Sztuka nie daje mi dystansu. Daje mi formę

Małgorzata Oleszkiewicz
Małgorzata Oleszkiewicz

„Obraz nie musi się kończyć na płótnie. Może stać się fragmentem większej narracji, punktem wyjścia do tekstu, publikacji, ruchu czy kolejnej przestrzeni” – tak o swoim autorskim artbooku Nie było mnie tam. Obrazy i słowa (2026) mówi Małgorzata Oleszkiewicz. Z gdańską artystką wizualną, architektką wnętrz i scenografką rozmawiamy o dostrzeganiu nowego potencjału we własnej twórczości, doświadczaniu miejskiej przestrzeni i momencie, w którym tekst przestaje być jedynie opisem obrazu.

Maja Sitkiewicz: Nie było mnie tam. Obrazy i słowa to książka, w której malarstwo spotyka się z krótkimi tekstami i poezją. Od czego zaczęła się ta publikacja – od obrazów, słów czy może właśnie od potrzeby stworzenia książki?

Małgorzata Oleszkiewicz: Myślę, że przede wszystkim od potrzeby połączenia rzeczy, które od dawna funkcjonowały w mojej twórczości obok siebie: obrazu, słowa, emocji i pewnego rodzaju narracji. W którymś momencie doszłam do wniosku, że obrazy to za mało. I że same teksty też nie wystarczają.

Z pewnością nie zaczęłam od założenia: „Teraz zrobię książkę”. Raczej od ponownego przyjrzenia się własnym obrazom, a mówiąc ściśle: ich kadrom. Moje ostatnie cykle są dość precyzyjne, przemyślane kompozycyjnie i sytuacyjnie, ale kiedy patrzyłam na ich fragmenty, dostrzegałam w nich nowy potencjał. Te kadry potrafiły zaskoczyć nawet mnie samą.

Książka stała się przestrzenią, w której mogłam świadomie budować relacje pomiędzy obrazem a tekstem. Tekst mógł coś otworzyć, podkreślić, czasem zakłócić oczywiste odczytanie obrazu, czasem po prostu pozostawić ślad. Nie chciałam stworzyć katalogu swoich prac. Interesowała mnie książka jako osobna całość – mająca własny rytm, napięcia, ciszę i kolejność.

MS: Czy teksty powstawały równolegle z obrazami, czy są późniejszą próbą dopowiedzenia tego, co wydarzyło się w obrazie?

MO: Bardzo trudno mi rozdzielać słowa i obrazy. Nawet jeżeli dla odbiorcy nie funkcjonują one równolegle, nawet jeżeli słowo nie jest widoczne obok obrazu, to w mojej głowie istnieją one jednocześnie. Myślę symultanicznie. Teksty pojawiały się w różnych momentach, czasem w trakcie malowania obrazu, czasem dużo później. Obraz może uruchomić słowo, słowo może uruchomić kolejny obraz. Nie traktuję jednak tekstu jako podpisu ani objaśnienia. Obraz nie potrzebuje instrukcji obsługi. Nie chodziło mi więc o dopowiedzenie tego, czego „nie udało się” powiedzieć obrazem. Tekst może przywołać zupełnie inną sytuację: ściana uzna kogoś za kolor, pokój coś po cichu poprawi, a powietrze zajmie czyjeś miejsce. Wtedy obraz i słowo zaczynają tworzyć dwa równoległe języki. Mogą się wzajemnie poszerzać, podważać, czasem współpracować, a czasem sobie przeszkadzać. Najbardziej interesuje mnie moment, w którym obraz i słowo przestają sobie potakiwać.

MS: Tytuł Nie było mnie tam brzmi jak zdanie wyrwane z opowieści. Skąd się wziął i jaką historię ze sobą niesie?

