Dwie odwieczne nieprzyjaciółki – literatura piękna i literatura gatunkowa – umówiły się na kawę. Nie chodzi jednak o próbę pojednania, lecz – wreszcie! – o ostateczną konfrontację. Siedząc już przy stoliku, nie tracą czasu na uprzejmości i od razu przechodzą do rzeczy. Pierwsza przemawia literatura piękna, gdyż jak zwykle czuje się w obowiązku zaakcentowania własnego znaczenia i przewagi nad rywalką.
Nie sposób się z tobą porozumieć. Odkąd cię poznałam, jawisz mi się jako ktoś, kto uparcie przedkłada swą wypłacalność nad wszystko inne. Nad etyczne podstawy kulturotwórczej misji, poczucie społeczno-politycznej odpowiedzialności i pełnienie obowiązków przypisanych literaturze, choćby tylko tych estetycznych. Gdzie twoje ambicje polemiczne, gdzie duch buntu i nonkonformizmu, gdzie zaangażowanie w kontynuację dyskursów krytycznoliterackich i/lub wytwarzanie nowych? Nie potrafię znaleźć w sobie pokładów życzliwości, zrozumienia i konwersacyjnej cierpliwości, by przymknąć oko na twój, dumny ze swej skrajności, antyintelektualizm.
Czyniąc cnotę z eskapizmu (we wszystkich jego postaciach) i pozwalając na całkowitą negację wszystkich innych, dalece istotniejszych funkcji literatury, wystawiasz naprawdę okropną ocenę społeczeństwu i traktujesz je z pogardą. Jak bowiem określić inaczej działania kogoś, kto trafia do masowego czytelnika i zamiast rzucić mu inspirujące wyzwanie, nacechowane jakimś rodzajem stymulacji ideologicznej czy metafizycznej, obrzydliwie cynicznie oferuje przewidywalne, bezpieczne trywialności i banały? Kogoś, kto nie dostrzega interpretacyjnego potencjału odbiorców? Kto absolutnie nie wierzy w ich zdolność do namysłu nad tym, co przeczytają? Absolutnie niewybaczalnym grzechem jest móc liczyć na niesłabnącą uwagę gigantycznej liczby czytelników i nie wykorzystać tej sposobności, by zrewolucjonizować ich kolektywną świadomość.
Mając tak fatalne mniemanie o adresatach twojej formy i treści, doprowadzasz do podwójnego, kulturowego zgnuśnienia. Jednocześnie rozleniwiasz samą siebie, gdyż pławisz się w przyjemnie nieskomplikowanym wyrobnictwie szablonów, a także swoich fanów, którzy niebezpiecznie szybko zaczynają utożsamiać literaturę z niezobowiązującą, nieinwazyjną pociągowo-tramwajowo-plażowo-poczekalniano-dobranockową rozrywką.
Twoja niszczycielska działalność najtrwalszego fundamentu szuka tam, gdzie znajduje się najniżej postawiona poprzeczka, tzn. w fetyszu realizmu. Obsesyjnie produkujesz bohaterów, z którymi trzeba się utożsamiać. Nieustannie planujesz architekturę świata, w który należy uwierzyć. Wciąż medytujesz nad logiką motywacji protagonistów i antagonistów oraz nad przyczynowo-skutkowymi mechanizmami poszczególnych scen. Wreszcie, co gorsza, zatracasz się w iluzoryczności telosu. Zupełnie nie do pomyślenia jest dla ciebie ontologia rezygnująca z Celu na rzecz fatalistycznego Absurdu.
Nie jesteś w stanie nawet na chwilę wyjść poza Josepha Campbella i spojrzeć na tekst z ukosa, tzn. jak na coś, co kontestuje reżim archetypów i zadaje pytania o sens równie uniwersalnych, co przeterminowanych idei, takich jak podróż oraz rozwój bohatera czy prolog i epilog opowieści.
Jesteś alchemiczką kulturowego zła. Dobrałaś idealne, narracyjne i językowe składniki tak, by w rezultacie stworzyć najbardziej uzależniający narkotyk, jaki widział ten świat – immersyjną fikcję. Jesteś prowizorycznym plastrem przyłożonym do egzystencjalnej rany wielkości wulkanicznego krateru. Jesteś zatyczką dla uszu niemogących znieść donośnego wrzasku obolałej codzienności. Jesteś dłońmi zakrywającymi oczy panicznie unikające boschowskiego dnia powszedniego.
