ZAG-17

Kuter KOŁ-208 w ostatnim rejsie na złomowanie, fot. Michał Blaszke
Kuter KOŁ-208 w ostatnim rejsie na złomowanie, fot. Michał Blaszke

Tego dnia Martwa Wisła chce zasłużyć na swoją nazwę. Stapia się z szarością mgły w nieruchomym objęciu. Wodną wstęgą okala skrawek lądu, jakby chciała go wyciąć i oddać morzu. A on skuszony bezkresem poddałby się bez walki.

Autobus numer 111, przystanek końcowy. Głuszę przecina samotna mewa. Krzyczy, chce koniecznie opowiedzieć jakąś historię. Z dala od miejskiej kakofonii, a jednak trudno zachwycać się tutaj ciszą. W powietrzu czuć coś duszącego, przepowiednię końca. Między igłami drzew, bladym piaskiem i słoną wodą zatoki pustka znalazła idealne schronienie.

Dawniej osada nazywała się po prostu Górka, od wznoszącej się pośrodku Quellenberg, Góry Źródlanej. Chaty były tu rozłożyste i niskie. Spadziste dachy odbijały się w tafli rzeki jak w lustrze. Pod nimi rodziny, zrośnięte wspólną ścianą, ich życie toczyło się w rytm wypływów i powrotów z łowiska. Potem wieś przemianowano na Newefehre, od nowego promu, który przewoził stąd na drugi brzeg, do Płoni. Wsiadało się przy karczmie starego Klumpinga.

Górka przestała być Górką w ostatnią styczniową noc 1840 roku. Lód przerwał wały, woda zabrała osiem gospodarstw, darowała życie mieszkańcom. Wisła wytyczyła sobie nowe ujście do morza, dlatego nazwali ją Śmiałą. Przedzielona korytem rzeki Górka podzieliła się na dwie części – zachodnią i wschodnią. Westlich Neufähr, a od 1949 roku Górki Zachodnie. Dla jednych tutaj kończy się Gdańsk, dla innych zaczyna.

W wędzarni przy głównej drodze, w dymnych oparach wędzonych śledzi, łososi i pstrągów, można poczuć się jak w rybich zaświatach. Mężczyzna o potężnych dłoniach też wydaje się być z innego wymiaru – twarz oprawiona w biel, oczy koloru morskich głębin. W taki dzień jak ten normalnie nie wysiedziałby na lądzie. Ale teraz siada na stołku w rogu, przy ogrzewającym pomieszczenie piecyku, a krzątanina dookoła zwalnia. Zaczyna bez zbędnych wstępów.

W Górkach się urodziłem i wychowałem. Mój tato nie był rybakiem, pracował w stoczni. Wujek za to znał rybołówstwo od podszewki, jak jeszcze się łowiło na drewnianych kutrach. W dobrych czasach na Górkach Wschodnich i Zachodnich była flota, że ho ho. Pływały ze dwadzieścia dwie albo trzy jednostki. Na przystani przy pomoście cumowały po dwa kutry, jeden przy drugim. Gibały się na wodzie jak tancerki na parkiecie.

Ja rybaczyłem od 1984. Co łowiliśmy? Wszystko. Górki są śledziowe, to śledzia dużo było i tutaj go przerabialiśmy. Dziennie potrafiliśmy i z dziesięć ton, a jak u nas brakło, zwoziliśmy z Kołobrzegu, z Ustki. O, ja to śledzia lubię. Najlepsza ryba!

Wypływaliśmy różnie. O drugiej, o czwartej, zależy od pory roku. Przy rozwidnianiu trzeba siatkę już do wody wrzucić. Dwa zaciągi, po trzy, cztery godziny. Wybrało się i zaraz się wydawało drugą sieć. Najgorzej zimą było robić. Czasem to nawet strasznie. Raz w lutym ciągnęliśmy na śledzie, mróz był, ryba uwleczona piachu nabrała, wywlekliśmy ją na pokład, to jakby góra wyrosła. Musieliśmy całą rybę płukać, palce sztywne, bolały potem, w nocy spać nie szło. Albo jak wypływaliśmy na cztery dni w morze, wiatr taki w nocy był, że kuter na kotwicy to pionowo stał. Ciężka robota, cholera, ale ją lubiałem, pracy się nie bałem.

