Lęki inspirowane politycznie

Nagłówek artykułu z „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” (nr 343) z 11 grudnia 1934 (źródło: Biblioteka Cyfrowa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Lublinie)
Nagłówek artykułu z „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” (nr 343) z 11 grudnia 1934 (źródło: Biblioteka Cyfrowa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Lublinie)

Rozmowa z Maciejem Falkowskim, autorem reportażu Nasi Niemcy (Czarne, Wołowiec 2026), publikowana w ramach cyklu „Lęk przed Niemcem”, który jest próbą zrozumienia, z czego wynika polski brak akceptacji niemieckiej historii dzisiejszych polskich ziem. Jest też próbą zmierzenia się z niemieckim dziedzictwem kulturowym i próbą wpisania go w naszą teraźniejszość. Próbą jego akceptacji.

Stasia Budzisz: Nasi Niemcy to reportaż o polskich Niemcach, których ślady postanowiłeś wyszukać w bardzo nieoczywistych miejscach. Z Niemcami w Polsce kojarzą się Warmia i Mazury, Pomorze, Śląsk czy Wielkopolska, ale przedstawiasz nam dowody na to, że ograniczając świadomość ich obecności do tych terenów, jesteśmy w głębokim błędzie. Niemcy mieszkali też w Małopolsce, na Mazowszu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie czy Podlasiu. Skąd się tam wzięli?

Maciej Falkowski: Z Niemiec oczywiście. Za sprawą wielowiekowej niemieckiej migracji do Polski. Na samym początku musimy jednak zaznaczyć ważną rzecz: w tym kontekście nie możemy myśleć o Niemczech w ich dzisiejszym kształcie czy bycie politycznym. Takie Niemcy pojawiły się w końcu XIX wieku, wcześniej ich nie było. Do 1806 roku była Rzesza – Święte Cesarstwo Rzymskie – składająca się z mnóstwa państw, państewek, księstw, królestw, uznających zwierzchnictwo cesarza. Spośród nich istotną rolę zawsze odgrywały Prusy i to im – po wojnach napoleońskich, kongresie wiedeńskim, okresie rywalizacji z Austrią i wojnie z Francją w latach 1870–1871 – udało się zjednoczyć Niemcy, tworząc Cesarstwo Niemieckie. Niemniej migranci z tego kręgu kulturowego i językowego do nas napływali. Tak naprawdę sam się tego dowiadywałem w procesie powstawania książki. Początkowo chciałem pisać o Olędrach, bo to oni fascynowali mnie najbardziej, no i prawdopodobnie każdy w Polsce coś o nich słyszał.

SB: To w jaki sposób trafiałeś na niemieckie ślady na Lubelszczyźnie czy Mazowszu? Jechałeś przez region, przypadkiem dostrzegałeś jakiś zniszczony cmentarz i myślałeś, że to może być poniemieckie, zaczynałeś grzebać i okazywało się, że nieoczekiwanie masz rację?

MF: W pewnym sensie tak było. W okolicach Łodzi, na Mazowszu czy w Wielkopolsce, jak się dobrze rozejrzeć, to niemal w każdym powiecie można znaleźć stare, zarośnięte cmentarze, które bardzo często są ewangelickie. I to jest materialne świadectwo tego, że byli tu niemieccy osadnicy. Rzeczywiście, moja praca polegała na szukaniu, na docieraniu po nitce do kłębka. Wiele się podczas niej nauczyłem.

SB: Zastanawiam się nad powszechnie znanymi tekstami naszej kultury, na przykład szkolnymi lekturami, i szukam w nich obecności Niemców. Pierwsza przychodzi mi do głowy Ziemia obiecana Reymonta, w której rzeczywiście są i stanowią ważny element łódzkiej tkanki. To powinno dać nam wszystkim do myślenia, ale zazwyczaj tego wątku nawet nie zauważamy. Nie zadajemy sobie pytania, skąd Niemiec, a przecież jest jednym z głównych bohaterów, się tam wziął. Nie chodzi o to, że ktoś to przed nami ukrywa, ale o to, że sami nie potrafimy łączyć kropek, które wydają się oczywiste.

