Pamięci wszystkich, którzy nie ustali tej zimy na nogach.
Inspektor Pawełke zmrużył zmęczone oczy i oderwał je na chwilę od ekranu komputera, żeby rozejrzeć się po pogrążonym w półmroku biurze. Kolejny wieczór nadgodzin bezlitośnie się dłużył. Na szczęście na wprowadzenie do systemu czekała już ostatnia partia zebranych w terenie danych o odśnieżonych, zasypanych lub zlodowaciałych chodnikach i schodach. Od kilku tygodni połowa jego wydziału nie zajmowała się niczym innym. Pawełke wstał od biurka, wyszedł poza krąg światła rzucany przez lampkę w kształcie wieżyczki z Kamiennej Grodzy i podszedł do okna popatrzeć na miotany wiatrem opad. „Ciekawe, co tym razem przyniesie poranek?” – pomyślał, zerkając na termometr. „Gips zbity, lodoszreń, a może tylko zwykłą gołoledź?”
Inspektor zerknął na ekran wyświetlający cyfrową mapę Śródmieścia i wspomniał z rozrzewnieniem swoje początki w Inspektoracie, kiedy wraz z pozostałymi stażystami nanosił na ogromne arkusze kalki – układane na planie miasta – zebrane wcześniej w terenie rozmaite dane: ułożone w ciągi wykusze, markizy i arkady pozwalające przemieszczać się po mieście suchą stopą w czasie deszczu; przeloty między kwartałami, w których dało się uniknąć smagań jesiennego wiatru albo wręcz przeciwnie – można się było cieszyć niesłabnącym przeciągiem w upalne lato; zestawienia czasów pokonywania tych samych odcinków przejściem podziemnym lub nadziemnym, trasy prowadzące wyłącznie wzdłuż ceglanych murów, ścieżki zapachowe, wartości natężenia hałasu, rozmieszczenie owocujących drzew i krzewów wraz z okresem zbiorów i wiele, wiele innych.
Powstające w ten sposób i stale aktualizowane filtry o niezliczonych specyfikacjach przez długie lata służyły wyłącznie do użytku wewnętrznego. Znacznie usprawniały przeprowadzanie interwencji oraz codzienną konserwację miasta: regulowanie przepływu na arteriach egzystencjalnych, drenaż tkanki policentrycznej usuwający niekorzystne zastoje, kontrolę miejskiego metabolizmu, a w późniejszym okresie także sporządzanie ekspertyz ekistycznych dla miejskiego wydziału planowania. Jednak wraz z upowszechnieniem się smartfonów władze wymogły na Inspektoracie cyfryzację zbieranych pomiarów i udostępnianie ich jako filtrów w Gedappce – flagowym projekcie mającym ułatwić użytkownikom przemieszczanie się po mieście.
Pawełke uśmiechnął się na wspomnienie oporu, jaki wywołało to w niektórych gabinetach Inspektoratu. „Mieszkańcy będą szli na łatwiznę, zamiast robić własne pomiary” – grzmiano za zamkniętymi drzwiami. „Każdy powinien wydeptywać swoje ścieżki i brać za nie odpowiedzialność! Takie aplikacje są dobre dla turystów!” „Może i tak – odpowiadali zwolennicy udostępnienia materiałów – ale każdy mieszkaniec bywa czasem turystą we własnym mieście i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Inspektorat mógł mu wtedy ułatwić życie”. Czy to oznaczało, że każdy turysta bywa czasem mieszkańcem w nie swoim mieście? „Nie przesadzajmy” – mruknął filozoficznie Pawełke. Tak czy inaczej w tym roku, po pierwszych poważnych opadach śniegu, postanowiono uszczęśliwić użytkowników nową, stale aktualizowaną nakładką wskazującą odśnieżone fragmenty chodników i schodów. Gedappka pokazywała wytyczone trasy w trójstopniowej skali trudności: zielone – „dasz radę nawet w adidasach”, czerwone – „zalecany krok dostawny” i czarne – „weź raki, czekan i przeżegnaj się przed wyjściem z domu”.
Inspektor kończył wprowadzać do panelu ostatnie pomiary – wskazujące na miażdżącą przewagę natury nad cywilizacją – kiedy do biura wkroczył informatyk z nocnego dyżuru, znudzony czekaniem na nowe dane, które należało jeszcze tej nocy wgrać do aplikacji. Pawełke rozpoznał w nim nowego pracownika działu IT, uwielbiającego dzielić się swoją niewiedzą.
– Ja tam nie wiem, panie inspektorze… – zagadnął informatyk przewidywalnie. – Stażyści biegają po mieście przemarznięci jak Neptun pod okiścią, inspektorzy wysiadują nadgodziny, serwery hajcują się całą dobę… Po co tyle zachodu? Wie pan, jak to mówią: jak jest zima, to musi być…
– …odśnieżane. Wiem – odpowiedział Pawełke. – Ale skoro nie jest, to trzeba dać ludziom coś w zamian.
Inspektor wstał od komputera i odruchowo dwa razy kliknął długopisem Zenith, co nieodwołalnie oznaczało dla niego koniec dnia pracy.
– Nie uzupełnił pan danych dla tego skrótu po lodzie przy Sołdku – zwrócił mu uwagę informatyk, kiedy Pawełke wiązał pod szyją granatowy marynarski szalik.
– Stażysta nie wrócił z pomiarów – odparł inspektor ponuro, po czym ruszył w kierunku schodów.
Po przejściu przez główny hol pchnął masywne drzwi prowadzące na ulicę. Wyszedł na dwór i spojrzał w prawo: na polukrowany świeżym lodem chodnik, którym planował dotrzeć na stację SKM, dziś wyjątkowo tę najbliższą. Potem zerknął w lewo: na prowadzące do tramwaju schody najeżone stalagmitami zmrożonego błota pośniegowego. Po chwili namysłu założył na buty wyciągnięte z torby raczki i ruszył do domu piechotą, układając w myślach sekwencję odcinków, które doprowadzą go na miejsce w miarę szybko, raczej bezpiecznie i tylko po płaskim.