Narysuj pięćset stron komiksu i zaczniesz kumać

Avatar Łukasza Godlewskiego
Avatar Łukasza Godlewskiego

Łukasz Godlewski na co dzień mieszka w Krakowie, ale to zdecydowanie gdański autor. Stąd pochodzi i tu tworzył swoje pierwsze komiksy, w których najczęściej to Trójmiasto było miejscem akcji. Traf chciał, że prawdziwe uznanie w środowisku komiksowym i poza nim zdobył, gdy już znad morza wyjechał. Zwłaszcza w ostatnich latach był nagradzany i nominowany do nagród za autorskie albumy (Malarz, wydany nakładem własnym; Czarne serce, Best Comics, Warszawa 2024) oraz komiksy współtworzone z innymi autorami (na przykład z Tomaszem Kontnym: Wydział 7. Sztorm, Ongrys, Szczecin 2023; z Marcinem Bałczewskim: Na północ, Timof Comics, Warszawa 2026). Jego ostatnie wyróżnienie to przyznana przez redakcję „Nowej Fantastyki” nagroda w kategorii Polski Komiks Roku dla Czarnego serca (2025).

 

Przemysław Zawrotny: Jak po tych paru miesiącach odczuwasz przyznanie ci Nagrody „Nowej Fantastyki”? Czy miało ono jakieś konsekwencje?

Łukasz Godlewski: Trudno powiedzieć. Być może wpłynęło na pojawienie się większej liczby zaproszeń na spotkania i warsztaty. Jakiś czas temu byłem na przykład w Opolu. Ludzie usłyszeli o Czarnym sercu. Ale dla mnie osobiście nagroda była istotna. Na co dzień rysujesz sobie komiksiki i masz wrażenie, że tworzysz do szuflady, a tu się okazuje, że ktoś spoza świata komiksowego zauważył i docenił to, co robisz. Nie wiem, jak to się przełożyło na sprzedaż, nie pytałem wydawcy, ale cieszę się, że to się przydarzyło.

PZ: Nagrody spoza środowiska, nie tylko ta od „Nowej Fantastyki”, ale też inne, które od paru lat są przyznawane komiksom, mogą wskazywać, że ta forma sztuki na dobre wyszła z podziemi.

ŁG: Myślę, że gdybyś dziś zapytał ludzi na ulicy, z czym im się kojarzy komiks, to usłyszałbyś standardową wiązankę z PRL-u: Tytusy, Kajkosze i inne takie rzeczy. Dalej jesteśmy w getcie.

PZ: Czasem można się zdziwić! Niekiedy ludzie spoza bańki wymieniają nieoczywiste rzeczy: Kota rabina, komiksy norweskiego autora Jasona czy nawet – to autentyk – Czarne serce. Serio! Jakiś czas temu spotkałem człowieka, który przyznał, że czytał ostatnio tylko jeden komiks, właśnie twój. To dowód anegdotyczny, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że osoba chcąca przeczytać jakiś polski album komiksowy prędzej czy później natknie się na twoją twórczość. Publikujesz bardzo regularnie. Średnio raz na rok wychodzi coś twojego.

ŁG: Jeśli uwzględnimy antologie i podobne wydawnictwa, to tak. Staram się, by moje nazwisko jakoś funkcjonowało. Mam wrażenie, że dzisiaj, kiedy istnieje taka masa rzeczy do obserwowania i taka masa twórców, niedobrze jest zniknąć z radaru.

PZ: Żyjemy w złotym wieku polskiego komiksu. Wiem, że niektórzy myślą w ten sposób o czasach „Relaxu”, Kajka i Kokosza czy pierwszych Tytusów. To oczywiście fajne komiksy, ale dziś mamy nieporównanie większy wybór, choć niższe nakłady. Gdy zaczynałeś kilkanaście lat temu, rynek wyglądał zupełnie inaczej.

