Rozmowa z Moniką Milewską, antropolożką historii, eseistką, poetką, bajkopisarką, autorką dramatów i tłumaczką, w 2026 roku obchodzącą jubileusz czterdziestolecia debiutu poetyckiego.
Paweł Baranowski: Moniko, obchodzisz w tym roku jubileusz, i to bardzo znaczący. Powiedz, proszę, która to rocznica, ale przede wszystkim – od czego się to wszystko zaczęło?
Monika Milewska: W tym roku obchodzę czterdziestolecie debiutu poetyckiego. Jednak moja przygoda z literaturą zaczęła się dużo wcześniej – późnym latem 1977 roku w Bułgarii, gdzie jako pięcioletnia wczasowiczka założyłam nielegalną hodowlę ślimaków. Któregoś dnia po powrocie z plaży mama nie zapaliła światła i niechcący zadeptała moją nieźle prosperującą farmę. Dziecięca trauma znalazła ujście we łzach, które przelałam od razu na papier. Tak powstało moje pierwsze – samodzielnie ilustrowane – opowiadanie, zatytułowane Ślimakowa katastrofa. Trauma była tak silna, że wpłynęła na moje dalsze życiowe plany. Postanowiłam zostać pisarką. I natychmiast zabrałam się do pracy.
PB: Jak wyglądał plan pracy pięcioletniej pisarki?
MM: Układałam wierszyki dla Świętego Mikołaja i dla mojej mamy. Rokrocznie wydawałam po kilka ilustrowanych przeze mnie książek: opowiadań, komiksów, tomików wierszy – wszystkie w nakładzie jednego egzemplarza. Jako dziewięciolatka planowałam nawet wielką powieść dla dorosłych – romans z historią Solidarności w tle (na taką książkę do tej pory nadaremno czeka krytyka literacka w Polsce). Ku rozpaczy mojej polonistki wszystkie wypracowania uparcie pisałam wierszem. Zaczęłam też odnosić pierwsze drobne sukcesy – na skalę szkoły, klasy czy osiedla. I marzyłam o własnej maszynie do pisania, w PRL-u niedostępnej dla zwykłych śmiertelników.
PB: Udało ci się ją zdobyć?
MM: Gdy miałam lat trzynaście, „Świat Młodych” ogłosił konkurs literacki, w którym maszyna miała być główną nagrodą. Konkurs nosił tytuł „Pamiętnik znaleziony na strychu”. Zapaliłam się do tej myśli, a ponieważ już wtedy byłam pasjonatką epoki napoleońskiej, stworzyłam na potrzeby konkursu stuzwrotkowy poemat Waterloo, czyli wspomnienia porucznika Gwardii, w poetycki sposób ukazujący szerokie tło historyczne i sam przebieg bitwy. Niestety, poemat nie został dostrzeżony przez jury. Trudno było pewnie jurorom uwierzyć, że ten długi, archaizowany, pełen metafor, porównań i historycznych szczegółów utwór mógł wyjść spod pióra trzynastoletniej dziewczynki. Może rzeczywiście znalazła go na strychu? Konkurs wygrała nastolatka, która zamiast literackiego pamiętnika przesłała swoje skargi na ciężkie warunki życia i… brak maszyny do pisania. Miałam więc na koncie kolejną traumę.
PB: Nie poddawałaś się jednak.
MM: Wkrótce mama zachęciła mnie do wysłania moich wierszy do telewizyjnej audycji „Z potrzeby serca”. Był to cykl ukazujący twórczość artystów nieprofesjonalnych. Taki trochę talent show, tyle że bez rywalizacji. Zaproszenie do Warszawy przyszło niezwłocznie, w styczniu 1986 roku. Byłam jedną z najmłodszych uczestniczek w historii tego programu. Traktowano mnie jednak niezwykle poważnie. Rozmowę przy stoliku prowadził ze mną legendarny spiker Jerzy Rosołowski. Pamiętam, jak jedna z zaproszonych artystek powiedziała mu w kuluarach, że chcąc się dowiedzieć prawdy o bieżących wydarzeniach, zawsze słucha jego radiowej audycji „Muzyka i aktualności”. „My w tej audycji prawdy nie mówimy” – odparł rozbrajająco szczerze lektor. Spośród nadesłanych przeze mnie wierszy realizatorzy programu wybrali fragment poematu Waterloo. Przeczytał go aktor Ryszard Bacciarelli, praprawnuk Marcella Bacciarellego, malarza czynnego w czasach Księstwa Warszawskiego. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. Audycja ukazała się na antenie Programu Pierwszego Telewizji Polskiej 15 lutego 1986 roku. Wolna sobota, samo południe, ferie, jeden kanał w telewizji (Dwójka nadawała tego dnia dopiero od piętnastej) i szara rzeczywistość lat osiemdziesiątych. Aż strach pomyśleć, ile setek tysięcy (a może milionów) Polaków musiało wtedy siedzieć przed telewizorem i oglądać debiut mocno stremowanej młodej poetki z Gdańska.
