Zaspa w trzech aktach

Od lewej: Startowa 5 i Startowa 11, maj 1980, fot. Marek Zarzecki (sygnatura 10/3127/204, Archiwum Państwowe w Gdańsku)
Od lewej: Startowa 5 i Startowa 11, maj 1980, fot. Marek Zarzecki (sygnatura 10/3127/204, Archiwum Państwowe w Gdańsku)

Gdańska Zaspa narodziła się w latach siedemdziesiątych na terenie dawnego lotniska we Wrzeszczu. Miała być wizytówką socjalistycznego luksusu. Z tych planów nic nie wyszło, jednak za betonową fasadą bloków kryje się kawałek kolorowej historii.

Akt pierwszy. Płyta

Bez trosk o kilogram ziemniaków

W czasach PRL-u mieszkanie w Polsce jest towarem deficytowym. Głód mieszkaniowy ma zaspokoić masowe budownictwo. Do tego potrzebny jest pomysł i grunty nadające się do zabudowy. Gdańsk upatruje sobie idealnie płaski, pusty teren po dawnym lotnisku. Wytyczne brzmią jednoznacznie – tuż obok morza w ekspresowym tempie ma stanąć osiedle dla ponad czterdziestu sześciu tysięcy ludzi. „W spadku po awiacji otrzymujemy dwieście bezcennych hektarów dziewiczego urbanistycznie terenu” – pisze na łamach „Głosu Wybrzeża” Andrzej Malinowski.

Nowe osiedle musi mieć nazwę. Padają propozycje: Kopernikowo, Sucharzew, Batorowo, Zaspień, Dwory. W pierwszych dokumentach pojawia się nazwa Lotnisko, ale ostatecznie wygrywa Zaspa, na pamiątkę zasypanego jeziora, które znajdowało się pomiędzy dzisiejszym Nowym Portem a Letnicą.

Konkurs architektoniczny ogłoszono już pod koniec lat sześćdziesiątych. Zachować piękny krajobraz – to warunek postawiony przez architekta Wiesława Gruszkowskiego, przewodniczącego jury. Chodzi o widok na Zatokę Gdańską i Lasy Oliwskie. Wygrywa projekt Romana Hordyńskiego z Miastoprojektu. Wizja Hordyńskiego jest innowacyjna: bloki mają stać pod kątem 120 stopni, ułożone jak plastry miodu. Ten układ da ludziom prywatność, oddzieli od sąsiadów, a jednocześnie wpuści do mieszkań słońce i widoki. Budynki – w układzie schodkowym od pięciu do jedenastu kondygnacji, usytuowane w parku – mają być jednym organizmem, żeby nie wiało nudą, jak na wybudowanym wcześniej gdańskim Przymorzu.

Dziennikarze roztaczają przez czytelnikami piękne wizje przyszłości. Kompleksowość – walor numer jeden urbanistycznego przedsięwzięcia na Zaspie – to nie tylko wygoda i dobre samopoczucie przyszłych mieszkańców, nie tylko uwolnienie się od prozaicznych trosk o kilogram ziemniaków na obiad i podzelowanie pary sfatygowanego obuwia. To oddanie do dyspozycji mieszkańców wszystkiego, co potrzebne człowiekowi poza pracą. „Zaspa to nowoczesna dzielnica tworzona z myślą o wszystkich potrzebach człowieka. To, co znamy dzisiaj jako M-4 (trzy pokoje z kuchnią), otrzyma powierzchnię ponad 60 metrów kwadratowych. Powierzchnię lepiej wyposażoną o odpowiednio wysokim standardzie” – przekonuje w „Głosie Wybrzeża” Andrzej Malinowski. Zaspa ma stać się „dzielnicą ze znakiem Q” – symbolem luksusu i wysokiej jakości życia w PRL-u, czymś więcej niż zwykłą wielką płytą.