ŁG: Zdecydowanie. Kiedyś byłeś w stanie przeczytać każdą opublikowaną pozycję, a przynajmniej większość z nich. Wydawcy wybierali najlepsze tytuły i faktycznie – kupując komiks, wiedziałeś, że to lektura obowiązkowa. A obecnie – jak słyszałem – w Polsce wychodzi rocznie około dwóch tysięcy tytułów, więc człowiek nie zdoła przeczytać wszystkiego. Z drugiej strony ma w czym wybierać i może znaleźć to, co go naprawdę interesuje. Rynek mocno się zmienił. Podczas festiwali komiksowych na stoiskach wydawców jest masa książek, także polskich. Kiedyś wydawcy ostrożnie podchodzili do polskich twórców, bo woleli postawić na sprawdzonego autora z zagranicy. Teraz to już przeszłość. Rozwinęła się również cała sfera selfpublishingu, nie ma żadnego problemu, żeby ktokolwiek sobie coś wydał, w dodatku można wypuszczać komiksy w takiej jakości, jak by to szło przez wydawnictwo.

PZ: Zaczynałeś w czasie, gdy polskich komiksów wprawdzie trochę się ukazywało, ale były to głównie rzeczy eksperymentalne. Mówię o latach 2011–2013. To wtedy debiutowałeś autorską Miłością [SmallPress.pl, Rumia 2012], komiksem raczej niewielkim. Uwierzyłbyś, gdyby ktoś ci wówczas powiedział, że w przyszłości stworzysz Malarza i Czarne serce, długie, mięsiste opowieści grozy, uosobienie komiksu środka z rzetelnie opowiedzianą fabułą? Ja bym chyba nie uwierzył, że w ciągu dekady pojawi się jakikolwiek polski autor o takiej charakterystyce. Że będzie na niego miejsce na chudym rynku. Tymczasem jest, i na wiele innych rzeczy również. Ale jak to było zaczynać w innym świecie?

ŁG: Pod pewnymi względami początki były łatwiejsze niż obecnie. W Gdańsku na Suchaninie działała Pracownia Komiksowa, świetne miejsce, które zbierało całą społeczność komiksową z Trójmiasta i okolic. Był tam szeroki dostęp do komiksów, bo Pracownia działała jako biblioteka ze zbiorami komiksowymi. Dzięki tamtejszym warsztatom rysunkowym, zarówno uczestnicząc w nich, jak i je prowadząc, dostawało się napędu do pracy. Jeśli chodzi o Miłość, to Łukasz Kowalczuk, autor komiksów z Rumi, wpadł w tamtym czasie na szalony pomysł, że otworzy wydawnictwo komiksowe. Skończyło się na kilku pozycjach, między innymi mojej. Zresztą Pracownia również wydawała interesujące antologie z historiami lokalnych twórców. To wszystko było dobrym ćwiczeniem na rozbieg, pozwalało nauczyć się języka komiksu. Z czasem metodą prób i błędów opanowałem warsztat na tyle, że mogłem zabrać się do takich tytułów jak Malarz i Czarne serce. Muszę powiedzieć, że pomysły na te historie powstały już wówczas, tylko wtedy czułem, że nie jestem w stanie pociągnąć tych opowieści – chodziło właśnie o warsztat czy prowadzenie fabuły. Podszkoliłem się dzięki krótszym historiom.

PZ: Od tamtego czasu współpracowałeś z Jerzym Szyłakiem, Elą Żukowską, Tomaszem Kontnym i innymi scenarzystami. Również to pewnie sporo ci dało. Czy wskazałbyś jakieś konkretne rozwiązania warsztatowe, których nauczyłeś się przy pracy nad poszczególnymi komiksami?