PB: Jakie wydarzenia lub publikacje uważasz za swoje najważniejsze osiągnięcia tego czterdziestolecia?
MM: Pisarze często traktują swoje książki jak własne dzieci, trudno jest więc wskazać te najważniejsze, bo inne mogą poczuć się obrażone. Każdą pewnie cenię za coś innego. Na pewno jestem dumna z debiutu książkowego, zbioru esejów Ocet i łzy [2001] opowiadających o… traumie wywołanej przez terror rewolucji francuskiej. Książka była moim doktoratem, pisanym częściowo w Paryżu, po części zaś na seminarium profesor Marii Janion w Warszawie. Jako promotor patronował mu wielki historyk dziejów Francji profesor Jan Baszkiewicz. Książka przyniosła mi nominację do Nagrody Nike, stypendium „Polityki” i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Zawdzięczam jej też w pewnej mierze moje cudowne trzymiesięczne „wakacje” w Akademii Amerykańskiej w Rzymie. I pracę w Polskiej Akademii Nauk. Książka ukazała się w dodatku w wymarzonym przeze mnie wydawnictwie słowo/obraz terytoria, które wznowiło ją parę lat temu. Trudno mi nie darzyć jej sentymentem, zwłaszcza że pisałam ją w młodości, jako zaledwie dwudziestoparolatka. Po niej przyszły kolejne eseistyczne pozycje: Bogowie u władzy. Od Aleksandra Wielkiego do Kim Jong Ila, Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL i najnowsza – I rak ryba. Stworzenia polityczne PRL-u. Szczególnie cieszy mnie fakt, że ta ostatnia książka, poświęcona między innymi dziejom antarktycznego skorupiaczka – kryla, trafiła niedawno do Stacji Arctowskiego, razem z 50. Polską Wyprawą Antarktyczną. Otrzymałam piękne zdjęcia od kierowniczki tej wyprawy, na których I rak ryba zdaje się czuć jak ryba w wodzie w otoczeniu wiecznego lodu.
PB: Wspominasz swoje historyczne eseje albo książki non fiction. A co z literacką fikcją?
MM: Tą zajmuję się po godzinach pracy na Uniwersytecie Gdańskim. Dlatego mam na koncie dopiero jedną powieść – Latawiec z betonu, opowiadającą, w mocno zakręcony sposób, historię najdłuższego z gdańskich falowców. Powieść doczekała się dwóch adaptacji teatralnych i jednej radiowej. A także instalacji artystycznej autorstwa Zuzanny Dolegi, która od jesieni zdobi gdański Dom Literatury. Na pewno ważną rolę w mojej twórczości odgrywają słuchowiska. Dzięki nim miałam szansę współpracować z niezwykłymi twórcami radiowymi i wielkimi polskimi aktorami: Janem Englertem, Jerzym Radziwiłowiczem, Piotrem Adamczykiem, Stanisławem Brudnym, Krzysztofem Gosztyłą… Jedno ze słuchowisk, Podróż na Księżyc, przyniosło mi najbardziej upragniony laur – Grand Prix sopockiego Festiwalu „Dwa Teatry”.
PB: A poezja?
