Literacki Gdańsk przywodzi mi na myśl rozmaite skojarzenia, są wśród nich także warsztaty literackie. Prowadziłem sporo takich warsztatów w różnych miejscach, ale w Gdańsku najdłużej, najwięcej i – dzięki temu – z najlepszym rezultatem. Spotykaliśmy się w galeriach, kawiarniach, klubach, prywatnych domach; gdzie się w Gdańsku obrócę, wszędzie kojarzę warsztaty. To nie znaczy, że chętni garnęli się tuzinami, zwłaszcza że głównym tematem była poezja. Dla wielu poezja jest czymś, czego się nie da nauczyć – bo płynie „z serca”, liczy się zatem „czucie i wiara”, a nie warsztaty i praca.
Spotkałem się więc z zarzutem, że jestem zimnym draniem i niczego nie czuję. Otóż nie. Kiedy ktoś pali oponami w piecu, czuję swąd palonej gumy. Kiedy długo nie jem, czuję głód. Kiedy dużo chodzę, czuję zmęczenie różnych części ciała. Dawno nie byłem zakochany, ale pamiętam mnóstwo odczuć czysto fizycznych, które towarzyszyły stanowi zakochania. Dobrze – powie ktoś – a duch, co z duchem?
Jestem materialistą, ponieważ materia to pewnik i początek. Co do istnienia duchów możemy się długo i bezproduktywnie spierać, jeśli jednak chodzi o istnienie ciał, rzecz jest bezdyskusyjna. Nawet najsubtelniejsze uczucia polegają na tym, że z jednego neuronu do drugiego zasuwa dendrytem impuls elektrochemiczny. A „motyle w brzuchu”? To żadne motyle (chciałbym zobaczyć motyla, który się tak tłucze we flakach, machając kruchymi skrzydełkami), to się szarpie karp na haczyku. No i właśnie zdefiniowałem, czym jest zakochanie: to karp w brzuchu człowieka i haczyk w brzuchu tego karpia. Brzmi poetycko, nawet jeśli turpistycznie.
Naprawdę dość łatwo i szybko, bez brnięcia w zawiłości neurologii, daje się zauważyć, że poezja jest res. Że się ją „robi”, a nie się jej „ulega”. Poezja jest jak kubek z herbatą, który stoi teraz przede mną. To bardzo dobra herbata i doznaję przyjemności, wąchając ją i pijąc, jednak stoi na stole w kubku (zakupionym w Muzeum Sztuki w Łodzi) z napisem „Stażewski i Strzemiński mylą mi się”. Mogę kubek przesunąć, mogę rozlać herbatę, ale nie napiję się, jeśli nie podniosę do ust brzegu pucharu bądź nie schylę się, żeby posiorbać.
Interesują mnie mniejszości (mnie/mnie – nie mogłem się oprzeć!). Większość poetów aspirujących do „przeklętości” niezbyt mnie przekonuje. Mniejszości jednak to ci przeklęci, którzy mają do załatwienia jakieś zupełnie prawdziwe sprawy z życiem i dlatego czytają, dajmy na to, Wojaczka. Takich chętnie spotykam na warsztatach i od razu serwuję komunikat: „Jeśli chcesz pisać jak Wojaczek, nie czytaj Wojaczka, czytaj Słowackiego”. To trochę ryzykowne, bo niełatwo jest czytać Słowackiego tak, żeby nie zostać pijakiem, niemniej warto spróbować. Czego więc można się nauczyć o tej eterycznej ars poetica podczas warsztatów? Choćby tego, że warto nie zostać pijakiem oraz (tak!) czytać Słowackiego. A to już jest, Drodzy Państwo, wspomniana res, konkret.
