Kredki

Ilustracja: studio.kmicic
Ilustracja: studio.kmicic

Może od razu przejdę do rzeczy literackiej: prawo do kreatywności jest podstawowym i niezbywalnym prawem człowieka. Zapewne nie wszyscy tak myślą, poza tym można mieć w domu aktualnie inne sprawy (zlew do przepchania lub rachunek za prąd w białej kopercie właśnie wytwornie przybyły). Wtedy rozważanie kwestii sztuki nie musi zajmować nas w pierwszej kolejności, a i w drugiej często także jest pomijane.

Rozumiem to, a jednocześnie podnoszę tu pewną tłustą skargę na cykl zaniedbań, których sami sobie winni jesteśmy. Indywidualnie oraz jako ludzkość mamy potencjał, który – bywa – marnujemy, bo wydaje nam się, że twórcza radość jako stan przeminęła wraz z dzieciństwem, a organizmy zostawione na pastwę świata toczą już tylko jałową i smutną walkę o przetrwanie. Kto to tak ustalił i kiedy, ja się pytam? No, ja na tym zebraniu, proszę państwa, nie byłam.

Niesłuszny to pogląd, a przekonanie – konieczne do zmiany. Nawet o przetrwaniu może decydować wymyślenie nowej i niespotykanej dotychczas opcji, zastosowania nienotowanego jeszcze w ogólnym obiegu. Ważyć może posiadanie pomysłu: błyszczącego, brokatowego jednorożca przyszytego na plecaku, który odwróci uwagę od szarej ulicy wokół. No, może trochę z gwiezdnym pyłem przesadziłam, ale o tę wielość kolorów będziemy postować teraz w naszym literackim Gdańsku, mieście, które ma w sobie naturalną energię zaczynania, kreowania oraz wesołych, lecz znaczących spotkań; ma dobrych mieszkańców i mieszkanki pełne mocy i sprawczości, co potwierdzone zostało historycznie, a też osadziło się w murach domów, skąd lekką nitką wydostaje się wciąż na zewnątrz i tka, jak babie lato. Tylko chwycić.

Ma również tych, którzy i które opisują to, co widzą – i od dawna dają reszcie rady na utrzymanie wzroku w dobrym stanie.

Jeśli jasno spojrzeć, wszystko jest kreatywne, jednak nasze postrzeganie wymaga pewnego rodzaju przestawienia uwagi oraz treningu. Warto, byśmy wszyscy (oj, dobrze by było) nauczyli się dostrzegać. To poważna sprawa. Przestać chodzić bezmyślnie po ulicach i odpękiwać plan dnia z automatu, a zacząć wreszcie widzieć. Ulżyć sobie w cierpieniu. Przekierować umęczone spojrzenia i wyczerpane ciała na nieskończone zasilanie. Wtedy galerie obrazów pękałyby w szwach, księgarnie zarabiały krocie, na wieczorach autorskich trudno by się znajdowało miejsce do siedzenia. Wszędzie pachniałoby inspiracją, jak teraz kawą. Jak dobrą kawą z dodatkami brokatu i słońca.

Może to mieć cenę bólu i szoku, ale wartość ekstazy i zachwytu; może pokazywać piękno, ale i zupełnie niechciane rejony wydrenowanej psychiki. Odkrywanie bywa nieprzyjemne (jak wtedy, gdy zorientujecie się, co wasz kot zostawił wczoraj pod wycieraczką). Pisarze i pisarki, poeci i poetki, artyści i artystki – już to potrafią (tu do sytuacji z wycieraczką nabieramy dystansu) i wiedzą, jak przeprowadzać przez wody. Dlatego tak cenne jest patrzenie za nimi, ktoś już tę drogę wcześniej przetarł.