MF: W filmach, zwłaszcza tych z okresu PRL-u, też wątków niemieckich nie eksponowano, bo to nie było nikomu potrzebne. Jesteśmy tak skonstruowani, że zwracamy uwagę na elementy, które ktoś nam pokazuje, i sami wcale nie staramy się wnikać głębiej. Podobnie bywa z nauką historii w polskiej szkole. Rolą podręczników do tego przedmiotu jest utrwalenie pewnego spójnego obrazu, który ma być jasny i nie mącić ludziom w głowach. Poza tym nie da się opowiedzieć wszystkiego, zatem trzeba dokonać wyboru. Niemców raczej się ruguje z tej wiedzy, co można tłumaczyć traumą drugiej wojny światowej. Zresztą nie jesteśmy w tym rugowaniu odosobnieni. Podobnie robi się w Rumunii, Czechach, Ukrainie, Słowacji, krajach bałtyckich czy w Rosji – wszędzie tam też mieszkali Niemcy, a dziś większość ludzi nie ma o tym pojęcia. Minęło jednak już wiele lat i może czas, by móc się historii przyjrzeć z dystansem. Niemcy przez wieki mieszkali razem z nami, byli częścią naszego społeczeństwa, coś tu po sobie zostawili. Czas się temu przyjrzeć bliżej.

SB: Dlaczego Niemcy wybierali Polskę na emigrację?

MF: Sprawa jest dość prosta, bo większość tych decyzji miała podłoże ekonomiczne. Na przestrzeni wieków decydowały o tym w zasadzie dwie rzeczy: podaż i popyt. Ze strony polskiej – władzy, właścicieli ziemskich, Kościoła – był popyt na ludzi, którzy na przykład znali się na rzemiośle albo mogliby pracować na roli i potrafili gospodarować. U nas ludzi było za mało, brakowało im też niektórych umiejętności, choćby uprawiania ziemi w dolinach rzek, a Niemcy mieli know-how w tym zakresie. Z kolei w Niemczech ze względu na przeludnienie, niedobór gruntów i trudną sytuację ekonomiczną była podaż pracowników. Ludzie jechali więc za chlebem i w poszukiwaniu lepszego losu.

SB: Dziś może się to wydawać dziwne, bo teraz za lepszym losem jedzie się raczej na zachód, nie na wschód. Niemniej na przestrzeni wieków, a na pewno od średniowiecza, kiedy zaczęły się niemieckie migracje, do XIX wieku, kiedy powstała idea narodów, to, czy przyjezdny jest Niemcem, Polakiem czy Holendrem, nie miało większego znaczenia.

MF: Albo miało mniejsze, bo nikt za bardzo tego w ten sposób nie czytał. Poza tym oni też nie jechali do Polski w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Jechali na wschód. Takie kraje jak Hiszpania nadmiar ludzi kierowały do kolonii. Niemcy były ściśnięte w środku Europy i też musiały jakoś sobie radzić. Kiedy popatrzymy na etniczną mapę Europy Wschodniej przed 1945 rokiem, to Niemców znajdziemy wszędzie. I w krajach bałtyckich, i w Rumunii, i w Rosji, i Ukrainie.

SB: Cytujesz w książce profesora Andrzeja Romanowskiego: „przeszłość polską trzeba otworzyć kluczem niemieckim”. Jak to rozumiesz?

