Rozmowa z Wojciechem Śmieją, Ślązakiem i profesorem Uniwersytetu Śląskiego, autorem między innymi książek Po męstwie (Czarne, Wołowiec 2024) i Gorsze światy. Migawki z Europy Środkowo-Wschodniej (Carta Blanca, Warszawa 2012), publikowana w ramach cyklu „Lęk przed Niemcem”, który jest próbą zrozumienia, z czego wynika polski brak akceptacji niemieckiej historii dzisiejszych polskich ziem. Jest też próbą zmierzenia się z niemieckim dziedzictwem kulturowym i próbą wpisania go w naszą teraźniejszość. Próbą jego akceptacji.
Stasia Budzisz: Doczekaliśmy się w Polsce sytuacji, którą można określić jako paradoksalną – z jednej strony szeroko rozumiana prawica straszy nas Niemcami, żąda reparacji, z drugiej sięga do najczarniejszych niemieckich wzorców z lat trzydziestych. Na własne oczy oglądamy coraz odważniejszą fascynację faszystowskimi ideami. Jak to jest możliwe?
Wojciech Śmieja: Polska to kraj, którego nieszczęściem jest pułapka średniego rozwoju – zarówno ekonomicznego, jak i kulturowego. Jesteśmy krajem, który nie mieści się sam w sobie, a przynajmniej takie sprawia wrażenie: ma swoją dawną imperialną przeszłość i nie umie się pogodzić z tym, że to, po pierwsze, właśnie przeszłość, a po drugie – imperialność jakiegoś gorszego sortu, trochę peryferyjna. Zapóźnione kraje, dziewiętnastowieczne Niemcy i Włochy, próbowały wciąż imitować kraje imperialne, Wielką Brytanię czy Francję. Te próby budowania imperiów na skróty wymagały niezwykłej konsolidacji i dyscypliny, dlatego faszyzm na dyscyplinie się opierał i dyscypliną fascynował. Polski w tamtym czasie w ogóle nie było na mapie, a gdy się pojawiła, stanęła w obliczu zapóźnienia i porozbiorowej niespójności, stąd podejmowane jeszcze w międzywojniu próby „imitowania imitacji”. Świetnie tłumaczy to antropolog René Girard, który pisze o tak zwanym pożądaniu mimetycznym. Chodzi o to, że bardzo upodobniamy się do wroga, przejmujemy jego energię. To się zawsze kończy eskalacją i katastrofą. Nienawidzimy Niemca, bo chcemy być jak on. Jeśli dziś świat powraca do wąskiego definiowana interesów narodowych, do izolacjonizmu, to idee dyscyplinujące mogą ponownie zyskiwać posłuch. Jak wiadomo, nie tylko w Polsce.
SB: Pod koniec minionego roku prezydent Karol Nawrocki dużo mówił o braku wdzięczności ze strony Ukraińców. Zastanawia mnie, czy Polska była wystarczająco wdzięczna Niemcom za pomoc, jaką nam okazali po 1981 roku. Jakoś sobie nie przypominam szczególnych podziękowań z naszej strony.
WS: Kategoria wdzięczności jest kategorią bezdenną. Ta gra, którą rozpoczął prezydent, zresztą naśladując Trumpa, wydaje się niebezpieczna, a na pewno bardzo krótkowzroczna. Od Ukraińców prezydent oczekuje wdzięczności, a od Niemców reparacji – i tym samym sytuuje nasz kraj w kontrze do najbliższych sąsiadów, którzy są przecież krytycznie ważni dla naszego bezpieczeństwa, gospodarki i polskiej racji stanu. Zaczynamy wchodzić z nimi w poważne spory, choć za takim działaniem nie stoją żadne mocne argumenty, które by jakoś to uzasadniały; przeciwnie – sytuacja przemawia raczej za szukaniem sojuszy.
SB: Korzysta Rosja, której najbardziej zależy na tym, byśmy się pokłócili ze wszystkimi dookoła. Dokłada do tego wszelkich starań i robi to niezwykle skutecznie. Dowodem jest wciąż rosnące poparcie dla jawnie prorosyjskiej Konfederacji Brauna.
