Rozmowa z Katarzyną Komar-Macyńską, dyrektorką festiwalu literackiego Miasto z Rzeką | Місто з рікою w Przemyślu.
Aleksandra Kozłowska: Cztery dni, cztery sceny (w tym dziecięca), trzydzieści spotkań literackich, wśród rozmówców między innymi: Maria Poprzęcka, Olga Solarz, Grażyna Bochenek, Włodek Nowak, Wojciech Tochman, Roman Kabaczij, Jurij Andruchowycz… Poza tym warsztaty haftu, joga, wycieczka rowerowa, zwiedzanie Domu Ukraińskiego i Sontagówki na Zasaniu, koncert grupy Klawo… A to dopiero druga edycja festiwalu Miasto z Rzeką. Jak to się osiąga?
Katarzyna Komar-Macyńska: Trzeba mieć pomysł, a do tego trochę nie po kolei w głowie. (śmiech) I nieco buty, żeby chcieć robić takie rzeczy w miejscu, w którym nikt wcześniej tego nie robił. Bo do tej pory Przemyśl nie miał swojego festiwalu literackiego. Jest Przemyska Wiosna Poetycka, są jednodniowe wydarzenia kulturalne organizowane przez bibliotekę publiczną, ale taka impreza jak nasza dotychczas się tu nie odbywała.
AK: To co było pierwsze? Źle w głowie czy pomysł?
KKM: Trudno powiedzieć. Ważniejsze jest to, że nasz festiwal mocno wpisuje się w ideę i misję Domu Ukraińskiego. To instytucja, która od dziesięciu lat przechodzi istotną zmianę.
AK: A działa – z przerwami – od 1904 roku. Podczas festiwalu niecodzienną atrakcją było nocne zwiedzanie Domu Ukraińskiego. Opowiedz o historii tej instytucji.
KKM: Zazwyczaj zaczynam od frazy: Dom Ukraiński w Przemyślu ma 122 lata, cztery piętra, sporą piwnicę i bardzo dużo warstw historii. Został zbudowany przez miejscową inteligencję ukraińską na początku XX wieku, jeszcze w imperium austro-węgierskim. Twórcy tego miejsca prowadzili w nim działalność nieprzerwanie mimo pierwszej wojny światowej, mimo wojny polsko-ukraińskiej (choć oczywiście nie bez wpływu na sposób funkcjonowania), w czasie międzywojnia, lecz nie przetrwali próby, którą stanowił początek drugiej wojny światowej – 1 września 1939 roku. Dla Przemyśla to znów był bardzo trudny czas, bo miasto na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow zostało podzielone na dwie strefy okupacyjne, z granicą na Sanie. Dom Ukraiński znalazł się po stronie sowieckiej, co okazało się fatalne dla miejscowych Ukraińców. Większość z nich wyemigrowała wówczas za wielką wodę. W mieście została po nich pustka, pogłębiona jeszcze przez powojenne deportacje ludności ukraińskiej z okolicznych miejscowości. W PRL-u budynek został znacjonalizowany. W jego części już od połowy lat pięćdziesiątych XX wieku znowu działała społeczność ukraińska, w większości składająca się z osób, które wróciły do Przemyśla po akcji „Wisła”. Związkowi Ukraińców w Polsce udało się go odkupić – za jeden procent wartości – dopiero w 2011 roku. Budynek został wpisany do rejestru zabytków, od tego czasu przechodzi gruntowny remont, którego efekty w końcu widzimy. Ale finisz jeszcze daleko.
AK: Mimo to intensywnie działacie.
KKM: W ostatniej dekadzie Dom Ukraiński ewoluuje. Z miejsca mocno skupionego na zachowaniu ukraińskiej tożsamości staje się placówką promującą i tworzącą treści, które mają na celu dialog polsko-ukraiński w różnych wymiarach. Do tego opowiada o sobie i o mieście, w którym działa, o tutejszym dziedzictwie. A to też jest ważną lekcją do odrobienia.
AK: Jakie jest to dziedzictwo przygranicznego Przemyśla, galicyjskiego miasta wielu kultur? Żyli tu obok siebie Polacy, Ukraińcy, Żydzi, katolicy, grekokatolicy, prawosławni.