Domy z fabryki

Zanim urbaniści i architekci domkną swoje plany, w grudniu 1972 roku powstaje lokatorsko-własnościowa Spółdzielnia Mieszkaniowa „Zaspa”. Pięćdziesięciu ośmiu zapaleńców z inżynierem architektem Romanem Raszewskim na czele rusza do działań organizacyjnych. Raszewski budowlankę zna od podstaw. Po wojnie pracował jako murarz przy stawianiu w Gdańsku pierwszych domów przy ulicy Ogarnej, później nowego osiedla dla dwudziestu tysięcy ludzi przy ulicy Kartuskiej. Kolejno awansował na brygadzistę, mistrza i kierownika budowy. Z ideą spółdzielczego budowania zetknął się podczas pracy przy blokach w Oliwie. Jak sam mówi, został opętany baśniową ideą wspólnego budowania i stawiając opór krytyce, parł do utworzenia Powszechnej Spółdzielni Mieszkaniowej „Przymorze”, wreszcie został jej prezesem. Raszewski na Przymorze wprowadził pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców, to więcej niż połowa mieszkańców Olsztyna.

Na wschód od Przymorza ma powstać drugie małe miasto. Raszewski wzbrania się przed nazywaniem go osiedlem, bo to będzie dzielnica taka jak warszawski Ursynów. Prace ruszają w nowym roku, a fakt, że lotnisko wciąż działa, nikogo nie powstrzymuje, bo plan musi być zrealizowany. Pierwszy raz w historii domy zjeżdżają prosto z fabrycznej taśmy. Gdański Kombinat Budowy Domów w Kokoszkach – jeden z czterech w Polsce – dostarcza gotowe elementy: stropy, ściany, schody, szyby windowe, nawet moduły sanitarne. Na placu budowy montuje się z nich nowe bloki.

Pierwszy wieżowiec powstaje w niecały rok. „Dostaliśmy mieszkanie na dziesiątym piętrze, najbliżej nieba” – wspomina pani Jadwiga Kapałow na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, pierwsza mieszkanka bloku przy Pilotów 20. „Widok z góry mieliśmy przepiękny. Z jednej strony – morze, z drugiej – oliwskie lasy. Pod blokiem pasły się krowy. Kupowaliśmy od właścicieli mleko dla dzieci. Wydaje mi się, że nikt z sąsiadów jeszcze wtedy nie mieszkał. Niektórzy tylko zaglądali, by nacieszyć się swoim lokum”.

Mieszkanie z widokiem ma jednak swoje minusy. Najbardziej dokucza brak wody i windy. Z dziesiątego piętra pani Jadwiga musi schodzić pieszo, by nabrać wodę w hydrantu, a potem wiadrami wnieść ją na górę. „Meble też wnosiliśmy na plecach. To znaczy, głównie ja wnosiłam, bo mąż akurat wyszedł ze szpitala i nie mógł dźwigać” – wspomina.

Kolejni lokatorzy wprowadzają się do swoich mieszkań w lipcu 1974 roku. Samoloty przestały latać nad placem budowy zaledwie dwa miesiące wcześniej. Nowi mieszkańcy wraz z kluczami dostają „Instrukcję użytkowania urządzeń nowocześnie wyposażonego mieszkania”. Nowoczesne M ma ściany bielone wapnem, na podłodze leży gumolit, w łazience czeka umywalka i muszla, a w kuchni kuchenka gazowa oraz zlew z szafką, do której wszyscy lokatorzy wstawiają kosz na śmieci. Mieszkanie ogrzewają nowoczesne panelowe kaloryfery, które po kilku miesiącach zaczynają przeciekać, więc trzeba wymienić je na grzejniki żeberkowe wykonane z ciężkiego żeliwa.

Rok później na Zaspie mieszka już sześć tysięcy ludzi. Sklepów, szkół i przedszkoli brak, ale mieszkańcy wraz z kluczami otrzymują dodatkową broszurę, zatytułowaną „Rodzice wspólnie ze szkołą i osiedlem mieszkaniowym wychowują dzieci i młodzież”. Jej autorką jest docentka doktor Irena Jundziłł z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego, który powstał zaledwie pięć lat temu.

