił, że nie zaprowadziłam jej jednak do Letnicy, żeby pokazać jej nasz Pachnący Port. Nie musi wiedzieć, że w Gdańsku też brakuje mieszkań.
Wróciłyśmy plażą, ciesząc się, że nad zatoką wyjątkowo nie wieje.