MO: W pewnym sensie każdy mój obraz mógłby nosić tytuł Nie było mnie tam. Są to często obrazy architektoniczne, sytuacyjne, z warstwą emocji, jakimś tarciem. Być może rzeczywiście nie było mnie w tym miejscu, w tej sytuacji i w tym czasie. A może byłam… tylko sama sobie zaprzeczam pewnym doświadczeniom. Lubię też przewrotność tego zdania. „Nie było mnie tam” neguje obecność, ale jednocześnie natychmiast ustanawia jakieś „tam” – miejsce, sytuację, przestrzeń, które mogły istnieć naprawdę, ale równie dobrze tylko w pamięci, wyobraźni czy emocjach. Ta niepewność bardzo mi odpowiada. Czy tytuł jest wyrwany z opowieści? Na pewno. Zresztą większość słów w książce jest jakby wyrwana albo wręcz urwana. Zawsze fascynował mnie surrealistyczny automatyzm – ten swobodny przepływ skojarzeń, zanim rozsądek zdąży wszystko uporządkować. Jest mi to bliskie, bo sama cały czas przemieszczam się pomiędzy obrazami, słowami, dźwiękami i przestrzeniami. Już w dzieciństwie słyszałam: „Oleszkiewicz, zejdź na ziemię”. Wybaczcie, moi nauczyciele, rodzino i znajomi – chyba nadal nie potrafię. (śmiech)

MS: W książce dużo miejsca zajmują wątki pamięci, obecności i nieobecności. Co może powiedzieć obraz, czego nie można powiedzieć tekstem – i odwrotnie?

MO: Interesuje mnie zestawienie słowa i obrazu oraz możliwość zbudowania dzięki temu silniejszego albo po prostu innego napięcia – znaczeniowego, kompozycyjnego, emocjonalnego. Słowo może, o czym już wspominałam, coś w obrazie podkreślić, wyolbrzymić, dopowiedzieć, ale może mu również zaprzeczyć. Może stworzyć dodatkowy konflikt, który odbiorca niekoniecznie od razu nazwie, ale podskórnie go wyczuje.

W jednej z sekwencji pojawia się postać, później ślad czyjejś obecności, wreszcie zaprzeczenie tego, co odbiorca zdążył już sobie dopowiedzieć. Zaczynamy budować historię: ktoś był, ktoś został, po kimś coś pozostało. Chwilę później ta pewność znika. Właśnie takie przesunięcie między tym, co widzimy, a tym, co czytamy, bardzo mnie interesuje.

Pamięć działa podobnie. Nie jest linearnym ani pewnym zapisem. Zostają obrazy, fragmenty zdań, ślady, atmosfera, czasem coś, czego nie potrafimy już jednoznacznie przypisać do konkretnego miejsca czy zdarzenia. Słowo ma również własną warstwę zmysłową – dźwięk, kolor, materiał.

A co może powiedzieć obraz, czego nie można powiedzieć tekstem? Nie jestem przekonana, że istnieje taki podział. O wszystkim można próbować opowiedzieć zarówno obrazem, jak i słowem. Nie uważam, żeby pewne tematy były przypisane wyłącznie jednemu tworzywu.

MS: W pani książce pojawia się również poezja wizualna, czyli teksty, w których znaczenie tworzą nie tylko słowa, ale też ich układ i powstający w ten sposób obraz. Jak wyglądało poszukiwanie tej formy? Czy tekst był dla pani również swoistym materiałem graficznym?

MO: Tak, zdecydowanie. Przez większość życia zawodowego pracuję z obrazem, grafiką, przestrzenią i kompozycją. Nie potrafię patrzeć na tekst wyłącznie jak na ciąg słów i liter. Tekst jest dla mnie nie tylko nośnikiem znaczenia, ale również materiałem wizualnym, projektowym, przestrzennym. Widzę jego długość, ciężar, rytm, krój, kolor i miejsce na stronie. Słowo też jest znakiem. Może zmieniać skalę, położenie. Może zostać rozbite na kilka części albo niemal zniknąć w pustej przestrzeni. I za każdym razem zaczyna komunikować coś innego, budować inną dramaturgię. W książce pojawiają się na przykład trzy słowa rozdzielone i ułożone pionowo: „ale / nie / ja”. Gdyby zapisać je w jednym wersie, znaczyłyby właściwie to samo, działałyby jednak zupełnie inaczej. Podobnie pojedyncze „ktoś” czy „został”, otoczone dużą pustą przestrzenią. Znaczenie buduje nie tylko samo słowo, ale również otaczająca je przestrzeń. Interesuje mnie więc to, co słowo mówi, ale również to, jak wygląda, gdzie się znajduje i ile przestrzeni dostaje. Pusta przestrzeń jest elementem kompozycji. Tak jak cisza w muzyce, która nie jest brakiem, lecz częścią struktury.

