Może tak?
Bookstagram – online’owy wyrzut sumienia kultury XXI wieku. Mikrokosmos obrazów i liter, które wspólnie odmalowują skrajnie urzeczowioną wartość literatury.
Bookstagramowicze są potrzebni nam wszystkim, ponieważ przypominają o tym, że książka jest dziś przede wszystkim przedmiotem. Produkowana przez nich fantazja to księgarsko-podróżnicza pornografia niemożliwych marzeń. Marzeń o niewyczerpywalności relaksu oraz wieczności czasu wolnego. Marzeń symbolizowanych przez luksusowy konsumpcjonizm.
Bookstagramerzy są donośnymi orędownikami przyjemności rzeczy. Patronami rozkoszy odnalezionej na dnie eleganckiej porcelany, ujętej w hiperrealnej doskonałości krajobrazu, a także zaznaczonej na barwionych brzegach kolejnego tomu. Publikowane przez nich treści stanowią okno na świat późnego kapitalizmu. Synonimizują pasję do literatury z merkantylizacją własnego „ja”, tj. traktują książkę jako gadżet, jedno z wielu akcesoriów (obok fajnej pracy, fajnego urlopu, fajnych ciuchów, fajnego ciała) budujących markę osobistą. Opowiadają historię o systemie, który próbuje nam wmówić, że prawdziwa wolność jest tożsama z wolnością nabywania, sprzedawania i sprzedawania się.
Inaczej?
Bookstagram – internetowe terytorium przeznaczone nie tyle dla tych, którzy kochają czytać lub pisać, ile dla tych, którzy uwielbiają pisać o tym, że kochają czytać.
To wyjątkowo barwne zbiorowisko narracji czytelniczych, jednak nie tych kontemplacyjnych (kładących nacisk na refleksję wywołaną lekturą tekstu), lecz produktywnych (kładących nacisk na konsumpcję kolejnego, kolejnego i kolejnego tekstu). W tej przestrzeni wytwarza się swoisty dyskurs rankingowy, będący instagramową kontynuacją zjawisk takich jak akcja „Przeczytam 52 książki”. To dyskurs wierny prawidłom logiki rynkowej.
Podmiot bookstagramowy czyta stronę za stroną tak, jak potencjalny pracownik uczęszcza na coraz to nowe zajęcia, kursy i szkolenia, tj. obierając sobie za cel zdobycie pewnego kapitału. Kulturowy profit bookstagramowicza, mierzony wyświetleniami, udostępnieniami i komentarzami, wydaje się uderzająco podobny do ekonomicznego zysku pracownika, zysku mierzonego spieniężoną klasową mobilnością. W obu przypadkach literatura oraz edukacja funkcjonują jako stacje, które trzeba przejechać, by dotrzeć do upragnionej destynacji – miejsca, w którym jest się kimś i znaczy się coś. Hobby uznawane za ambitne oraz praca uznawana za dochodową prowadzą do tego samego punktu, tj. do uzyskania społecznej estymy.
Nawet jeśli kulturowy kapitał bookstagramowicza nie może równać się z kulturowym kapitałem profesora literaturoznawstwa, a ekonomiczny kapitał pracownika nie jest w stanie dosięgnąć ekonomicznego kapitału pracodawcy, to w obu przypadkach choćby minimalne przeskoczenie poprzeczki tzw. średniej krajowej (czytelniczej i portfelowej) jest wystarczająco satysfakcjonującym osiągnięciem, definiującym wartość jednostki.
Jeszcze inaczej?
Bookstagram – najbardziej namacalny dowód na ostateczną demokratyzację współczesnej kultury.
Bookstagramowego uniwersum nie zasilają postaci konsekrowane przez literackie środowisko, lecz tzw. prawdziwi ludzie. Niegdysiejsze figury opiniotwórcze, tzn. krytycy czy akademicy, nie mają wstępu do tego świata. Zostali całkowicie zastąpieni przez budowaną oddolnie (lub sprytnie sprawiającą wrażenie takowej) bazę hobbystów i amatorów. Co więcej, wpływ pozytywnej bądź negatywnej recenzji wspomnianych ekspertów na wyniki sprzedaży czy powszechną recepcję tytułu wydaje się, delikatnie mówiąc, znikomy w porównaniu ze znaczeniem instagramowego posta. Podczas gdy prestiżowe nazwiska publikujące w prestiżowych periodykach wygłaszają sądy głównie dla kolegów oraz koleżanek konkurencyjnych redakcji, bookstagramerzy fotografują i opisują poszczególne tytuły dla tysięcy czytelników, którzy traktują ich rekomendacje śmiertelnie poważnie. Oczywiście zawodowi krytycy skupiają uwagę przede wszystkim na literaturze pięknej, a ich młodsi internetowi koledzy ukochali sobie raczej fikcję gatunkową.
Mogłoby to dowodzić tego, że niszowość pracy jednych oraz nośność hobbystycznej działalności drugich jest naturalnie wpisana w przedmioty ich zainteresowań. Nie stanowi to jednak kontrargumentu dla tezy o demokratyzacji, ale jest raczej jej solidnym umocowaniem. Bookstagram jawi się bowiem jako centrum promocji realnego czytelnictwa. Zajmuje się lekturami preferowanymi przez masowego odbiorcę, a więc tymi, które (niezależnie od ich jakości) faktycznie są istotne dla znacznej części społeczeństwa.