Do nowych bloków w większości wprowadzają się rodziny z dziećmi. „By dostać M-4 trzeba było mieć dwoje dzieci. A ja miałam jedno i byłam w ciąży, a ciąży nie honorowano, więc wiedzieliśmy, że dostaniemy tylko dwa pokoje” – wspomina Alicja Sobczyk, była inspektor nadzoru budowlanego, obecnie przewodnicząca klubu seniorów. „Moja druga córka urodziła się w dniu posiedzenia komisji spółdzielni, która przydzielała mieszkania. Mąż dostarczył zaświadczenie na ostatnią chwilę i w ten sposób dostaliśmy trzy pokoje z kuchnią”.

Front wychowawczy w plastrach miodu

Dzielnica pełna dzieci staje przed wyzwaniem wychowania ich na świeżym betonie. „Dzisiaj musimy rozpatrzyć sprawę Jacka, która absorbuje nas już od bardzo dawna” – mówi Irena Jundziłł, otwierając kolejne zebranie kuratorów społecznych na Zaspie. Przy stole w ciasnym pomieszczaniu siedzi dziesięć osób: kobiety i mężczyźni przy świeżo zaparzonej herbacie, podanej w cienkich szklankach na spodeczku. Jeden z uczestników spotkania ma na sobie mundur Milicji Obywatelskiej. „Jacek jest w dalszym ciągu arogancki, lekcji nie odrabia, do szkoły nie chce chodzić” – kontynuuje Jundziłł. „Rodzice mówią, że sobie z Jackiem nie radzą. Zrezygnowali ze świadomego oddziaływania wychowawczego, bo nie widzą możliwości poprawy jego zachowania”. Doktor Jundziłł oddaje głos psychologowi Urbańskiemu, by określił, czy nie ma u Jacka jakiś „nienormalności rozwojowych”. „Jacek był badany w naszej poradni społecznej i żadnych zmian, jeżeli chodzi o intelekt lub osobowość, absolutnie nie stwierdziłem” – odpowiada Urbański.

Kolegium do spraw wychowania spotyka się regularnie. Spółdzielnia wychodzi naprzeciw ustawowego zobowiązania, by „stale podnosić materialny i kulturalny poziom życia dla dobra Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”, a wcale nie jest to takie proste. W betonowym miasteczku, zbudowanym jak plastry miodu, można zaobserwować całą złożoność powojennego Gdańska. Z windy wychodzi profesor uniwersytetu, a tuż za nim robotnik z gdańskiej stoczni. Cały blok słucha prób muzyka, artyści malarze dzielą ściany z nauczycielami, ci z kolei z ludźmi, którzy do miasta przyjechali za chlebem, przywożąc ze sobą wiejski rytm dnia i gołębie.

Z jednej strony społeczny tygiel ma być skuteczną szczepionką przeciwko uczuciu zamknięcia w odizolowanym osiedlu. Z drugiej – anonimowość i zderzenie różnych stylów życia prowadzą do iskrzenia. „W siedmiu klatkach zdemolowano skrzynki elektryczne, powyjmowano z zawiasów drzwi wejściowe, popsuto zamki i powyrywano klamki, zniszczone zostały bezpieczniki, rozbito kłódki i zdewastowano automat zamykający drzwi” – skrupulatnie wylicza dziennikarz „Głosu Wybrzeża” w artykule Upojna noc sylwestrowa. Wandale zniszczyli jedyny automat telefoniczny na Zaspie, napisanym w styczniu 1976 roku.

Świadomość problemów z zachowaniem dzieci członkowie spółdzielni mieli już trzy lata temu, o czym napisali w protokole z walnego zebrania: „Trzeba w trakcie realizacji dzielnicy uwzględnić aspekty społeczne, socjalne, wychowania oraz rekreacji i wypoczynku”. Henryk Chudacz, dyrektor Centralnego Związku Spółdzielczości Budownictwa Mieszkaniowego, podczas tego spotkania zaznaczył, że aby stworzyć nowoczesne osiedle, należy powołać zespół ekspertów, którzy opracują kształt nowej dzielnicy miasta.

