Pakuję walizkę
na wypadek wojny.
Niedużą, poręczną,
by móc sprawnie uciekać
przed najeźdźcą.
Wkładam do niej
paszport i trochę gotówki.
Ktoś mówił – weź
latarkę,
baterii nie zapomnij.
Kurtkę ciepłą na grzbiet
weź…
Choćby było lato.
Kto wie,
gdzie będziesz zimować.
Tabletki do uzdatniania wody
wpycham między
konserwy.
Patrzę w puste przestrzenie.
Tak mało miejsca,
by zmieścić całe życie.
Co mi się przyda
w drodze?
u celu?
Nie wiem.
Pierwszy raz uciekam.
Akt własności mieszkania
starannie składam.
Po co to bierzesz?
A wezmę, może wrócimy…
Gazy i plastry, inne opatrunki
i białą flagę.
Nie.
Polską zostaw.
Czekaj, przecież byśmy zapomnieli –
zdjęcie twojej mamy
i to rodzinne,
żeby wszyscy byli.
Kto wie, kogo nam przyjdzie
szukać (po tym wszystkim).
Spójrz, tu masz nieco miejsca.
Weź, spakuj nam poczucie bezpieczeństwa.
…
Nie, nie aż tyle,
za dużo napchałaś,
torby nie domkniemy.
Zabiorę jeszcze garść dobrych wspomnień.
Pozwijam je w kulki
i upcham w skarpetach.
Wszystkie te noce, gdy mnie tuliłeś,
pewność stwierdzenia: wracam do domu.
Długie spacery z psem nad polskim morzem.
I słowa: wolność, ojczyzna, rodzina.