Rozmowa z Martą Zep, architektką, graficzką, twórczynią antykwariatu dla dzieci Kolifink w Gdańsku.
Aleksandra Kozłowska: Dzień dobry. Czy są Dzieci z Bullerbyn?
Marta Zep: Tak, są. Proszę, tu, na tej na półce.
AK: Kolifink! I to jeszcze legendarne wydanie z ilustracjami Hanny Czajkowskiej, ech, łza się w oku kręci… Wiesz, to pierwsza książka, którą przeczytałam samodzielnie. Byłam w pierwszej klasie podstawówki, wypożyczyłam Dzieci z Bullerbyn w naszej dzielnicowej bibliotece na Żabiance. Zachwycona, przeczytałam kilka razy. Podobało mi się też to, jak ta nieduża książeczka wygląda na mojej półce – tak bardzo, że spóźniłam się ze zwrotem.
MZ: Ja Dzieci z Bullerbyn poznałam dopiero w dorosłości. Wcześniej jakoś mi umknęły, może dlatego, że nie jestem z czytającej rodziny. Moje odkrywanie literatury zaczęło się mniej więcej w czwartej klasie, wtedy zaczęłam korzystać z bibliotek, a Dzieci… przeczytałam dopiero z synami. Mam ich trzech.
AK: Znajdziesz ten fragment z kolifinkiem? Mogłabyś go przeczytać?
MZ: Jasne. Jest w rozdziale „Plewimy rzepę i dostajemy małego kotka”.
Najweselej było plewić pierwszego dnia. Potem stało się to już trochę nudne, lecz mimo to musieliśmy plewić dalej, bo wszystkie zagony trzeba było oczyścić z chwastów. Pewnego dnia, zaledwie zabraliśmy się do roboty, Lasse powiedział do Ollego:
– Petruska saldo bumbum.
A Olle odpowiedział:
– Kolifink, kolifink.
A Bosse:
– Mojsi dojsi filibom ararat.
Zapytałyśmy ich, co to ma znaczyć, a Lasse odpowiedział, że jest to specjalny język, który tylko chłopcy rozumieją. Dla dziewczynek jest za trudny.
– Cha, cha! – śmiałyśmy się. – Sami tego nie rozumiecie.
– Oczywiście, że rozumiemy – zaprzeczył Lasse. – To, co powiedziałem na początku, znaczy” „Dziś jest ładna pogoda”, na co Olle odpowiedział: „Aha, rzeczywiście”, a potem Bosse dodał: „Co za szczęście, że dziewczynki tego nie rozumieją”.
„Kolifink” znaczy więc – w zależności od tłumaczenia – „rzeczywiście” lub „oczywiście”. Co ciekawe, podczas warsztatów, które prowadzę z dziećmi, często więcej z nich wie, co znaczy „kolifink” niż „antykwariat”.
AK: A założenie antykwariatu było dla ciebie czymś oczywistym? Co cię do tego skłoniło?
MZ: To zdecydowanie nie było oczywiste. Zawsze interesowało mnie wiele różnych rzeczy, chciałam robić wszystko i nie mogłam się zdecydować na jeden kierunek zawodowy. W ciągu swojego trzydziestosiedmioletniego życia pracowałam jako architektka, urzędniczka (do moich zadań należała estetyka miasta), zajmowałam się tkaniną artystyczną i prowadziłam warsztaty, byłam projektantką graficzną w korporacji. Od lat marzyłam też o własnym biznesie i chciałam, by znalazło się w nim miejsce na moją twórczość i by tę działalność skierować do dzieci lub rodzin – co do tego nie miałam wątpliwości. Wybrałam nawet nazwę: Kolifink. Przyszła mi do głowy wcześniej niż sam projekt antykwariatu połączonego z twórczymi warsztatami. Kiedy trzy lata temu wpadłam na ten pomysł, byłam jak bohaterka komiksu – w kadrze zapaliła się nade mną żarówka.
AK: Czego dotyczą twoje warsztaty?