A przecież dzieci nie mają nawet swojej szkoły. Muszą dojeżdżać do SP nr 31 przy ulicy Kościuszki.

Mimo wszystko coś się zmienia. W czerwcu 1975 roku powstaje świetlica dla dzieci i dorosłych, we wrześniu zaczyna działać PTTK, w październiku zostaje powołana placówka ORMO i pracę rozpoczyna Ośrodek Kuratorów Społecznych, sprawujący opiekę nad dziećmi niedostosowanymi społecznie. W grudniu można już korzystać z niewielkiej pracowni modelarstwa lotniczego oraz dołączyć do środowiskowej drużyny harcerskiej. Zajęcia rozpoczyna też pracownia fotograficzna, a do tego otwiera swój oddział Towarzystwo Przyjaciół Gdańska. Na nic więcej nas nie stać, tłumaczy zarząd spółdzielni, bo baza lokalowa jest niewielka, a trzeba skupić się na pilnych potrzebach dzieci. Jednocześnie w tym samym czasie powstaje na Zaspie Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR.

W następnym roku współpracę wszystkich organizacji działających na terenie osiedla walne zebranie spółdzielni nazywa mianem „frontu wychowawczego”. Pod militarną terminologią kryje się autentyczna troska. Prezes Roman Raszewski tłumaczy, że działania należy rozpocząć od rozpoznania rodzinnych potrzeb. „Niepokojące jest odczucie dzieci, że rodzice ich nie rozumieją” – ostrzega na łamach gazety Raszewski.

Bez drogi, autobusu, szkoły i sklepu

Budowlany pośpiech ma swoją cenę. Jakość poszła w odstawkę. Odpadają tynki, dachy przeciekają, betonowe moduły są źle spasowane, przez pęknięcia do mieszkań wpływa deszcz, a spod okien wieje wiatr. „Okna nieszczelne, podłogi nierówne, ścianki działowe z gipsu wypełnione papierem” – wspomina Bogumiła Piszora-Grad, mieszkanka bloku przy ulicy Żwirki i Wigury, była pracowniczka Zakładu Informatyki Przemysłu Okrętowego we Wrzeszczu. „Kiedy zostawiłam na noc przy oknie balkonowym butelkę z mlekiem, to rano odkryłam, że jest zamarznięta”. Co gorsza, obiecywana infrastruktura kompletnie nie nadąża za ludźmi. Na sześć tysięcy mieszkańców Zaspy sześćset rodzin zabiega o ulokowanie swoich dzieci w przedszkolu, pisze K. Kołodziej w „Głosie Wybrzeża”.

Zaspa, choć blisko centrum, jest odcięta od reszty miasta. Można się tu dostać jedynie kolejką, która zatrzymuje się na stacji Gdańsk-Lotnisko. Pierwsi mieszkańcy zgodnie skarżą się, że osiedle wygląda bardziej jak plac budowy niż miejsce do życia. „Gdy szłam do kolejki, to zakładałam stare buty, a przed przystankiem zmieniałam je na nowsze. Te zabłocone zawijałam w folię i chowałam do torby” – wspomina Elżbieta Markva w „Dzienniku Bałtyckim”.

Rozczarowanie wylewa się nawet z łamów ogólnopolskiego partyjnego dziennika „Trybuna Ludu”: „Marzyliśmy z mężem o mieszkaniu na Zaspie, teraz jestem rozczarowana. Dużo domów, ładne mieszkania, ale wokół piaskowa pustynia”. Latem unoszą się kłęby kurzu, wiosną i jesienią można utonąć w błocie. „Jak się wprowadziłam, to było coś strasznego” – mówi Bogumiła Piszora-Grad. „Glina, zero chodników i dróg, nie było tramwaju i ulicy Rzeczpospolitej. Po bochenek chleba jechałam z wózkiem do Wrzeszcza, na Grunwaldzką, bo tu nie było sklepów”.