ŁG: Chyba Bogdan Ruksztełło-Kowalewski z Pracowni miał takie powiedzonko, jeszcze wzięte od Janusza Christy, że jak narysujesz pięćset stron, to dopiero zaczniesz kumać, o co chodzi w komiksie. Praktyka czyni mistrza. Myślę, że każdy z moich tytułów był dla mnie kamieniem milowym. Zresztą samo czytanie komiksów również dużo uczy. Podpatrujesz rozwiązania innych. Poza tym muszę przyznać, że przy dłuższych historiach bardzo pomogła mi żona, Unka Odya, również autorka komiksów. W Malarzu historia wyglądała początkowo zupełnie inaczej. Kilku bohaterów zostało z wczesnej wersji, ale główne wątki się pozmieniały. Pierwotnie wyszedł mi dramat rodzinny, a Lovecrafta było w tym mało. Ale zmieniłem to dzięki Unce, osobie, która wie, o co chodzi w komiksie, i wie, jak budować fabułę. Co do współpracy z różnymi scenarzystami: każdy taki przypadek wygląda inaczej, nie tylko dlatego, że jeden autor jest lakoniczny, a inny się rozpisuje. Oczywiście komiksy tworzone z innymi były dla mnie nauką, ale trudno mi dziś wskazać konkretne elementy. Łatwiej wskazać inspiracje z komiksów, które w tamtym czasie pochłaniałem. Jeśli chodzi o kadrowanie, to uwielbiam prace rysownika 100 naboi, Eduarda Risso, na którym swego czasu chciałem się wzorować, ale nie szło mi to za bardzo. Potem, podczas rysowania Kapitana Wrony, napisanego przez Elę Żukowską, którego akcja toczy się w 1960 roku, chciałem stylizować rysunki podobnie jak Darwyn Cooke w Parkerze. Ten autor miał świetny styl, cartoonowy, trochę podobny do animowanego serialu o Batmanie z lat dziewięćdziesiątych. Do tego w Parkerze używał ograniczonej palety kolorów. To ostatnie u niego podpatrzyłem i chyba mi już zostało.

PZ: Ale, jak się wydaje, nie poszedłeś w takie zniekształcenia jak Cooke. Raczej stałeś po stronie realizmu. Zresztą każdy komiks jest tworzony przez ciebie w nieco innym stylu. W Malarzu stosujesz nieostrą plamę i technikę suchego pędzla, w Czarnym sercu – może nawet jeszcze bardziej. A wcześniej wolałeś klarowne kontury. Zmieniasz też palety barw. Różnicujesz swoje światy, ale zawsze widać, że te obrazki są twoje.

ŁG: Nie jestem superrealistą, to jednak są uproszczone rysunki. Poza tym na mój styl mocno oddziałuje miejsce akcji danego komiksu. Dlatego może się wydawać, że moje komiksy tak się od siebie różnią, późniejsze są inne od poprzednich. Ale od Malarza trzymam się tej samej techniki – w większości jest to rysowane na komputerze. Mam jednak nadzieję, że z każdym albumem mój warsztat się rozwija. Komiksem, który rzeczywiście wyraźnie różni się od reszty, jest Miłość. Rysowałem ją w całości ołówkiem. Wtedy jeszcze bałem się bardziej permanentnych technik, aż w końcu przeskoczyłem na dobre na komputer, gdzie można robić „control c”, „control z”, „control v” i tak dalej. Cały czas możesz pracować i nie bać się, że będziesz musiał zaczynać od nowa, jak coś nie wyjdzie – wystarczy to przesunąć czy przeskalować. Poprawki nie są tak żmudne jak na papierze.

PZ: A jeśli chodzi o pełen kolor, to chcesz jeszcze wrócić do tego stylu? Tak stworzyłeś plansze albumu Benia Dampc i pewien ambitny prokurator.

ŁG: Nie. Zrobienie komiksu w pełnym kolorze to dwa razy więcej pracy niż tworzenie w ograniczonych paletach kolorystycznych. W komiksach z Francji czy ze Stanów wszystko jest kolorowe, ale w tych projektach najczęściej bierze udział kilka osób, a wydawcy mają na to budżet. Przy komiksach autorskich chodzi o pracę szybką i efektywną.

PZ: Czytanie twoich historii to docenianie, jak pomysłowo obchodzisz się z kolorem. Mam wrażenie, że za doborem barw stoi wyraźna koncepcja, jak świat przedstawiony w komiksie ma wyglądać. W Czarnym sercu oprócz czerni i bieli dominują czerwienie, kolor rdzy, taki jak na ścianach ECS-u. Czy to wiąże się z miejscem akcji, która rozgrywa się w Detroit, podupadłym mieście kojarzonym z przemysłem ciężkim?

ŁG: Śledzę różnych artystów w internecie, między innymi Jamesa Gurneya znanego z serii książek o Dinotopii. Bardzo polecam! Od niego dowiedziałem się o szwedzkim twórcy Andersie Zornie, który używał ograniczonej palety kolorów i akcentował czerwień. Stwierdziłem, że to jest fajne, ale w Czarnym sercu jeszcze bardziej ograniczyłem kolorystykę. Tutaj też chodziło mi o efektywność. Te czerwienie grały z całą fabułą, budowały atmosferę. Mówiłeś o Detroit, ale duża część komiksu dzieje się w Indiach i również w tych scenach czerwień ma podnosić temperaturę i napięcie.