KKM: Rzeczywiście – żyli obok. Wydaje mi się, że porządnego dialogu nigdy nie było. Patrząc na ostatnie dwieście lat historii tego miasta i regionu, widzi się raczej opowieść o przeciąganiu liny, a nie o tym, jak ze sobą współbyć i dzielić tę niewielką przestrzeń. Dlatego wymyślając Miasto z Rzeką, chcieliśmy postawić na wymianę myśli i opowiadanie o tej części świata, na stworzenie innej niż przez lata strategii opowieści dla Przemyśla. I dla ludzi, którzy tutaj mieszkają, którzy są Przemyślankami i Przemyślanami z urodzenia lub z wyboru.
AK: Stąd San w nazwie? Rzeka, która dotychczas częściej dzieliła, niż łączyła? Będąc na festiwalu, miałam poczucie, że razem – i goście, i publiczność – budujemy most, rozbieramy mury, niwelujemy granice między Polską a Ukrainą. Wszystkie spotkania były symultanicznie tłumaczone. Jeśli z polskimi autorami, to na ukraiński – i na odwrót. Po dwóch dniach w zasadzie nie potrzebowałam już tłumacza.
KKM: Z wymyśleniem nazwy wcale nie było łatwo. Ja bardziej krążyłam wokół metafory, idei dialogu, ale też granicy. Dyskutowaliśmy o tym z grafikiem Andrijem Filem, projektantem identyfikacji festiwalowej. Najpierw wymyśliliśmy nazwę projektu, który składaliśmy do programów MKiDN-u: „Miasto, rzeka, dom – przestrzenie literatury w Przemyślu”, podkreślając sprawy, które są dla nas kluczowe. Gdy później pojawiło się pytanie, czy festiwal też ma się tak nazywać, Andrij zaproponował: „Może nazwijmy go tak, jak widzi się Przemyśl z góry – jako otoczone wzgórzami miasto z rzeką”. Bo na Przemyśl można patrzeć z góry, góry otaczają go z każdej strony. Więc tak zostało. Ale głównie chodzi o to, że jest to miasto pograniczne – wszystko się tu wokół granicy kręci, chociaż oczywiście w domyśle, bo o granicy się, paradoksalnie, wcale nie opowiada.
AK: A tłumaczenie spotkań?
KKM: Zależało nam, żeby niemal cały program był tłumaczony. Staraliśmy się też zapraszać na scenę dwie osoby z zupełnie innymi doświadczeniami, często z obu stron granicy: z Polski i z Ukrainy albo z Niemiec, tak żebyśmy faktycznie prowadzili sąsiedzkie rozmowy. Ale, co bardzo podkreślam, nie chcieliśmy spotkań oklepanych, z dyżurnymi specjalistami od dialogu polsko-ukraińskiego, którzy tak naprawdę nie mają już nic nowego do dodania. Aranżowaliśmy więc takie spotkania, które wcześniej się nie wydarzały. Z jednej strony był to pretekst, by ich uczestnicy mogli się poznać, poznać swoją twórczość, nawet się nią zachwycić, z drugiej – okazja do naprawdę uważnego słuchania. Tak właśnie było z Mikołajem Grynbergiem i Ołeną Stiażkiną w rozmowie pod hasłem „Wypływa z domu”. Widać było, że oboje mają w sobie głęboką (auto)refleksyjność i dużo pokory wobec swoich doświadczeń, że usłyszenie drugiej osoby jest dla nich bardzo ważne. Podobnie działo się podczas rozmowy Wołodymyra Stanczyszyna i Tomasza Terlikowskiego w spotkaniu „O wierze”.
AK: Na mnie ogromne wrażenie zrobiła rozmowa Nikodema Szczygłowskiego z Anną Dąbrowską i Selmą Skenderović pod hasłem „Nowy obcy. O migracji”. Dąbrowska, aktywistka na rzecz praw człowieka, współtwórczyni Grupy Granica, napisała osobisty esej pt. Nasz, naszego, naszemu, naszym [Wydawnictwo Warsztaty Kultury, Lublin 2026] – o kryzysie humanitarnym na polsko-białoruskiej granicy, o międzyludzkiej solidarności i jej braku. Skenderović, młoda słoweńska pisarka, definiująca się jako Boszniaczka, to autorka właśnie wydanej u nas książki Dlaczego milczysz, Havo? [Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2026]. Pisze o poczuciu obcości w swoim kraju, o byciu niechcianą, dyskryminowaną.
