Krzyżacy mieszkają na Warmii

Rozmowa z Joanną Wilengowską, autorką Króla Warmii i Saturna (Czarne, Wołowiec 2024), laureatką Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii esej (2025). Rozmowę publikujemy w cyklu „Lęk przed Niemcem”, który jest próbą zrozumienia, z czego wynika polski brak akceptacji niemieckiej historii dzisiejszych polskich ziem. Jest też próbą zmierzenia się z niemieckim dziedzictwem kulturowym i próbą wpisania go w naszą teraźniejszość. Próbą jego akceptacji.

Stasia Budzisz: Na ludzi z Warmii i Mazur czasem mówi się w Polsce „Krzyżacy”. Przeszkadza to wam?

Joanna Wilengowska: Mnie nie. Myślę, że na Warmii i na Mazurach za Krzyżaka nikt się nie obrazi. Chyba traktuje się to żartobliwie. Zresztą Krzyżacy to odległa, niemal baśniowa przeszłość. Mamy za to sporo tożsamościowych odcieni. Są tacy – tak jak ja – którzy identyfikują się jako Warmiacy, są Polacy o warmińskich korzeniach, pojawiają się Niemcy o warmińskich korzeniach, są zadeklarowani Mazurzy z rodowodem, są neo-Warmiacy i neo-Mazurzy, są też wreszcie tacy, którzy czują się Wschodnioprusakami, Prusakami.

SB: Ale Krzyżak, a już w ogóle Prusak, to w polskiej recepcji jednak Niemiec. Co się myśli na dzisiejszej Warmii o Niemcach?

JW: Nie jestem pewna, czy to, co powiem, będzie reprezentatywne dla całej Warmii, bo jednak obracam się w bańce, która kultywuje różnorodność etniczną tego regionu. Przyjaźnię się na przykład z ludźmi ze Wspólnoty Kulturowej „Borussia”, która od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zauważała to złożone dziedzictwo i upominała się o nie. Więc my, w bańce, z całą pewnością się Niemca nie boimy. Ja w ogóle musiałabym się bać samej siebie – ze względu na rodzinną historię i splątane korzenie. Wrócę jednak do recepcji Krzyżaków, bo to może coś mówi o recepcji „Niemca”. Na stulecie Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie Jan Klata wyreżyserował sienkiewiczowskich Krzyżaków. W tym spektaklu rycerze zakonni utożsamieni są z Niemcami, pojawiają się wizualizacje z drugiej wojny światowej, jakieś niewybredne dowcipasy z germańskiego akcentu i oczywiście – za Sienkiewiczem – karykaturalnie, komiksowo źli Krzyżacy, będący uosobieniem zawsze złych Niemców. To jest sam w sobie dobry spektakl, świetnie zrobiony i zagrany, zabawny, ale jednak z antyniemieckim wydźwiękiem. Zauważyło to niewielu, między innymi historyk profesor Robert Traba ze wspomnianej już „Borussii”. Reszta przyjęła owacjami na stojąco.

SB: Masz na myśli, że bycie antyniemieckim w Polsce jest czymś naturalnym?

JW: Nawet przezroczystym. Lęk przed Niemcem jest jakby czymś oczywistym, nabytym w procesie oświatowo-wychowawczym. Ten spektakl pokazał mi, że gremialnie nie zauważamy antyniemieckich tonów. One niemal nikogo nie oburzają.

SB: Wspomniałaś wcześniej o Wschodnioprusakach. Mówi się na Warmii, że coś jest pruskie? Używa się takiego przymiotnika w ogóle?