PZ: Z kolei Malarz rozgrywał się w Gdańsku i był utrzymany w niebieskich barwach. Czuło się tam wiatr. Dobierasz kolory, które mogą nieść różne znaczenia i pasować do różnych kontekstów. Dzięki temu wszystko jest spójne. Ale ciekawi mnie, dlaczego właśnie Detroit. Wcześniej krążyłeś raczej po lokalnych przestrzeniach: Gdańsku czy Gdyni, w Miłości to była po prostu twoja dzielnia i twoja szkoła. A tutaj nagle świat stoi otworem.

ŁG: Pierwotnie przy pracy nad Czarnym sercem myślałem o Hellraiserze. Chciałem zrobić origin story kostki Lemarchanda, którą znamy z filmu. Nawet próbowałem się skontaktować z Clivem Barkerem, twórcą tego świata, ale odbiłem się od agentów. Powiedzieli mi, że prawa do komiksów osadzonych w tym świecie krążą po różnych wydawnictwach. W międzyczasie budowałem tę historię sam, a ona tak odcięła się od świata wysłannika piekieł, że stwierdziłem, że zrobię swoją opowieść. Stąd wzięły się w niej Stany i Detroit, ale to, gdzie ta historia się zaczyna, nie ma dużego znaczenia. Równie dobrze mogłaby w Gdańsku czy gdzieś we Francji. Choć jedno jest ważne: Detroit ma w herbie łacińskie motto mówiące o podnoszeniu się z popiołów. Wpadłem na to dopiero podczas przygotowywania komiksu do druku, gdy szukałem dodatkowych materiałów. Niesamowite, jak czasem zbierane pojedyncze puzzle zaczynają się układać w spójny obraz. Wychodzi na to, że to jednak musiało być Detroit.

PZ: A Barker się nie odezwał. Jego strata.

ŁG: Może się jeszcze odezwie z jakimś pozwem. (śmiech)

PZ: W każdym razie zamiast łączyć Czarne serce z mitologią Hellraisera, połączyłeś je z własnym Malarzem. Postaci zaczęły się przelewać między opowieściami, co jest u ciebie częstym zabiegiem. Zresztą nie dotyczy to tylko twoich komiksów i postaci, ale też komiksów Unki. Wasze uniwersa są połączone. Budujesz w ten sposób własny świat. Mimochodem czy może jest w tym szatański plan?

ŁG: Te powiązania zaczynają się już w Miłości. Tam poznajemy Gabriela Kruksa – to mój pomysł na superbohatera jeszcze z liceum. Zamierzałem stworzyć z nim serię, ale nie wiedziałem, jak tę historię opowiedzieć. Skoro jednak bohater już był, to chciałem dać mu trochę pożyć na stronach komiksu, więc w Miłości pojawił się na zasadzie deus ex machina. Podobnie z innymi moimi wczesnymi bohaterami. Uznałem, że są interesujący i umieściłem ich w Malarzu czy Czarnym sercu. Nie występują tam na pierwszym planie, ale dobrze wpasowują się w te historie. To dodatkowy smaczek dla czytelnika, który chce szukać takich powiązań.

PZ: Sam też często pojawiasz się w swoich opowieściach.

ŁG: Gdy zakładałem profil artystyczny na Facebooku, miałem pomysł na paski komiksowe w stylu horroru. Pojawiała się w nich postać „magicznego dziada”, którego wizerunek był wzorowany na mnie. Podobny zabieg jest obecny w twórczości artystycznej wielu autorów. Można popatrzeć na różnych artystów i porównać ich zdjęcia z ludźmi przedstawianymi w ich pracach. Często widać podobieństwo. Miałem więc pomysł na paski komiksowe, ale pracowanie nad nimi i jednocześnie nad albumami zajmowałoby za dużo czasu, dlatego paski powstały tylko dwa, a występujący w nich marszand Henryk Lowelski, wtedy jeszcze bezimienny bohater mieszkający w domu w środku lasu, zaczął się pojawiać w moich dłuższych historiach.