MZ: Każde spotkanie z dziećmi zaczynam od tego, że witam ich jako antykwariuszka. Pytam, czy wiedzą, co to jest antykwariat, potem rozmawiamy o tym, że to swego rodzaju połączenie biblioteki i księgarni. Zwykle dzieci zgodnie przyznają, że książki wcale nie muszą być nowe, że jako czytelnicy niczego nie tracą, sięgając po używane egzemplarze. Zwłaszcza że podczas takiej lektury znajdują jeszcze inne interesujące rzeczy: „O, tutaj jest coś napisane”, „A tu jest jakaś pieczątka”. Same warsztaty są zaś o architekturze, budowie miast, o wnętrzach… Często wcześniej czytam dzieciom fragmenty książek, które nawiązują do omawianego tematu. Nieraz wybieram publikację, z której potem wynika aktywność twórcza dzieci. Na przykład sięgam po Swimmy’ego, którego autorem i ilustratorem jest Leo Lionni. To historia o rybce (tytułowy Swimmy), która różni się od innych – w ławicy czerwonych ona jedna jest czarna – i o mocy współpracy. Nie tylko czytam, ale też zwracam uwagę dzieci na technikę ilustracji. Sama zobacz: stempelki, pieczątki, odbitki…
AK: Świetne! Odciśnięte koronki! I stemple z ziemniaka. Pamiętam, jak robiliśmy takie na plastyce.
MZ: Gotowa inspiracja. Takich książek mam więcej, na przykład Gudu i Gwai Marii-Luisy Uth, także o poczuciu bycia innym. Na podstawie tej lektury robimy maski, dzieciaki bardzo to lubią. W wielu pozycjach ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki. Spójrz na to. [Marta podaje Czerwonego Kapturka braci Grimm z ilustracjami Květy Pacovskiej].
AK: Niezwykłe! Jak papierowe wycinanki, geometryczne, surowe, bez szaleństwa kolorów.
MZ: Květa Pacovská to czeska artystka, która tworzyła książki absolutnie wymykające się potocznym wyobrażeniom o ilustracji dla dzieci. Uważała, że książka ilustrowana jest pierwszym kontaktem dziecka ze sztuką i że trzeba małego odbiorcę traktować poważnie, nie infantylizować przeznaczonych dla niego wydawnictw.
AK: A jak ilustracje Pacovskiej odbierają dzieci?
MZ: Moi synowie mieli akurat mieszane wrażenia. Mówili, że są trochę dziwne, trochę okej. Ale też Czerwony Kapturek to nie jest historia, która by ich szczególnie zaciekawiła. Wystarczy, że mnie ta książka zachwyca. A takich dorosłych jest więcej. W zeszłym roku wystawiałam się z książkami na targach designu, mody i biżuterii i wielu klientów kupowało książki ilustrowane z myślą o sobie, nie o dzieciach. Dlatego w sierpniu 2025 roku założyłyśmy z koleżanką w Gdańsku Klub Książki Ilustrowanej. Spotykamy się raz w miesiącu, utworzyła się już stała grupa, choć niemal co spotkanie dołącza ktoś nowy. Wymyślamy temat, na przykład „zmiana”, „książka poza schematem”, „architektura książki”, i rozmawiamy. Wędrujemy po kwestiach, które są trochę niejednoznaczne i które mogą otwierać sporo klapek w głowie.
AK: Skoro wspominasz o architekturze książki, to pewnie zetknęłaś z tym wielkoformatowym wydawnictwem o Malborku, które wiosną tego roku narobiło sporo szumu…
MZ: Jasne! Mówisz o Jak to działało? Mechanizmy zamku w Malborku z ilustracjami Agaty Królak?
AK: Właśnie! Byłam na promocji tej książki w Bibliotece Mariackiej. Gorąca atmosfera, emocje aż buzowały. Jeden z profesorów gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych nader arbitralnie skrytykował layout i opracowanie graficzne, oznajmił wręcz, że ta książka to porażka.