MS: Zdecydowała się pani na cyfrową formę artbooka, co jest dość nietypowe. Myślała pani o tym, jak czytelnik będzie odbierał kolejne obrazy i teksty oraz jak będą one ze sobą współgrać w tego typu publikacji?

MO: Kolejność była dla mnie jednym z ważniejszych elementów projektu. Świadomie zaproponowałam następstwo scen, rodzaj podróży przez kolejne światy przedstawione. Nie chciałam prostego rytmu: obraz, tekst, obraz, tekst. Bardziej interesowało mnie budowanie napięcia, zatrzymań, miejsc gęstszych i spokojniejszych. Myślę przestrzennie, dlatego poszczególne odsłony książki traktowałam jak przechodzenie przez kolejne pomieszczenia. Nie każde musi działać z taką samą intensywnością. Jednocześnie zależało mi na tym, żeby forma cyfrowa nie odebrała obrazom ich plastyczności. Odbiorca oczywiście sam decyduje, jak długo zatrzyma się na konkretnej stronie, ale ja mogę zaproponować mu rytm i atmosferę tej podróży.

MS: Ma pani doświadczenie w projektowaniu, grafice, scenografii i architekturze wnętrz. Czy to wpłynęło na sposób, w jaki zaprojektowała pani własną książkę?

MO: Bardzo mocno. Właściwie trudno byłoby mi te doświadczenia od siebie oddzielić. Jako projektantka od lat pracuję nie tylko z obrazem, ale również ze słowem. W architekturze wnętrz bardzo często punktem wyjścia jest dla mnie esej projektowy – opis przestrzeni, tego, co ma się w niej wydarzać, jak ma działać, jaki ma mieć nastrój, światło, rytm. Pisanie pomaga mi usidlić myśli, zanim zaczną przybierać konkretną formę.

Podobnie pracowałam nad książką. Rozkładówkę traktowałam jak przestrzeń. Ważne były proporcje, hierarchia, kierunek patrzenia, rytm, napięcie między elementami, ale również pustka i to, czego na stronie nie ma.

Dużo do tej pracy wniosło także doświadczenie scenograficzne. W wypadku scenografii przestrzeń nigdy nie jest tylko układem przedmiotów. Tworzą ją również człowiek, ruch, światło, dźwięk, atmosfera i następstwo zdarzeń. W książce myślałam podobnie – kolejne strony traktowałam jak sekwencję, przez którą przechodzi odbiorca. Ponieważ byłam autorką obrazów, tekstów i projektu graficznego, mogłam prowadzić całość od początku do końca – od selekcji materiału i struktury narracyjnej po typografię, kolor, kompozycję, rozkładówki i okładkę.

MS: Co było najtrudniejsze w przełożeniu malarstwa na formę publikacji? Czy praca nad artbookiem wpłynęła na sposób, w jaki patrzy pani dziś na swoje obrazy?

MO: Nie odczuwałam tej pracy jako szczególnie trudnej. Przeciwnie, byłam projektem zafascynowana i podekscytowana. Oczywiście przełożenie obrazu – jego skali, faktury, śladu ręki – na ekran zawsze oznacza zmianę, ale nie postrzegałam tego jako problemu, tylko jako szansę na nowe doświadczenie.

Artbook zdecydowanie zmienił natomiast sposób, w jaki patrzę dziś na swoje obrazy. W każdym zaczęłam dostrzegać nowy potencjał i możliwość dalszego życia. Obraz nie musi się kończyć na płótnie. Może stać się fragmentem większej narracji, punktem wyjścia do tekstu, publikacji, ruchu czy kolejnej przestrzeni. To jest dla mnie niezwykle pozytywne odkrycie. Obecnie znowu jestem w wirze malarskim. Prawdopodobnie przyjdzie kiedyś moment znużenia i wtedy słowo zacznie coraz głośniej pukać do drzwi mojego mieszkania. Kiedyś pisałam głównie do szuflady albo pod pseudonimem. Dzisiaj mam chyba trochę więcej odwagi, żeby pozwolić tym tekstom wybrzmieć.

MS: Czy wybór publikacji elektronicznej był decyzją artystyczną, czy przede wszystkim sposobem na samodzielne wydanie książki?