JW: Powszechnie w ogóle się tak nie mówi. Owszem, w bańkach, które zajmują się tematyką dawnych Prus Wschodnich, bywa, że ten przymiotnik jest w użyciu. Niemniej trzeba pamiętać, że może być mylący. „Pruski” może bowiem odwoływać się do plemion pruskich, które nie były germańskie, lecz bałtyckie, jak Litwini czy Łotysze. To oni, dawni Prusowie, byli zasadźcami, czyli lokatorami, wielu warmińskich wsi. Oni mieszkali tu pierwsi, nazywali jeziora, wiele z tych nazw przetrwało do dzisiaj. Po drugie, „pruskie” może odnosić się do Prusaków, czyli przedstawicieli państwa pruskiego. Jeśli więc mówilibyśmy, że coś na Warmii jest pruskie, to nie byłoby do końca jasne, o co nam chodzi. Za to często mówi się „poniemieckie”. Czasem z rodzajem aprobaty, z podziwem dla solidności, dobrego wykonania, rzemiosła budowlanego. A czasem, mam wrażenie, z obrzydzeniem, poczuciem kulturowej inności. Trochę jakbyśmy nie chcieli sięgać w tę stronę historii, bo ona budzi w nas niesmak. Więc lepiej czerwoną cegłę przykryć tynkiem.

SB: A dlaczego, twoim zdaniem, Polacy mają kłopot z zaakceptowaniem tego, że jedna trzecia dzisiejszych polskich ziem, w tym Warmia, ma niemieckie dziedzictwo?

JW: Może dlatego, że to przesunięcie granic na mapie w 1945 roku nie jest dla nas nadal oczywiste? Jakkolwiek na to patrzeć, to ten ruch był i jest nadal zdumiewający. Spore europejskie państwo zostało przeniesione o kilkaset kilometrów na zachód. Z jednej strony ucięto, z drugiej dodano, jakby to był kawałek czystego płótna. Trzeba było niemałych fikołków ideologicznych, by do tego dobudować jakieś wytłumaczenie. Na przykład takie, że się należy za wojnę, że piastowskie dziedzictwo, że „powrót do macierzy”. Bo przecież miało to znaczenie dla milionów ludzi, wywołało ogromne ruchy migracyjne, wielką odmianę losów. Ludzie ruszyli w drogę: jedni wyjeżdżając z tych niemieckich ziem, jak większość Warmiaków i Mazurów, inni na nie przyjeżdżając. Ludzie musieli się jakoś na tym nowym terenie ułożyć, „umoić go”. Może trzeba było udawać, że to, co się wzięło po innych, nie jest cudze, albo starać się o tym zapomnieć czy wyrzucić z pamięci? Tym bardziej że to cudze było zdecydowanie bogatsze, nawet u nas, na dawnym zadupiu Niemiec. Zadupiu, ale jednak Niemiec. Zamiast domu krytego strzechą – murowana obora. Nawet zniszczone po przejściu Armii Czerwonej, po tej sowieckiej furii, Prusy Wschodnie były łakomym kąskiem. Jak do tego dodamy jeszcze robotę peerelowskiej propagandy, szkołę, media i film, to rzeczywiście da się wyprzeć z pamięci prawdziwą historię i zastąpić ją czymś nowym.

SB: Doskonałym tego przykładem są choćby Sami swoi. Jestem przekonana, że wielu z nas podchodzi do tego filmu, widzianego nawet po kilka razy, jak do super komedii, z której frazy przeszły do polskiej kultury i do dziś w niej żyją. Zastanawiam się, ilu z nas tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, co stanowi jego główną oś tematyczną. Trzeba jednak przyznać, że temat wielkiej migracji i przesunięcia granic jest tam tak przedstawiony, że staje się przezroczysty i można go pominąć w omawianiu tej – było nie było – komedii, opartej na przerażającej historii.

JW: Tak, na pierwszy plan została wysunięta swojskość, rodzinne losy, komiczność charakterów i złożonej relacji sąsiedzkiej. I to jest majstersztyk, że w tamtych czasach dało się coś takiego zrobić, czyli pokazać historię bez historii.

SB: W swoim rodzinnym domu związki z niemieckością czułaś od zawsze?