Kolejną potrzebą jest odrzucenie oceny jako takiej – wpychanie w kategorie zamyka każdą aktywność twórczą już w zalążku. Czopuje na lata. Jak można kreować w strachu, że to, co urodzimy, nie nadaje się do życia. Zaczopowany człowiek umiera wewnętrznie, kurczy się i gnije. Przypomnijcie sobie ten moment, w którym nauczycielka pierwszy raz powiedziała wam, że nie jesteście dostatecznie dobrzy czy dobre – i wyciągnijcie wnioski. Nauczycielkę, proszę, oszczędźcie, zajmijcie się swoim od tamtego czasu pomieszaniem. Dzielenie efektów aktywności na „dobre” i „złe” przydaje się w przemyśleniach moralnych, ale nie w centrum naszych prywatnych aktów stwarzania. Przydaje się w sztuce z topu, w której znaczenie ma technika, styl, łączenie akapitów, przecinek w odpowiednim miejscu, skrócone, ale celne danie zdanie jako pointa. Warto się tego uczyć – podpatrywać, jak co jest zrobione, czytać. Ale potrzebna jest też sztuka top-less – naga – sztuka sama w sobie (ale nie dla sztuki). Dzika sztuka. Trzeba oswajać arbitrów zewnętrznych i wewnętrznych, pilnować ich, by nie zadawali ran, pielęgnować świadomość, że mamy swoje prawo: sadzenie kwiatów na skwerach też jest twórcze, ustawienie książek na półce nosi znamiona geniuszu, gotowanie posiłku bywa czystą alchemią. Zbieranie liści na pięciominutowy bukiet, rysowanie buzi na brudnych szybach samochodów i wypluwanie nowych słów na nieznane rzeczy – ma sens. To jest ważna i potrzebna wiedza – o tym, że damy radę i wymyślimy, jak to ma być w tym nieznanym świecie zaraz jutro, za pewną chwilę, w codziennym niepokoju i zgrzycie.

Jak do tego dotrzeć?

Czytajcie – to oczywiste i to już mówiłam. Na wyciągnięcie ręki znajduje się w mieście biblioteka z błysków, tu dają sztachetami brylantowymi w głowę na przebudzenie. To rejon ładny i nieładny jednocześnie, pełen zaskoczenia, które wybije was z rutynowych przeglądów auta, badań kontrolnych, schodzonych szlaków. I równolegle zajmijcie się swoim zmęczeniem. Ogromnym, wieloletnim byciem w trwodze, że nie podołacie – nie ma już niczego, co wymaga od was istnienia w tabeli. Można wyjść poza. Można być. Można tworzyć mozaiki, kręgi z kamieni, smugi z przypraw.

Dzieci biorą do rąk kredki. Oglądają je, wąchają chciwie, czasem złamią na pół. Kredka ma zawsze dobry zapach. Najlepsze są pastele olejne, z kleistą konsystencją, przywierającą po chwili użytkowania do palców. Dają ślad i świadectwo, wnikają w skórę, brudzą bezlitośnie wszystkich po równo. Mają setki kolorów, jaskrawych i wyraźnych. Żadna barwa w pastelach olejnych nie jest błaha, choć nazwa sugeruje co innego. Takie mylenie tropu. Dzieci mażą po kartkach na stole, ale i po ciałach. Wysmarowują sobie błękitem twarze, kreślą koła po policzkach i zielone trasy w dłoni. Dziewczynki i chłopcy, zanurzone i zatopieni w żywicach tworzenia, żyją tak bardzo w chwili rysunku, że są dowodem na istnienie – czego? Nie potrafię powiedzieć. Intensywnego chyba Życia, które zakreśla znaki, na czym chce i w jaki sposób chce, niekodyfikowana czysta substancja, z której wszyscy możemy brać i cieszyć się nią, jakby to było nowe i jakby nikt nigdy wcześniej nie nazwał tego…

Kreatywnością.

Barbara Piórkowska

Barbara Piórkowska

Pisarka, poetka. Autorka powieści Szklanka na pająki (2010/2018), prozy Utkanki (2014), powieści Kraboszki (2020), czterech tomów poetyckich, w tym ostatniego pt. Syberia (2016), współtwórczyni spektakli poetyckich i teatralnych. Trenerka warsztatów twórczego pisania. Od kilku lat prowadzi spacery zielarsko- i roślinno-literackie oraz z twórczym pisaniem. Obecnie redaguje powieść Gaja i pisze zielony przewodnik literacki po Gdańsku. Według prozy z jej Kraboszek Teatr Gdynia Główna wraz z Akademią Głosów Tradycji wystawiły sztukę Rodzanice (2022).

udostępnij:
Newsletter