tuż nad ziemią
zaczyna się bez zapowiedzi: odejście, układanie w pudłach
niejasnych śladów tego i owego, bezużytecznych pozostałości.
ostatnie podlewanie dopiero co wykiełkowanych roślin zostawiamy innym.
stąd trzeba naprzód, bez upatrzonych okazji,
bez tęsknoty za pokojami przesiąkniętymi złudną kuchenną pociechą.
bez drzwi otwartych na powrót – pod powiekę matki,
pod pachę ojca, co o zmierzchu cieszą się z porzeczek,
do końca lata wojują z kosami
o władzę nad okrągłym owocem.
pod dłonią kruszy się historia domu
i plemienia, z którego wypłynął nieznośny ból
na wzór chronicznego zapalenia ucha.
na podwórkowych linkach powiewają głowy: żegnają.
piękni jak w albumach, rękoma podtrzymują dachy,
chwytają wiatr, w odbłyskach, na grubej blasze garażu,
rozpoznajesz swoje rysy w ichnich.
coś nowego rodzi się w krwiobiegu: ruch
lub podobny mechanizm opuszczania;
obłe dziwadło kształtuje się spiesznie, stacza się.
taranuje sobą płoty, furty, nieselektywnie i bez nienawiści,
i dalej, przez pole, wzdłuż zboża, ku znanym
i mniej znanym drzewom, gdzie właśnie otwiera się przejście
do śniących robotniczych kwater bezimiennych przedmieść.
śmiercią wykiełkowanych pędów, tuż nad ziemią,
kończy się i ta wycieczka:
niepomyślnymi wieściami o aktualnym poziomie wód,
zakorkowanymi autostradami, wzrostem cen nieruchomości,
jak zapowiedź bliskiej śmierci przytłacza nas pewność powrotu;
swymi rozłożystymi korzeniami, bez skargi, obejmie nas dom.
chleb
w ostatnich dniach zdarzyło się też to,
czego się obawialiśmy:
sterylnymi dłońmi rozdarłem
złocistą błonę chleba, palce
godne większych zbrodni przeobraziłem
w szczypce, wyciągałem mu miękkie wnętrzności,
układałem na blacie, robiłem z nich
pociski dla przyjaciół.
mój palec wskazujący w sercu gąbczastych trzewi
jak ostrze motyki w agonalnym jęku
ziemi, tyle że ziemi nie ma,
szukał niewidzialnego dna.
żałosna pieśń pszenicy i drożdży
kołysała nas rytmem wiejskich szpadli,
dźwiękiem głodnego parobczego gardła.
było mi wstyd przed matką:
jej garnki w roślinki i groszki
umilały całą sprawę,
ciała martwych pływały w nich
beztrosko, pachniały odurzająco rozmarynem,
kminem i szałwią, z łatwością delfina
obracały się strzaskane nogi i plecy.
lękałem się ojca,
gdy precyzyjnie i z uwagą
nacinał serca niepryskanych owoców,
czyniąc je niemal żywymi w soku,
który z nich uchodził,
na osłodę niedzielnego obiadu,
tworzył cuda bez wychodzenia z domu.
a okruchy na mym stole wciąż były martwe.
tysiące głodnych robotniczych oczu
zostały gdzieś tam, odtrącone,
bez zaproszenia na ucztę.
wokół mnie, jak zwolennicy,
zachłanni i żarłoczni przyjaciele
przywykli do jedzenia, które nie stawia oporu.
bez dedykacji, bez uroczystej przemowy:
pod skórką, w walce zupełnie nieheroicznej,
unicestwiamy powszedniego wroga,
szczypiemy go do utraty sił.
to wszystko kiedyś minie,
donoszą z frontu reporterzy bez granic,
ale odniosłem wrażenie,
gdy goście zwycięsko wiwatowali,
że coś sturlało się z obrusa,
ostatecznie i bezpowrotnie przepadło
w głębokim mroku kuchni.
algorytm poetycki
wygnani w dzicz, niezdolni do poważniejszych decyzji,
w przerwach w podróży naiwnie czytamy poetów,
współczesnych i młodych, jacy się nawiną:
jednego, co przez pięćdziesiąt stron
dostatecznie często wspomina o faszyzmie,
między kwiaty i zwierzynę zasiewa demokrację,
zdobywa aplauz i czytelników online;
poetkę, która w sieci pozuje markotna,
wojnę i okopy przeobraża w sceny samouwielbienia,
buduje muzeum swych zerwanych związków,
na rozwalinach zburzonych miast
wypija fotogeniczne espresso z mlekiem.
pożądane tematy rodzą pożądaną krytykę,
korzystniejszą od gazetek promocyjnych lidla,
gdy śmierć jak szczeniak wyrywa się z ich
metafor, na śródziemnomorskim niebie
zamiast wersów pisze historię zła.
jak się kąpie matka
matka kąpie się długo i powoli, dokonując wcześniej wszystkich niezbędnych przygotowań. zdejmuje z siebie warstwy tożsamości, układa je na pralce, pilnuje ich jak kosztowności. matka kąpie się ostatnia, resztkami ciepła, i tak też się karmi. z uszu zdejmuje kolczyki, z szyi pętlę. zmywa wyraz troski i stopami sprawdza głębokość wody; czy i tym razem się utopi? matka pod prysznicem rodzi, wychodzi z samej siebie, przegryza pępowinę niczym zwierz, uwalnia się od brzemienia, daje się ponieść wirowi odpływu. matka, i jej matka, wraz z innymi matkami mieszkają w mrocznym kolektorze, wieczne tak jak i woda. matka kąpie się, zrzucając z siebie mnie i ojca, ojca i brata, myje się naga i pusta, aż do wypłowienia. matka kąpie się we łzach i winie, jak uświęcona, po tym jaśnieje jeszcze mocniej, jak ponury księżyc, który zbyt długo dogląda nas przez noc.
*
Współautorami przekładów są Paulina Klóska, Zuzanna Wollenszleger, Iwo Miśkowiak, Damian Stankiewicz. Tłumaczenia te powstały w ramach otwartych warsztatów dla studentów slawistyki Uniwersytetu Gdańskiego, poprowadzonych przez Damiana Stankiewicza, które odbyły się 16, 23 i 24 marca 2026 roku.