JW: Ojciec zmuszał moją siostrę i mnie do nauki niemieckiego. Dla niego to był pierwszy język, nie tylko dawny język urzędowy i szkolny Prus Wschodnich, ale też domowy, oczywisty i niezbędny. Przełączał się na niemiecki automatycznie, w zupełnie naturalny sposób. Sprzątam teraz jego bibliotekę. Mniej więcej jedna trzecia książek jest po niemiecku właśnie.

SB: A co z warmińskim?

JW: Gwara warmińska była domowa, wydaje mi się, że w jego myśleniu stała niżej w hierarchii, nie miała tej rangi. Ja widzę ją inaczej – jako równoprawny rodzaj komunikacji, jako ważny kod kulturowy, choć oczywiście bez tego osadzenia urzędniczego czy literackiego, bo nie ma literatury w gwarze warmińskiej. Jest literatura pisana przez Warmiaków po polsku. Żeby zrozumieć warmiński krajobraz językowy, ale również mentalny, nie można z niego wykluczyć ani polskości, ani niemieckości. Z tego splotu wytworzyła się trzecia wartość – warmińskość. I niemieckość jest jej składową – obok polskości, może też dziedzictwa dawnych Prusów, bo i ono przebija się językowo – czego nie da się ukryć; moim zdaniem, nie da się zrozumieć warmińskości bez niemieckości. Są dziś ludzie, którzy próbują warmińską gwarę z niemieckości wyczyścić, usunąć ten nalot. Nie rozumiem tego. Dla mnie prawdziwą warmińską gwarą jest ta, którą słyszałam od mojego ojca i mojej rodziny, od żywych ludzi. Gwara przypominająca o dawnych przybyszach z Mazowsza, Kurpiów, Kujaw, ale wypowiadana z niemieckim „rrrr”, nasączona mocno germanizmami.

SB: Kaszubski również jest polonizowany, choć mnie osobiście też się to za bardzo nie podoba.

JW: Mam wrażenie, że znów pojawiła się taka narodowa tendencja, która chce zawłaszczyć wszelkie odmienności, z tak wielkim trudem starające się wyjść na powierzchnię i pokazać, że istnieją. Być może jest jakiś odgórny nakaz, by formatować te języki w sposób polsko-poprawny? Ta tendencja kojarzy mi się z PRL-owską tolerancją, która pozwalała istnieć Warmiakowi tylko w jedynym słusznym wydaniu – propolskiego działacza plebiscytowego. Nie kwestionuję, że dla plebiscytowych Warmiaków kwestia Polski była ważna, przeciwnie, wiem, że wiele dla niej poświęcili, wierzyli w nią, a niektórzy nawet oddali życie czy z powodu szykan emigrowali. Swoją drogą – do Niemiec. Mam raczej na myśli to, że PRL powyciągał biografie warmińskich działaczy i wykorzystał je do swoich celów. W tej narracji Warmiak był więc czystym Słowianinem i tęsknił na zgermanizowanej ziemi za odwieczną Polską. I taki peerelowski duch trwa do dziś. W Olsztynie kultywuje się na przykład postać poetki Marii Ziętary-Malewskiej, nazywanej poetessą warmińską. Kłopot polega na tym, że ona po warmińsku praktycznie nic nie napisała. Owszem, spisała nasze baśnie i legendy, ale zrobiła to po polsku. Za bardzo nie wiadomo więc, co z tym fantem zrobić. PRL wykorzystał ją do celów propagandowych, żeby pokazać, że Warmiacy są za partią, a teraz pokazuje się nas jako ostoję polskości w germańskim zamęcie, który historia, na szczęście, już pozamiatała.

SB: Nie można w tej układance nie wspomnieć o roli Kościoła katolickiego, wielkiego orędownika polskości. Warmia niemal od zawsze jest katolicka, a co więcej, to na Warmii, w Gietrzwałdzie, objawiła się Matka Boska, która do dziewczynek mówiła po polsku. Można powiedzieć, że przez nią się Bismarckowi Kulturkampf nie udał.