WS: To dość łatwy mechanizm manipulacji, zwłaszcza że ludzie w większości mają proste wyobrażenia tożsamościowe, z reguły pozbawione historycznej głębi. A jeśli jej nie ma, to zostają odruchy, podatne na stymulowanie. W ich wzbudzaniu ogromną rolę odgrywa też Kościół katolicki. Niedawno byłem na łódzkich Bałutach. Stoi tam piękny kościół otoczony ceglanym murem. I na nim już jakiś czas temu ktoś napisał „Śmierć Żydom”. Nikomu to nie przeszkadza. Nikt tego nie zamazuje. Żydzi, najczęściej widmowi, stają się kolejnym wrogiem, tym razem wewnętrznym. Owszem, dzisiejsza polityka Izraela może sprzyjać nastrojom antysemickim, a ekstremiści w rodzaju Brauna od razu politycznie wykorzystują tę sytuację. Nie wiem, czy to, co dociera teraz do moich znajomych, mieszkających w Polsce Żydów i Żydówek, jest hejtem, czy może już ma znamiona pomruków pogromowych. Nie wiem, jak traktować tę eskalację. Wyzywanie, nawoływanie do wypierdalania to coś, co jeszcze całkiem niedawno było niewyobrażalne, a dziś jest naszą codziennością. Jakbyśmy odwracali historię w drugą stronę.
SB: Wydaje mi się, że działa tu ten sam mechanizm manipulacji, jaki został wykorzystany przy aferze o wystawę Nasi chłopcy. Nikogo nie interesuje nie tylko prawda sama w sobie, ale też prawda historyczna. Ważne jest zbicie kapitału politycznego na żrącym temacie. No i oczywiście mit, w tym przypadku wielkiej i pokrzywdzonej Polski.
WS: Uwielbiamy mityzować historię i konstruować dominującą narrację, która nijak się ma do rzeczywistości. Też miałem dziadka w Wehrmachcie. A kategorie, którymi posługują się przeciwnicy tej wystawy, trzeba nazwać po imieniu: to po prostu przemoc i wymazywanie historii z całą jej złożonością. A przecież historia ma wiele odcieni. Byliśmy na wakacjach w Normandii, gdzie odwiedziliśmy plażę D-Day. Jest tam tablica z nazwiskami poległych. Nie masz pojęcia, jak wiele z nich to nazwiska śląskie i pomorskie; podobnie było na oddalonym o dwa kilometry niemieckim cmentarzu wojskowym. Oni mieli po dziewiętnaście–dwadzieścia lat i nikt ich w Polsce oficjalnie nie opłakał. Tak samo jak nikt nie opłakał chłopców, którzy zginęli w pierwszej wojnie światowej. W mojej rodzinnej wsi, Łąka, przed pierwszą wojną mieszkało około 1500 mieszkańców, w wojnie zginęło ponad dwustu z nich. Nie pamiętała o nich ani II Rzeczpospolita, ani Polska Ludowa, ani nie pamięta się o nich teraz. Jeszcze w niemieckiej części Śląska ktoś postawił im pomniki pamięci, ale u nas nic. Z mojej wsi podczas drugiej wojny światowej w Wehrmachcie służyło ponad trzystu chłopców, wielu zginęło, a z dzieciństwa pamiętam jeszcze inwalidów wojennych, dziadków z urwanymi rękami albo czarną przepaską na oku. Oni nie byli nazistami. Poszli do Wehrmachtu, bo nie mieli wyboru.
SB: Ale na tę opowieść nie ma miejsca w polskiej historii.
WS: Nie ma, a przecież ważne, by polityka historyczna była zniuansowana i dążyła do pojednania. Niestety, nasza polityka pamięci jątrzy Polskę do wewnątrz. Stawia nas w opozycji, tworzy wewnętrznych wrogów. To jest samobójcze dla wspólnoty.
SB: W polskiej historii wiele rzeczy nie składa się do kupy. Wiele elementów jest przemilczanych albo podanych na okrętkę. Takim przykładem jest fakt, znany daleko nie każdemu obywatelowi Polski, że Górny Śląsk nigdy nie był pod zaborami. Jakoś to nam umyka. Niby to nie jest tajemnica, ale nie jest to też oczywistość.