Pokorę do morza trzeba mieć. Tu nie ma bohaterów wielkich. Raz wypadłem. Pod ruską granicą. Ciemno już było, mróz napewnie z piętnaście stopni. Złapałem za koniec siatki, nogi mi się poślizgnęły i jak nie majtnąłem za burtę. Chwyciłem za kuter, a ten oblodzony. Brat złapał mnie za rękę, wyciągnął, przebrałem się. Nawet kataru nie dostałem. Śmiałem się potem, że morsowanie mam zaliczone.

Nas trzech braci jest. Najczęściej my we dwóch wypływali, ja z młodszym. On za szypra, ja za mechanika. Najlepiej się dogadywaliśmy. Sieci, liny stalowe najwyższej jakości z Danii braliśmy. A siatki to ja i sam szyć umiem.

Kuter też sami przebudowaliśmy, sterówkę robiliśmy. O, tu zdjęcia mam. Czerwony taki, najpiękniejszy w całej wsi. Trzymał się na wodzie jak baletnica. Dbaliśmy o niego tak, że aż błyszczał. Nigdy mi przez myśl nie przeszło, że kiedyś będziemy…

Do ryby trzeba mieć głowę na karku i trochę farta. Znajomość łowisk, pewnie, że się liczy, ale nos też się przydaje. My z wszystkimi nowinkami byliśmy do przodu. Radary, echosondy, najnowsze programy, technologia. Wszystko chcieliśmy mieć najlepsze.

Jak to z innymi rybakami na Górkach było? Był taki jeden stary Niemiec, fachowiec, wszystko wiedział. Tu rybacy z reguły sobie pomagali, była wspólnota, ale konkurencja też zawsze była. Tajemnice, kto w którym miejscu rybę trafił. Niektórzy lubili wypytywać, ale od siebie nic nie pisnęli. Jak to mówią, za dużo gadasz, krócej żyjesz.

Mój tata do Gdańska z poznańskiego przyjechał, mama z Mazowsza. Po wojnie się tu sprowadzili. Wcześniej to tu Niemcy byli. I my jak mówiliśmy, że na Kahlberg płyniemy, to znaczyło, że na Krynicę Morską. Szplajsowało się liny, czyli zaplatało. Marszpikiel, szpikulec do luzowania węzłów, to chyba też nie po naszemu. A w zatoce od Helu do Wisły próg taki jest, ponoć uboot się tam wbił. Kamerun na to mówiliśmy, ryby na tym kancie było, że ho ho.

A pani wie, że tu u nas na Górki to delfiny przypływały? Popisywały się nam przed dziobem, tańczyły na falach, odprowadzały nas, jak wracaliśmy z połowu. Jak nie patrzyliśmy, przestawały. Mądre zwierzęta, że hej.

Dobrze nam szło do czasu, jak wprowadzili zakaz na dorsza. Zaczęły się kontrole, trzeba było ważyć każdy połów. Kary były, wyciąganie pieniędzy. Kto zakazał? Unia, urzędnicy. Ale mówili, że to nasza wina. Morze przełowiliśmy. Każdy winnego szukał, ale trochę racji w tym jest. Pewnie pani nie pamięta, ale za komuny takie powiedzenie było: jedzcie dorsze, gówno gorsze. Tej ryby tyle się ciągnęło, że nie do przejedzenia była. Niektórzy to ją w lesie zakopywali, bo już nawet kury i psy jeść nie chciały.

