Skaczę na oślep we własne ramiona,
bez najmniejszej przesady, sto metrów
od chmury, uparcie, pobudzony
zimnem – staję się pogodą.
Ktoś pędzi polem, wiatr wydobywa
żółć słomy i siana z wałów.
Idę sam, złość zasłania mi oczy.
Toruje drogę krokom.
Skaczę na oślep we własne ramiona,
bez najmniejszej przesady, sto metrów
od chmury, uparcie, pobudzony
zimnem – staję się pogodą.
Ktoś pędzi polem, wiatr wydobywa
żółć słomy i siana z wałów.
Idę sam, złość zasłania mi oczy.
Toruje drogę krokom.