MZ: Też byłam na tym spotkaniu, nawet zabrałam głos w dyskusji. Bardzo lubię tę publikację jako obiekt artystyczny. Rodzinnie też fajnie nam się ją oglądało. Jest w niej na przykład rozkładówka pokazująca, jak się podnosi bramę. To świetny przykład architektury książki – podnoszenie bramy zostało przedstawione na czterech stronach. Na pierwszej brama jest zamknięta, na drugiej ktoś ciągnie łańcuch, na następnej stronie znowu jest ciągnięty łańcuch i na czwartej widzimy bramę już podniesioną. Świetny pomysł. Chapeau bas! To, że na zespół zamkowy w Malborku składają się aż trzy budowle: Zamek Niski, Średni i Wysoki, też zostało uwidocznione w konstrukcji książki.
AK: Tak, bardzo to inspirujące. Aż chce się wziąć karton, papier pakowy, mazaki, kredki i samemu stworzyć podobną książkę.
MZ: Nie jest to oczywiście rzecz do plecaka czy do pociągu, ale nie rozumiem wzburzenia w środowisku. Nie ma nic nowego w tym, że książkę traktuje się jako obiekt, jako dzieło sztuki, również w dziedzinie publikacji dla dzieci. Istnieje wiele przykładów książek ilustrowanych, które wymykają się przyjętym schematom i formom.
AK: Tu kłania się legenda polskiej ilustracji Bohdan Butenko, przywołany zresztą na spotkaniu w Bibliotece Mariackiej. W głębokim PRL-u, przy wszelkich niedoborach papieru i dostatecznie czarnego tuszu w drukarniach, upierał się przy swoich awangardowych pomysłach. Zostawiał puste strony, łączył rysunek z fotografią i wycinanką…
MZ: Miałam w antykwariacie rewelacyjną książkę z 1962 roku – Pięciu braci z grochowego strączka Anny Bańkowskiej i Kazimierza Graba z ilustracjami Juliusza Makowskiego. Miała podzielone na pół kartki, częściowo klejone ręcznie, na których pokazano wzrost ziarnka grochu. W górnej połowie widać było niebo, w dolnej to, co się dzieje z nasionkiem pod ziemią. Autorzy bawią się formą od lat.
AK: Mnie przypomina się Lew i Ptak Marianne Dubuc z przepięknymi rysunkami. Ale w kilku miejscach autorka zostawiła zupełnie puste kartki, w pierwszej chwili pomyślałam, że to błąd w druku. Szybko jednak zrozumiałam, że to celowy zabieg – na przykład wtedy, gdy Ptak odlatuje ze swym stadem, a Lew zostaje sam. Jak inaczej pokazać tę pustkę? Jak oddać to, co czuje Lew? Miałam ściśnięte gardło.
MZ: Gdy mówisz o Lwie i Ptaku, o uczuciach, które można odnaleźć w książkach dla dzieci, przychodzi mi do głowy Mniedźwiedź Noemi Voli. Ta książka trafiła do mnie w szczególnym momencie życia. O, mam ją tutaj. Tytułowy Mniedźwiedź to ciężar, coś, co nas gnębi, więc jest to w pewnej mierze także opowieść o depresji, choć nieoczywista. Gdy ją przeczytałam (a właściwie obejrzałam, bo działa głównie poprzez ilustracje), popłakałam się. Ta książka, mimo że przeznaczona dla dzieci, mną wstrząsnęła. To pokazuje, że najlepsza literatura obrazkowa nie stawia ograniczeń wiekowych – nie ma znaczenia, czy czytamy ją, będąc sześciolatkiem czy mając lat kilkadziesiąt. To rodzaj poezji, dostrzegam ją w połączeniu oszczędnych słów z obrazem. Dlatego mam misję, by przekonywać do niej rodziców, którzy przeglądając książkę ilustrowaną, mówią do dziecka: „Same obrazki. Za mało tekstu, jesteś już na to za duży”. Zdarza się, że dorosłym żal dwudziestu pięciu złotych (w większości takie są ceny w moim antykwariacie) na książki obrazkowe lub te, w których tekstu jest niedużo, bo przejrzy się je w kilka minut, a to się nie opłaca. Tymczasem wiele z takich książek zostaje z dzieckiem na lata, a nawet przechodzi na następne pokolenie.