KKM: Tym większą mam satysfakcję, że niczym swatka zaaranżowałam te dialogi. Ważne jest także to, że mocno wybrzmiewał głos ukraiński, często w Polsce niesłyszany. Oczywiście ten głos nierozerwalnie łączy się z wojną, wynika z jej doświadczenia, z dramatu, z którym – nie ma innego wyjścia – trzeba się zmierzyć. Stąd też jego moc. Prowadziłam spotkanie „Miłość i inne dopływy” z Aleksandrą Paduch, autorką powieści Trzewia [Czarne, Wołowiec 2025], i Wirą Kuryko, reporterką z Ukrainy, autorką książek reporterskich, ale także przejmującej minipowieści. Wira jest około trzydziestki, mówi o doświadczeniach swego ojca, który walczy na froncie od 2014 roku, czyli od czasu, gdy ona miała osiemnaście lat. O tym, jak teraz walczy jej mąż, jak ona jeździ na spotkania z nim na front, o tym, w jaki sposób dojrzewa, dorośleje i układa się z tą wojną, jak kształtują się jej relacje i postrzeganie świata… Wira potrafi w tym wszystkim znaleźć głębokie wnioski, ale też żart, ironię.
AK: Podczas wielu spotkań mimo trudnych tematów słychać było śmiech. Czasem przez łzy, często na przekór rzeczywistości. To pomagało słuchać o bolesnych sprawach. Bo jakkolwiek bezdusznie by to zabrzmiało, człowiek ma ograniczoną pojemność na dramat, prawda?
KKM: Tak, też tak myślę. Nieraz jest tak, że gdy zaczynasz rozmowę o Ukrainie, słyszysz: „O Boże, znowu!”. Jest w tym jakaś pułapka. Trzeba więc znajdować inne sposoby, robić fikołki. Ciągle myśleć, jak podać temat, by słuchacze się nie zorientowali, że to o Ukrainie, o uchodźcach, o wojnie. Jak sposób Wojtka Tochmana, który w reportażu Delfiny i Belzebub [Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026] pisze o wojnie przez opowieść o zwierzętach i ludziach, którzy je ratują. Wojna w Ukrainie to też zwykłe życie. Jeżdżę do Kijowa – nie jest tak, że tam wszyscy tylko siedzą w schronie albo w okopie. Chodzą do kawiarni, do supermarketu, na spektakle, koncerty, kupują kurtkę i walizkę na wakacje. Tylko że od czasu do czasu rozbrzmiewa alarm i wtedy muszą się chować. Wojna jest dodatkową warstwą codzienności.
AK: Przemyśl też został doświadczony wojnami. Wspomniałaś już, że we wrześniu 1939 roku San stał się granicą – prawobrzeżną część miasta ze starówką zajęli Sowieci, lewobrzeżne Zasanie trafiło pod okupację niemiecką. Powstały dwa osobne miasta. I getto.
KKM: Historia tego miasta jest też historią walk polsko-ukraińskich.
AK: Odwołuje się do nich postawiony pod koniec lat trzydziestych XX wieku Pomnik Orląt Przemyskich na Zasaniu. Upamiętnia młodych Polaków, obrońców miasta przed Ukraińcami w czasie wojny w latach 1918–1921.
KKM: Przypomina historię wygranej jednej opcji i przegranej drugiej. A także reakcji na tę przegraną, reakcji na wygraną. Oraz tego, że w naszej części świata mamy tendencję do opowiadania wydarzeń tylko z jednej – własnej – perspektywy. I w taki sposób kształtujemy kolejne pokolenia. Kiedy się okazuje, że kontekst jest szerszy, że ktoś opowiada historię zupełnie inaczej, czujemy się tak, jakby nam krzesło spod tyłka wyrywano. Złożona historia Przemyśla jest jedną z inspiracji festiwalu Miasto z Rzeką.