Zamiast trzech zaplanowanych szkół buduje się jedna, a przychodnia zaczyna działać dopiero trzy lata po wprowadzeniu się pierwszych lokatorów. Prawdziwy oddech przychodzi pod koniec grudnia 1977 roku, kiedy do osiedla doprowadzono linię tramwajową. To otwiera Zaspę na Wrzeszcz, Przymorze i Jelitkowo. Na obiecany żłobek i kompleksowe centrum z supersamem, apteką i pocztą mieszkańcy czekają aż do końca lat siedemdziesiątych.

Tymczasem do istniejących już ulic Pilotów i Startowej dokładane są nowe nazwy. Wyłoniono je w drodze konkursu LWSM „Zaspa” i „Wieczoru Wybrzeża”: Hynka, Burzyńskiego, Bajana, Skarżyńskiego, Drzewieckiego, Dywizjonu 303, Żwirki i Wigury. Nie skorzystano z zaproponowanych nazw takich jak: Dedala, Ikara lub I Pułku Lotnictwa Myśliwskiego „Warszawa”. Na początku lat osiemdziesiątych na Zaspie zmieściłby się dzisiejszy Sopot.

Akt drugi. Scena

Przeprowadzka z zupą

We wrześniu 1980 roku do bloku przy ulicy Pilotów 17D wprowadza się najsłynniejszy mieszkaniec Gdańska – Lech Wałęsa z żoną Danutą i piątką dzieci. W Stoczni Gdańskiej właśnie zakończył się strajk, który zmienił historię Polski. Elektryk Wałęsa stał się znany na cały świat.

Danuty Wałęsy nikt nie pytał o zdanie w sprawie przeprowadzki. Pod mieszkanie na Stogach podjechał ciężarowy samochód. Kilka par obcych rąk spakowało jej życie w kartony. Nie było czasu na pożegnanie z sąsiadami ani tłumaczenie dzieciom, co się dzieje. „Czułam się jak przedmiot” – wspomni po latach Danuta. W pośpiechu, jakby świat za chwilę miał się skończyć, do furgonetki trafiało wszystko: ubrania rzucone na koce, książki, dziecięce zabawki. W mieszkaniu na kuchence stał garnek z zupą na obiad. Danuta zdążyła go chwycić, owinąć w szmaty i przewieźć do nowego mieszkania.

Zaspa lat osiemdziesiątych to wciąż betonowa pustynia. Kto wjeżdża tam po raz pierwszy, traci orientację w kilka minut. Szare ściany bloków, powtarzalne rytmy okien, identyczne nitki osiedlowych uliczek. Danucie, która obserwuje osiedle przez szybę furgonetki, osiedle przypomina wielki labirynt. Szofer krąży od jednego betonowego bloku do drugiego. Nowe mieszkanie nie pachnie jednak świeżą farbą, lecz biurową stęchlizną. Rodzinie oddano trzy połączone lokale na pierwszym piętrze, które jeszcze chwilę wcześniej służyły za biura spółdzielni mieszkaniowej. Podłogi z płytek PCV pokrywa warstwa brudu tak gruba, że ich pierwotnego koloru można się jedynie domyślać. W rogach okiennych parapetów gnieździ się wieloletni kurz, a zapuszczone kąty krzyczą o mokrą szmatę. Trzeba tygodni sprzątania i szorowania, żeby biuro stało się domem.

