Donald Trump, czyli kulturowa maszyna wojenna

Ilustracja: Justyna Lipka

Każdy, kto bacznie obserwuje aktualną kondycję kultury popularnej, w istocie obserwuje proces powolnego, lecz jednocześnie prawie niemożliwego do zatrzymania więdnięcia. Rzeczona postępująca degradacja jest oczywiście nierozerwalnie związana z infekcją postmodernistyczną, lecz, co być może znacznie mniej oczywiste, niekoniecznie z będącymi jej następstwem domyślnymi skłonnościami do nieustannej odtwórczości.

Wbrew tendencjom krytycznym, które możemy uniwersalnie zaobserwować niemal wszędzie – zarówno w publikacjach prasowych oraz internetowych, jak i wśród sekcji komentarzy, które się do nich odnoszą – rozmowa o oryginalności dzisiejszych tekstów masowej wyobraźni mija się z celem. Mniej lub bardziej intuicyjne ganienie braku innowacyjności lub aktywne poszukiwanie tejże zdaje się podwójnym dyskursywnym błędem.

Po pierwsze, udowadnianie, że kopia jest kopią, traci na znaczeniu w momencie, gdy Baudrillardowskie zniesienie realnego terytorium przez mapę już się dokonało i ponowne wyprodukowanie choćby namiastki realności zdaje się graniczącą z cudem niemożliwością. Nawet domagając się niemożliwego, trzeba mieć schowane w tylnej kieszeni papiery na pragmatyczną sprawczość. Po drugie, doszukiwanie się okruchów realności w retroaktywnym krajobrazie kulturowym jest niczym innym, jak tylko aktem desperacji. To nieuprawniony, rozdzierający krzyk tęsknoty za kreatywną potencją minionych dni. Dni, które powracają dziś w niepełnej, niesatysfakcjonującej formie widma, wciąż mamiącego obietnicami nie do spełnienia.

Zarówno negacja, jak i afirmacja wytworów imaginacji XXI wieku prowadzi ku niekończącej się wojnie kulturowej o równocześnie najwyższą i najniższą ze stawek – utrzymanie braku stawki. Tymczasem wspomniane postmodernistyczne zakażenie spowodowało znacznie poważniejszy problem. Ostatecznie dyskusja o unikatowości danego dzieła sprowadza się do dywagacji natury estetycznej, do przyglądania się nadbudowie przy jednoczesnym ignorowaniu bazy. Prawdziwie palącą kwestię należałoby więc umieścić gdzie indziej. Mianowicie w kompletnej degeneracji politycznego potencjału kultury.

Ponowoczesny duch dziejów objawia się przede wszystkim niemożnością wykreowania idei wykraczającej poza zwielokrotnioną wsobność, to jest metaforyczne i dosłowne czubki nosów pojedynczego autora, jego dzieła oraz pojedynczego czytelnika. Słynna Lyotardowska maksyma o „śmierci wielkich narracji” dziś nie tylko zyskała na aktualności, lecz na dodatek jeszcze ewoluowała w śmierć tych, którzy tę śmierć ogłaszają. Ponowoczesna transformacja kulturowa z ideologicznego idealizmu w nihilizm, z Marksa w Fukuyamę nie jest już najbardziej aktualnym obrazem rzeczywistości. Naszą dzisiejszość definiuje coś w rodzaju logicznej kontynuacji rzeczonej Wielkiej Zmiany. Mianowicie okoliczność absolutnego unicestwienia wiary w nie tyle napisanie nowego rozdziału (nihilizm), ile w możliwość choćby śladowej renowacji status quo. Obecnie nie chodzi nawet o to, że trudno o pełnokrwistego artystę marksistowskiego. Kłopot polega na tym, że współczesności nie stać nawet na spłodzenie porządnego autora neoliberalnego. Takiego, który potrafiłby przekonać, że socjopolityczny establishment wciąż można jeszcze wyremontować.

Lata dziewięćdziesiąte ze swoją obietnicą uniwersalnego indywidualizmu – lokalnie przekonywał nas do tego na przykład „bruLion” i Marcin Świetlicki, globalnie choćby rap i Bill Clinton – wyprodukowały Ostatniego Człowieka Końca Historii, czyli antyidealistyczny ideał, podmiot apolitycznie polityczny, piewcę ideologii antyideologii. Ówczesny modelowy artysta był nieprzysiadalny. Miał nie tylko „w dupie małe miasteczka”, ale też duże i małe narracje. Uprawiał antyestablishmentowość egoistyczną, to jest ignorował zarówno establishment, jak i antyestablishment.