JW: Ona ponoć mówiła po warmińsku. Po polsku te dzieci pewnie nic by nie zrozumiały.

SB: No i cały mit cudu w Gietrzwałdzie właśnie padł.

JW: Jakoś musimy sobie z tym poradzić. Wracając jednak do Kościoła: muszę przyznać, że rodzina ze strony mojego ojca była i jest bardzo katolicka. Zresztą było w niej też wielu księży. Katolickich, ale niemieckojęzycznych. Jakoś więc nie sprawdza się na Warmii powiedzenie, że jak katolik – to Polak, a jak ewangelik – to Niemiec. Ten podział u nas nie działa, bo historia jest dużo bardziej skomplikowana, co jest trudne dla tych, którzy nienawidzą pewnych nieoczywistości i nie mają odwagi wyjść poza zero-jedynkowe podziały. Kiedy skończyła się wojna, Warmiacy często jeździli za niemieckojęzycznym księdzem, bo nie umieli się dogadać z takim, co przyjechał z Polski. Warmińscy księża z kolei nie rozumieli obyczajów przyjezdnych. Był ksiądz Jakubassa, u którego mój ojciec służył jako ministrant i który nie mógł zrozumieć, w jakim celu przed Wielkanocą ludzie przychodzą do kościoła ze święconką, stawiają przed ołtarzem koszyczki. Myślał, że przynieśli to dla niego w prezencie, dopytywał szeptem. Nie wiedział, że ma to poświęcić. Podobnie było z opłatkiem. Na Warmii nie istniał ten zwyczaj. Za to na Wigilię jadało się kaczkę albo gęś. Warmiacy nie rozumieli też, że w lany poniedziałek oblewa się kogoś wodą. To był dzień smagania jałowcem, czyli kadykiem, więc po co ci Polacy się tą wodą oblewają? Katolicyzm na Warmii nie był więc katolicyzmem polskim, czasem w swoich przejawach okazywał się bliższy ewangelizmowi. Zdecydowanie bardziej stonowany, pozbawiony ekscytacji, kolorów, obrzędów. Nazywam go wyciszonym.

SB: Na Warmię i sąsiednie Mazury Polska przyszła w 1945 roku. To niby oczywista oczywistość, ale grzebiąc od jakiegoś czasu w temacie historii ziem do Polski wcielonych, przekonuję się, że jednak dla części osób to wiedza objawiona. Jak jest na Warmii? Ludzie mają świadomość, że to nie była Polska?

JW: Myślę, że z tą świadomością jest dokładnie tak samo jak w reszcie kraju. Za bardzo jej nie ma. Nie wiem też, czy jest w ludziach jakaś wielka chęć poznania historii tej krainy. Dla większości ta opowieść zaczyna się w 1945 roku. Jakby dopiero wtedy to miejsce w ogóle powstało, a wcześniej nic się na tych ziemiach nie działo, jakieś chaszcze. Co prawda stoją krzyżackie zamki, są jeziora i bunkier Hitlera w Gierłoży, ale to się udało upakować do folderu turystycznego i totalnie oderwać od historii. Jakby było czymś w rodzaju scenografii, wybudowanej specjalnie po to, by podnieść „walory turystyczne”. Doskonale zdaje egzamin kultura lunaparku i widowiska. Taką ahistoryczną atrakcją stała się też inscenizacja bitwy pod Grunwaldem. Niestety, wszystkie te atrakcje w żaden sposób nie łączą się ze świadomością, że wcześniej mieszkali tu jacyś ludzie, którzy tu pracowali, budowali, coś tworzyli. W nurcie urzędniczo-folderowym się o nich nie pamięta. A zwłaszcza o tych, którzy mieli niemiecko brzmiące nazwiska. O nie, to by było harakiri dla urzędnika, gdyby chciał docenić na przykład dawnych burmistrzów Olsztyna. Więc większość nic o nich nie wie, nie interesuje się. A już niemal nikt nie czuje historii regionu sprzed 1945 roku jako swojej.