MO: Jednym i drugim. Z jednej strony zależało mi na samodzielnym wydaniu książki i zachowaniu pełnej kontroli nad jej kształtem. Jestem autorką obrazów i tekstów, ale również całego projektu graficznego, więc możliwość przeprowadzenia tej publikacji od początku do końca była dla mnie ważna. Z drugiej strony była to świadoma decyzja artystyczna i pewien eksperyment. Chciałam sprawdzić, czy w świecie cyfrowym da się zachować coś z materialności malarstwa: chropowatość papieru, nierówność farby, ślad ręki czy grymas kreski. Zależało mi na tym, żeby mimo ekranu książka pozostała maksymalnie plastyczna, można powiedzieć – wirtualnie haptyczna.

Paradoksalnie mam ogromną słabość do książki jako fizycznego obiektu – do papieru, faktury, ciężaru, zapachu i samego aktu przewracania stron. Dlatego nie traktuję wersji cyfrowej jako jedynej możliwej postaci Nie było mnie tam. Tym bardziej że powstała drukowana makieta robocza, a od początku myślę o wydaniu kolekcjonerskim. Forma cyfrowa była pierwszym krokiem, nie punktem docelowym. Chciałabym, żeby ta książka kiedyś naprawdę stała się obiektem.

MS: Jak zatem zmienia się odbiór malarstwa, kiedy oglądamy je na ekranie?

MO: Ekran na pewno staje się dodatkową ramą. A te ramy mogą być różne: ekran telefonu, laptopa, telewizora czy ekran projekcyjny. Każda z nich zmienia relację z obrazem.

Pracuję na dość dużych płótnach, najczęściej co najmniej 75 na 110 centymetrów, więc obraz oglądany na żywo ma swoją skalę, materialność i osobistą energię. Na telefonie traci część tych właściwości, ale jednocześnie zyskuje intymność. Dobrze wiemy, jak bardzo mały ekran potrafi nas pochłonąć.

Realizowałam też projekty, w których moje prace malarskie i graficzne były wyświetlane w ogromnym formacie. To było zupełnie inne doświadczenie, przypominające niemal zatopienie się w obrazie. Skala cyfrowa może więc działać w dwóch skrajnych kierunkach – radykalnie pomniejszyć malarstwo do ekranu telefonu albo powiększyć je do rozmiaru, którego płótno nigdy nie miało. Dlatego nie myślę o ekranie jako o medium gorszym czy lepszym. To po prostu kolejny sposób oglądania obrazu. Zawsze z dużym zaciekawieniem sprawdzam, jak malarstwo czy grafika zachowują się w różnych skalach, formatach i sytuacjach. Fizyczny kontakt z obrazem pozostaje dla mnie niezwykle ważny, ale nie wyklucza fascynacji tym, co dzieje się z nim po przejściu do innego medium.

MS: Samodzielne stworzenie książki daje artyście coś, czego nie dałaby mu wystawa czy prezentowanie pojedynczych obrazów w przestrzeni galerii?

MO: Oprócz tego, że książka pozwala zbudować precyzyjną narrację, to przede wszystkim generuje sytuację niezwykle intymną. W galerii zawsze pojawia się pewna czasowość, są inni odbiorcy, ruch, inne tempo oglądania. Jest mniej poczucia intymności. Dlatego moim największym spełnieniem nie jest wcale obraz wiszący w galerii, ale obraz znajdujący się w czyimś mieszkaniu, obecny w codziennym życiu. Z książką jest podobnie. Zarówno obraz, jak i książka mogą stać się bliskimi towarzyszami.

MS: Pani prace wyrastają z osobistych doświadczeń, snów i emocji. Czy artystyczna forma, którą one przybierają, pozwala pani patrzeć na nie z większym dystansem?

MO: Nie, sztuka nie daje mi dystansu. Intensywność doświadczeń nie zmniejsza się tylko dlatego, że znalazły one swoją formę w obrazie czy w słowie. Twórczość pozwala mi natomiast pracować z danym doświadczeniem – nadać mu formę, strukturę, kolor, przestrzeń, rytm. Coś, co było emocją, wspomnieniem, snem czy trudnym do nazwania odczuciem, może stać się światłem, pustką, relacją postaci, napięciem kompozycyjnym. Mogę je przekształcić, ale nie oddalam się od niego. Myślę, że to ważne rozróżnienie. Forma nie oznacza dla mnie dystansu. Może oznaczać większą świadomość, uporządkowanie albo okazję do spojrzenia na doświadczenie z innej strony, ale emocjonalna intensywność przeżycia nie znika. Być może dlatego moje obrazy nie są próbą zamykania doświadczeń ani zostawiania ich za sobą. One pozwalają im dalej istnieć, tylko w innej postaci. Z czasem obraz oczywiście przestaje należeć wyłącznie do mnie. Wchodzi w niego odbiorca z własną pamięcią i historią. Moje doświadczenie jednak nie staje się przez to mniej intensywne. Sztuka nie daje mi dystansu. Daje mi formę.