AK: Piękne miasto, w czasach Austro-Węgier trzecie w Galicji pod względem wielkości i znaczenia, większe były tylko Kraków i Lwów. Ze wspaniałym budynkiem dworca, z którego odchodziły pociągi do Wiednia i Budapesztu. Łączyły z wielkim światem.
KKM: Właśnie. I jeszcze Twierdza Przemyśl, jedna z największych w Europie, mająca bronić świata, który powoli odchodził. Dziś Przemyśl może i jest dla niektórych małą pipidówą, ale wciąż ma klasę i rozmach.
AK: Wróćmy do pomysłu na festiwal. Co jeszcze – poza dziejami miasta – było dla was inspiracją?
KKM: Literatura zawsze była dla mnie bardzo ważna. Słowo, opowieść to mój sposób na rozumienie siebie i otaczającego mnie świata.
AK: Piszesz?
KKM: Jestem w trakcie pracy nad reportażem, choć gatunkowo nie będzie to pewnie zupełnie czysty reportaż. Próbuję w nim opowiedzieć o emancypacji ukraińskiej tożsamości, o radzieckości i poradzieckości Ukrainy oraz ciągłej, silnej potrzebie wyrwania się spod rosyjskiego wpływu. Pretekstem jest historia gigantycznego stalowego pomnika Matki Ojczyzny w Kijowie i jego transformacji jako symbolu. Stal ma to do siebie, że sama nic nie powie. Dlatego w mojej książce opowiadam o kobietach, które były z tym pomnikiem związane, czasem tylko symbolicznie albo epizodycznie, oraz o kobietach z różnych powodów dla Ukrainy „pomnicznych”, lecz opowieść układam z perspektywy zupełnie niepomnikowej. Będzie to książka nie tyle o dzisiejszej wojnie, ile o kilku pokoleniach wstecz, o rówieśniczkach naszych matek i babek, a także o ich świecie, który próbuję opisać, zrekonstruować, umeblować, dotknąć – tak jak w Polsce „zdumiewamy się”, dotykając w różny sposób tematu życia w PRL-u. Jeśli wszystko pójdzie dobrze (proszę trzymać kciuki), to książka wyjdzie już w przyszłym roku w Polsce, a chwilę później w Ukrainie.
AK: Już rozumiem twoją potrzebę zorganizowania festiwalu literackiego.
KKM: Zainspirowały mnie też inne festiwale. W 2019 roku byłam na dwóch: na Miedziance, której dziś już nie ma, i na Międzynarodowym Festiwalu Poetyckim Meridian Czernowitz w Czerniowcach w Ukrainie. Oba wydarzenia były mocno zakorzenione w swoich miejscach, związane z ich historią, a także z przygranicznością i wielokulturowością. Miedzianka jest opowieścią o tym, jak się wielokulturowość zaciera, aż do całkowitego jej zniknięcia. A Czerniowce to historia miasta na peryferiach, gdzieś za Karpatami, gdzie mieszkali Żydzi, Rumuni, Ukraińcy, Niemcy i wiele innych narodowości. Mówi się, że do dziś w Czerniowcach funkcjonuje około czterdziestu języków. Chodząc po tym mieście, trafiałam a to na Dom Niemiecki, a to na Dom Polski, a to na Dom Żydowski. Kawałek dalej patrzyłam na operę zbudowaną na wzór tej w Rijece, bo w Czerniowcach też mamy kod austro-węgierski. Bukowina była przyłączona do Austro-Węgier jako ostatnia, przetrwała tam mitologia wielkiego imperium. W Czerniowcach zobaczyłam więc wiele rzeczy, które współbrzmiały z tym, czego doświadczył Przemyśl. I tak pojawił się pomysł na przemyski festiwal literacki.
AK: Nie od razu jednak udało się go zrealizować.
KKM: Najpierw przyszła pandemia, potem pełnoskalowa agresja rosyjska i kryzys uchodźczy w naszej strefie przygranicznej, więc wszystkie marzenia o tym, żeby robić wydarzenia kulturalne, musiały poczekać.
AK: Zespół przemyskiego Domu Ukraińskiego od początku wojny zaangażował się w pomoc humanitarną.