AK: Właśnie. Cała wartość Mniedźwiedzia polega na tym, że nic nie jest w nim dosłowne. Na rysunkach wielki czarny niedźwiedź zabiera całą przestrzeń, przygnębia, przytłacza… Może być uosobieniem smutku, opresji, kłopotów…
MZ: Oczywiście. Ktoś, kto zmaga się ze złym samopoczuciem, odczyta go jako depresję. Dla dziecka może to być gorszy dzień w przedszkolu, nękający kolega albo nielubiana wychowawczyni. Książki obrazkowe mają niesamowitą moc. Dlatego w naszym klubie i w moim antykwariacie chcę promować ambitną literaturę obrazkową. Marzę, by tego typu książki były szkolnymi lekturami, by uczniowie pisali na ich temat wypracowania, analizowali ilustracje, tworzyli własne prace inspirowane książkami.
AK: Świetny pomysł. Sprzyja kreatywności, wspiera analogowość. Podobnie jak twój antykwariat. Mam wrażenie, że w sytuacji, gdy toniemy w zalewie treści cyfrowych, zwrot w stronę papierowych, często już niemal zabytkowych książek pozwala się zatrzymać, poczuć tu i teraz, odebrać rzeczywistość wszystkimi zmysłami.
MZ: Chciałabym, żeby tak było. Dlatego – i by nie dać się przygnieść nadmiarowi, także nowości wydawniczych – staram się polecać książki najfajniejsze, najciekawsze, uniwersalne. Choćby szwedzkiej pisarki Piji Lindenbaum, która wydaje książki od lat, wśród nich serię o Nusi. Pija to kobieta z niesamowitą wrażliwością na to, co dzieci mogą czuć i przeżywać, jej książki poruszają dziecięce problemy, których rodzice często nie zauważają.
AK: Na przykład?
MZ: Na przykład taka historia: Nusia zrobiła coś złego, nie przyznała się do tego tacie, tylko się schowała. A tata nie wiedział, o co chodzi. W ukryciu dziewczynkę wspierały wyobrażone zwierzątka. W opowieściach Lindenbaum zwykle zakończenie jest otwarte albo dorosły wykazuje się zrozumieniem dla dziecka, potrafi się zaopiekować jego emocjami.
AK: A to co za książka? Migranci Issy Watanabe… Mocne ilustracje. Wszystko dzieje się w lesie, na czarnym tle. Migrantami są zwierzęta. Ale w ogóle nie ma tekstu.
MZ: Bo to silent book. Książki poruszające trudne tematy mają w moim antykwariacie osobny dział. Cieszę się, że są jeszcze wydawnictwa, które mają odwagę publikować takie rzeczy. Niestety, tego rodzaju pozycje się nie sprzedają.
AK: Skoro czterdzieści procent dorosłych Polaków czyta jedną książkę rocznie, to pomyśl, ile książek kupują swoim dzieciom? Trudne publikacje dla dzieci, poruszające poważne, niewygodne tematy, dalekie od różowych bajeczek, wymagają od rodziców otwartości.
MZ: Ale i czasu, by wspólnie z dzieckiem taką lekturę przeczytać i przedyskutować. Niektóre książki wymagają od rodziców czegoś więcej niż kupienia i podarowania dziecku ze słowami: „Masz, to dla ciebie”.
AK: Czytujesz synom tylko ambitne, nowatorsko ilustrowane publikacje?
MZ: Nie. Pozwalam im na samodzielne wybory książkowe. Kiedy wspólnie korzystamy z biblioteki, nie komentuję tego, co wybierają, i nie odradzam, nawet jeśli uważam, że to jest mało ambitne. Książka może być lekką rozrywką, może tylko bawić, nie zawsze musi edukować i dawać do myślenia. Ale ja też wybieram, poza tym często przynoszę do domu książki dla dzieci z myślą o sobie, ale zapraszam synów do wspólnego czytania, choć nie zawsze nasze gusta się pokrywają. Czytamy różnorodnie i uczymy się, co nam się podoba i co lubimy. Kiedyś czytaliśmy słynną Kicię Kocię. To seria lekka (i w przenośni, i dosłownie – wszędzie można ją ze sobą zabrać), nieskomplikowana, dostępna w każdym sklepie, idealna, by przeczytać dwulatkowi przed snem. Zgoda na to, by dziecko samo wybierało dla siebie książki, wspaniale buduje jego sprawczość.
