Z oficjalnymi liczbami się nie dyskutuje. Jak wynika z kwietniowego komunikatu Biblioteki Narodowej, najpoczytniejszym pisarzem w Polsce – i to od kilku lat – jest nie kto inny jak Remigiusz Mróz. Autor, którego z czystym sumieniem można nazwać jednoosobową (choć niektórzy sugerują, że nie działa samodzielnie) fabryką literatury gatunkowej, zostawił w tyle między innymi J.K. Rowling czy Andrzeja Sapkowskiego.
Ten niezbyt zaskakujący wynik prowadzi do dwóch fundamentalnych, choć zdecydowanie niewygodnych wniosków na temat kondycji rodzimej literatury. Po pierwsze, wyliczenia Biblioteki Narodowej pokazują, że twórca książkowych i serialowych perypetii Joanny Chyłki jest dziś najważniejszym rodzimym pisarzem. Po drugie, ów rezultat uwydatnia bezradność polskiej krytyki literackiej, która zupełnie nie potrafi sobie poradzić z „fenomenem Mroza”.
Aktualna kulturowa istotność tego autora wydaje się oczywista. To właśnie po jego utwory najchętniej sięgają Polacy. Co najważniejsze, osoby, które należałoby nazwać czytelnikami „nieregularnymi” lub „okazjonalnymi”, jeśli już decydują się na lekturę, to zazwyczaj wybierają właśnie książki Mroza. Kilkadziesiąt pozycji wchodzących w skład bogatego dorobku pisarza (liczba coraz bliższa okrągłej setce) trzeba więc traktować jako kolekcję budującą literackie imaginarium obywateli i obywatelek współczesnej RP. Mrozowe narracje odzwierciedlają narodową preferencję. Preferencję masową, która afirmuje zupełnie autentyczne odbiorcze pragnienie.
Jednakże pisarstwo Remigiusza Mroza zdaje się kompletnie nie obchodzić znacznej części rodzimych mediów kulturalnych. Na próżno szukać artykułów na temat jego twórczości na łamach takich periodyków jak „Dwutygodnik” czy „Czas Kultury”. To nazwisko nie przechodzi przez usta czołowych polskich badaczy, literaturoznawców, postaci uznawanych, a także uznających się za szeroko pojętych ekspertów. Absurdalna tendencja, tzn. niechęć krytyków do wypełniania swoich obowiązków (w tym konkretnym wypadku niechęć do zajmowania się twórczością, która rozpala wyobraźnię ich kraju), stała się dyskursywnym standardem. Wynika to z tego, że ci, którzy (tak jak autor tego artykułu) uzyskali przywilej zawodowego zajmowania się literaturą, zazwyczaj cierpią na przewlekłą chorobę profesjonalną – elitaryzm.
Rodzimi krytycy całą uwagę skupiają na prywatnych doznaniach estetycznych. Na satysfakcji płynącej z lektury, którą z rozmaitych względów (najczęściej kształtowanych przez zewnętrzne wpływy środowiskowe) z czystym sumieniem są w stanie nazwać trudną, ambitną, wymagającą, aspirującą do znalezienia własnego miejsca w chimerycznych przestworach kanonu. Celebrują wartość wsobną tekstu, tj. zgodność z narracjami forsowanymi przez prestiżowych kolegów krytyków, piszących na łamach prestiżowych czasopism o prestiżowych, symbolicznych i materialnych trofeach kolegów twórców (którzy także bywają kolegami krytykami, kolegami tłumaczami, kolegami jurorami oraz kolegami kolegów kolegów). Remigiusz Mróz umyka ich uwadze, ponieważ jest autorem otwarcie inkluzywnym. Wszystkie komponenty jego powieści – język, jakim są pisane, rodzaj narracji, którą snują, gatunkowe konwencje, wokół których orbitują – jednomyślnie służą konkretnemu celowi: osiągnięciu stanu maksymalnej czytelniczej przystępności.
Bibliografia Mroza jawi się jako kolekcja tekstów wspólnie stawiających tę samą, negatywną tezę: literatura istnieje przede wszystkim po to, by nikomu nie sprawiać kłopotu. Ów autor (przynajmniej w utworach podpisanych jego prawdziwym imieniem i nazwiskiem) pisze na złość krytykom literackim. Szerokim łukiem omija ważkie tematy społeczne i polityczne, czym sprawia, że poważny publiczny dyskurs poświęcony jego dokonaniom wydaje się właściwie niemożliwy. Swoimi prozatorskimi gestami uderza w stół. Nożyce odzywają się następująco: sztuka wielkich ambicji aż prosi się o hagiograficzne traktowanie, podczas gdy sztuka umyślnie ludyczna zmusza do wyjścia poza przewidywalną dystrybucję laurów. Rzuca ona wyzwanie mieszczańskim uprzedzeniom i każe podjąć ryzyko odszukania kulturotwórczej głębi w miejscu rażącym swoją barbarzyńską płytkością.
Dla polskiego krytyka literackiego kariera Mroza jest, jak się zdaje, niewyobrażalną abominacją. Oto pisarz, który nie tylko krzewi wspomniane umiłowanie fabularnego banału, ale też bezwstydnie promuje wydawniczy pośpiech. Wsobna kolektywna świadomość krytyczna nie potrafi pojąć tego, że przedkładające ilość nad jakość Mrozowe historie (wypełnione po brzegi literówkami czy błędami logicznymi, a także w nieskończoność odtwarzające te same schematy narracyjne) są niemal uniwersalnie kochane przez polskich odbiorców. Polski krytyk, czyli podmiot uparcie idealizujący, a nie dialektyzujący, projektuje na zastaną rzeczywistość nieuprawnioną fantazję o rzeczywistości wyśnionej. Takiej, w której czytelnik funkcjonuje jako monolityczne monstrum, spłodzone przez profesorskie i bohemiarskie okładkowe blurby.