KKM: W szczytowych momentach było nas dwieście pięćdziesiąt osób i tysiąc wolontariuszy. Do Przemyśla podciągnięte są szerokie tory z Ukrainy, dlatego w pierwszej fazie wojny przyjeżdżało do nas dużo pociągów ewakuacyjnych. A w nich każdej doby około trzydziestu tysięcy osób ewakuowanych z Ukrainy. Wtedy w Przemyślu pojawiło się również mnóstwo zagranicznych mediów, międzynarodowych wolontariuszy, z czasem też organizacji humanitarnych. Tamte wydarzenia były testem dla naszego przemyskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce, niewielkiej organizacji z kilkoma pracownikami, która w związku z wojną bardzo szybko rozrosła się najpierw do armii wolontariuszy dyżurujących dzień i noc na dworcu i na najbliższych przejściach granicznych, a potem także do zespołu, który powiększył się do dwustu pięćdziesięciu pracowników. I w takim składzie oddział pracował przez kilka ostatnich lat. Teraz jest nas mniej, około pięćdziesięciu osób, ale nadal działamy w sektorze pomocowym, między innymi prowadzimy hostel dla osób uchodźczych.
AK: Nie bez powodu prezydent Zełenski w lipcu 2022 roku przyznał Przemyślowi tytuł Miasta Ratownika.
KKM: Do działań kulturalnych wróciliśmy już w kwietniu 2023 roku. Uruchomiliśmy wtedy, dzięki wsparciu Polskiej Akcji Humanitarnej i CARE, dość duży program rezydencji artystycznych dla osób z Ukrainy. Działał do końca 2024 roku. Każdego miesiąca gościliśmy około siedmiu artystów z różnych dyscyplin. Otrzymywali stypendium i działali. Był to sposób na prowadzenie działalności kulturalnej i jednocześnie reagowania na problem.
AK: Czy coś z ich dokonań zostało w Przemyślu?
KKM: Tak, sporo. Czasem zaproszeni twórcy tworzyli performance, czasem fotografie albo teksty pisane. W tym roku jedna z prac Iryny Feofanowej, psycholożki i dramaturżki, wróciła do nas w postaci spektaklu teatralnego Marharyta i niedźwiadki. Iryna była u nas na rezydencji w 2023 roku, niedługo po tragedii w Nowej Kachowce, gdzie Rosjanie wysadzili zaporę wodną na Dnieprze, wywołując gigantyczną powódź. Dramat Iryny opowiada o dziewczynce z Nowej Kachowki, której pluszowy miś został w zatopionym domu, a ona razem z mamą uciekła do Polski, do Przemyśla. Bardzo tęskniła za przytulanką, w adaptacji do nowej codzienności pomogły jej właśnie przemyskie niedźwiadki.
AK: Tu uwaga dla tych, którzy nie byli w Przemyślu: czarny niedźwiedź, czy też niedźwiedzica, widnieje w herbie miasta, a figurki misiów w różnych strojach można spotkać w licznych zakątkach miasta.
KKM: Nad tekstem do spektaklu pracowałyśmy z Iryną podczas jej rezydencji, a na tegorocznym festiwalu Studio Teatralne „Kryła”, działające przy Chersońskim Obwodowym Akademickim Teatrze Muzyczno-Dramatycznym im. Mykoły Kulisza, wystawiło spektakl w sali teatralnej Domu Ukraińskiego.
AK: A kiedy już było wiadomo, że pomysł na Miasto z Rzeką uda się zrealizować?
KK-M: Szansa pojawiła się, gdy zmieniły się programy ministra kultury, stały się bardziej przyjazne, różnorodne i otwarte na dialog. Projekt wydarzenia napisaliśmy pod koniec 2024 roku. Pozytywną ocenę i informację o tym, że dostaniemy dofinansowanie, otrzymaliśmy na początku 2025 roku. Mieliśmy więc zielone światło. I niewiele czasu na przygotowania. Ale się udało. Pierwsza edycja festiwalu była sukcesem. Na tematy związane z granicą, bo motto festiwalu brzmiało „Krawędź, styk, przejście”, rozmawiali Andrzej Stasiuk, Andrij Lubka (który dziś walczy na froncie), Inga Iwasiów, Weronika Kostyrko, Anastasija Lewkowa, Eugenia Kuzniecowa, a w programie dziecięcym wystąpiły takie znakomitości jak Grzegorz Kasdepke czy Justyna Bednarek.