SB: Nie mówi nam tego również szkoła. Czasem, gdyby nie opowieści rodzinne, ta historia mogłaby w ogóle zniknąć. Ty miałaś to szczęście, że w twoim domu nie milczało się o przeszłości, nie milczało się o niewygodnej historii. Kiedy pierwszy raz trafiłam na Warmię i Mazury, to nic mnie na nich nie zdziwiło: takie same domy, kościoły, podobne zagospodarowanie przestrzeni jak na sąsiednich Kaszubach. Świat się zmienił dopiero za rzeką – drewniane domy, inaczej posadzone drzewa, nawet inaczej wyglądające ogrody. Też wówczas nie zadawałam pytań o to, skąd i dlaczego – dla mnie to były światy oczywiste, nieoczywiste jawiło się za rzeką, ale nie umiałam połączyć kropek.

JW: Ludzie w większości nie zadają sobie pytań, także o to, skąd i dlaczego znaleźli się na tej ziemi. Wielu chce wyjechać, bo nie jest to bogaty region. Dawne zadupie Niemiec jest teraz zadupiem Polski. Nie dla mnie – dla mnie to epicentrum świata oczywiście, przykład skłębionej, wielowarstwowej europejskiej historii. Bardzo żałuję, że nie ma edukacji regionalnej w szkołach, że nie opowiada się innych narracji niż warszawsko-krakowska, uśredniona i akceptowalna urzędniczo „historia ogólnopolska”. Ona ma się nijak do naszej własnej, do konkretnych rzeczy, które widzimy za oknem, do naszych zamków z czerwonej cegły. Może ten wysyp książek w ostatnim czasie, które koncentrują się nie na mainstreamowej historii, ale na regionach, coś zmieni. Może ludzie zaczną się interesować swoimi historiami, będą bardziej uważni na nieprzystające do siebie znaki, na materialną obecność kogoś wcześniej w ich przestrzeni. Widzę spory ruch regionalistów, różnych zajęć warsztatowych, oddolnych, sięgających do lokalnych tradycji bez ich narodowego nazywania, po prostu tutejszych. Ale nadal nie dotyczy to większości.

SB: A może do tego, by się tym interesować, trzeba po prostu dorosnąć? Wyjechać i wrócić?

JW: Może. W moim wypadku – dorosnąć, bo ja jestem produktem lokalnym i zasiedziałym z premedytacją, u mnie nie było wyjazdu na lata, powrotu i odkrycia niezwykłości tego, co miałam pod ręką. U mnie było inaczej. W młodości chciałam się raczej wydobyć z tego rodzinnego, lokalnego środowiska, pójść w indywidualizm, inne zainteresowania, otoczenie. A teraz, kiedy dorosłam, spokorniałam, no i doceniłam, jak to jest być częścią czegoś, elementem układanki, a nie solistą. Dobrze się czuję jako fragment rodzinnej, dziwacznej konstelacji, w której namieszała historia, ale która przerwała. To mi dodaje siły.

SB: Piszesz, że twojego ojca w dzieciństwie wyzywali od Szwabów. To doświadczenie wielu autochtonów z poniemieckich ziem. Nie znali polskiego wcale albo znali za słabo. Ci, którzy się na tych ziemiach pojawili, często traktowali ich jak ludy podbite, nie do końca Polaków, ale też nie do końca Niemców, choć pewnie różnie bywało. Jak twój ojciec sobie z tym radził? Miał kompleksy? Odrzucał swoją inność i chciał być jak wszyscy czy wręcz odwrotnie?