Pod decyzją przydziału większego mieszkania dla siedmioosobowej rodziny podpisał się Jerzy Młynarczyk, ówczesny prezydent Gdańska. „W PRL każda wielodzietna rodzina, taka jak rodzina Wałęsów, miała prawo do odpowiednio dużego mieszkania” – zapewniał po latach. Prawda wyglądała jednak inaczej. Kiedy zagraniczni dziennikarze, którzy relacjonowali strajk w Stoczni Gdańskiej, zaczęli odwiedzać klitkę Wałęsów na Stogach, władza zrozumiała, że wizerunek socjalistycznego państwa troszczącego się o robotników może zostać nadszarpnięty. Decyzja zapadła szybko: Wałęsów trzeba przenieść.

Nowi mieszkańcy budzą na Zaspie sensację. Z klatki do klatki zaczynają kursować plotki.

W cieniu polityki

10 listopada 1980 roku Lech Wałęsa, już jako przewodniczący nowego związku zawodowego Solidarność, jedzie na pierwsze historyczne spotkanie z prymasem Stefanem Wyszyńskim. W tym samym czasie Danuta wymyka się z domu do fryzjera. Wybiera zakład niedaleko, w bloku niemal identycznym jak jej własny.

W środku unosi się zapach lakieru do włosów, słychać szum suszarek i jadowite plotki. „Wiesz, ten!” – rzuca jedna z klientek, nie wymieniając nazwiska, bo w listopadzie osiemdziesiątego roku wszyscy wiedzą, kim jest „ten”. „Ten to pojechał do Wyszyńskiego, a wiesz, całe piętro mu na Zaspie dali!”. Słowa tną mocniej niż fryzjerskie nożyczki. Danuta siedzi nieruchomo. W końcu nie wytrzymuje: „A pani wie, w jakim mieszkaniu on wcześniej mieszkał?” – pyta. „W jakich warunkach?” W zakładzie zapada cisza. Fryzjerka zastyga z grzebieniem w dłoni. Kobieta próbuje się ratować, mówiąc, że tylko powtarza, co słyszała.

Do fryzjerki Danuta będzie wracać przez kolejne lata. Szybko też zaskarbi sobie życzliwość mieszkańców. Po wprowadzeniu stanu wojennego generał Wojciech Jaruzelski delegalizuje Solidarność, jej działaczy zamyka w ośrodkach internowania, a przewodniczącego każe wywieźć do rządowego ośrodka w Arłamowie na drugim końcu Polski. Pod blokiem na Zaspie mieszkańcy całego Trójmiasta manifestują swoje poparcie dla Wałęsy.

„Pierwszego maja 1982 roku zomowcy jak mróweczki tu latali” – opowiada pani Jadwiga Kapałow. „Do klatek wrzucali nam gaz łzawiący. Żeby ludzie nie wychodzili z domu, nie rozrabiali”. Alina Szydowska z bloku przy Pilotów 20 zapamiętała milicję goniącą demonstrantów i ludzi chowających się po klatkach. Kazimiera Dziewałtowska wspomina, że poszli pod blok razem z mężem, a Wałęsowa na balkonie pokazywała tłumom znak zwycięstwa. „Drugiego dnia mój mąż dostał wezwanie na milicję” – mówi Dziewałtowska.

Barbara Piórkowska, pisarka urodzona w latach siedemdziesiątych, dorastała w cieniu wielkiej płyty i wielkiej polityki. „Poza szkołą działa się historia. W moim bloku mieszkał Lech Wałęsa, a zastępy jego dzieci chodziły ze mną tą samą drogą do podstawówki” – wspomina w książce Szklanka na pająki. Piórkowska podkreśla, że jej pokolenie dorastało bez rozmowy i wytłumaczenia tego, co się dzieje. Wyobraża sobie małą siebie, która „zakłada tornister, wychodzi i widzi to wszystko” – manifestacje i polityczne napięcie. „Dorastanie w tak burzliwym, ciągle zmieniającym się otoczeniu spowodowało, że do tej pory nie poradziliśmy sobie z niektórymi psychicznymi aspektami tej sytuacji” – uważa.