Jak zakazali łowić, to kutry się kolebały przypięte do postoju jak ptaki na uwięzi. Rybacy też, tylko że w knajpach. Smutno to wyglądało. Dla rybaka największa kara to jak w morze iść nie może. Za to, że nie łowimy, wypłacali odszkodowania. Zaczęła się cała ta walka o kasę, co do dzisiaj trwa. Wszystko się popsuło. Każdy ciągnął do siebie. Ja tam nigdy nie myślałem o pieniądzach. Łowić tylko chciałem.

Wtedy to był początek końca, ja tak mówię. Bardziej się opłacało stać niż pływać. No i niektórzy postanowili wtedy stanąć na dobre. Rozeszło się, że Unia sypie duży pieniądz, ale kuter trzeba oddać na złom. Dla niektórych to chyba nawet jakaś ulga była.

We Władysławowie, jak zaczęli kasować pierwsze kutry, to ponoć ludziom odbijało od tej kasy. Jakby wygrali na loterii. Samochody kupowali, meble nowe, stare przez okna leciały. Choć to nie są znowu aż takie straszne pieniądze, żeby ich rozpuścić nie szło. Niektórzy popłynęli na innej fali, wie pani, co mam na myśli.

Chodziły słuchy, że to dla naszego dobra, bo w morzu to już i tak tylko woda została. Ale prawda jest taka, że nas małych wycinali jak dżunglę amazońską, a wielkie trawlery jak łowiły, tak łowią. Ciągną szprota na mączkę, nie dziwota, że dorsza w Bałtyku nie ma. A co on ma niby jeść?

Ja tam kasować nie chciałem. Mógłbym jeszcze pływać. Jak ja to lubiałem! Ale bracia się uparli. No i wiek już swoje robi. Młode pokolenie? Nikt się za to nie bierze. My wszyscy córki mamy, siedem łącznie. Kobiety do rybaczenia się nie garną. Rybacy pani mówili, że kobieta na kutrze pecha przynosi? No, chyba że własna żona. W Gdyni u kolegi dziewczyna pływała. Niesamowita była, lepsza od facetów.

Nasz miał dziewiętnaście metrów długości, trzydzieści cztery tony. Rdzy nic a nic, czyściutki był, wypucowany. Żal go było oddawać. Na żyletki? Tak się mówi, ale nawet żyletek z niego nie ma. Na złom i do huty. Wynieśliśmy wszystkie rzeczy, sprzęt, siatki, skrzynki. Do dzisiaj leżą zamknięte w garażach przy pomoście. Nie wiadomo, co z nimi zrobić.

Widziałem z daleka, jak ten nasz kuter cięli. Dźwig wyciągnął cztery od razu. Naszą siedemnastkę, dwudziestkę, Jastarnię 103 i jakiś z Łeby. Czy mi żal było? Już trochę ochłonąłem, ale przez jakiś czas to ja do Górek przyjeżdżałem codziennie, choć już tu nie mieszkam. Ale miejsca sobie znaleźć gdzie indziej nie mogłem. Bo co tu innego robić? Miejsce rybaka jest na morzu.

Dodatek do emerytury był. Nowego kampera sobie kupiłem. Harleye mam i BMW z ’78 roku od kolekcjonera ze Szwecji, amerykańskiego też mam z ’74, który na paradach jeździł. Filmik pokażę. Samochody zawsze lubiłem, to też mam.

Co teraz robię? Wszystko i nic. W Kanadzie byłem, zwiedzić wielkie miasta, Montreal, Toronto. To nie dla mnie. Nie lubię gorączki. Najlepiej się czuję nad Bałtykiem. Zjeździłem Danię, Norwegię. Tam mi się podoba.

Tu, gdzie siedzimy, to była stara wędzarnia poniemiecka, ruina. Trzy takie na Górkach działały, jedna została. Gdyby nie my, już dawno by jej nie było. A tak to ludzie przyjeżdżają do nas specjalnie po rybę. Mamy ruch, nie można narzekać.

Teraz z naszego morza już mało co jest, ryba z Norwegii przyjeżdża, z Niemiec. Ale mówią, że dorsz się niby ostatnio robi ładniejszy. Może się jeszcze odrodzi. Mniej niż trzydzieści pięć centymetrów mieć nie może, bo inaczej to bolek, tak mówimy.