Produkujesz przystępność, czyli zagłuszasz realny sygnał emitowany przez dzisiejszość. Ukrywasz niewygodę rzeczywistości za atrakcyjną kotarą malowniczych fantazji. Twoja odstręczająca apolityczność, ta doprowadzająca do szału ideologia antyideologii, która tak ostentacyjnie konserwuje status quo, ogołaca społeczeństwo z politycznej potencji. To destrukcyjny rodzaj soft power, która metodą miękkiej perswazji utwardza ateistyczny stosunek, jakim masy darzą własną sprawczość w dążeniu do dokonania jakiejkolwiek systemowej zmiany. Generując historie, które intencjonalnie uciekają od politycznej konfrontacji lub zupełnie otwarcie hołubią aktualny, neoliberalno-kapitalistyczny porządek rzeczy, skazujesz kolejne pokolenia czytelników na żywot w konsumpcjonistyczno-wegetatywnym limbusie. Zsyłasz ich na tułaczkę po świecie, gdzie serial, książka i rolka, którą biernie wchłoną, a następnie wydalą, jest jedynym quasiludzkim aktem, w jaki angażują się ich martwe dusze i ciała.
Forsujesz przyziemność jako najwyższą z literackich cnót. Bez krzty zażenowania wpychasz do kolektywnej gardzieli nachalną parasocjalność. Bez skrupułów handlujesz wrażeniem obcowania z tekstem wyrozumiałym i przyjacielskim. Z tekstem empatycznym wobec potrzeby Tu i Teraz. Z tekstem wypełniającym bytową pustkę pędzącymi na złamanie karku, reprodukującymi się w nieskończoność rozpraszaczami.
Wierzysz tylko w mięso i kości. Nie ma w tobie kropli metafizycznej dociekliwości. Zamiast tego – głuchy na spirytualne uniesienie śmiech, ulotna i ostatecznie właściwie nic nieznacząca frajda z układania puzzli misternej-mizernej intrygi, wywołany zmyślnym fabularnym twistem szok jednorazowego użytku. Boisz się być niewygodna. Boisz się sprawiać ból. Istniejesz jedynie po to, by dawać pustą przyjemność i nie pozwolić czytelnikowi na samodzielną eksplorację Otchłani.
Wara od nicości, wara od cienia! Nietzsche na drzewo, Jung do kosza. Przegonić freudystów, na stos absurdystów, surrealizm za kratki. Niech żyją akapity w temperaturze pokojowej! Niech żyją zdania nieposiadające własnego zdania!
Brak słów!
Zapada przedłużająca się w nieskończoność, grobowa cisza, którą przerywa dopiero kelner. Jego eleganckie dłonie z zawodową gracją stawiają na stoliku dwie filiżanki, a nieskazitelnie ogolone i delikatnie przypudrowane lico pozdrawia obie panie teatralnym, wziętym na kredyt uśmiechem.
Literatura piękna przez dłuższą chwilę uspokaja ciężki oddech i drżące ciało. Wpatruje się w oczy literatury gatunkowej z najbardziej roszczeniowym z oczekiwań – z nadzieją na rozgniewaną odpowiedź, zdradzającą, jak bardzo boleśnie zostały przyjęte jej słowa. Literatura gatunkowa odwzajemnia spojrzenie i wiernie odtwarza gest kelnera, który kilka minut temu rozpuścił zagęszczającą się chwilę. Unosi swoją filiżankę ku górze i stawia ją z powrotem na stoliku. Następnie uśmiecha się w stronę towarzyszki w taki sam, świadomie kelnerski, a więc autentycznie nieautentyczny sposób.
Posłuchaj mnie bardzo uważnie, bo drugi raz nie będę powtarzać.