WS: Czasem, żeby wkurzyć polskich znajomych, mówię, że moje rodzinne miasto, Pszczyna, jest dziś pod polskim zaborem. I to hasło od razu wszystkich podpala. Musimy pamiętać, że Śląsk to byt złożony. Mamy Górny, Opawski, Dolny, Cieszyński – i każdy ma swoje właściwości. A Górny Śląsk pod zaborami nie był nigdy. Bezdyskusyjnie od wojen śląskich w XVIII wieku leżał na obszarze Prus, potem Niemiec. Co ciekawe, ze szkolnego kursu historii Polski możemy się dowiedzieć, co się działo na tym terenie w średniowieczu, gdzieś do okresu rozbicia dzielnicowego i bitwy pod Legnicą [1241], a potem na 700 lat region znika z opowieści, by powrócić w XX wieku razem z narracją polonocentryczną. Miałem w życiu epizod nauczycielski w jednym z prowincjonalnych gimnazjów – do szkoły chodziły dzieci o typowo śląskich nazwiskach. Te same nazwiska znalazłem później, czytając o wielkim chłopskim buncie, tak zwanej zmowie tworkowskiej [1811], po której Berlin rozpoczął proces znoszenia pańszczyzny. Te dzieciaki mogłyby być dumne z tej lokalnej historii, ze sprawczości swoich dziadków. Ale tego się im w szkole nie mówi, w zamian za to słyszą o kolejnych polskich przegranych powstaniach, z którymi żadnej emocjonalnej więzi nie nawiążą, bo niby jak?
SB: Interesujące jest to, że na Śląsku próbujecie pokazać te siedem wieków śląskich dziejów, pomijanych przez podręcznikową historiografię, jako alternatywną historię Polski.
WS: Tak, historię takiej Polski, która jest jednoznacznie częścią Zachodu – ze względu na geografię. Gdzie dokonuje się rewolucja społeczna, a nie wybuchają powstania narodowe. Nie oszukujmy się, to Śląsk kotwiczy resztę polskich ziem w uniwersum Zachodu. Dolny Śląsk jest dziś osadniczy, ale Górny ma w sobie słowiański etnos zasiedziałych Ślązaków. I to jest coś, co może do nas przyciągać. Można nam tej lokalności splecionej z europejskością i zachodniością zazdrościć. Można nam zazdrościć stabilności i historii – naszej własnej. Na tym zasadza się dla mnie jedna z przyczyn fascynacji Śląskiem. Obok Pomorza to chyba jedyna część Polski związana historycznie z procesami zachodzącymi na Zachodzie, na przykład z industrializacją.
SB: Jest też w niektórych Polakach jakiś podskórny lęk przed Ślązakami.
WS: Śląsk jest za duży, by go lekceważyć, ale za mały, by mógł zmienić centralę. Tym się różni od Kaszub. Kaszuby można lekceważyć, można ich nawet nie zauważyć. Kaszubi nie są widoczni, nie wychylają się. Na Śląsku jest inaczej. My cały czas próbujemy negocjować nowy porządek z centralą. Nie chodzi o zdominowanie centrum ani o separatyzm, bo to marginalne ruchy, ale o to, by to centrum trochę przesunąć. W tym sensie Ślązacy są forpocztą pewnej redefinicji porządku kulturowego i społecznego w Polsce.
SB: Co może z tego wyniknąć?
WS: Nie wiem. Mogą nas zgasić, moda może minąć, możemy wymrzeć, bo, nie oszukujmy się – znikamy. Elita [śląska] to przecież wąska grupa, a większość ludzi jest po prostu letnia i nie zastanawia się głęboko nad swoją tożsamością.
SB: Jest im wszystko jedno, czy będą kultywować odrębność czy roztopią się w polskości. W służbie urawniłowki występują szkoły, i trzeba przyznać – bardzo skutecznie. W najnowszej książce Zbigniewa Rokity: Aglo. Banką po Śląsku [Znak Literanova, Kraków 2025] czytamy, że w szkole każą nam sięgać po lektury polskich twórców, którzy pochodzą z zaboru rosyjskiego; jakiegokolwiek pisarza czy pisarkę byśmy wymienili – jest stamtąd. To pewne przejaskrawienie, ale znaczące. Podobnie karmi się nas kresowymi mitami na historii, do tego stopnia, że kiedyś wydawało mi się, że każdy Polak musi mieć korzenie gdzieś w Wilnie, Grodnie albo Lwowie. A to przecież nieprawda. U naszych niemieckich sąsiadów program nauki literatury w szkole jest dostosowany do landu, nie ma centralnego ujednolicenia, co oczywiście ma związek z federacyjnym modelem ich państwowości. My nie czytamy nic z naszych regionów, co więcej, takie Szczeciny, Olsztyny czy inne Słupski nawet nie pojawiają się na kartach podręczników do historii. Jesteś profesorem polonistyki na Uniwersytecie Śląskim, czy coś się zmienia w tej materii?