MF: Kiedy myślimy o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to myślimy o Polakach, Litwinach, Rusinach, czasem też o Żydach, Ormianach czy Tatarach, ale nie o Niemcach. A również oni byli ważną grupą etniczną, która tworzyła I Rzeczpospolitą. Przyjeżdżali na jej teren jeszcze przed czasami Kazimierza Wielkiego i rozwijali ten kraj. Duża część się polonizowała, inni pozostawali przy swojej kulturze i języku. Oba rodzaje współistnienia odbiły się między innymi w polszczyźnie, która ma w sobie wiele zapożyczeń z niemieckiego. Przywołany cytat rozumiem przez kontekst tych różnorakich zależności: związki z Niemcami, niemieckie wpływy i wątki miały tak duże oddziaływanie na naszą historię, że nie można jej zrozumieć bez uwzględnienia tego elementu.

SB: Myślę, że warto podać statystyki, którymi dzielisz się w książce. Do wybuchu drugiej wojny światowej na terenie ówczesnej Polski było około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej, z czego pół miliona mieszkało w Kongresówce.

MF: To liczba ze spisu powszechnego z 1921 roku, w którym język niemiecki jako ojczysty zadeklarowało trochę ponad milion osób zamieszkałych w granicach ówczesnej Polski. Potem ta liczba się zmniejszała, bo część z nich wyjechała do Niemiec. W 1939 roku było ponad 700 tysięcy polskich obywateli deklarujących się jako Niemcy. Najwięcej mieszkało na Pomorzu, Śląsku, w Wielkopolsce, ale bardzo wielu też w innych regionach: pod Łodzią, na Mazowszu, na Wołyniu, Lubelszczyźnie. Takich społeczności, które miały niemieckie korzenie, ale czuły się Polakami, było jeszcze więcej. Można tu wymienić choćby Bambrów z Poznania czy Głuchoniemców z Podkarpacia. Oni byli zdeklarowanymi Polakami, chociaż z niemieckimi korzeniami. Spolonizowali się jakoś między XVIII a XIX wiekiem.

SB: Ważniejsza w kontekście podziałów wydawała się konfesja, dopiero za nią szła narodowość. Polak katolik, Niemiec ewangelik – tak było najprościej, choć nie do końca zgodnie z rzeczywistością. Proces polonizacji, który zachodził głównie w XIX wieku, nazywasz „polskim Kulturkampfem”. Czy to do dziś znajduje swoje echa?

MF: Myślę, że tak, jak najbardziej. Zacznę od tego, że religia w istocie odgrywała ogromną rolę, jeśli chodzi o tożsamość i identyfikację. Ci migranci, którzy byli katolikami, z reguły bardzo szybko się polonizowali. Ale nie jest do końca prawdą, że działo się to pod przymusem. Powiedziałbym nawet, że w niektórych sytuacjach było odwrotnie. I tu dobrym przykładem są poznańscy Bambrzy. Spolonizowali się wbrew niemieckim władzom, które prześladowały Kościół katolicki w okresie Kulturkampfu. Bismarck widział w Kościele katolickim zagrożenie dla niemieckiej władzy i dla Cesarstwa w ogóle, więc zaczął Kościół przyciskać. Bambrzy byli gorliwymi katolikami, zatem automatycznie stanęli po stronie Kościoła, a nie władz pruskich. A że w XIX wieku Kościół w Wielkopolsce był polski, działali tam polscy biskupi i polskie duchowieństwo, to Bambrzy siłą rzeczy zaczęli być bliżej polskości. I mimo późniejszych wysiłków, nawet w czasie drugiej wojny światowej, nie udało się ich zregermanizować. Jak się popatrzy na potomków kolonistów czy osadników, to rzeczywiście: katolicy szybko stawali się Polakami, a ewangelicy dłużej trwali przy niemieckości. Kościół ewangelicki prowadził swoją politykę, podobnie jak katolicki. Z Niemiec przyjeżdżali pastorzy, językiem liturgii był niemiecki, przy kościołach istniały małe niemieckie szkoły. Warto zaznaczyć, że na przykład w Królestwie Polskim bardzo sprzyjały temu władze rosyjskie. Zależało im na tym, by niemieccy osadnicy się nie polonizowali i tym samym stanowili dla Polaków przeciwwagę. W okresie dwudziestolecia międzywojennego w Kościele ewangelicko-augsburskim istniał bardzo silny konflikt o to, co wybieramy – polskość czy niemieckość. Znikł po drugiej wojnie światowej, bo dla niemieckości w tym kościele nie było już miejsca.