Akt trzeci. Paleta

Koszmarny sen architekta

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku Zaspa przypomina koszmarny sen architekta. Nie ma basenu, sali koncertowej, kina ani teatru. Dawny pas startowy, przedzielony teraz gigantyczną kładką, dalej jest niezabudowany. Przez lata teren przechodzi z rąk do rąk. Plany zagospodarowania zmieniają się w zależności od właścicieli. Pusty plac zajmują kupcy, którzy urządzają tu prowizoryczny rynek. Betonowe płyty lotniska znikną dopiero w latach dwudziestych następnego wieku, by zrobić miejsce na nowe osiedle.

Tymczasem coś z wielkoskalowych marzeń urbanistów nadal unosi się nad osiedlem. Nowa historia Zaspy zaczyna malować się na ścianach bloków w roku 1997. Wtedy powstają pierwsze murale – monumentalne obrazy, które z czasem przekształciły dzielnicę w jedną z najbardziej unikatowych plenerowych galerii w Europie. Żeby zrozumieć, skąd wziął się jej pomysł, trzeba cofnąć się o dekadę.

Objawienie według Roskowińskiego

Czerwiec 1987 roku. Na jeden dzień Zaspa przestaje być sypialnią, staje się celem pielgrzymki Polaków. Pośrodku osiedla mszę odprawia papież Jan Paweł II, symbol walki z komunistami.

Dawne lotnisko znika pod stopami miliona ludzi. Morze głów rozlewa się aż po horyzont. Nad tym ludzkim oceanem dominuje ołtarz – monumentalna, teatralna konstrukcja zaprojektowana przez Mariana Kołodzieja. Wygląda jak okręt, który wpłynął między bloki, by zabrać tłum w kierunku upragnionej wolności.

Gdzieś w tym ścisku stoi Rafał Roskowiński, student gdańskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, jeszcze przed dyplomem. Kiedy inni skupiają wzrok na papieżu, on się rozgląda i zauważa, że tego dnia beton Zaspy zniknął. Zasłoniły go gigantyczne, kolorowe plansze. Namalowane na wielkich płachtach materiału wizerunki świętych, motywy sakralne, napisy łopoczą na wietrze, ukrywając niedostatki architektury.

Dla studenta malarstwa to moment olśnienia. Roskowiński odkrywa, jak wielki format potrafi rzucić wyzwanie przytłaczającej skali osiedla. Jak kolor odczarowuje betonową pustynię. W środku religijnego uniesienia w głowie młodego artysty rodzi się świecka wizja.

Pierwsze murale powstają z okazji obchodów tysiąclecia Gdańska, w 1997 roku. „Namalowali je artyści z Polski, Stanów Zjednoczonych, Litwy oraz Meksyku, który jest uznawany za światową kolebkę muralizmu” – mówi Jarek Orłowski, lokalny przewodnik po Kolekcji Malarstwa Monumentalnego na Zaspie w Gdańsku. Dwa lata później Roskowiński maluje na ścianie bloku obraz, który przedstawia twarze Jana Pawła II i Lecha Wałęsy. „W tle muralu możemy odnaleźć szkic ołtarza papieskiego z Zaspy według projektu Mariana Kołodzieja” – wyjaśnia Orłowski połączenie młodzieńczej inspiracji Roskowińskiego z namalowanym muralem.

Kolejny ogromny obraz z Wałęsą pojawia się na Zaspie w dwudziestą piątą rocznicę przyznania przywódcy Solidarności Pokojowej Nagrody Nobla. Malarz Piotr Szwabe portretuje Wałęsę na bloku, w którym mieszkał. Mural jest powiększonym do rozmiarów ściany zdjęciem Lecha z okresu internowania. Szwabe decyduje się namalować go w pikselach, bo Wałęsa jest dla niego postacią niejednoznaczną. Rok później – w 2009 roku – odbywa się pierwszy Festiwal Malarstwa Monumentalnego „Monumental Art”.

Odwiedzam Piotra Szwabego w jego pracowni, na jedenastym piętrze bloku przy Pilotów 16. Ostrożnie przedzieram się przez farby, pędzle i płótna, by usiąść na poplamionym farbą krześle. „Staram się codziennie być tutaj, przez chwilę. Nie chodzi o malowanie, ale by wejść w swój bałagan. Żeby z nim obcować” – mówi.