WS: Ale był Łysek z pokładu Idy Gustawa Morcinka, pamiętasz? Uniwersytet Śląski powstał w 1968 roku i był swego rodzaju projektem kolonizacyjnym. Miał wytworzyć lokalne elity o bardzo scentralizowanej świadomości. Zainteresowanie lokalnością wybuchło na szerszą skalę dopiero w latach dziewięćdziesiątych za sprawą między innymi Aleksandra Nawareckiego, Zbigniewa Kadłubka i Stefana Szymutki, wcześniej też profesora Jana Malickiego. Ci badacze odkryli, że nie da się myśleć twórczo w oderwaniu od kontekstu lokalnego, od języka, który nas otacza, od krajobrazu i genealogii, bo to one wyznaczają pewne zasady fundamentalnie ważne dla naszego sposobu myślenia. To był początek renesansu śląskiego. (A może należy powiedzieć, że nowych narodzin Śląska?) O tym mało kto pamięta. Moda wybuchła trochę później, razem z Kajś Rokity, Twardochem i Robertem Talarczykiem w teatrze. Ale czy to przekłada się na kształcenie dzisiaj – tego nie wiem. Wydaje mi się, że młodych ludzi śląskość niespecjalnie interesuje.
SB: Być może zainteresowanie lokalną tożsamością przychodzi później?
WS: Może. Sądzę, że by dojrzale myśleć o regionie, z którego się pochodzi, trzeba z niego wyjechać. Złapać dystans. Wtedy możesz wrócić, bo masz już coś do powiedzenia. Tacy Ślązacy zapieczeni w sobie do mnie nie przemawiają. Sam się z polskością zderzyłem, ale dopiero moda na śląskość pozwoliła mi zobaczyć siebie w swojej śląskości jako kogoś atrakcyjnego. Nagle okazało się, że moja opowieść jest interesująca i chce być słuchana. Zwłaszcza przez tych, którym te centralne opowieści już się trochę przejadły. Zresztą czym są te „centralne” opowieści? To czyste symulakra, zbiory puste, chochoły…
SB: A nie masz wrażenia, że śląskość czy kaszubskość są atrakcyjne tylko w pewnych bańkach? Przecież my też rozmawiamy ze sobą po polsku, opowiadamy o naszej tożsamości po polsku, piszemy o niej w tym języku. Mimo że wróciłam do kaszubskiego, nie czuję się w nim komfortowo. W polskim czuję się swobodniej.
WS: Ja też myślę po polsku, nie po śląsku. Śląszczyzna nie jest dla mnie w pełni wydajnym środkiem komunikacji, w odróżnieniu od polszczyzny. Ale jak słyszę śląski – na przykład na deskach teatru – to robi mi to dobrze. Moja babka by się cieszyła, rozumiałaby wszystko, co do niej mówią ze sceny. Nigdy nie było jej to dane. Dla niej to była mowa codzienna, swojska, ale też jakoś gorsza. Usłyszeć ją w teatrze – to bardzo wyzwalające. Lubię też to przejście z polskiego na swojski. Czuję, jak luzują mi się mięśnie. W polszczyźnie dobrze się czuję, ale w pewnych sytuacjach wolę śląszczyznę. Ma ona w sobie coś z tajnego kodu, którym się porozumiewamy poza wszelkimi instytucjami i hierarchiami oraz mimo nich. W śląszczyźnie nie można być profesorem, można być ino chopem abo babòm, abo bajtlem. Kocham tę naturalność i bezpośredniość, której tak brakuje polszczyźnie – natychmiast wtłaczającej nas w hierarchie, przyprawiającej nam gęby. A najlepiej, szczerze mówiąc, czuję się w tym przejściu, między jedną a drugą. Tam kłusuję, na ziemi niczyjej.