JW: On się nie wstydził. Nie wiem, czy pomagały mu w tym rodzinne legendy czy duma, ale myślę, że stworzył sobie swój świat. Zresztą nie był sam. Miał kolegów, którzy jak on byli Warmiakami i którzy jak on mówili po niemiecku i warmińsku. Myślę, że to było wzmacniające. Do końca życia przyjaźnił się z Wolfgangiem i Georgiem, kolegami, którzy wyjechali w latach pięćdziesiątych do Niemiec. On wtedy, jeszcze jako dziecko, zdecydował się zostać, nie pojechał, choć miał taką możliwość. Zawsze też utrzymywał dobry kontakt z rodziną, choć rodzina była przepołowiona – część wyjechała, część została w jego rodzinnej Stawigudzie. Poza tym wiele rzeczy robił na przekór, miał to wewnętrzne przykazanie, żeby działać na kontrze, po swojemu. Musiał być silny, bo na wojnie stracił oboje rodziców i wychowywali go dziadkowie. Sam więc zbudował sobie poczucie własnej wartości. Wyjątkowości. Radził sobie, jak umiał, a w młodości za „Szwaba” dawał w mordę.

SB: Twoja matka nie była z autochtonów. To nie był mezalians?

JW: Rodzina mojej matki pochodziła z Kresów, z Wilna, choć matka urodziła się już w Olsztynie. Ślub z miejscowym nie był dobrze widziany. Jej ojciec, a mój dziadek, walczył w partyzantce w Jugosławii, a ojciec wybranka jego córki był żołnierzem Wehrmachtu. To było trudne, bo nagle, po ślubie, mieli zamieszkać pod jednym dachem z Niemcem. Chyba wtedy mówiło się „autochtonem”. Dla rodziny mojego ojca też to był mezalians, że żeni się z Polką. Od Polaków przecież doświadczyli niejednego po wojnie – szabrów, wyzwisk, spolszczania imion, łatki „elementu niepewnego” i wobec tego marnych szans na lepsze życie. Oma powiedziała ojcu coś w stylu: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”, no i stało się, wzięli ślub, ojciec przeprowadził się dla matki do Olsztyna, urodziłyśmy się my z siostrą. Profity z tego, że ojciec był „autochtonem”, pojawiły się w latach osiemdziesiątych, kiedy w NRD, a potem w Niemczech otworzył się rynek pracy. Znał niemiecki, zaczął tam wyjeżdżać i zarabiać pieniądze. Poza tym to był taki czas, kiedy na niemieckość zaczęto patrzeć koniunkturalnie. Ludzie zapisywali się do Stowarzyszenia Mniejszości Niemieckiej niezależnie od tego, czy mieli korzenie czy nie. Pieniądz jest pieniądz.

SB: A rodzina twojej matki bała się autochtonów?

JW: Musieli się dotrzeć. Jej młodsza siostra też później wyszła za autochtona, więc w którymś momencie te rodziny zaczęły się łączyć. Bywało, że ojciec z nich kpił, przekomarzał się, mówił na przykład, że przyszła „głodna Litwa”. Zawsze uważał, że warmińska kultura była wyższa, nie krył się z tym. Rodzina mojej matki miała go za trudnego, dziwnego, ale zaakceptowała. Nazywali go Zyguś. Ich podejście się trochę zmieniło po tym, jak napisałam książkę. Jakoś bardziej go zrozumieli, jakoś tak utulili. Niby znali te wszystkie historie, bo przecież je opowiadał, ale dopiero jak zostały napisane, jak gdyby usankcjonowane przez druk, to w pełni pojęli, jakich krzywd doznał jako dziecko. Że zabrano mu matkę. To mało znany watek historii – młode Warmiaczki Ruscy wywozili do siebie, do łagrów. Jego matka, gdy miał trochę ponad roczek, też została przez Ruskich wywieziona gdzieś na Ural i tam zmarła. On tego nie wiedział. Całe dzieciństwo modlił się codziennie – po niemiecku – o powrót matki. Aż kiedyś, po latach, przyjechała inna kobieta, którą też wywieziono ze Stawigudy, i opowiedziała mu o śmierci matki, bo widziała to na własne oczy.

SB: Nie mogę nie zapytać wnuczki o dziadka z Wehrmachtu. U ciebie w domu to nie była tajemnica?