PZ: Unka również tworzy komiksy i krzyżujecie światy waszych opowieści. Wypożyczacie sobie bohaterów.

ŁG: To nie było od początku jakoś mocno przemyślane. Unce spodobał się bohater z Malarza – wykorzystuje go u siebie w serii Brom. Ja z kolei sięgnąłem po jej postać z tego komiksu, matkę tytułowego bohatera. To takie naturalne mruganie okiem do siebie nawzajem, bardziej w rodzaju easter egg niż tworzenie wspólnego uniwersum.

PZ: O inspiracjach Barkerem już wspomnieliśmy, ale szczególne miejsce w twojej twórczości zajmują też Howard Phillips Lovecraft i klasycy awanturniczej powieści brytyjskiej z początku XX wieku.

ŁG: Ładuję sobie do głowy różne rzeczy i to się potem łączy. Na przykład pomysł na Czarne serce wziął się z tego, że znałem filmy na podstawie prozy Barkera. Przeczytałem też oryginalne opowiadanie, które jest zresztą najlepsze z tego wszystkiego. Później przez przypadek, oglądając telewizję, trafiłem na dokument o Indiach. Jego treść skleiła mi się zwłaszcza z kostką Lemarchanda – ukazane na niej wzory skojarzyły mi się ze wzorami z Chin albo właśnie z Indii. Co do Malarza – bardzo lubię Lovecrafta. Kiedyś, prowadząc warsztaty z tworzenia komiksów, zaproponowałem uczestnikom, by opowiedzieli rysunkami historię o szalonym malarzu. I sam się zaraziłem tym pomysłem. Z czasem rozwinąłem go do rozmiarów całego albumu. Przypadki prowadzą do inspiracji.

PZ: W Czarnym sercu pewną rolę odgrywają hinduskie wierzenia. Komiks jest nawet opatrzony esejem religioznawczym na ten temat, napisanym przez Mikołaja Kołyszkę.

ŁG: Poza obejrzeniem wspomnianego dokumentu trochę też poczytałem na ten temat. Na przykład działania sekty w komiksie ukazałem tak, by zgrywały się z życiem starożytnego indyjskiego władcy Aśoki. Podobnie podchodzę do scen, w których ukazuję różne magiczne przedmioty. Staram się przedstawić je tak, by czytelnikowi wystarczała wiedza zyskana na podstawie lektury samego komiksu. Ale jak sobie przeczyta coś więcej, to w opowiedzianej przeze mnie historii zobaczy więcej nawiązań. Ogólnie materiały dodatkowe w moich komiksach wzięły się z tego, że prowadząc zbiórki na Kickstarterze, chciałem zainteresować potencjalnych czytelników albumem. Poznałem też Mikołaja, który prowadzi interesujący Podcast Religioznawczy. Zapytałem, czy zechciałby napisać polecajkę na tylną stronę okładki Czarnego serca. Okazało się, że akurat pracował nad tekstem o Indiach i krwawych ofiarach wierzeń w tym kraju. To się zgrało. Myślę, że jego tekst podbija wiarygodność tego, co się dzieje w komiksie. Przedstawia ludzi, którzy wierzą w opisane bóstwa i składają im ofiary. Te sprawy są dość świeże.

PZ: A miałeś jakieś trudności z odwzorowaniem Detroit? W Malarzu spawa z gdańską scenerią była prosta. Wystarczyło pójść i zrobić zdjęcie do McDonalda przy uniwerku, do Galerii Przymorze albo zajść do biblioteki na Mariackiej. Wymyśliłeś też fikcyjną miejscowość Paszczewo. Czy w Czarnym sercu wszystko jest prawdziwe?

ŁG: Tak, nawet mieszkanie Victorii, gdzie rozgrywa się spora część akcji. Stwierdziłem, że dobrze będzie mieć wzór tego miejsca, by uniknąć sytuacji, że kamera się obraca w pomieszczeniu, a ono za każdym razem wygląda inaczej. Pomyślałem, że są strony z mieszkaniami na sprzedaż. Wyszukałem jedno w Detroit, z dostępnym rozkładem w 3D. Można było chodzić po pomieszczeniach i obracać kamerkę – widziałeś, jak to wszystko wygląda. Znalazłem potem to miejsce na Google Maps i obejrzałem wszystkie budynki wokół. To samo zrobiłem z kilkoma innymi lokacjami. Gdy siostra Victorii, Claire, spotyka się w Indiach z „magicznym dziadem” w kafejce, to jest to autentyczne miejsce na autentycznej ulicy. Może to trochę głupie, mogłem wziąć losowe zdjęcie z internetu, ale czasami lubię, gdy w komiksie pokazane są prawdziwe lokalizacje.