AK: Druga edycja to już prawdziwy rozmach i bardzo aktualne tematy: o walce, o nowych obcych, o poczuciu tożsamości, a wszystko spięte myślą przewodnią wyrażoną w haśle „Źródła, nurty, dopływy”. Poruszającym spotkaniem, które zostawiło we mnie mocny ślad, była rozmowa „O ratunku” ze Switłaną Osławską i Wojciechem Tochmanem. Inną ważną rozmowę – o starości w kulturze i malarstwie – poprowadziła Małgorzata Rejmer z profesor Marią Poprzęcką i Sylwią Chutnik. Płynęły opowieści, emocje, wzruszenia – i szemrzący San w tle.
KKM: Tegoroczna odsłona festiwalu była bardziej o pograniczu, o zmiennej tożsamości – jak choćby w historii Niemca z reportażu Włodka Nowaka – i o tym, co na nią wpływa: walka, wspólnota, wiara, miłość, przyroda… A że czasy, w których żyjemy, są raczej niespokojne i dużo się dzieje, trudno ignorować oddziaływanie tego niepokoju na społeczności i to, jak on nas zmienia. Mieszkając w Polsce, od kilku lat żyjemy w cieniu wojny w Ukrainie. Teraz obserwujemy wzmożone napięcia na linii polsko-ukraińskiej, inny niż na początku stosunek do ukraińskich migrantów, jawną agresję i niechęć. To też rezultat tego, jak nam się wokół zmieniła struktura społeczna, a my nie do końca sobie z tym radzimy. Więc nasz festiwal, a szerzej: literatura, jest dla tych, którzy lubią patrzeć trochę głębiej i w rozleglejszej perspektywie. Jest szansą na to, by zatrzymać się i pomyśleć, zadać sobie trudniejsze pytania, poszukać bardziej złożonych odpowiedzi. Jednocześnie w idei Miasta z Rzeką nie ma jakiejś wielkiej filozofii. Nie zakładamy nagłego wielkiego pojednania czy wielkiego braterstwa, w takie rzeczy też do końca nie wierzę. Bardziej chodzi nam o moment, w którym możemy normalnie ze sobą rozmawiać. Możemy dalej się nie zgadzać, dalej myśleć inaczej i widzieć przyszłość inaczej, ale chcemy ze sobą rozmawiać, bo wiemy, że podczas tej rozmowy niczego nie tracimy. Wyłącznie zyskujemy. Ta prosta, banalna umiejętność jakoś ostatnio nam się wymyka. Zamykamy się we własnych poglądach, usztywniamy, nie słuchamy. Prawda może być tylko z nami.
AK: Rozmowom, o których mówisz, sprzyja choćby to, że w zespole Domu Ukraińskiego organizującym festiwal są i Polacy, i Ukraińcy.
KKM: Tak. Są Ukraińcy stąd, z polskiej mniejszości ukraińskiej, są Polacy, ale również Ukraińcy z Odessy, Pokrowska, Kijowa, Lwowa, i oni też nie są tacy sami. Każdy ma inny background, przyjechał z innymi doświadczeniami, nawet z innym językiem. To skomplikowana mozaika – i dobrze, bo uczy nas porozumienia. Często żartujemy z siebie, ze swoich „narodowych przywar”. To chyba najlepszy sposób, by otworzyć wentyl i spuścić nadęcie. Bo czy zawsze musimy wypowiadać się z należytą czcią i powagą na temat wszystkich naszych bohaterów? Zawsze wiedzieć, czy byli dobrzy czy źli, i jeszcze za nich przeprosić albo ich pochwalić? Wydaje mi się, że nie. Że nie powinniśmy czuć się zakładnikami zbiorowych tożsamości, zwłaszcza gdy te tożsamości nie są wcale tak jednorodne, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało.
AK: A jaka jest twoja tożsamość? Skąd wypłynęłaś? Co na ciebie wpływa i jak to się stało, że dopłynęłaś do Przemyśla?