SB: Czasem słowa z jednego języka oddają coś lepiej, precyzyjniej, mogą posłużyć jako zamienniki. Hybryda taka.
WS: Bo nasze tożsamości są hybrydyczne. A w ślad za tym idzie mowa hybrydyczna, nieregulowana słownikami, regułami, zasadami. Jest po prostu mową. To mnie jako filologa fascynuje.
SB: Wróćmy do Niemców. Czym jest na Śląsku data 20 czerwca, czyli Narodowy Dzień Powstań Śląskich? To dla was ukonstytuowanie polskości na tej ziemi czy raczej data aneksji Śląska przez Polskę, czyli jego wyjścia z Niemiec?
WS: Nie wypowiem się w imieniu zbiorowości, bo nawet nie wiem, czy istnieje taki podmiot, ale odpowiem na przykładzie miasta, z którego pochodzę. Otóż w Pszczynie znajdowała się komenda powstańcza, czyli można powiedzieć, że było to epicentrum działań. Moja wieś rodzinna głosowała w plebiscycie za Polską. Opowiedziało się za nią 70 procent mieszkańców. Tylko pytanie: czy oni głosowali za Polską, czy za „krową Korfantego”? Otóż raczej za krową lub przeciw upadłym Niemcom. W 1928 roku w województwie śląskim odbyły się wybory samorządowe i ci sami ludzie, którzy w 1921 roku oddali głos „na krowę”, sformułowali komitet ludności niemieckiej. Bo byli Polską rozczarowani – obiecała im więcej, niż mogła dać – i chcieli z powrotem do Niemiec. To pogranicze, a na pograniczach tożsamość jest zawsze płynna. W Ślązakach nie ma dziś chęci separatyzmu, a mit powstań śląskich, upamiętnianych i oficjalnie, i oddolnie, chyba cementuje nasz związek z Polską, choć mamy też do Polski dużo żalu. I to nie jest żal bezpodstawny.
SB: W Katowicach stoi Pomnik Powstańców Śląskich, do którego dołączono także pamięć o Katyniu oraz wypisano historyczne walki Polaków z Niemcami. A to Cedynia, a to Grunwald, a to wojny… Ergo: Ślązacy jako Polacy zawsze walczyli z Niemcami o polskość. Znów mit. Ale w takim razie: czy aby Ślązacy są wystarczająco wdzięczni Polsce za to, że wzięła ich w swoje ramiona i wyrwała tym złym Niemcom?
WS: Zawsze mógłbym być bardziej wdzięczny, bo jak ustaliliśmy na początku naszej rozmowy – wdzięczność jest kategorią niewyczerpywalną. Polska dała mi wiele i mnie ukształtowała. Ze strony mamy jestem Polakiem z Kongresówki. Umiem być Polakiem, a jako intelektualista czuję odpowiedzialność za jakość debaty i kształt wspólnoty. Moja wdzięczność jednak nie jest afirmatywna. Co do mitów, to mniej mi z nimi po drodze niż z faktami, które nie zawsze są jednoznaczne. Przeciwnie, czasem są bardzo trudne – w odróżnieniu od mitu, który jest jednoznaczny, upraszczający i, niestety, sprawczy, bo daje ludziom wiarę, potrafi tworzyć wspólnotę i wskazywać wrogów. Mity są potrzebne, ale jeśli nie poddajemy ich krytyce, nie korelujemy z rzeczywistością, potrafią być niebezpiecznie. I wtedy kończymy w faszyzmie. Bo faszyzm jest mityczny. Jako intelektualista czuję obowiązek pełnienia funkcji adwokata diabła. Staram się weryfikować mity i konfrontować je z faktami.
SB: To chyba coraz trudniejsze zadanie, bo mity zwyciężają nad faktami.
WS: Tak jest, ale chyba naszą rolą jest bronić się przed mitami, a szczególnie tymi, które są fabrykowane w imię różnych politycznych interesów. Jeszcze prawda nie zginęła…
SB: Jest jeszcze jedna data, z którą słabo sobie radzę – 11 listopada. Rozumiem, że nie chcesz mówić za społeczność, ale czy dla ciebie to bardziej data upadku Cesarstwa Niemieckiego, czy odzyskania niepodległości? Chociaż ze słowem „odzyskanie” też mam kłopot, bo to było raczej „wywalczenie”.