Konkretów w pisaniu jest oczywiście znacznie więcej. Swego czasu pojawił się w Sieci Dekalog dobrego wiersza autorstwa Leszka Żulińskiego. Zrobił furorę. I nie, nie stało się tak, że czytający ten tekst zaczęli robić swoje wiersze jak pan Leszek przykazał. Nie wszyscy, choć niektórzy – owszem. Chcę wszakże wrócić do przykazania pierwszego, a brzmi ono: „Wiersz musi być wyrobem rzemieślniczym”. Po tym następuje objaśnienie wartości rzemiosła i niesprawiedliwego odsądzenia od czci rzemieślników. Sporo mówi się od niedawna o tym, że pojęcia takie jak „naród” mają rodowód dziewiętnastowieczny, wczesno- lub późnoromantyczny. Kłopot polega na tym, że wyobrażenia o sztuce mają ten sam rodowód. Odrobinę wcześniej (we właściwej skali historii) nie było żadnych artystów, wszystkie te wzorce geniuszu, o których z emfazą piszemy i czytamy, robili rzemieślnicy. Przytoczę Stefana Themersona (ze Wstępu do poezji semantycznej):
Pewnego razu malarz Degas zapytał Stephane’a Mallarmégo: „Powiedz mi, jak robi się wiersz. Rozumiesz, mam bien des idées, ale nie mogę sobie poradzić z napisaniem choć jednego wiersza”.
Na co Mallarmé odpowiedział: „Poezji nie robi się z natchnień, poezję robi się ze słów”.
Jasne, słychać u Żulińskiego echa Peipera; o ile wszyscy najwybitniejsi w polskiej poezji byli nieprawdopodobnie sprawnymi rzemieślnikami, o tyle Peiper (równie nieprawdopodobny) dodał tę wartość: ujął rzemiosło poetyckie w teorię, która wciąż uparcie jest najlepsza, jak Adam Małysz przez kilka sezonów. Mickiewicz, opiewając wspomniane wcześniej „czucie i wiarę”, zwyczajnie kantował, sprzedawał ludziom tę aurę, a prywatnie po prostu dużo ćwiczył.
Reakcja zachodzi pomiędzy wierszem a czytelnikiem. Czytelnik zaś ma głęboko gdzieś, jak czuł się autor podczas pisania. Czytelnik spotyka wiersz, nie autora. Jeśli ktoś chce być wysłuchany i zrozumiany, powinien zadbać o przyjaciół. A jeśli chce być czytany, powinien pisać dobre wiersze.
Kto wie, co niosą w sobie ludzie mijani na ulicy? Ile wśród nich jest przeklętych kasjerek, przeklętych barmanów, przeklętych internistek, przeklętych programistów? W czym mieliby być gorsi od poètes maudits?
Wróćmy jednak na chwilę do Themersona i cytowanego już tekstu, bo zaczęło się robić zbyt jasno, przejrzyście, konsekwentnie. Trzeba temu jakoś zaradzić, zafundować sobie odrobinę bałaganu:
Humanista poszukuje prawdy lub jakiegoś do niej odnośnika na półkach wypełnionych książkami napisanymi przez innych. Naukowiec woli sięgnąć po Pierwsze Wydanie i czytać bezpośrednio w bezkresnej i tajemnej Księdze Przyrody. Powieściopisarze, że przywołam Stendhala, „idą gościńcem, obnosząc po nim zwierciadło”, i gromadzą, i zapisują to, co Jane Austen nazwała „najbardziej gruntowną wiedzą o naturze ludzkiej”. A poeci… Cóż robią poeci?
Piją wódkę i piszą poezję.
I tak powróciliśmy do punktu wyjścia. Możemy przyjąć, że wiemy, czym jest wódka. A czym jest poezja? Fatalne pytanie! Nie dawajmy jednak za wygraną. Czy bardziej niewłaściwie jest pytać Fizyka o jego Przesunięcie ku czerwieni w widmie, czy o Białego Karła, czy o Czarną Dziurę, czy o Podwójną Spiralę? Albo o jego Kwarki, i jego Dziwność?
I co teraz? Nic, za jakiś czas pewnie znów rozejrzę się za warsztatami w Gdańsku, żeby ludziom zrobić trochę porządku – i trochę bałaganu – w sprawach poetyckich. Na pewno znajdzie się też miejsce na „Kwarki i Dziwność”. Na dziwność bardziej.