To nie ja uciekam, mówiąc o potrzebach zwykłych ludzi językiem niepotrzebnym zwykłym ludziom. To nie ja uciekam, opowiadając historię o naprawie świata, nie przestrzegając zasad opowiadania historii, która obeszłaby świat. To nie ja uciekam, wygłaszając polityczne tezy w formie, która trafia jedynie do wykształconych, wielkomiejskich odbiorców. To nie ja uciekam, wyrażając pragnienie edukowania i motywowania ludu, z którego pragnieniami w ogóle się nie liczę. To nie ja uciekam, zasłaniając warsztatowe braki pretensją do bycia nieschematyczną. To nie ja uciekam. To nie ja. Przykro mi, ale to nie o mnie.
A niby o kim?!
Ile zarobiłaś w tym roku?
Co?
No, pieniędzy. Ile zarobiłaś?
Tylko tobie takie pytanie mogło w ogóle przyjść do głowy. Ale to nic dziwnego – jesteś przecież mistrzynią negocjowania najwyższej stawki za grę bez stawki: za mówienie wszystkiego, bez mówienia czegokolwiek.
Niezdrowe zainteresowanie swoimi i cudzymi pieniędzmi wynika z twojego obrzydliwie komercyjnego modus operandi. Każdy centymetr twojego ciała, każdy nadgniły skrawek twojej dogorywającej duszy pulsują donośnym kapitalistycznym cynizmem. Zrobiłaś wszystko, co było w twojej mocy, by zmaksymalizować urynkowienie własnej egzystencji. By sprowadzić książkę do roli atrakcyjnego towaru, a czytelnika do roli opłacalnego konsumenta.
Wszystko, co cię w istocie definiuje, a więc antyspirytualna przyziemność, którą się tak szczycisz, i obsesyjna pogoń za ustandaryzowanym komfortem odbiorcy, służy wyłącznie efektywnej akumulacji zysków. Jesteś komiwojażerką, akwizytorką, godną pożałowania handlarką. Zachłanną piewczynią nie tyle komercjalizacji sztuki, ile sztuki komercjalizacji, albo po prostu synonimizowania jednej z drugą.
Nie, nie powiem ci, ile zarabiam. Pieniądze są ostatnią rzeczą, która powinna interesować literaturę. Biorąc to pod uwagę, właściwie nie jestem nawet pewna, czy w ogóle powinnam nazywać cię literaturą!
Znów cisza. Obie w ramach nieplanowanej, aczkolwiek perfekcyjnej symetrii wreszcie pozwalają sobie na łyk kawy. Literatura piękna nie może usiedzieć w miejscu. Przyspieszone bicie serca, puls wybijający brutalny rytm gdzieś głęboko pod czaszką, drgająca powieka. Literatura gatunkowa, na zewnątrz zachowująca po keatonowsku marmurową twarzą, w środku płonie. Wreszcie daje za wygraną i pozwala przemówić skwierczącemu gniewowi.
O czym ty mówisz? Twoje stawki są przecież gówno warte.
To ja, samym swoim istnieniem, podejmuję prawdziwe ryzyko. Jestem po to, by wygrywać. Po to, by zarabiać pieniądze, zdobywać popularność, podobać się tłumom. Żyję po to, by żyć w sercach i umysłach wszystkich. Uprawiam sport ekstremalny, który potencjalnie przynosi gigantyczne korzyści, ale jednocześnie równie dobrze może zaprowadzić mnie na śmietnik historii.
Codziennie muszę mieć siłę i nadzieję na to, że uda mi się znów wspiąć na sam szczyt. Doczłapać się do milionowych wyników sprzedaży, tysięcy autografów, niezliczonych podcastowych występów, bajecznych sum kontraktowych. Jakikolwiek rezultat poniżej poziomu rynkowej ekstraklasy jest dla mnie spektakularną klęską. Jest dotkliwą porażką, która niemal w trybie natychmiastowym może odesłać mnie tam, skąd przybyłam – na trzecioligową arenę kulturotwórców walczących o miejsce obok szyldu „tania książka” wewnątrz przeciętnego supermarketu.
Ty zaś nie grasz zupełnie o nic. Na sukces finansowy nie masz co liczyć, więc jego brak traktujesz jako normę, a choćby „wyjście na zero” momentalnie obwołujesz największym zawodowym dokonaniem. Co więcej, skoro zupełnie nie znasz smaku pełnokrwistej popularności, brodząc po kolana w bagnie niewdzięcznej niszy, sądzisz, że obmywa cię woda płynąca z boskiego źródła.