AK: A ty na jakich książkach się wychowywałaś?
MZ: Z wczesnego dzieciństwa nie mam wspomnień związanych z czytanymi mi książkami. Za to mama i babcia opowiadały mi bajki.
AK: A gdy sama zaczęłaś czytać?
MZ: Pierwszy był Harry Potter. Dostałam go w prezencie, miałam wtedy jedenaście lat. Kiedy przeczytałam pierwszą część, na ekrany wszedł film, więc świetnie się złożyło. Rosłam z Harrym Potterem, w gimnazjum przeczytałam ostatnią część. Bardzo mi się podobała ta saga. Gdy ukazywały się kolejne tomy, nie jadłam, nie piłam, nie spałam, czytałam w każdej pozycji. Wtedy też zaczęłam odkrywać bibliotekę i dokonywać własnych wyborów lekturowych. Przeczytałam Anię z Zielonego Wzgórza, wszystkie Pamiętniki księżniczki, sporo dziewczyńskiej obyczajówki. W liceum poznawałam poważniejszą literaturę: Władcę much, Moje drzewko pomarańczowe, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie, Oscara i panią Różę, Pana Ibrahima. To książki, które mnie ukształtowały. Potem, gdy już studiowałam architekturę, jakoś zarzuciłam czytanie. Dopiero gdy urodziły mi się dzieci, przeżyłam wielki powrót do literatury, tej dorosłej, ale też tej dziecięcej, której nie znałam z własnego dzieciństwa, a którą zaczęłam odkrywać ze swoimi synami. Książki to moja odskocznia.
AK: Mam wrażenie, że twój antykwariat też jest taką odskocznią: jasnym, przytulnym wnętrzem, które kontrastuje z surowym industrialem stoczni. Ale Kolifink to także wehikuł czasu. Zgromadzone tu książki podzieliłaś na kolekcje: „Ważne tematy”, „Zwierzęta”, „Przygody”, „Zabawne”… Jest też klasyka. Dzięki temu znów mogę się znaleźć w dzieciństwie, kiedy palcami lepkimi od lodów Calipso albo oranżady w proszku kartkowałam Misję profesora Gąbki Pagaczewskiego, Chłopca z perły urodzonego Szelburg-Zarembiny albo Opowiadania z Doliny Muminków, po które do dziś sięgam w chwilach stresu.
MZ: Staram się oferować literaturę wyselekcjonowaną, tu nie ma złego wyboru. Pytanie tylko, czego pragniesz i czego szukasz. O, proszę, spójrz na sekcję vintage.
AK: Fantastyczna! Oczywiście wracają wspomnienia. Poznaję ilustracje Zbigniewa Rychlickiego, Mirosława Pokory, Bożeny Truchanowskiej – uwielbiam ją niemal od niemowlęctwa. Widzę też Chatkę Kubusia Puchatka, klasyczne wydanie z rysunkami Ernesta H. Sheparda.
MZ: Oczywiście, nie mogło go zabraknąć. Tu mam klasykę zagraniczną, a więc Lassie, Muminki, Pinokio, Mały lord, Doktor Dolittle, Tajemniczy ogród. Jest też seria Wydawnictwa Dwie Siostry „Mistrzowie ilustracji”. Na stronie internetowej nie mam tej kategorii, ale muszę ją koniecznie zrobić, bo to coś, o co często rodzice pytają – pierwsze dłuższe formy do wspólnego czytania, jak seria 8 plus 2 czy Kajtek i Tosia.
AK: O, à propos Bohdana Butenki – Astronomia z jego ilustracjami. Łączył drzeworyt z rysunkiem i fotografią.
MZ: Zobacz, w środku została karta biblioteczna. Najwcześniejsze wypożyczenie jest z 1994 roku.
AK: Każda z tych książek ma swoją historię – każda do kogoś należała, ktoś ją czytał, ktoś przy niej płakał albo się śmiał. Znalazłaś w którejś jakieś dopiski, rysunki, komentarze?