MM: Do tej pory wydałam cztery tomiki wierszy. Pierwszy obłożony był w sztuczną trawę, a na stronie tytułowej zamieszczony został mój stareńki rysunek ślimaka – ilustracja wykonana przez pięcioletnią Monisię. Forma plastyczna moich książek jest dla mnie bardzo ważna i mam szczęście do interesujących twórców. Pierwszy tomik wykonał ręcznie w nakładzie stu egzemplarzy dobry duch Klubu Żak Michał Kołodziej. Każdy z uszytych przez niego książkowych trawniczków jest trochę inny. Kolejne tomiki wyszły już z drukarni z ilustracjami znakomitych twórców. Ostatni, zatytułowany Królowa karnawału, miał swoją premierę niedawno, w listopadzie zeszłego roku, w Przystani Poetyckiej „Strych”. To o tyle niezwykłe, że ukazał się drukiem w grudniu 2020 roku. Poślizg spowodowany był pandemią. Gdy ta się skończyła, miałam już do wypromowania inne, pilniejsze książki. Królowa musiała poczekać.
PB: Zaczynałaś jako dziecko od pisania bajek. Czy bajki nadal są dla ciebie ważne?
MM: O, tak! Choć, paradoksalnie, najdłużej czekałam właśnie na debiut bajkopisarski. Pierwsza moja książeczka dla dzieci ukazała się drukiem dopiero w 2021 roku. A zaczęłam ją pisać, gdy miałam lat bodajże osiem. To Skok przez Bałtyk z ilustracjami Natalii Uryniuk, opowiadający autentyczną historię mojej piłki plażowej, która – porwana przez wiatr – poznaje różne zwierzęta Morza Bałtyckiego. Moje utwory dla dzieci od dawna natomiast trafiają na sceny teatrów lalkowych, ostatnio w Olsztynie, gdzie można zobaczyć Dziewiątą planetę, którą napisałam wspólnie z moją przyjaciółką, astrofizyczką Agnieszką Pollo.
PB: Czy jest jeszcze jakaś inna dziedzina sztuki, z którą lubisz obcować – film, teatr, muzyka? Co poza literaturą cię interesuje?
MM: Bardzo ważny jest dla mnie teatr. Chyba od urodzenia mam inklinacje do pisania dialogów. Kiedy próbowałam analizować moje pierwsze, dziecinne opowiadania, to właśnie ta ich dialogiczność była dla mnie najbardziej uderzająca. I zdecydowanie mi to zostało – moja jedyna powieść składa się głównie z dialogów! Dlatego bardzo szybko zaczęłam pisać sztuki. Pierwsze, niezdarne, w wieku lat sześciu. Dopiero później zakochałam się w samym teatrze, a to za sprawą Teatru Witkacego w Zakopanem, który potrafi przemienić widza w teatralnego wyznawcę. Do kina mam stosunek mniej osobisty, ale może dlatego potrafię w kinie odpocząć albo przeżyć coś głęboko, a bezinteresownie, nie zastanawiając się, jak ja bym to zrobiła. Muzyka to dla mnie sztuka niestety niedosiężna. Uwielbiam za to o niej pisać – eseje, wiersze albo sztuki, jak Dziś umarł Prokofiew, pięknie odegraną przez krakowski teatr Mumerus.
PB: Jak planujesz spędzić ten jubileuszowy rok literacko? Aktywnie, a może będziesz zasłużenie odpoczywać?
MM: Rok zaczęłam od napisania wiersza… o dzieciństwie w PRL-u. To również temat mojej najnowszej książki, nad którą pracuję dla Wydawnictwa Czarne. Przygotowuję też pozycję opartą na moich dawnych tekstach o oświeceniu i rewolucji. To nie wszystkie moje tegoroczne plany na książki, ale wolę nie zapeszać, bo licho ani chochlik drukarski nie śpią.
PB: A co z poezją w czterdzieści lat od poetyckiego debiutu? Może uchylisz choć rąbek tajemnicy?
MM: W zeszłym roku Andrzej Dudziński wyreżyserował cykl filmów dokumentalnych, w którym czwórka trójmiejskich poetów opowiada, czym dla nich jest ars poetica. Jestem jedną z tej czwórki, więc z tym większą ciekawością czekam na premierę. Mam też pomysł na jubileuszową publikację, ale jeszcze za wcześnie, by go zdradzać. I, oczywiście, jak zwykle chętnie spotkam się z czytelnikami.
PB: Czego Monika Milewska jako autorka życzyłaby sobie na ten rok?
MM: Żeby był jak najdłuższy, aby udało mi się pomieścić w nim wszystkie moje literackie plany.