Piotr Szwabe jest dziś kustoszem galerii na Zaspie. Dba o to, by dzieła miały autentyczny charakter i nie popadały w ilustracyjność. Wierzy w siłę street artu – dzikiego, nieokiełznanego i spontanicznego, który potrafi przemówić do ludzi z prawdziwą mocą. „Gdańsk był pierwszy, jeśli chodzi o murale, wyróżniał się tym w kontekście całej sztuki malarskiej i akademickiej” – podkreśla z dumą Szwabe.

Na Zaspie można dziś oglądać blisko sześćdziesiąt wielkoformatowych prac artystów z Polski i z zagranicy. Jedne przedstawiają słynne postaci, historię oraz sam Gdańsk, inne stanowią swobodną interpretację tematów, z którymi artystki i artyści z całego świata mierzyli się podczas ośmiu edycji festiwalu Monumental Art – „miłość to pokusa”, „wolność w czasach kryzysu” czy „droga jest szczęściem”.

Choć galeria jest uznawana za kompletną, nie jest to miejsce statyczne. Murale, tak jak budynki, podlegają upływowi czasu i decyzjom administracyjnym. Niedawno, w trakcie odnawiania ścian przez Spółdzielnię „Młyniec”, zniknął jeden z murali Szwabego – namalowany również w pikselach fragment Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga.

Zaspa ma ponad pięćdziesiąt lat i wciąż się zmienia. W 2026 roku skorodowaną, monumentalną betonową kładkę rozrywają szczypce buldożerów. Zastępują ją funkcjonalne, estetyczne przejścia nad ulicami. Pozbawione barier architektonicznych, mają połączyć dwie wyspy-dzielnice: Rozstaje i Młyniec. „Rozbierając starą kładkę, żegnamy się z reliktem budownictwa epoki socjalistycznej” – tłumaczy miejskiemu portalowi dr inż. Krzysztof Wąchalski, projektant mostowy rozbiórki i budowy nowych kładek na Zaspie. „Cała Zaspa, która była w tamtym czasie budowana, pasowała do tego obiektu”.

Futurystyczny projekt nowych przejść ma wyprzedzić powstającą tuż obok nową Zaspę z wysokimi, nowoczesnymi budynkami. „To miejsce zasługiwało moim zdaniem na to, żeby je podkreślić nie tylko ładną architekturą, ale i nowoczesną technologią, bo mosty to długowieczne konstrukcje, które architektonicznie wrastają w przestrzeń i stają się znakiem miejsca, są dla ludzi, żyją z ludźmi, a nawet łączą ludzi. Tego mieszkańcom Zaspy, jak również sobie jako autorowi projektu, życzę” – kończy dr inż. Wąchalski.

 

*

Publikacja jest zapowiedzią książki – reportażu o Zaspie, powstającego przy wsparciu Gdańskiego Stypendium Kulturalnego Fundusz Twórczy.

Katarzyna Michałowska

Katarzyna Michałowska

Reporterka, podcasterka i animatorka gdańskiej kultury. Twórczyni nagradzanego podcastu Stacja Zmiana oraz absolwentka gdańskiej Akademii Reportażu. Od lat związana z mediami – jako redaktorka naczelna magazynu „Płyń pod Prąd”, wykładowczyni Uniwersytetu Gdańskiego oraz komentatorka Radia Gdańsk. Obecnie pisze książkę o gdańskiej Zaspie – wielkim osiedlu z czasów PRL-u.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Dwie pieczenie na jednym uchu Dwie pieczenie na jednym uchu Dwie pieczenie na jednym uchu
Antoni Michnik

Dwie pieczenie na jednym uchu

Sarcelloza Sarcelloza Sarcelloza
Aleksandra Woźniak-Marchewka

Sarcelloza