MS: Czy podczas pracy nad książką pojawiły się nowe znaczenia albo połączenia między obrazami, których wcześniej pani nie dostrzegała?

MO: Zdecydowanie tak. Pojawiły się nowe połączenia, nowe znaczenia, nowe kadry. To była fascynująca podróż z materiałem własnym, osobistym, który nagle okazał się nie do końca znany. Bardzo dużo zmieniła już sama decyzja o formacie publikacji. Przejście od prostokątnego płótna do kwadratowej strony wymusiło odejście od pierwotnego przedstawienia. Musiałam inaczej kadrować własne obrazy, a przez to zaczęłam dostrzegać w nich relacje, fragmenty i napięcia, których wcześniej nie zauważałam. Kiedy później zestawiłam te kadry ze sobą, zaczęły ujawniać się także powracające motywy: przestrzeń i postać, obecność i nieobecność, bliskość i dystans, puste miejsca. W pewnym momencie miałam wrażenie, że książka zaczyna interpretować moje obrazy również dla mnie. To było ożywcze doświadczenie – odkryć, że własny, dobrze znany materiał może dostać zupełnie nowe życie, tylko dlatego że zmienia się jego kontekst, format i sąsiedztwo.

MS: Jest pani Gdańszczanką – tutaj pani mieszka i tworzy. Czy Gdańsk jest obecny w Nie było mnie tam?

MO: Oczywiście. Może nie jako pocztówkowy Gdańsk czy konkretna ikonografia miasta, ale jako przestrzeń, w której żyję i która od lat mnie kształtuje. Szczególnie bliskim miejscem jest moje małe mieszkanie na Zaroślaku. Zresztą Zaroślak i Biskupia Górka mają dla mnie własną magię. Mieszkam na ósmym piętrze, w dużym prostopadłościanie zawieszonym gdzieś pomiędzy ziemią a niebem. Każde spojrzenie w ramę okna potrafi być jak krok w chmurach. Do tego dochodzi mglista, nadmorska melancholia, światło, powietrze, zmienność pogody, poczucie zawieszenia. To wszystko wpływa na mnie i na mój język wizualny, nawet jeśli nie maluję konkretnej ulicy, kamienicy czy fragmentu miasta. Gdańsk w tej książce to przede wszystkim atmosfera, klimat i mój własny sposób patrzenia na świat.

MS: Czy po wydaniu Nie było mnie tam ma pani poczucie, że książka coś w pani twórczości domknęła, czy może raczej otworzyła nowy kierunek?

MO: Mam poczucie, że pojawił się przede mną nowy świat, któremu teraz z dużą uwagą się przyglądam. Książka uświadomiła mi, że obraz, słowo i przestrzeń nie muszą funkcjonować osobno i że publikacja może być czymś więcej niż dokumentacją twórczości. To nie jest więc dla mnie zamknięcie pewnego etapu, ale raczej początek kolejnego.

Maja Sitkiewicz

Maja Sitkiewicz

Dziennikarka i redaktorka. Fanka polskiej ilustracji i książek dla dzieci. Zawodowo związana z portalem Ładne Bebe i wydawnictwem Bernardinum. Mieszka w Gdańsku. @instagram

udostępnij:

Przeczytaj także:

Ofelia Ofelia Ofelia
Marianna Serocka

Ofelia

O projektowaniu książek O projektowaniu książek O projektowaniu książek
Patrycja Żyżniewska

O projektowaniu książek

Kryształowy kielich i gdański księgozbiór Kryształowy kielich i gdański księgozbiór Kryształowy kielich i gdański księgozbiór
Marta Kołacz

Kryształowy kielich i gdański księgozbiór

Książki <i>best of the best</i> Książki <i>best of the best</i> Książki <i>best of the best</i>
Maja Sitkiewicz

Książki best of the best