PZ: Fabuła rozpoczyna się od tego, że dwie siostry idą na nielegalną aukcję, która odbywa się w zdewastowanym budynku, częściowo przystosowanym do ponownego użytku. To jest stary budynek dworca w Detroit.

ŁG: Też prawdziwy. Gdy pracowałem nad ukazaniem tego miejsca, zauważyłem po włączeniu opcji Street View, że coś się w okolicy zmieniło. Krajobraz był inny niż wcześniej, gdy go rysowałem. I w mojej historii to wybrzmiewa: że miasto się zmienia, że idzie do przodu – jest feniksem, który powstaje z rdzy. Nie jest tylko miastem jak z dystopii.

PZ: Po Czarnym sercu pracowałeś nad dwiema innymi fabułami, rozgrywającymi się w zupełnie innych sceneriach i konwencjach. W ich wypadku odwzorowanie realiów jest może jeszcze bardziej istotne.

ŁG: Ciągle pracuję nad autorskim komiksem, którego roboczy tytuł brzmi Listopad. Mam nadzieję, że w tym roku się ukaże. To opowieść inspirowana Kordianem i Dziadami. Będzie tam trochę wątków politycznych, trochę grozy – zobaczymy. Pomysł powstał dawno. To kolejny długo dojrzewający projekt. Drugi nowy komiks, Na północ ze scenariuszem Marcina Bałczewskiego, to historia oparta na faktach – opowieść o Salomonie Andréem, Szwedzie, który w 1897 roku wybrał się w podróż balonem na biegun północny. Fajna historia, dramatyczna.

PZ: Skleisz swoje uniwersum i „magicznego dziada” z Dziadami i Kordianem?

ŁG: Trudno będzie mi to połączyć. Taki szpagat raczej nie wyjdzie. Akcja komiksu ma się dziać podczas powstania listopadowego, czyli w 1830 roku. Mam rozpisaną historię, chcę to zrobić w kilku częściach. Zobaczymy, czy to się poukłada.

PZ: To wróćmy jeszcze do Hellraisera. Przed naszą rozmową obejrzałem pierwszy film z 1987 roku. Tam ból i cierpienie są ewidentnie połączone z seksualnością. Są cenobici oraz brutalny uwodziciel. Twój komiks jest wprawdzie przeznaczony dla dorosłych – bohaterowie w nim przeklinają, jest golizna i tak dalej – ale wychodzisz do ludzi z trochę bezpieczniejszej pozycji. Powiedziałbym, że pod względem wartkości akcji, przygody i ogólnie prowadzenia opowieści Czarne serce bardziej mi się kojarzy z Indianą Jonesem, podobnie zresztą jak pozostałe twoje komiksy.

ŁG: Trójmiejski rysownik komiksów Maciej Czapiewski określił mnie kiedyś mianem pruderyjnego mormona. Tworząc tę historię, wiedziałem, że rzucam się na głęboką wodę, i faktycznie historia została złagodzona, jeśli chodzi o seksualność. Choć są w niej takie wątki i sugestie, to gdy ostatecznie poznajemy prawdę, okazuje się, że idę w inną stronę niż Barker i twórcy filmów na podstawie jego prozy. Nie chciałem, żeby opowieść skupiała się na elementach gore. Ale Jones to kolejna rzecz, którą mam wepchaną do głowy. Bardzo lubię filmy przygodowe i gry, jak Tomb Raider czy Uncharted. Lubię dynamiczną historię.

PZ: Kiedyś rozmawialiśmy dłużej również o grach przygodowych, między innymi o serii Broken Sword, pod względem wizualnym utrzymanej w komiksowej konwencji. Zresztą pracował przy niej słynny brytyjski twórca Dave Gibbons. W twoich komiksach widać podobną płynność filmu animowanego, myślę o montażu kadrów. Mam przed oczami choćby nieme sceny z początku Kapitana Wrony.