Polskim mikrokosmosem kulturowym rządzi teoria podkowy: artysta osiągający pułap ekstremalnej komercyjności nieuchronnie staje się tak establishmentowy, że aż antyestablishmentowy. Inteligencko-mieszczańskie DNA narodowej kultury sprawia, że uniwersalnie wynoszona na piedestał autorskość (rozumiana jako wizjonerstwo wybitnej jednostki) rzuca ogromny cień na jakiekolwiek próby stworzenia pełnokrwistego polskiego produktu masowego. Nieporadny taniec idealistycznych kulturalnych sentymentów romantycznych oraz przedtransformacyjnych z pobalcerowiczowską logiką rynkową trwa do dziś i nic nie wskazuje na to, by ktoś wreszcie dobił tego konia.
Naszą współczesną kulturę kształtuje więc sprzeczność interesów. Ukierunkowani misyjnie krytycy oraz wychowani przez kapitalizm III Rzeczypospolitej bezpretensjonalni konsumenci stoją po przeciwnych stronach barykady. Różni ich przede wszystkim podejście do realiów, które ich definiują. Ci pierwsi łudzą się, że wywierają jakikolwiek kulturotwórczy wpływ na tych drugich. Natomiast ci drudzy nie mają absolutnie żadnych złudzeń – są świadomi tego, że mur oddzielający ich od literaturoznawców idealistów jest zbyt wysoki, by można go było przeskoczyć. I tak samo jak Remigiusz Mróz nie mają najmniejszej ochoty na tego typu akrobacje. Lider zestawienia najpoczytniejszych autorek i autorów trochę niechcący wchodzi więc w buty czołowego kontrkulturowca. Dając ludziom to, czego pragną, a nie to, czego według krytyki pragnąć wypada, funkcjonuje w poprzek narodowego etosu literatury najwyższego rejestru. Rejestru o konkretnym charakterze ideologicznym.
Przedstawiciele środowiska literackiego być może sądzą, że reprezentują światopogląd wspólnotowy, lecz w istocie mają po prostu przekonania liberalno-progresywne. Owszem, popierają twórców zajmujących się tematyką równości, sprawiedliwości i emancypacji. Ale ci konsekrowani pisarze angażują się przede wszystkim w pielęgnowanie własnej protekcjonalności. Uprawiają symulację literatury o ludzie i dla ludu w konwencji esencjonalnie neoliberalnej. Zanim dojdą do quasisocjologicznego meritum, koniecznie muszą zaakcentować wyjątkowość swego indywidualnego głosu odpowiednio spektakularną frazą, a także potwierdzić jakość kompetencji kulturowych poprzez zręczne gesty intertekstualne. Słowem, mrugnąć okiem w kierunku kolegów inteligentów, którzy – niczym namaszczeni przez nich autorzy – najbardziej na świecie dbają o poczucie własnej wartości. Parafrazując Margaret Thatcher – nie ma społeczeństwa, są tylko oświeceni literaci.
Z kolei Remigiusz Mróz reprezentuje wszystko, co sprzeczne z przytoczonymi środowiskowymi wartościami. To autor, który rzeczywiście trafia do wspomnianego „ludu”, zupełnie nie siląc się na społeczny interwencjonizm. Jego twórczość jest gatunkowa do cna, a więc kompletnie pozbawiona społeczno-politycznej wrażliwości. Co więcej, jest to dorobek radykalnie antyindywidualistyczny. Właściwie trudno jednoznacznie scharakteryzować styl pisania Mroza. To literacki głos tak dalece neutralny i anonimowy, że nie sposób opisać go przez jakiekolwiek cechy pozytywne. Próbując uchwycić Mrozowską frazę, można posiłkować się jedynie serią negacji: niewyróżniająca się, nienarzucająca się, nieangażująca. Mimo to (jak na złość) trafiająca do serc milionów Polek i Polaków.
Mróz osiąga więc coś, z czym pisarstwo skrojone pod nagrodę Nike ma spory problem – zyskuje status literatury powszechnej, literatury narodowej. Omijający mieszczański patronat, triumfujący autor serii o perypetiach Wiktora Forsta zyskuje ogólnopolskie znaczenie oddolnie. Można rzec, że jego bezsprzeczna dominacja jest znacznie bardziej namacalnym rezultatem demokratycznego praxis niż VIP-owski dyskurs wokół tzw. literatury pięknej.
Kompleks Mroza, na który cierpi rodzima krytyka literacka, znacznie więcej niż o samym pisarzu mówi o lekceważących go nestorach środowiskowych opinii. Mówi o tym, że ten, kto pomija milczeniem aktualnie największy fenomen literacki w Polsce, powinien dobrowolnie odejść na medialną emeryturę. Z kolei ten, kto wybrał leniwą drogę na skróty, jaką niewątpliwie jest pisanie poważnych akapitów wyłącznie o innych poważnych akapitach, zasługuje na wieczność w inteligenckim piekle – nieskończoną mękę czytania paywallowych artykułów „Gazety Wyborczej” i „Polityki” bez wykupionych subskrypcji. I wreszcie mówi o tym, że ten, kto traktuje zawód krytyka jako okazję do legitymizowania osobistych preferencji, prawdopodobnie musi zrewidować wybór życiowej ścieżki.