SB: Masz z Bambrami ciekawą historię, która pokazuje, że tematy tożsamościowe to sprawa bardzo delikatna. Kiedy pierwszy raz się do nich wybierałeś, zakomunikowałeś przez telefon, że szukasz u nich śladów niemieckości. To faux pas niemal pozbawiło cię możliwości zebrania tej części materiału do książki. Wiele razy zdarzyło ci się popełnić podobne gafy?

MF: Jak się jest z zewnątrz, to można nie wyczuwać pewnych kontekstów. Nie znam dobrze Wielkopolski, nie jestem stamtąd i te słowa rzeczywiście wywołały wśród działaczy bamberskich oburzenie. Później zrozumiałem, że mają rację, bo przecież w czasie niemieckiej okupacji cierpieli za swoje trwanie przy polskości. Wielu z nich nie chciało podpisywać folkslisty, więc trafiali do obozów albo byli wysiedlani z Kraju Warty jako Polacy. Na ich miejsce po 1939 roku ściągano Niemców z Besarabii czy państw bałtyckich; oni często w ogóle nie mówili po niemiecku, ale byli przez III Rzeszę traktowani jak prawdziwi Niemcy. Wszędzie tam, gdzie sięgała niemiecka okupacja, szukano niemieckich społeczności, które pakowano do pociągów i wysyłano na tereny wcielone. To też rodziło konflikty, bo dla Niemców nie byli Niemcami, ale jakimiś dziwnymi przybyszami ze wschodu. Ci ludzie nie mieli żadnego wyboru, musieli się przenieść, a potem podpisać folkslistę i iść w kamasze.

SB: Dochodzimy więc do tematu, który nadal bardzo mocno triggeruje polskie społeczeństwo – wpis na folkslistę. Tytuł twojego reportażu jednoznacznie kojarzy się z gdańską wystawą Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy, która latem 2025 roku rozgrzała internety. Podajesz, że w samym Poznaniu Niemcy odrzucili 50 tysięcy wniosków o dobrowolne wpisanie na Niemiecką Listę Narodowościową. Czy to znaczy, że w Wielkopolsce był tak wielki popyt na bycie Niemcem ze strony polskich obywateli?

MF: Patrzymy dziś na nazistowską politykę czasu drugiej wojny światowej jak na monolit. Wydaje nam się, że wszystko wszędzie przebiegało tak samo. Było dokładnie zaplanowane, a potem realizowane krok po kroku. A to przecież nieprawda, bo wiele zależało od regionu i ludzi, którzy nim zarządzali. Wielkopolskę chciano jak najszybciej germanizować, więc bardzo dokładnie sprawdzano pochodzenie. Chciano mieć pod sobą ludzi rzeczywiście związanych z niemiecką kulturą. Inaczej odbywało się to na Śląsku czy Pomorzu, a jeszcze inaczej w Generalnym Gubernatorstwie. A polityka władz III Rzeszy wobec Niemców z pochodzenia w ogóle była inna niż wobec Ślązaków czy Kaszubów. Co ciekawe, granicę stanowiła Wisła – do jej linii władze nie wysiedlały Niemców na zachód; zostawiały ich, bo liczyły na to, że teren szybko stanie się niemiecki. Na wschód od Wisły postępowały odwrotnie – Niemcy z krajów bałtyckich czy Wołynia najpierw zostali przesiedleni ze swoich domów, często właśnie za linię Wisły, a potem w 1945 roku wypędzeni do Niemiec przez Polaków.