MZ: Zdarzają się. Nie pamiętam już w której książce była dedykacja: „Od babci dla bardzo niesfornego wnuczka” – jedna z moich ulubionych. Z kolei w pewnym egzemplarzu Malutkiej czarownicy zachowała się rozczulająca wiadomość od pierwszej właścicielki do kolejnego czytelnika. Ponieważ ilustracje są w tej książce czarno-białe, dziewczynka, do której należała, pokolorowała kilka z nich. W dedykacji napisała: „ty możesz dokończyć kolorowanie”. A jakiś czas temu trafiła do mnie książka Mio, mój Mio Astrid Lindgren z wpisem: „Mojej kochanej siostrze. Bożena Zep”. To samo nazwisko co moje! I dość rzadkie – wujek kiedyś sprawdził, że nosi je około stu osób w Polsce, druga setka ma podwójne „p”. Niestety, nie znam żadnej Bożeny Zep ani jej siostry. Mimo to mam poczucie, że ta książka mnie wybrała. Stała się jedną z moich ukochanych. Ale chciałabym jeszcze wrócić do Kubusia Puchatka…
AK: Wracaj.
MZ: Zastanawiałam się, jak przez internet dotrzeć do większej liczby osób, w tym do dzieci; jak promować dobre książki, rozsyłać propozycje twórczych aktywności. I wymyśliłam, że skoro namawiam, by wracać do korzeni, do starych, używanych książek, to czemu nie wrócić do najprostszej formy komunikacji, czyli do listów? Takich tradycyjnych, papierowych listów. Tak powstał projekt Poczytówka. Właśnie szykuję trzecią edycję.
AK: Czym jest Poczytówka?
MZ: To połączenie pocztówki i czytania, a więc list od książki do rodziny czytelników. To książki mi szepczą, co chciałyby przekazać dzieciom, zachęcają do lektury, a ja to spisuję. W osobnym liściku dodaję słowo wstępu, przygotowuję też ilustrację inspirowaną daną książką, zakładki albo inne prezenciki. Dotychczas działałam raczej jako graficzka na zlecenia, teraz wreszcie zaczynam realizować własne pomysły.
AK: I gdzie wysyłasz te Poczytówki? Do szkół? Do bibliotek?
MZ: Nie. Ogłaszam na Instagramie, a rodzice mogą je dla dziecka zamówić. Projekt powoli się przyjmuje, do pierwszej edycji wysłałam około trzydziestu listów.
AK: Dzieci ci odpisują?
MZ: Na razie nie. Ale dostaję zdjęcia od rodziców pokazujące, że moje propozycje zadań inspirowanych książką spotkały się z zainteresowaniem dzieci. Pierwszy list był od książki Proszę słonia Ludwika Jerzego Kerna i zachęcał do tego, by poszperać w dawno nieotwieranych szafach w poszukiwaniu starych wydawnictw. Bohaterem książki jest bowiem porcelanowy słonik, którego chłopiec zwany Piniem znajduje na strychu. Karmi go potem tabletkami, dzięki czemu słonik rośnie i rośnie, i rośnie. Do listu wykonałam ilustrację zaczytanego słonika, do tego zakładkę z hasłem „Rosnę z książką” oraz naklejkę „Witaminki dla rozumku”. Książka zaś opowiedziała o sobie, że kiedyś była prawdziwą gwiazdą, została nawet sfilmowana. Po latach jednak popadła w zapomnienie, a teraz powraca.
AK: Jak rodzice i dzieci na to zareagowały?
MZ: Na przykład dostałam wiadomość, że rodzice przeczytali dziecku list, po czym wszyscy razem wybrali się do biblioteki, by wypożyczyć Proszę słonia. A tam pani bibliotekarka powiedziała, że w katalogu nie ma już tej pozycji. „Ale poczekajcie” – dodała, widząc zmartwione miny, poszła na zaplecze i po chwili przyniosła podniszczoną, wycofaną z obiegu książeczkę.
AK: Ładne zakończenie.