ŁG: Lubię płynne przejścia pomiędzy kadrami, w przeciwieństwie do zbyt dużych skoków czasowych – na przykład sytuacji, gdy bohater rzuca granat i nie widzisz eksplozji, a zaraz potem, na następnej stronie, zostaje ukazane jakieś dalsze wydarzenie zupełnie z eksplozją niezwiązane. Komiks jest podobny do animacji. Chodzi o to, żeby czytelnik dobrze się czuł podczas lektury. Musi być płynna sekwencyjność.

PZ: To teraz o realności, czyli o byciu autorem komiksów w Polsce i aspektach finansowych. Jakie są twoje doświadczenia w tej kwestii, na przykład z instytucjami publicznymi? Z Maciejem Jasińskim robiłeś komiks dla gdańskiej biblioteki, a z drugiej strony – masz doświadczenia z Kickstarterem.

ŁG: To zależy od autora. Popatrz na takiego twórcę jak Dem – jego komiksy nie są rozbudowane, jeśli chodzi o warstwę graficzną. Znalazł świetny balans, opowiada swoje historie, posługując się stylem, który nie jest tak pracochłonny. Dzięki temu – z tego, co wiem – radzi sobie świetnie sam, bez wsparcia instytucjonalnego. Ma grono wiernych odbiorców. Generalnie czytelnicy nie zdają sobie sprawy, ile pracy trzeba włożyć w narysowanie komiksu i że to powinno się przekładać na adekwatny budżet. A często się nie przekłada. Ale dobrze, że różne instytucje się interesują komiksami i chcą je tworzyć. Z coraz lepszym skutkiem. Ogólnie rysowanie albumu to praca samotnika. Czasem siedzi się w domu przez rok. Nad komiksem o balonie siedziałem ponad pół roku. Dobrze, że udało mi się dostać na to stypendia. Największym problemem rynku komiksowego jest wciąż małe czytelnictwo i wysokie koszty produkcji. Dlatego sytuacja nie wygląda zbyt kolorowo.

PZ: A jak się zapatrujesz na wydawanie polskich komiksów za granicą? Wiem, że podejmowałeś takie próby. W sumie jesteś autorem atrakcyjnych i przystępnych opowieści, które mogą zainteresować zachodnich wydawców.

ŁG: Będziemy starali się zainteresować Szwedów naszym Na północ, bo to ich historia. Jeśli chodzi o Czarne serce i Malarza, to przez Kickstartera ileś tam egzemplarzy udało się sprzedać. Ale nie przekonałem jeszcze żadnego zagranicznego wydawcy do tych tytułów. Wydaje mi się, że na Zachodzie jest przesyt, dużo autorów. Trudno znaleźć chętnego wydawcę. Z tego, co się zorientowałem, rynek amerykański działa tak, że trzeba nawiązywać kontakty na festiwalach. Trudno to zrobić korespondencyjnie, trzeba twarzą w twarz. W końcu cały świat chce się wydać w Marvelu czy w Image. Dużą rolę odgrywają agenci, którzy współpracują z wydawcami i mają swoją pulę autorów. To jest bardziej skomplikowane. A do San Diego, gdzie odbywa się jeden z największych festiwali komiksowych, trzeba by jechać za swoje. Na zdjęciach to chyba lepiej wygląda niż w rzeczywistości. Nie miałbym dziś siły stać za wszystkim w kilometrowych kolejkach. Ameryka działa na swoich zasadach.

Przemysław Zawrotny

Przemysław Zawrotny

Krytyk i badacz kultury popularnej, a także wykładowca akademicki i redaktor książek. Prowadzi zajęcia o komiksie na Uniwersytecie Warszawskim, pisze o komiksie, literaturze i muzyce (kiedyś głównie „Lampa” i „Czas Kultury”, dziś „Zeszyty Komiksowe”). Lubi też grać na pianinie. Gdańszczanin z wyboru.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Sex on the beach Sex on the beach Sex on the beach
Tymoteusz Skiba

Sex on the beach

Coś fantastycznego Coś fantastycznego Coś fantastycznego
Tymoteusz Skiba

Coś fantastycznego