SB: Nie lubi się tego u nas wspominać, ale fakt pozostaje faktem. Inna sprawa: w ostatnich latach w niektórych miejscach możemy zauważyć, że na niemieckim dziedzictwie zaczynamy zarabiać. Co prawda rzadko się mówi, że to niemieckie, podkreśla się raczej, że menonickie czy olęderskie. W twojej książce jest znamienne zdanie: „Byli Niemcy, nie ma Niemców. A Olędrzy znów są”. Olędrzy nie kojarzą nam się z Niemcami, choć przecież ci z Żuław byli gorliwymi wyznawcami Hitlera. Ale jakoś tak lżej, jak tę wiedzę schowamy i nie nazwiemy ich Niemcami, lecz Olędrami właśnie.

MF: Na początku XVI wieku, czyli na początku osadnictwa, w Delcie Wisły na Żuławach rzeczywiście mieliśmy do czynienia z Holendrami. Dopiero później osadnictwo się rozszerzyło i straciło etniczny wyznacznik. Sam termin Olęder przestał oznaczać Holendra, a zaczął po prostu osadnika, z którym właściciel gruntu podpisywał kontrakt na zasadach określonych w prawie olęderskim. Takie osady powstawały w zasadzie w całej Polsce do XVIII wieku, a wśród pierwotnych osadników Holendrów w pewnym momencie zaczęli dominować etniczni Niemcy. Kiedy w XIX wieku pojawiła się idea narodowa, a prawo olęderskie regulujące stosunki między właścicielem ziemskim a osadnikami, którzy otrzymywali grunty w dzierżawę, wolność osobistą i samorząd, przestało – podobnie jak pańszczyzna – istnieć, nikt pod względem prawnym nie odróżniał już osadników od chłopów.

SB: Skończyły się stany, zaczął się czas narodów.

MF: Tak. Olędrzy stali się więc takimi samymi obywatelami jak chłopi, a każdy z nich musiał określić swoją narodowość. Ponieważ Olędrzy z reguły mówili po niemiecku albo plattdeutschem, byli ewangelikami albo menonitami, to w naturalny sposób czuli się Niemcami. W 1945 roku, kiedy ich wypędzano, nie miało żadnego znaczenia, że są potomkami Olędrów. W sensie etnicznym byli po prostu Niemcami. Dziś jednak olęderskość odkrywa się na nowo, ale nie mówi się w tym kontekście o Niemcach. Używa się terminu poolęderskie, ale nie poniemieckie.

SB: Mamy więc menonickie albo olęderskie skanseny, szlaki, wioski, cmentarze, domy podcieniowe itd. Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko jest poniemieckie.

MF: To, jak się określa owo dziedzictwo, zależy chyba od społeczności. Gdzieś między Płockiem a Warszawą mówi się o Olędrach, ale jak się pojedzie bardziej na północ, na drugą stronę Wisły, w okolice Lipna, to nikt o Olędrach nie wspomina. Ludzie mówią o Niemcach.

SB: Rozmawiam w tym cyklu o polskiej antyniemieckiej histerii i jakimś podskórnym lęku przed Niemcem. Z czego, twoim zdaniem, wynika w Polsce brak akceptacji faktu, że jedna trzecia naszych dzisiejszych ziem ma niemieckie dziedzictwo?