KKM: Urodziłam się w Trzciance, w województwie wielkopolskim, ale tylko dlatego, że wtedy szpital w Wałczu był zamknięty. Jestem z Tuczna koło Wałcza, w zachodniopomorskim. Często mówię, że jestem z poniemieckiego. Ale moi rodzice byli Ukraińcami wysiedlonymi w akcji „Wisła” spod Lubaczowa, z Lublińca Nowego, właśnie w okolice Wałcza. Lubliniec zawsze był dla nas bardzo ważny. Jest w nim cerkiew (dziś pusta), w której została ochrzczona moja mama. I mój ojciec, i moja bratanica urodzona kilkadziesiąt lat później. To historia złożona nawet geograficznie. Później mieszkałam w Gdańsku, gdzie studiowałam kulturoznawstwo i ekonomię i pracowałam w wielu miejscach. W organizacji pozarządowej, w szkole, w instytucji kultury, nawet w korporacji.
AK: Wszystko jasne: kulturoznawstwo plus ekonomia równa się sposób na festiwal literacki.
KKM: Tak. (śmiech) I jedno, i drugie się przydaje. Do Przemyśla przeprowadziliśmy się z rodziną w 2017 roku.
AK: Wybraliście Przemyśl, bo jest blisko twoich rodzinnych stron?
KKM: Trochę tak. Miasto leży stosunkowo blisko Lublińca Nowego, co jest istotne w kontekście moich korzeni. Na pewno duże znaczenie miał też wspomniany Dom Ukraiński, który w tamtym czasie był już na drodze transformacji, widziałam w nim duży potencjał. Liczyła się także bliskość Ukrainy i możliwość korzystania z jej oferty kulturalnej. Budowanie polsko-ukraińskich relacji i partnerstw zawsze było dla mnie ważne, ważny był również ten region pogranicza. Ale ciągle uwielbiam przyjeżdżać na Pomorze Zachodnie, tylko tam prawdziwie odpoczywam.
AK: Przemyśl – sama nazwa prowokuje, więc zapytam: jakie masz przemyślenia po drugiej edycji festiwalu? Co było dobre, co jest do poprawienia i co będzie w przyszłym roku? Bo w niedzielny wieczór 26 lipca, na zakończenie imprezy, obiecałaś, że za rok znów się uda.
KKM: To prawda, powiedziałam to przy świadkach. Myślę, że wszystko było dobre. I ja, i cały zespół jesteśmy zadowoleni z festiwalu. Dobrze, że wzrasta, choć nie chcemy, żeby stał się Open’erem wśród festiwali literackich. W ogóle czuję bunt wobec oceniania festiwalu wyłącznie poprzez liczbę publiczności. Literatura to przecież doświadczenie intymne, a prawdziwa rozmowa nie może być stand-upem. Więc raczej chciałabym, żeby Miasto z Rzeką było festiwalem niszowym, z oczywiście silną niszą. A przy tym absolutnie inkluzywnym. Wśród festiwali literackich w Polsce, a już na pewno w Ukrainie, gdzie tego rodzaju wydarzeń jest bardzo dużo, można zauważyć skłonność do przerostu i nadmiaru, wszystko robi się supermodne, wszędzie musi być ultrafiolet, szybkość, dynamika, gwiazdy, bestsellery, pięciu ekspertów w debacie. Niektóre osoby przyjeżdżające tu z Ukrainy mówiły mi, że Miasto z Rzeką jest pod tym względem trochę oldschoolowe – w dobrym sensie. Teraz przed nami wyzwanie, jak to wyważyć. Sprawić, by festiwal rozwijał się własną drogą, był merytorycznie silny i prawdziwy i w ten sposób budował publiczność. Ma być blisko opowieści i blisko miejsca, spokojnie, w rytmie Sanu. Ale chyba chcemy dać mu też przestrzeń na rozmowy i spotkania w szerokim dostępie, przez cały rok – w formie podcastów, okołoliterackich kooperacji twórczych, rezydencji, wizyt studyjnych – i o tym myślimy.
AK: Kameralność Miasta z Rzeką sprawiła, że publiczność i goście bardzo szybko mogli się poznać, zakolegować, zgrać. Przez te cztery dni powstała mała festiwalowa społeczność.
KKM: I o to chodziło. Chcielibyśmy, żeby nasza publiczność przyjeżdżała tu, by słuchać, doświadczać miasta, przeżywać spotkania, a nie tylko konsumować festiwal.