WS: Cesarstwo Niemieckie nie było niczym dobrym. A co do 11 listopada, to kiedyś tego dnia trafiłem w Beskidzie Żywieckim na górę Jałowiec, która mierzy 1111 metrów nad poziomem morza. O 11.11 zbierają się tam spontanicznie turyści i odśpiewują hymn Polski, i muszę przyznać, że to był ten wyjątkowy raz, kiedy się naprawdę wzruszyłem i miałem ciarki na plecach, śpiewając hymn. Poczułem siłę mitu, poczułem, że jestem częścią jakiejś wspólnoty. To było atawistyczne i wspaniałe. To też dowód na to, że pod skorupą intelektualną mam wdrukowaną polskość. Nie pojechałbym jednak na Marsz Niepodległości do Warszawy, bo uważam to za absolutną porażkę państwa, które oddało walkowerem obchody własnych narodzin jakiejś partykularnej grupie. Szkoda, że przez trzydzieści lat nasz kraj nie potrafił wypracować godnej formy celebracji tego święta. Takiej, która jest inkluzywna i daje poczucie wspólnoty. Szkoda, że oddali to święto kibolom, nacjonalistom i słynnym „rodzinom z dziećmi”, ludziom urządzającym wrogą manifestację w dymie rac. Nie byłbym w stanie przyłączyć się do tego pochodu. Nie chcę być członkiem takiej wspólnoty. Spotkanie na Jałowcu było czyste, spontaniczne i radosne. Tak powinniśmy świętować wspólnotę.
SB: A jak się odnosisz do tego, że określa się Ślązaków „piątą kolumną”, „ukrytą opcją niemiecką” i straszy wami jako naczelnymi, zaraz po Tusku, Niemcami III Rzeczypospolitej? Z czego to wynika?
WS: Jest nas tak dużo i jesteśmy tak wyraziści, że można nami postraszyć. Robi się to jeszcze łatwiejsze przez to, że mamy tak inną historię i jakiś taki „spaczony” język. W polskiej pamięci są też górnicze najazdy na Warszawę, podczas których protestujący palili opony. Nie jesteśmy też tak patriotyczni jak mieszkańcy dawnej Galicji. W majówkę na śląskich domach polskie flagi wiszą gdzieniegdzie, czasem widać też śląskie, ale jak wjeżdżasz na teren Galicji, to nie ma prawie domu, gdzie nie wisi biało-czerwona. Tożsamość śląska jest upolszczona, a nie polska w takim sensie, jak w Małopolsce czy dawnej Kongresówce.
Z jednej strony się nami straszy, z drugiej doświadczamy ewidentnej mody na Śląsk, zaciekawienia nim. Tradycja straszenia jest długa, w pięknych gomułkowskich czasach straszono Hupką i Czają, niemieckimi politykami o śląskich korzeniach reprezentującymi wypędzonych. Musimy chyba nauczyć się żyć z tym, że jeśli w Polsce rządzi myślenie narodowe, to jesteśmy zawsze gorszymi Polakami, a jeśli przeważa opcja bardziej obywatelska, to wówczas możemy trochę swobodniej przeżywać własną śląskość.
SB: Ale co daje politykom polsko-śląska animozja?
WS: Moim zdaniem jej wydajność polityczna jest jednak ograniczona. Ostatnio spotkałem się ze znajomą w jednej z modnych warszawskich knajp. Wisiał tam jeszcze plakat zapraszający – wyobraź sobie – na „Barbórkę w Warszawie”! Wzrusz! Moda na śląskość i jej renesans chyba są właśnie efektem tej niewydajności. Śląskość stała się atrakcyjna, chce się sprzedawać. Mamy wspaniałe instytucje kultury: Teatr Śląski, ASP, NOSPR, Bibliotekę Śląską, kina studyjne, a nawet Pana Babcię, którego dziś cała Polska ogląda w zachwycie. Ja też.
SB: A skąd się bierze w Polakach antyniemiecka histeria?