Jednakże upływające dekady sprawiły, że ta hiperniezależna postawa zaczęła wyczerpywać swój początkowy potencjał. Przede wszystkim okazało się, że mimo woli apolitycznych, antykolektywistycznych jednostek historia wcale nie dobiegła końca. Owszem, tymczasowy triumf reżimu liberalnej demokracji pozwolił kulturotwórcom na intensywne, krótkotrwałe rozkoszowanie się swoimi własnymi pępkami. Jednak gwałtowny krach nowego porządku, zamiast wybudzić kulturę popularną z letargu, jeszcze bardziej zaakcentował jej niemoc. Indywidualista, który jest „głosem pokolenia niemającego nic do powiedzenia”, potrafi radzić sobie w konfrontacji z dyktatorem starego typu. Jego brawurowa, ostentacyjnie demonstrowana ewokacja własnego „ja” umie obezwładnić i rozbroić wszystko to, co esencjonalne dla zamierzchłej hegemoniczności. Swą szablonową progresywnością, wymierzoną w szablonową opresyjność, przekonuje odbiorców i samego siebie do ogłoszenia zwycięstwa. Z żywą ilustracją tej prawdy mieliśmy do czynienia wielokrotnie: Sinead O’Connor kontra papież, Eminem kontra George W. Bush, Marcin Świetlicki kontra adres zameldowania, uczestnicy Męskiego Grania kontra Prawo i Sprawiedliwość.

Neoliberalni twórcy, czyli jednostki zanurzone po uszy we własnych uszach, muszą jednak (choćby podświadomie) dostrzegać, że niosący ich fatalizm braku alternatyw i braku uniwersalnych idei już nie wystarcza. Muszą wiedzieć, że ich walka to de facto nie wygrywanie, lecz jedynie apoteoza nieprzegrywania. Dotychczas byli zbyt przesiąknięci ironią, by mogli uwierzyć w realną polityczną sprawczość swej sztuki. Zbyt zainfekowani defetyzmem, by móc zaproponować plan B. Ale byli też dostatecznie kontrastujący ze swoimi adwersarzami, by zachować efektowny wizerunek kontestatorów. Niestety, w pewnym momencie musiało w końcu dojść do poważnego pęknięcia decorum. Do zaburzenia, wydawałoby się, niezniszczalnego porządku.

Jak już wspomniano, indywidualista może stawiać bierny, lecz efektowny opór „klasycznej” dyktaturze. Jako głośno celebrująca swoją niezależność jednostka może się okazać problemem dla kolejnych wcieleń Orwellowskiego Wielkiego Brata. Wcześniej takim problemem był przecież bitnik czy hipis dla amerykańskiego rządu. Taki sam problem stanowi także proekologiczny aktywista dla mediów głównego nurtu czy antyklerykalny wokalista dla instytucji kościelnych. Ale współcześnie rzecz się skomplikowała. Epoka zatomizowanych podmiotów musiała wreszcie wykształcić coś jeszcze poza trywialną dychotomią wolnościowiec – system opresji. Oprócz postaci buntownika i dyktatora wykształciła więc zupełnie nowy archetyp: buntownika-dyktatora.

Jeden z najbardziej wyrazistych dowodów na to, że pogłoski o śmierci historii są mocno przesadzone, dostrzeżemy w politycznej działalności Donalda Trumpa. Prezydent Stanów Zjednoczonych wbija się imperialistycznym klinem w ustandaryzowaną konwencję liberalnej demokracji. Kontynuuje kolonizatorskie tradycje swojego kraju, ale uprawia swoje wojny z brutalną bezkompromisowością, której znacznie bliżej do krwawej bezduszności realpolitik Henry’ego Kissingera niż do uśmiechów utrzymujących pozory: poczciwie zagubionego uśmiechu Joe Bidena, uśmiechu dronowego pokoju Baracka Obamy, uśmiechu idioty George’a W. Busha czy uśmiechu pacyfikatora George’a Clintona. Uśmiech Trumpowski jest na wskroś postmodernistyczny. I właśnie z tego powodu kultura popularna w ogóle sobie z nim nie radzi.

Jak bowiem poradzić sobie z nowym typem dyktatora, który co prawda pozwala rozstrzeliwać ludzi na swojej ulicy, rozstrzeliwać ludzi na innych ulicach i rozstrzeliwać zasady czyjejś demokracji w imię zasad amerykańskiej akumulacji kapitału, ale jednocześnie posługuje się komunikacyjną estetyką zbuntowanego indywidualisty?

Dla archetypicznego neoliberalnego artysty najbardziej przerażająca w Trumpie jest jego swojskość. To, jak bardzo blisko mu estetycznie do modelowego kontestatora dwudziestopierwszowiecznego porządku. Trump jest bowiem w takim samym stopniu imperialistą, zamordystą, antydemokratą oraz narodowym szowinistą, jak rock’n’rollowcem, raperem, memotwórcą, twitterowym influencerem. To jednoosobowy byt społeczno-polityczny odnajdujący swój porządek w skrajnym pomieszaniu porządków.