MZ: Niektóre dzieciaki, w tym moi synowie, po przeczytaniu tej książki (bardzo im się zresztą podobała) obejrzeli serial animowany na jej podstawie z 1968 roku. Ale wiem też, że kilkoro rodziców miało wątpliwości – czy książka będzie aktualna, właściwa dla dzieci… Teraz dorośli często mają obawy co do starej literatury, boją się niepoprawnych treści, na przykład o karach cielesnych.
AK: Na tym przecież polega rola rodziców, żeby tego rodzaju historie dziecku wyjaśnić; wytłumaczyć, że kiedyś były inne metody wychowania, inne patrzenie na świat i ludzi.
MZ: Właśnie. Ale ja wiedziałam, co wybieram, przeczytałam Słonia wcześniej i mogłam zapewnić, że lektura jest bezpieczna i odpowiednia. Wiedziałam, że ten, kto po nią sięgnie, będzie zadowolony. Bohaterem drugiej edycji Poczytówki był czule przez ciebie wspominany Kubuś Puchatek. Pisał do dzieci, że bardzo się cieszy z tego, że wciąż jest gwiazdą. Tylko czy dzieci wiedzą, że Kubuś pochodzi z książki?
AK: A skąd miałby pochodzić?
MZ: Z filmu. Wiele dzieciaków zna go jedynie z disneyowskiej produkcji. To, że źródłem jest książka, bywa dla nich odkryciem.
AK: Puchatek się nie starzeje, jest ponadczasową, uniwersalną opowieścią o przyjaźni, wrażliwości, otwartości na innych.
MZ: Tak. Literatura dziecięca i młodzieżowa często dotyka ważnych tematów w sposób na tyle prosty – ale nie infantylny, tylko subtelny – że nie przytłacza trudną problematyką. Zachęcając do refleksji, daje jednocześnie przestrzeń, która pozwala nie poczuć tego ciężaru. By dzieci miały się jeszcze lepiej, pisząc list od Kubusia Puchatka, zachęcałam je do wyjścia do lasu, książka prosiła, by zabrać ją na dwór, w plener. Dlatego w prezencie przygotowałam „Leśne bingo”.
AK: A co wybrałaś do trzeciego odcinka Poczytówki?
MZ: Podróż z rondlem Edith Unnerstad, szwedzkiej pisarki i scenarzystki filmowej. Największą sławę przyniosła jej seria o wielodzietnej rodzinie Larssonów. Podróż z rondlem to jedna z jej części, bardzo wakacyjna książka o tym, jak Larssonowie nie mieszczą się już w swym sztokholmskim mieszkaniu, a że akurat odziedziczyli dwa wozy i parę koni, postanawiają ruszyć w drogę. Tytułowy rondel to wynalazek taty, przy czym tacie wynalazki nie zawsze się udają. Z kolei mama była kiedyś aktorką, grała w sztukach Szekspira. Pojawia się też nawiązanie do Moby Dicka, którego czyta chłopiec narrator – więc jeden z moich synów od razu zapytał, czy też może przeczytać Moby Dicka. Moje dzieci były zachwycone, że wybrałam do Poczytówki właśnie Podróż z rondlem. Konsultuję z nimi te wybory, przecież to polecenia dla dzieci.
AK: Nie myślałaś o tym, by otworzyć prawdziwy klub książki dla dzieci, ze spotkaniami na żywo, nie przez internet czy listy?
MZ: Oczywiście, że myślałam! Chciałabym go uruchomić po tegorocznych wakacjach, we wrześniu. Będziemy się spotykać tu, w Kolifinku. Zainspirowało mnie niedawne wspólne czytanie z synami, kiedy wybrana przez mnie obrazkowa książka nie do końca nam się spodobała. Trochę na siłę opowiadała o wszystkich możliwych emocjach, przez co już w połowie mnie zmęczyła. Nie podobała się też mojemu jedenastolatkowi. Ale siedmiolatek był zadowolony, dziewięciolatek raczej też. Zaciekawiła mnie ta rozbieżność, skłoniła do długiej rozmowy. Stwierdziłam, że dobrze będzie takie dyskusje prowadzić w większej grupie.