WS: Z historii i z mitów. Te antyniemieckie mity również we mnie bardzo rezonowały. Po obejrzeniu choćby Czterech pancernych i psa, a w pewnym okresie wszyscy oglądali ten serial w każde ferie i wakacje dzieciństwa, masz po prostu nie lubić Niemców. I ten strach też ma podłoże atawistyczne. Pamiętam, jak kiedyś na kempingu w Chorwacji pod zbiorowym prysznicem spotkałem ojca z synem. Byli Niemcami. Ojciec chciał synowi ściągnąć sweter i powiedział do niego: Hände hoch. Stężałem – te dwa słowa mam wdrukowane jako budzące lęk. Moja babcia do końca życia żyła wojną, do końca ją wspominała, przy czym z jej perspektywy straszni byli Rosjanie i, uwaga, Polacy, to znaczy bandy NSZ działające w okolicy.
SB: Z czego wynika polski strach przed Niemcem?
WS: W dużej mierze ze szkoły, która w III RP, tak jak w PRL-u, każe nam śpiewać Rotę, czytać Krzyżaków i wymieniać nazwiska przywódców Hakaty. Strach przed Niemcem jest kamieniem węgielnym polskiej wspólnoty narodowej. Mam podwójną tożsamość, po ojcu Ślązak, po matce Polak. Jeden dziadek w Wehrmachcie, drugi na robotach u bauera. W pamięci jednych Niemiec to był ten, który dawał czekoladę, a w pamięci innych – ten, przed którym uciekała cała wieś. Mam w sobie ten lęk bez względu na swoją hybrydyczność. Ale to polski lęk, nie śląski. Polacy nie znają Niemców, znają opowieść historyczną o Niemcach.
SB: To dla Polski nic nadzwyczajnego. Nie znamy też Białorusinów, Ukraińców czy Rosjan. Nie znamy Słowaków ani Czechów.
WS: No tak. Chociaż Niemców znamy z wyjazdów na szparagi czy wycieczek po auto. I to jest też ciekawy trop. Bardzo resentymentalny. W latach dziewięćdziesiątych dzięki między innymi pracy u Niemca zaczęliśmy się bogacić. Dziś jednak chcemy to wyprzeć i zapomnieć o tym, że podcieraliśmy tyłki, sprzątaliśmy w domach czy zbieraliśmy truskawki. Minęło 25–30 lat, już z reguły takich prac nie wykonujemy, za to do nas przyjeżdżają to robić Ukraińcy. O tamtym chcemy zapomnieć, więc chętnie odgrywamy swoją pańskość – czasem dobrą i łaskawą, czasem perfidną – na osobach z Ukrainy. Chcemy się upewnić, że jesteśmy „biali”, że nie jesteśmy już „murzynami Europy”.
SB: No i wracamy do początkowej wdzięczności.
WS: Właśnie. Można tę sytuację odwrócić i zapytać, czy my podziękowaliśmy Niemcom, że wzięli nas do pracy w latach dziewięćdziesiątych – a my nie tylko zarobiliśmy pieniądze, ale też podnieśliśmy ich PKB, jak dziś robią to u nas Ukraińcy. Nie możemy znieść Ukraińców w dobrych samochodach, ale Niemcy w podobnych nam nie przeszkadzają. Ukrainiec to nasz sprzątacz domowy i ma jeździć komunikacją miejską, a nie luksusowym autem. To nas upokarza, bo rozbija tę naszą świeżutką pańskość. Do tego nie da się znieść faktu, że walczą na froncie, i to nie jest gra w paintball ani kibolska ustawka, lecz prawdziwa wojna – coś, czego sobie nawet nie umiemy wyobrazić.
SB: Nasi white boys potrafią pojechać z racami do Berlina i przypomnieć wywołanie drugiej wojny światowej, ale na wyjazd do Moskwy na 17 września już odwagi nie starcza.
WS: Myślę, że do Moskwy by ich po prostu nie wpuszczono. Korzystają z wolności słowa i bezpieczeństwa, które możliwe są w tak przez nich nielubianych liberalnych demokracjach. Te nieustanne nawroty do wojny, „niemieckich obozów zagłady” czy rzezi wołyńskiej to rodzaj moralnego szantażu. Trudno nie uznać, że to sprawy ważne, że należy o nich pamiętać, ale nie da się też nie zauważyć, że służą bieżącym interesom zwłaszcza zewnętrznych mocodawców: rozgrywając wciąż tę samą wojnę sprzed osiemdziesięciu lat, mamy zapomnieć o tej, która się właśnie toczy. Nie możemy na to pozwolić.