JW: Moi dziadkowie nie zdążyli wziąć ślubu. Dziadek zginął na wojnie. Był wielokrotnie po wojnie poszukiwany, my też z siostrą chciałyśmy go znaleźć, ale ślad zaginął gdzieś w Grecji. Mamy tylko dwa zdjęcia na dowód jego istnienia. Ale zdjęć, na których pojawiają się mundury Wehrmachtu, jest więcej. Nie powinno to być dla nikogo żadnym zaskoczeniem – tu była III Rzesza, a nikt nie pyta obywateli kraju, co sądzą o wojnie, po prostu się ich wciela do armii. i tyle. I tych, co chcą, i tych, co nie. Część z nich widziała to może jako swój obowiązek – obowiązek ochrony rodziny, domu, obrony swoich. Jedni zginęli, inni wracali po latach z obozów gdzieś u Ruskich.

SB: Macie w warmińskiej części rodziny traumę po Rosjanach? Ona jest silniejsza niż lęk przed Niemcem u tej kresowej części?

JW: Lęk przed Ruskimi w mojej rodzinie jest atawistyczny i bardzo mocny. Mam go i ja, i moja siostra. W naszym domu było oczywiste, że Ruscy to kwintesencja zła. Że wszystko, co ruskie, to złe. Nigdy nie podjęłam żadnych szlachetnych gestów, żeby ich zrozumieć. No, prócz czytania literatury. Nigdy nie pojechałam w tamtą stronę, nawet nie przyszło mi to do głowy. W Stawigudzie mam onkla, który chwali się, ile weków zrobił na wypadek, „jak Ruscy przyjdą”. Wojna w Ukrainie tylko ten lęk spotęgowała.

SB: Na Warmii dziś żyje mieszanka ludzi z różnych części Polski. Kogo boją się bardziej – Niemca czy Ruskiego?

JW: Do niedawna chyba Niemca, choć w ostatnich latach nie było ku temu żadnych logicznych podstaw, chyba nikt już nie wierzy, że „wrócą po swoje” czy jakoś tak. Spotkałam się z lękami przed sojuszem niemiecko-rosyjskim, przed tym, że się dogadają ponad naszymi głowami i znów nas podzielą. Teraz – ze względu na wojnę w Ukrainie, ale też sąsiedztwo Obwodu Królewieckiego (chociaż ja ciągle nazywam go Obwodem Kaliningradzkim, bo gdzie tam Kaliningradowi do Królewca) – przeważa jednak strach przed Ruskimi. Nie zmienia to faktu, że i tu, w niektórych środowiskach, narasta antyniemiecka histeria. Mocno wchodzi rosyjska propaganda, dezinformacja, z którą sobie nie radzimy. Brak walki z nią jest wspieraniem Rosji, nie mam wątpliwości. Niemcy zostali stąd przepędzeni, a Ruskie jak weszły, tak siedzą. I donikąd się nie wybierają.

Stasia Budzisz

Stasia Budzisz

Niezależna reporterka. Zajmuje się Kaukazem, Europą Wschodnią i Kaszubami. Pisze dla „OKO.press”, „PostPravdy”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”. W 2019 roku zadebiutowała książką reporterską Pokazucha. Na gruzińskich zasadach (Wydawnictwo Poznańskie). W 2023 roku ukazał się jej drugi reportaż o rodzinnych Kaszubach, Welewetka. Jak znikają Kaszuby (Wydawnictwo Poznańskie).

udostępnij:

Przeczytaj także:

A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze? A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze? A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze?
Stasia Budzisz

A może oswajanie niemieckości wiedzie przez cmentarze?

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo
Stasia Budzisz

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo

Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on
Stasia Budzisz

Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on

Kształty i brzmienia ciszy i milczenia Kształty i brzmienia ciszy i milczenia Kształty i brzmienia ciszy i milczenia
Antoni Michnik

Kształty i brzmienia ciszy i milczenia