MF: Jedno to polityka, a drugie to pamięć o wojnie, trauma po niej. To dwie rzeczy, które tu współgrają. Wydaje mi się, że w Polsce istnieje świadomość, że tak duża część naszego terytorium jest poniemiecka, ale musimy zachować pewien umiar. Gdybyśmy odłączyli internet i nie brali udziału w toczonych tam dyskusjach czy rozdmuchiwanych nagonkach, to okazałoby się, że tego lęku wcale nie ma. W czasie PRL-u rzeczywiście był szał odniemczania, a jednak ludzie korzystali z nadarzających się okazji i jeździli na saksy. Chcieli się od Niemców czegoś nauczyć, coś podpatrzeć, przywieźć, zacząć żyć jak oni. Nie wydaje mi się, żeby w realnym świecie było wśród ludzi tak złe nastawienie do Niemców. Kiedy jeździłem po Polsce i zbierałem materiał do książki, to trafiałem do miejsc, w których zaczyna się dbać o stare poniemieckie cmentarze – sprząta się je, kosi trawę, wycina krzaki. Część ludzi zaczęła też otwarcie mówić o tych, którzy byli tu przed nimi. Pamiętają ich nazwiska, opowiadają ich historie. Część nawet utrzymywała kontakt z poprzednimi właścicielami. Moim zdaniem to daje nadzieję. Uważam, że ludzie zawsze są w stanie znaleźć wspólny język. Kłopotem jest polityka albo ideologia. Kiedy pojawiają się na scenie, zaczynają się problemy. Tak też było z naszymi Niemcami. Żyli sobie spokojnie, jakoś z miejscowymi Polakami współistnieli aż do pierwszej wojny światowej, kiedy w Kongresówce władze rosyjskie zaczęły traktować ich jak potencjalną piątą kolumnę. Wywieźli ich więc w głąb Rosji, a kiedy ci po latach wrócili, mieli kłopot, żeby odzyskać swoją własność. To jasne, że potem stali się łatwym celem dla ideologii nazistowskiej, która korzystała z ich krzywdy. Wkładała im do głowy, że powinni się czuć Niemcami, że III Rzesza ich ochroni. To trafiało szczególnie do młodych ludzi. W czasach kryzysów szuka się prostych odpowiedzi na trudne pytania i nazizm doskonale sobie z tym radził. Lata trzydzieste w II Rzeczypospolitej to też moment przykręcania śruby mniejszościom, chociaż oczywiście to nie dziwne, że Niemców, zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy, traktowano jak potencjalne zagrożenie. A potem przyszła druga wojna światowa i III Rzesza wykorzystała ich do swoich celów. Część z nich zaciągnęła się do armii, inni pracowali w obozach koncentracyjnych, brali udział w prześladowaniach i represjach. Byli też tacy, którzy się na to nie godzili. Ale po 1945 roku to nie miało żadnego znaczenia.

SB: Masz jakąś receptę na inspirowane lęki?

MF: We współczesnym świecie najlepszą na nie receptą, nie tylko zresztą na lęki przed Niemcami, może być wyłączenie telewizora i wylogowanie się z mediów społecznościowych, wykorzystywanych przez polityków różnej maści zawsze w tym samym celu, którym jest utrzymanie lub zdobycie władzy. Zamiast tego lepiej rozejrzeć się wokół siebie, ruszyć w Polskę w poszukiwaniu nieoczywistych miejsc i nieoczywistych historii, od których w naszym pozornie jednolitym kraju aż się roi. Albo… sięgnąć po książkę o naszych Niemcach, która jest efektem właśnie takich wędrówek.

Stasia Budzisz

Stasia Budzisz

Niezależna reporterka. Zajmuje się Kaukazem, Europą Wschodnią i Kaszubami. Pisze dla „OKO.press”, „PostPravdy”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”. W 2019 roku zadebiutowała książką reporterską Pokazucha. Na gruzińskich zasadach (Wydawnictwo Poznańskie). W 2023 roku ukazał się jej drugi reportaż o rodzinnych Kaszubach, Welewetka. Jak znikają Kaszuby (Wydawnictwo Poznańskie).

udostępnij:

Przeczytaj także:

Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on
Stasia Budzisz

Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo
Stasia Budzisz

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo

A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze? A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze? A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze?
Stasia Budzisz

A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze?

Krzyżacy mieszkają na Warmii Krzyżacy mieszkają na Warmii Krzyżacy mieszkają na Warmii
Stasia Budzisz

Krzyżacy mieszkają na Warmii