Całe życie chełpisz się swoją wygodną pozycją wiecznego czarnego konia. Twoje i twoich odbiorców oczekiwania wobec sukcesu są tak znikome, że po prostu nie jesteś w stanie przegrać. Nie dlatego, że jesteś niepokonana, lecz dlatego, że poderwanie się z tak niskiej pozycji choćby o jeden centymetr musi być uważane za heroiczny skok ku niebiosom.
Wszystkie twoje nagrody, recenzje twoich literackich krytyków, bibliograficzne referencje w pracach twoich uniwersyteckich sprzymierzeńców są absolutnie nic niewarte. To tylko kolejne wykwity moczarowatego ekosystemu – niszy zapomnianej i przez Boga, i przez Szatana.
Literatura piękna zamiera. Niekontrolowanym, a więc jedynym prawdziwie spontanicznym gestem, na jaki jest w stanie się teraz zdobyć, strąca łokciem filiżankę. Ta z hukiem roztrzaskuje się na bieli kawiarnianej podłogi. Kelner biegnie w stronę stolika i w kilka sekund ponownie zaprowadza porządek. Literatura piękna bierze łapczywie haust powietrza i powoli je wypuszcza, nawet na chwilę nie spuszczając wzroku z napiętego jak struna czoła rywalki, nieukrywającej już wręcz starotestamentowego gniewu.
Teraz ty posłuchaj.
Utożsamiając literaturę ze sportem czy biznesem, tj. znów uparcie sprowadzając ją na ziemię i usilnie przypinając jej łatkę czegoś z jednej strony niezobowiązującego, z drugiej do bólu pragmatycznego, a z trzeciej zobiektywizowanego i skonkretyzowanego, wyrządzasz jej największą krzywdę, jaką można wyrządzić sztuce. Pozbawiasz ją ambicji ezoterycznej. Zabraniasz jej sięgania do czegoś ponadzmysłowego, czegoś nadludzkiego, czegoś innego niż wszystko inne. Każesz zrezygnować odbiorcom z przeżywania i namawiasz do bezrefleksyjnego przeżuwania i przejadania.
A prawdziwą stawką literatury nie jest komercyjny sukces czy popularność. Nie da się jej zmierzyć liczbą rozdanych autografów czy tłumem fanów na profilu w mediach społecznościowych. Nie sposób jej zdefiniować za pomocą wyników sprzedażowych. Powiem więcej! Stawką literatury nie jest nawet uznanie wymienionych przez ciebie krytyków literackich czy akademików.
Prawdziwą stawką jest transgresja!
Literatura, która ani myśli, by się do rzeczonego sentymentu transgresyjnego choćby zbliżyć, winna być zdyskwalifikowana na wszelkich możliwych polach.
Literatura gatunkowa czuje ulgę. Płomień ustaje, czoło się rozluźnia, usta już nie przypominają cięciwy gotowej do wystrzelenia kolejnej gniewnej strzały. Tym razem bez uśmiechu, ale też bez niepotrzebnego napięcia postanawia zadać, jak się okazuje, finalny cios.
Sentymentu transgresyjnego czy elitarnego sentymentu transgresyjnego?
Literatura piękna odpowiada niemal odruchowo:
Jedno nie wyklucza drugiego.
Jedno nie wyklucza drugiego?
Jedno… nie wyklucza… drugiego. Jedno… nie wyklucza…drugiego.
Jedno nie wyklucza drugiego?
Literatura piękna, porwana nagłym impulsem, zabiera filiżankę literatury gatunkowej i usiłuje chlusnąć zimną kawą w twarz oponentki. Bezskutecznie. Filiżanka jest już pusta. Piękna zagląda do środka, wyczekując odwzajemnionego spojrzenia, otchłani ukrytej na dnie porcelany. Wyczekuje i wyczekuje, i wyczekuje, aż kelner żegna ostatnich klientów, sprząta lokal, gasi światła, wychodzi i zamyka drzwi na klucz. Wyczekuje i wyczekuje, a literatura gatunkowa uśmiecha się i uśmiecha. I tak przez całą noc. Aż do rana, a potem znowu.