Dzisiejszy artysta to człowiek zagubiony w permanentnej konfuzji na temat misji swojej sztuki. Ktoś, kto najpierw odrzucił wszelkie ambitne ideologicznie narracje po to, by stwierdzić, że obrana przez niego droga apolitycznego egoizmu także nie stanowi atrakcyjnej alternatywy. Podsumowując: twórca, który sam pozbawił się narzędzi walki politycznej i zdał sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy rzeczona walka rozpoczęła się na poważnie.

Nieudany popkulturowy atak na Trumpa przeprowadzają komicy z „Saturday Night Live”, których zajmuje głównie powierzchowne wyśmiewanie narcyzmu wodza narodu. Równie powierzchowne zdają się komiksowe portrety prezydenta USA, zazwyczaj karykaturalizujące jego postawę jako czyny superłotrowskie. Trey Parker i Matt Stone, czyli twórcy kultowej już animacji Miasteczko South Park, także zahaczają o postać Trumpa jedynie naskórkowo. Poświęcając mu cały odcinek najnowszego sezonu serialu, skupiają się na tym, że nestor amerykańskiego imperializmu i kolonializmu… niezbyt lubi, gdy ktoś go krytykuje. Z kolei Stephen King w osobliwie retroaktywny sposób stwierdza, że pisząc Martwą strefę, już czterdzieści lat temu przepowiedział teraźniejszy amerykański horror, jakim jest przejęcie władzy przez Trumpa. Tym samym, zamiast skonfrontować się z aktualnym problemem politycznym, wykorzystuje problem polityczny, by podbudować ego zapewnieniami o talentach proroczych.

Wszystkie wskazane przykłady odznaczają się uderzającą cechą wspólną: krytykują Trumpa po partnersku, dając mu taryfę ulgową na najpoważniejsze polityczne wykroczenia. Jednak powodem takiego stanu rzeczy nie jest hipokryzja zabierających głos twórców czy nawet zamykający usta strach przed konsekwencjami – to raczej kwestia wieloletniego neoliberalnego chowu kulturowego. Albowiem sztuka, która mogłaby skutecznie antagonizować kogoś takiego jak Trump, musiałaby być Sztuką przez wielkie S. Sztuką wyższych idei, niosącą konkretne sztandary, walczącą o precyzyjne koncepcje. Sztuką, która pisze manifesty, zagrzewa tłumy do walki, nie boi się partyzanckiej obrony przegranych spraw.

Polityki Trumpa nie zdemontują artyści, którzy zburzyli wszystkie pomniki, odrzucili wszystkie cytaty i, co najważniejsze, nie zbudowali i nie napisali nic w zamian. Postmodernistyczny trefniś nigdy nie obali postmodernistycznego trefnisia, tym bardziej jeśli jeden z nich dzierży w dłoniach władzę nad losami całego globu. Oczywiście prezydenta USA należy traktować jako swego rodzaju symbol. Przykład ilustrujący znacznie powszechniejszy problem, który dostrzeżemy także w ruchach alt-right czy ideologii, którą Władimirowi Putinowi od dekad sprzedaje Aleksandr Dugin. Wykorzystywanie – liberalno-progresywnych w swej istocie – postmodernistycznych dyskursów jako siły napędowej maszyn opresji powoli staje się powszechnym socjopolitycznym trendem.

Panaceum na tę chorobę nie zostanie wymyślone, dopóki XXI wiek nie doczeka się wreszcie swoich własnych Brechtów, Buñuelów, Godardów, Nerudów. Do tego czasu – jesteśmy zgubieni.

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Wykładowca, dziennikarz, konsument popkultury. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Gdańskiego. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling.

Justyna Lipka

Justyna Lipka

Witrażystka, absolwentka malarstwa na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, sceptyk wrażliwiec, z ucztującym okiem. Urodzona 1992, związana z Toruniem i Olsztynem. Robi szkło, rysunki, fotografie, różne. Obecnie udziela się we własnej pracowni szkła i witrażu.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Poetyckie stosunki polsko-amerykańskie Poetyckie stosunki polsko-amerykańskie Poetyckie stosunki polsko-amerykańskie
Wojciech Markowski

Poetyckie stosunki polsko-amerykańskie

Świat się zużył, rozleciał i wyjałowił Świat się zużył, rozleciał i wyjałowił Świat się zużył, rozleciał i wyjałowił
Przemysław Zawrotny

Świat się zużył, rozleciał i wyjałowił