Tradycyjna krytyka stoi na przeciwnym biegunie tego dyskursu. Znajduje się tam, gdzie wsobny smak jest orężem dystynkcji, a pewnych tytułów, autorów i (pod)gatunków po prostu nie wypada dotykać. Nie ze względu na ich nikłą wagę kulturową (najczęściej jest ona znacznie większa niż ta przypadająca eksperckim faworytom), lecz z powodu ich nazbyt ludycznego charakteru estetyczno-ideologicznego.
Albo w ten sposób?
Bookstagram – bezkresna galeria obrazów cyberteatralizacji.
Czytelnicy-influencerzy całym swym kolektywnym jestestwem ewokują wizualną dosłowność. Ożywiają abstrakcyjność tekstu poprzez nierealne, lecz estetycznie przekonujące inscenizacje pejzaży wypełniających przestrzeń, kubków wypełnionych kawą, mebli po brzegi wypełnionych mieszczańską lub aspirująco mieszczańską inklinacją. Ci najbardziej kreatywni oraz zmotywowani idą o krok dalej i spełniają swoją ambicję opowiadania historii. Przeżuwają rzeczywistość podwójnie, gdyż obok rekwizytów wyjętych z niezbędników szanujących się przedstawicieli klasy średniej (tak, książka też jest tym, być może najważniejszym, rekwizytem) stawiają całą infrastrukturę fanficowo-cosplayową.
Czasem odgrywają rolę fotonarratorów szukających w swych smartphone’owych obiektywach chmur i drzew rymujących się z chmurami i drzewami prozatorskimi. Innym razem wcielają się w powieściowych protagonistów, przywdziewając osobowości i uniformy, które pozwalają im oraz ich odbiorcom na podtrzymywanie eskapizmu przy życiu.
Może spróbujmy jeszcze od tej strony?
Bookstagram – fascynująco paradoksalny bastion egoistycznego komunitaryzmu. Elektrownia ludzkich potrzeb stadnych, która konsekwentnie balansuje na granicy wybuchowej katastrofy.
Bookstagram unifikuje podmioty tylko po to, by je za chwilę efektownie zatomizować. Równocześnie tworzy wirtualne stowarzyszenia poczucia gustu i smaku oraz alienuje poszczególnych członków szeregiem negatywnych postulatów. Bookstagramowa społeczność wysyła soczyście sprzeczne sygnały. Ten osobliwy online’owy byt teoretycznie umożliwia konstruktywną wymianę myśli, lecz w praktyce pozwala jedynie na antykonwersacyjne echolalia recenzji aprobujących oraz ogłuszającą ciszę pozycji dyplomatycznie przemilczanych. Dyskurs bookstagramowy jak ognia unika jakiejkolwiek polemiki. Drży w obawie przed wyjściem poza okołoliteracki odpowiednik retoryki thermomiksowej, tzn. poza konserwowanie konsumenckiej (czytelniczej) satysfakcji i palącą, prawie fanatyczną niechęć do podjęcia próby namysłu nad konsumowanym towarem.
Bookstagramerzy wraz ze swoim wiernym komentariatem tworzą społeczność iluzoryczną, gdyż hamującą możliwość kulturowej eksploracji, blokującą szansę na wyjście poza komfortową przewidywalność odpowiednio algorytmizowanych rekomendowanych nisz, podgatunków i estetyk. To społeczność jedynie z nazwy, ponieważ jawi się ona jako pseudokolektywna projekcja indywidualnej potrzeby, potrzeby niepoddanej zbiorowej dekonstrukcji, niepodważonej wspólnym kontrargumentem.
A może jednak od tej?
Bookstagram – jedno z wielu terytoriów podległych obwoźnej maszynie wojennej Wielkiego Kapitału. Obszar skolonizowany wedle podręcznikowo technofeudalistycznych reguł.
Na cyfrowym terenie przeznaczonym do względnie swobodnego użytkowania (w tym wypadku personalizowana strona główna Instagrama) zainstalowano niszczycielskie urządzenie eksploatujące nieodpłatną pracę influencerów oraz ich najbardziej zagorzałych komentujących. Wydawniczy kombajn piarowo-marketingowy maksymalizuje zyski i minimalizuje koszty dzięki sumiennej bookstagramowej robocie.
Nie ma już potrzeby nadwyrężania działu promocji, ponieważ grono zapalonych moli książkowych wylansuje konkretny tytuł z potrzeby serca, zupełnie za darmo. Ryzyko związane z udostępnieniem dzieła niezależnemu krytykowi także zostaje skutecznie zneutralizowane, bo zastępująca ją opinia bookstagramera, niemal z definicji, musi być prawie zawsze co najmniej umiarkowanie pozytywna (niepisana umowa rządząca tym mikroświatem mówi o niepublikowaniu negatywnych opinii lub przynajmniej niehashtagowaniu nazwiska autora książki pod takową).
Pod płaszczykiem romantycznej, absolutnie niekomercyjnej miłości do literatury kryje się więc zupełnie interesowne działanie rynku, żerującego na tym, na czym późny kapitalizm żeruje od zawsze – na esencjonalnie ludzkiej, kompletnie niepragmatycznej, nieracjonalnej pasji.
A gdyby tak…
Bookstagram – okno na świat oddanych wielbicieli literatury. Online’owe terytorium, gdzie schronienia mogą szukać wszyscy ci, którzy kochają książki na zabój i całkowicie bezwarunkowo.
To najbardziej demokratyczna z okołoliterackich agor i miejsce wręcz pulsujące od pielęgnowanej oddolnie kreatywności. Innymi słowy, instagramowa przystań dla wrażliwych na sztukę i estetykę, obraz i słowo romantyków, którzy pragną tylko jednego – by codzienność choć na chwilę stała się odrobinę bardziej magiczna.