Ryby wciąż jem, pewnie, a najlepiej lubię smażone. Nie ma lepszego jedzenia. Smażyliśmy na kutrze, to był taki, powiedzmy, nasz folklor. Piątek ostatni dzień, szykowali my rybę do smażenia, w sobotę rano smażyli, to był zapach, o Jezu! Inaczej na kutrze smakuje, rybka taka wybrana jest.

Dzisiaj w Górkach rybacy to już prawie wszyscy powymierali. Domy stare jak stały, tak stoją, w niektórych okna pozabijane. Gazociąg tu teraz budują, drzewa wycinają. Tu jeszcze taki rybak mieszka, dziewięćdziesiąt lat skończył. Jeżdżę do niego, zawsze się ucieszy. Na urodziny kupiłem łososia, uwędziliśmy, zawiozłem, z pigwy nalewkę do tego. O wszystkim gadamy. O starych czasach? Nie ma już o czym gadać. Aby zdrowie było.

Pani chce zobaczyć, gdzie nasz kuter stał? Niedaleko, możemy podjechać, pokażę. Ale tam już niewiele zostało.

Przystań rybacką gęsto porastają szuwary. Przy drewnianych pomostach góra plastikowych skrzynek. Strzępy niebieskiej folii tańczą na wietrze, kolorami kontrastują z mętnym ciekiem Martwej Wisły. Kłęby sieci zwisają z metalowych barierek, przypominają brodę olbrzyma, który zbyt długo zatrzymał się w jednym miejscu. Pokryte kamuflażem zieleni zlewają się z porastającym kamienie mchem, jakby chciały wtopić się w krajobraz i zostać tu na zawsze.

„Uwaga, wstęp wzbroniony” – tablica ostrzega, aby nie wchodzić na zbutwiałe deski. Obok szczerbatej ławki leżą kawałki metalu. Spod pożerającej wszystko rdzy przebija jeszcze biały napis. ZAG-17.

Mężczyzna o dłoniach jak bochny nie wysiada z samochodu. Bo na co tu patrzeć. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, zwłaszcza martwej.

Na skraju pomostu, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno kołysał się kuter, stoją trzy kaczki krzyżówki. W szeregu, nieruchomo, zwrócone głowami w jednym kierunku. Wypatrują czegoś na drugim brzegu.

 

W sierpniu 2024 roku do kasacji trafiły dwa ostatnie kutry rybackie zarejestrowane w Gdańsku i Górkach Zachodnich. Łowiły na Bałtyku od kilkudziesięciu lat. Opowieść rybaka jest zapisem rozmowy, która odbyła się naprawdę, ale nie wszystkie słowa rzeczywiście padły. Niektóre fakty i okoliczności zdarzeń zmieniły swoją postać podlane wodą literackiej fikcji. Albo wymieszały się jak ziarnka piasku na plaży z historiami usłyszanymi od innych osób. Wszystkie są jak najbardziej prawdziwe.

Agnieszka Kamińska

Agnieszka Kamińska

Dziennikarka, socjolożka, autorka książek. Na co dzień babrze się w faktach, ale ciągnie ją na otwarte wody literackiej fikcji. Pochodzi ze Słupska.

Publikowała między innymi w „Tygodniku Powszechnym”, „OKO Press”, „Wysokich Obcasach”, „Vogue Polska”. Jest autorką dwóch książek reporterskich o Szwajcarii. Jej debiutancka powieść Delfina dostała się do pracowni finałowej Połowu 2026 Biura Literackiego. 

udostępnij:

Przeczytaj także:

Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie
ZOE (Małgorzata Gurowska, Agata Szydłowska)

Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie

Powtórka z patrzenia – wersja kaszubska Powtórka z patrzenia – wersja kaszubska Powtórka z patrzenia – wersja kaszubska
Helena Hejman

Powtórka z patrzenia – wersja kaszubska